Dodaj do ulubionych

Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych

IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 02.06.02, 10:41
W watku "Tytuly filmow - po polsku, czy w oryginale" wyplynal
temat "Gladiatora". Czy pamietacie jakies inne ciekawe przyklady filmow w
ktorych historyczny kostium skrojony byl wyjatkowo niedbale?
Obserwuj wątek
    • Gość: Anna M Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: *.chello.pl 02.06.02, 12:37
      "Drakula" Coppoli
      Cały XIX wiek był tam bez sensu. Po pierwsze stroje tylko z grubsza wyglądały
      odpowiednio, po drugie cała warstwa obyczajowa. Np. podejrzanie wyglądający
      cudzoziemiec z długimi włosami mógł zaczepiać kobietę na ulicy, ale ta a) nie
      powinna mu odpowiadać, b) nie mogła iśc z nim na kolację we dwoje do
      restauracji oraz c) na pewno nie poszłaby z nim do kinematografu gdzie akurat
      pokazywali jakiegoś ówczesnego pornosa (ani on nie mógłby jej zaprosić). To
      tylko jeden przykład.

      "Emma" z Gwyneth Paltrow.
      Warstwa obyczajowa trochę lepsza, ale też leży.

      "Imię Róży"

      "Braveheart"
      Tego nie jestem pewna, ale podobno Szkoci malowali się na niebiesko 500 lat
      przed czasem akcji filmu, za to w kilty zaczęli się ubierać 500 lat później...
      • microwave Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych 02.06.02, 17:42
        A co na przykład z okularami Oldmana, noszono wtedy takie?
        Sciśle rzecz biorąc "Drakula" to nie film historyczny tylko horror, więc chyba
        mu się należy taryfa ulgowa. Powiedzałabym nawet, że naruszenie historycznego
        prawdopodobieńtwa było w tę historię świadomie wkalkulowane;).

        Swoich przykładów nie mam, bo zawsze byłam na bakier z historią. Bardzo jednak
        jestem ciekawa przykładów innych forumowiczów.
          • microwave Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych 03.06.02, 18:13
            Racja, chyba nie powinien się tak nazywać, jest to co najmniej mylące.

            Zależało mi przede wszystkim na podkreśleniu tego, że wiele zależy od
            konkretnego filmu i od intencji reżysera: trudniej obruszać się na kogoś kto
            świadomie narusza historyczne prawdopodobieństwo (choć wciąż można mieć
            wątpliwości, czy to był dobry pomysł) od kogoś kto czyni to z niedbalstwa,
            żenującej ignorancji, i to w sposób wołający o pomstę do nieba (zwłaszcza gdy
            ogromne pieniądze wydaje się np. na budowę dekoracji i efekty specjalne).
            Osobiście bardzo lubię, gdy twórcy filmu (historycznego) dbają o realia i
            detale, przy założeniu oczywiście, że służą one historii, rysunkowi postaci etc
            a nie samym sobie przede wszystkim, ale jeśli film jest dobry, to wolę nie
            myśleć o nieścisłościach (o nieścisłościach, ale nie poważnych błędach,
            przekłamaniach i absurdach rzecz jasna). Lecz jaka postawa jest
            najroztropniejsza - nie wiem i co więcej, wydaje mi się, że wcale niełatwo
            odpowiedzieć na to pytanie.
      • Gość: M. Putek Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: *.cvx28-bradley.dialup.earthlink.net 04.06.02, 00:47


        Kiedy w MGM zmieniono dyrektora (w 60-tych?) zaczęła się w holywudzie era
        filmów “with a message”. Przedtem propaganda ograniczała się do wtrąconych
        linijek dialogu. Obecnie “premis” po chamsku implikują nam “political
        correctness” łopatą do głowy. Ponieważ nie ma wiele, lub wcale wyboru, płacimy
        za bilet i kupujemy propagandę razem z rozrywką.
        Globalizm niweluje, niszczy narodowe kultury rozbrajając ludzkość “od
        wewnątrz”. Zastępuje je monolitycznymi produkcjami komercjalnymi:
        Zob. “L’esprit de terrorisme” francuskiego filozofa Jean Baudrillarda:

