Gość: Magda
IP: 217.153.180.*
21.12.04, 12:01
"Wielki błękit" był jednym z moich ukochanych filmów. Po raz pierwszy
widziałam go parę ładnych lat temu, jeszcze w liceum. Pamiętam że wyszłam
wtedy z kina rycząc jak bóbr, w przeświadczeniu że w poprzednim życiu byłam
delfinem:), ech. Potem zdobyłam kinową wersję filmu od jakiegoś znajomego i
obejrzałam ją X razy. Nauczyłam się filmu na pamięć a kaseta się zgrała -
pozbyłam się jej rytualnie, wywlekłam taśmę i pocięłam ja na kawałeczki. Mimo
prób nie udało mi się już nigdzie znależć tego filmu na kasecie VHS.
No i tydzień temu, stało się! Byłam w wypożyczalni z moim Miłym i
postanowiłam pokazać mu przez lata ubóstwiany przez mnie film.
Pożyczyliśmy DVD. Od czasu kiedy obejrzałam rozszerzoną wersję Wilekiego
błękitu jestem pewna, że nie obejrzę tego filmu nigdy więcej, bo stracił dla
mnie wszystko co było w nim dla mnie ważne. Besson wtrącił kilka nikomu
niepotrzebnych epizodów, a co najgosze, większość z nich jest beznadziejnie
banalna i infantylna. Sceny aspirujące do tego by "byćsuperhiperzabawnymi" są
wręcz żenujące - pomijam fakt, że komizm którym traktuje nas Besson w tychże
scenach zupełnie nie pasuje do ogólnej wymowy filmu. Przestałam rozumieć o co
właściwie chodziło reżyserowi, nie rozumiem jaki film chciał zrobić? Jednym
słowem (a nawet dwoma) załamałam się! Mój mały bóg umarł! A może ja
przesadzam?