liberal-2
30.12.08, 15:35
Z debatą na temat przystąpienia Polski do strefy euro dzieje się coś dziwnego.
Nie sposób oczywiście w kilku zdaniach przedstawić wszystkich niuansów
wprowadzenia wspólnej waluty, ale można zwrócić uwagę na jeden szczególny jej
aspekt, który jest praktycznie pomijany w polskim dyskursie. Chodzi o to, że
waluta euro jest nie tylko połączeniem danego regionu jednym środkiem wymiany,
lecz także wprowadzeniem przymusowej politycznej instytucji, jaką jest
Europejski Bank Centralny, która decyduje o prowadzonej polityce monetarnej.
Nie można wobec tego zapominać, że dyskusja o euro, to także dyskusja o
polityce, a nie tylko gospodarce.
Zwolennicy wprowadzenia euro starają się spychać tę kwestię na zupełnie drugi
plan, jeśli by nie powiedzieć, chcą ją solidarnie przemilczeć. Starają się
podkreślać pozytywne ekonomiczne efekty posiadania jednej waluty na ogromnym
obszarze gospodarczym. Słyszymy w aż nadto przerysowanych barwach o tym, że
obniżone zostaną koszty transakcyjne, zlikwidowane zostanie ryzyko kursowe, że
jedna polityka monetarna będzie sprzyjała stabilizacji handlu i rynków
finansowych, łatwiej będzie porównywać ceny za dobra i usługi na całym
obszarze itd.
I możemy się nawet zgodzić z tego typu argumentacją. Z tymże moglibyśmy dodać
do tych ekonomicznych zalet dodatkowe warunki, których spełnienie będzie
jeszcze korzystniejsze. Dodajmy, że dana waluta musi mieć niską inflację, być
solidniejsza i jednocześnie być lepiej zabezpieczona na wypadek możliwych
kryzysów. A skoro tak, to nie pozostaje nam nic innego jak zaproponować Unii
Europejskiej przyjęcie polskiej złotówki. Wszak argumentacja stosowana przez
zwolenników wprowadzenia euro ma tutaj dokładnie takie samo zastosowanie, a
ponadto mamy jeszcze kilka innych plusów.
Wszystkie wymienione w przypadku przyjęcia euro argumenty możemy powtórzyć.
Przyjęcie przez UE złotówki będzie sprzyjało obniżaniu kosztów transakcyjnych
i eliminacji ryzyka kursowego, które wiąże się z wahaniami waluty. Wzmocni się
przepływ kapitałów między Polską a Unią Europejską, ułatwiony zostanie
rachunek ekonomiczny, gdyż łatwiej będzie porównywać ceny za czynniki
produkcji. Z tymże złotówka ma jeszcze dodatkową przewagę nad europejską
walutą. Przede wszystkim jest, co pokazało wyraźnie ostatnie kilka lat, walutą
zdecydowanie solidniejszą niż tracące na wartości euro. Poza tym jest to
waluta mniej inflacyjna, co jest w interesie wszystkich obywateli. Nie tylko
polskich, lecz także francuskich, niemieckich, hiszpańskich i innych
mieszkańców Unii.
Dodajmy do tego, że Narodowy Bank Polski prowadził wyraźnie bardziej roztropną
politykę bankową i pieniężną. Nie uruchomił bańki spekulacyjnej aż na taką
skalę jak bank amerykański, czy bank europejski. W dodatku echem odbiła się
niedawna decyzja dbania o bilans NBP, który zamierza stopniowo odchodzić od
dolarowych rezerw. A w tym samym czasie Europejski Bank Centralny podejmuje
się różnych umów koordynowania międzynarodowej polityki monetarnej i podejmuje
działania, mające na celu wsparcie dolara. Rozumiem, że bank jako instytucja
państwowa nie musi podejmować rozsądnych inwestycji i nawet nie musi tak
naprawdę jak prywatna firma księgować strat, ale jednak jest to gruba
przesada. Dlaczego obywatele mają wspierać jakąś zieloną walutę, z której
niedługo będzie można robić papier toaletowy?
Widzimy wyraźnie, że złotówka nie tylko spełnia wszelkie pozytywne standardy,
żeby przyjęły ją państwa UE. Standardy, którymi nas zasypują euroentuzjaści
będący pod wpływem propagandowego opium monetarnego. Co więcej złotówka ma
dodatkowe atuty, których nie ma euro. Dlaczego zatem UE nie miałaby dołączyć
do naszej strefy walutowej? Dlaczego to Polska ma przyjąć euro, a nie na
odwrót? Czyżby jednak rolę grały czynniki polityczne, a nie ekonomiczne?