        [Cytat:] » Nie ma już frontu, nie ma linjii demarkacyjnej, wróg tkwi w sercu
        kultury, która go zwalcza. To jest, jeśli kto woli, Czwarta Wojna Światowa. Już
        nie między narodami, państwami, systemem i ideologiami, lecz w gatunku,
        człowieka z samym sobą.
        Nikt nie może powiedzieć jak to wszystko się rozegra. Tym razem stawką jest
        przetrwanie ludzkości, nie chodzi o zwycięstwo jednej strony.
        . . . Kultury są jak języki. Każdy jest nieporównywalnym, zamkniętym dla siebie
        dziełem sztuki. Nie istnieje hierarchia języków. Nie można mierzyć je czymś
        uniwersalnym. Dałoby się teoretycznie wprowadzić globalny język, ale w tej
        redukcji znajdowałoby się absolutne niebezpieczeństwo (dla zwyczajnych ludzi,
        obywateli).« [Koniec cytatu.]

        Jeżeli w Warszawie organizuje się akademia sztuk wizualnych, czy “Mistrzowska
        Szkoła Reżyserii A. Wajdy”, samorzutnie niejako, z inicjatywy “głodujących”
        filmowców, to kto zadba, żeby ona nie była jątrzycielem i burzycielem polskości
        i katolicyzmu, z których naród bierze swoją siłę?

        Czy mamy pozwolić, żeby za podatki kształcili się reżyserzy, którzy, poznawszy
        techniki, użyją swoich talentów do opluwania puścizny po dziatkach i rodzicach?
        Do podcinania gałęzi, na której siedzą?

        Jeżeli wyprodukuje się “twórców” bez drugiego zawodu, to oni, żeby wyżyć,
        zaciągną się w szranki wroga jako płatne wojsko ideologicznych politruków,
        walczących z nami.

        Ameryka “żydokomunizuje” się. Nie ma też “hameryki” dla emigracji zarobkowej –
        stagnacja. Nie ma Ameryki, dokąd możnaby uciec od komuchów i żydofilskiego
        rządu. TRZEBA W POLSCE ŻYĆ. Musimy więc stawić czoło zadaniu. Zapytajmy siebie
        czy znajdziemy w wycieńczonej i zdemoralizowanej “żydokomuną” Polsce sił na
        tyle, żeby przepędzić cudze panoszenie się, a zbudować – niestety raz jeszcze –
        coś własnego i zatrzymać to na własność?

        Że nie jestem gołosłowny, powołam się na przykład niewdzięcznego Żyda Mariana
        Marzyńskiego, reżysera filmowego, którego “wyprodukowała” Państwowa Wyższa
        Szkoła Filmowa w Łodzi. Ile szkody może taki karaluch wyrządzić przyzwoitym
        ludziom, o tym mówi dalej poniżej zamieszczona recenzja jego
        polakożerczego “dokumentu” zatytułowanego “Shtetl”.




    • Gość: Dilvish Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: *.lj.pl / 192.168.1.* 02.06.02, 18:46
      Oto fragment jakieś starego wywiadu z Andrzejem Sapkowskim:

      "Byłem niedawno proszony przez pewnego producenta o ocenę pewnego scenariusza -
      zmilczę, jakiego, powiem tylko, że w scenariuszu Zbyszko z Bogdańca mówi o
      turniejach rycerskich, że to "rozrywka dla pedałów". Miałem zastrzeżenia - i
      nie tylko dlatego, że w XV wieku nie istniało takie słowo - głównie dlatego,
      że turnieje rycerskie były imprezami niesłychanie niebezpiecznymi, z których
      znaczna część uczestników nie wracała o własnych siłach. Startowały tam
      wyłącznie chłopy na schwał! Bez względu więc na to, jakiego słowa Zbyszko
      użyłby na określenie zniewieściałego mężczyzny, raczej nie przypisywałby tej
      cechy uczestnikom turniejów rycerskich - uczestników turniejów podziwiano,
      jak "Tigerów" Michalczewskich, mieli oni pewnie swoich fanów, pewnie mieli i
      groupies. Z całą pewnością nikt nie mówił o nich z pogardą! To jest właśnie
      przykład anachronizmu nieświadomego, nie pasującego do danego miejsca czy
      epoki. "

      Osobiście bardzo mi przykro że nie doszło do produkcji tego filmu. To by była
      kicha - jakiej świat nie widział. Ciekawe czy to wersja scenariusza Bogusia
      Lindy czy ta druga, tego pierdoły od "Wilków"?
    • Gość: jaro Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: *.zgrudna.kghm.com.pl / 172.30.23.* 03.06.02, 07:54
      Oglądam sobie tem chłam "pearl herbor" i w scenie w barze coś mi nie pasuje,
      tak jak sceny "lotnicze" puściłem, bo tu żadnych realiów ani historycznych, ani
      zdroworozsądkowych nawet nie było,(najbardzej Militarnym i z tego powodu
      najchętniej bombardowanym celem w bazie były.. trawniki, gdyby te
      biedne "Zera " chciałyby strzelać do ludzi pod kątem preferowanym przez
      reżysera, to wszystkie wrąbałyby się spokojnie w ziemię itd) tak mi ten bar nie
      dawał spokoju, niby kostiumy OK, gęby młode, bo i były młode... dopiero później
      zauważyłem, tam nikt nie palił, a w tych czasach kopcili jak smoki,
      przynajmniej tak to wynika z filmów z epoki i pamiętników. Żeby na głupim dymku
      oszczędzali...
    • Gość: Lobelia Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: 195.187.102.* 03.06.02, 08:20
      Był taki serial wg. "Quo vadis", nie pamiętam reżysera,
      Nerona grał Klaus Maria Brandauer. Od nieścisłości
      historycznych się roił, niestety niewiele pamiętam, bo
      oglądałam go z 15 lat temu. W każdym razie Winicjusz
      szwendał się po Rzymie w spodniach (za taki strój
      barbarzyńcy Petroniusz by go wywalił z domu), poza tym
      z tzw. "trzydniowym zarostem". Neron w serialu
      opowiadał, że jak był dzieckiem, to mu Messalina
      wpuściła węża do kołyski, żeby usunąć kandydata na
      cesarza. Niestety, kiedy Neron był niemowlęciem, to
      Messalina nie miała najmniejszego powodu, aby
      przypuszczać, iż kiedyś może on się stać cesarzem.
    • Gość: jaro Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: *.zgrudna.kghm.com.pl / 172.30.23.* 03.06.02, 10:21
      Ogromna ilość gaf wiąże się z nieznajomością sprzętu wojskowego z ostatniej
      wojny, nie chodzi tu o rekwizyty, ale o przebitki czy ilustracje obrazami
      dokumentalnymi: Np w "Papież z dalekiego kraju" sekwencja kroniki filmowej
      opisująca wrzesień 39 pokazuje sztukasa z końca wojny (wersja"D") i to jeszcze
      w barwach Włoskich...
      Ogólnie dla montażystów samolot to samolot, podczas gdy fachowcowi - hobbyście
      wystarczy chwila pokazania sylwetki, aby określić typ i nierzadko wersje... Nie
      mówie już o kamuflażach i oznaczeniach jednostek.
      • Gość: Lobelia Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: 195.187.102.* 03.06.02, 11:18
        A propos uzbrojenia, tylko nieco starszego.
        Przypomniało mi się, że kiedyś czytałam, że takie np.
        XVII-wieczne muszkiety (i w ogóle wczesna broń palna)
        miały bardzo słabą celność. Stąd wszystkie ujęcia, w
        których ktoś celuje do przeciwnika, po czym strzela i
        kładzie go trupem na miejscu są funta kłaków niewarte -
        właściwie trafienie do konkretnego celu było
        miemożliwe, muszkiety sprawdzały się wyłącznie w bitwie.
        Na niektórych filmach widoczna jest także subtelna
        szermierka cięzkimi średniowiecznymi mieczami - o ile
        wiem to też nie bardzo było wykonalne.
    • Gość: PiPiDżej Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: 212.160.249.* 03.06.02, 11:21
      W "Działach Navarony" Niemcy dysponują radarem;
      fryzury w klsycznych hollywodzkich supergigantach "historycznych";
      czyste ciuchy i wygolone mordeczki w starych westernach;
      w "Vababku", podwórzu kamienicy, gdzie było "mieszkanie" Natalii/krawca, widać
      przez chwilę blok mieszkalny z lat 60. (ale tę gafę zauważyłem za n-tym razem);
      chyba w póżnieszych odcinkach "Czterech pancernych" mignął kałasznikow (ale nie
      jestem pewien - ostatni raz oglądałem serial wiele lat temu);
      w sympatycznej komedyjce "Wiek zdrady" znakiem porozumiewawczym pierwszych
      chrześcijan jest krzyż (wtedy - narzędzie hańbiącej śmierci).
        • Gość: ??? Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: *.albq.uswest.net 06.06.02, 03:37
          > > czyste ciuchy i wygolone mordeczki w starych westernach;
          > >
          > To dotyczy nie tylko westernów, np. idealne uzębienie i
          > cera w filmach, których akcja toczy się w XVII czy XVIII
          > w. również jest mało prawdopodobne...

          Niestety w dzisiejszych czasach trudno znalezc dobrego aktora
          ktory mialby naturalnie widoczne braki w uzebieniu lub
          niedopracowana cere, a tych ktorzy zgodzili by sie
          na popsucie swojego pieknego wizerunku dla prawdy historycznej jest
          raczej niewielu
          • Gość: Lobelia Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: 195.187.102.* 06.06.02, 08:46
            Gość portalu: ??? napisał(a):
            > Niestety w dzisiejszych czasach trudno znalezc dobrego
            aktora
            > ktory mialby naturalnie widoczne braki w uzebieniu lub
            > niedopracowana cere, a tych ktorzy zgodzili by sie
            > na popsucie swojego pieknego wizerunku dla prawdy
            historycznej jest
            > raczej niewielu
            Cóż, skoro są tacy, którzy zgadzają się przytyć albo
            ogolić włosy, to może niektórzy zgodziliby się na
            wyrwanie ząbka, albo przylepienie paru plastikowych
            pryszczy ;)
            A poważnie, to ja nie mam takich wymagań, tylko czasem
            mam dzień Pankracego ("tak sobie siedzę i myślę") i
            wyobrażam sobie jak naprawdę musieliby wyglądać
            bohaterowie niektórych filmów, gdyby miały one pokazywać
            faktyczny stan sprzed 300 czy 400 lat. Pewnie na ich
            widok część widzów zwiałaby z krzykiem...
            • Gość: ??? Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: *.albq.uswest.net 08.06.02, 07:08
              Gość portalu: Lobelia napisał(a):

              > Cóż, skoro są tacy, którzy zgadzają się przytyć albo
              > ogolić włosy, to może niektórzy zgodziliby się na
              > wyrwanie ząbka, albo przylepienie paru plastikowych
              > pryszczy ;)
              > A poważnie, to ja nie mam takich wymagań, tylko czasem
              > mam dzień Pankracego ("tak sobie siedzę i myślę") i
              > wyobrażam sobie jak naprawdę musieliby wyglądać
              > bohaterowie niektórych filmów, gdyby miały one pokazywać
              > faktyczny stan sprzed 300 czy 400 lat. Pewnie na ich
              > widok część widzów zwiałaby z krzykiem...

              No wlasnie przeciez film musi sie sprzedac a nie wywolywac
              niesmaczne odczucia. Kto by sie utozsamial ze Skrzetuskim
              gdyby mial pryszcze na nosie i czarny co drugi zab.
              O ile w jego wydaniu jeszcze by to przeszlo to
              widok Skorupko bez przednich siekaczy juz mglby
              spowodowac klape calego przedsiewziecia
              (chociaz w ostatnim filmie o zdobywaniu K2 paskudnie
              zlamali jej palca w druga strone ...)
        • Gość: Bubu Maszynka do golenia IP: *.bis.krakow.pl / 192.168.0.* 13.06.02, 01:34
          Gość portalu: Lobelia napisał(a):
          > Gość portalu: PiPiDżej napisał(a):
          > > czyste ciuchy i wygolone mordeczki w starych westernach;
          > >
          > To dotyczy nie tylko westernów, np. idealne uzębienie i
          > cera w filmach, których akcja toczy się w XVII czy XVIII
          > w. również jest mało prawdopodobne...

          Może trochę nie na temat ale mam takie spostrzeżenie:
          Czy zauważyliście że w filmach historycznych (zwłaszcza amerykańskich) istnieje
          fetysz wygolonej pachy u kobiet? Golenie włosów pod pachami jest modą lat 80tych
          i obecnie (zwłaszcza w lecie) rzeczywście trudno jest zauważyć dziewczyne /
          kobietę która narażałaby się na coś "tak niestosownego" jak widoczne włosy pod
          pachą. W filmach historycznych z różnego okresu w scenach kiedy kobieta odsłania
          ramiona, czy w scenach łóżkowych, w westernach zwłaszcza - panie mają
          perfekcyjnie ogolone pachy. Wyjątkiem jest tutaj Titanic - pamiętacie rysunki
          Jack'a, które pokazywał Rose oraz sam rysunek Rose?
          Co do braku w uzębieniu i niechlujnym wyglądzie: Moim zdaniem jednym z
          najlepszych westernów jest Unforgiven (Bez przebaczenia) Clinta Eastwooda. Tam
          zarówno prostytutki jak i kowboje wyglądają bardzo naturalnie - nieświezi,
          spoceni, zarośnieci, zęby - ruina. (patrz: Aglobob u fryzjera - elegancik)
          Właśnie za to bardzo ten film cenię w odróżnieniu od kreacji Johna Wayna czy
          Pola Newmana - nieskazitelnie czystych, ogolonych, uczesanych.
      • Gość: Marcin Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: *.sympatico.ca 03.06.02, 13:53
        Gość portalu: PiPiDżej napisał(a):

        > W "Działach Navarony" Niemcy dysponują radarem;
        > fryzury w klsycznych hollywodzkich supergigantach
        "historycznych";
        > czyste ciuchy i wygolone mordeczki w starych westernach;
        > w "Vababku", podwórzu kamienicy, gdzie było
        "mieszkanie" Natalii/krawca, widać
        > przez chwilę blok mieszkalny z lat 60. (ale tę gafę
        zauważyłem za n-tym razem);
        > chyba w póżnieszych odcinkach "Czterech pancernych"
        mignął kałasznikow (ale nie
        >
        > jestem pewien - ostatni raz oglądałem serial wiele lat
        temu);
        Tak rowniez to pamietam,uzywal go Janusz Klosowski
        nie pamietam jednak jego"filmowego imienia".Kalasznikow
        zostal skonstruowany dwa lata po wojnie w 1947
        > w sympatycznej komedyjce "Wiek zdrady" znakiem
        porozumiewawczym pierwszych
        > chrześcijan jest krzyż (wtedy - narzędzie hańbiącej
        śmierci).

        • Gość: Alcest Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: 62.89.80.* 04.06.02, 11:46
          Gość portalu: Marcin napisał(a):

          > W filmie "Tylko dla orlow" bierze udzial helikopter
          > Niemcy nie dysponowaly tego typu uzbrojeniem.Duzo
          > niescislosci mozna zauwazyc w filmach amerykanskich
          > szczegolnie o tematyce II wojna swiatowa nie wiem czy
          > bierze sie to z oszczednosci czy tez nieznajomosci
          > tematu do konca.

          Do Marcina i PiPididżeja:
          Niestety, Niemcy w czasie II w. św. dysponowali zarówno:
          a) radarem (ustępowali w tej dziedzinie Anglosasom, ale radary zaczęli użytkować
          już przed wojną, więc kwestia jest poza dyskusją; radar na pokładzie miał
          np. "Bismarck"),
          b) śmigłowcami (w tej dziedzinie będąc co najmniej na równi z Amerykanami; np.
          rewelacyjna na owe czasy konstrukcja pod nazwą, o ile pamiętam, Drache).

          Kiedy już się krytykuje, to warto wiedzieć co i jak - a szczególnie "znać temat
          do końca". ;-)
          • Gość: Maqrcin Do Alcest: IP: *.sympatico.ca 05.06.02, 17:15
            Gość portalu: Alcest napisał(a):

            > Gość portalu: Marcin napisał(a):
            >
            > > W filmie "Tylko dla orlow" bierze udzial helikopter
            > > Niemcy nie dysponowaly tego typu uzbrojeniem.Duzo
            > > niescislosci mozna zauwazyc w filmach amerykanskich
            > > szczegolnie o tematyce II wojna swiatowa nie wiem czy
            > > bierze sie to z oszczednosci czy tez nieznajomosci
            > > tematu do konca.
            >
            > Do Marcina i PiPididżeja:
            > Niestety, Niemcy w czasie II w. św. dysponowali zarówno:
            > a) radarem (ustępowali w tej dziedzinie Anglosasom, ale
            radary zaczęli użytkowa
            > ć
            > już przed wojną, więc kwestia jest poza dyskusją; radar
            na pokładzie miał
            > np. "Bismarck"),
            > b) śmigłowcami (w tej dziedzinie będąc co najmniej na
            równi z Amerykanami; np.
            > rewelacyjna na owe czasy konstrukcja pod nazwą, o ile
            pamiętam, Drache).
            O.K smiglowiec zostal wynaleziony we Francji przez
            Breguet'a w 1909 roku i wiele panstw prowadzilo proby
            z helikopterami jednak dopiero w 1944 roku wprowadzono
            go do seryjnej produkcji w USA (Igor Sikorsky rosyjski
            emigrant)ten model uzyty w filmie "Tylko dla orlow" byl
            amerykanskim smiglowcem typu Bell.Nie slyszalem zeby
            niemiecka Luftwaffe dysponowala tego typu uzbrojeniem
            i zeby byl w uzyciu w warunkach bojowych czy transportowych.

            > Kiedy już się krytykuje, to warto wiedzieć co i jak - a
            >szczególnie "znać temat do końca". ;-)
            Tez tak mysle.
        • geminix Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych 05.06.02, 15:36
          Gwoli ścisłości:
          1. Niemcy dysponowali radarem długo przed wojną.
          2. Niemcy mieli na wyposażeniu helikoptery (śmigłowce) przed i w czasie wojny.
          3. Kałasznikow (chodzi o nazwisko) był - wg. dzisiejszych standardów-
          plagiatorem i piratem ponieważ "jego" AK-47 (popularnie zwany właśnie
          Kałasznikowem) to mechanicznie niemal wierna kopia Stg44 (Sturmgewehr) -
          doskonałego niemieckiego karabinu szturmowego z lat wojny (moi poprzednicy
          pisali o MP43 - to też prawda - to był wczśniejszy model na naboje
          pistoletowe). Zewnętrznie różniły się w tak niewielkim stopniu że z daleka nie
          sposób ich odróżnić. Tak więc "występowanie" "Kałasznikowa" w "Czterech
          Pancernych" wcale nie jest takie niedopuszcalne.

          pozdrawiam
          Rafał
          • Gość: Marcin Do Geminix: IP: *.sympatico.ca 05.06.02, 17:43
            geminix napisał(a):

            > Gwoli ścisłości:
            > 1. Niemcy dysponowali radarem długo przed wojną.
            > 2. Niemcy mieli na wyposażeniu helikoptery (śmigłowce)
            przed i w czasie wojny.
            z checia sie dowiem czegos wiecej na ten temat np.
            gdzie i przez kogo helikoptery zostaly uzyte w czasie
            II wojny swiatowej.Zobacz moja odpowiedz do Alcest.
            > 3. Kałasznikow (chodzi o nazwisko) był - wg.
            dzisiejszych standardów-
            > plagiatorem i piratem ponieważ "jego" AK-47 (popularnie
            zwany właśnie
            > Kałasznikowem) to mechanicznie niemal wierna kopia
            Stg44 (Sturmgewehr) -
            > doskonałego niemieckiego karabinu szturmowego z lat
            wojny (moi poprzednicy
            > pisali o MP43 - to też prawda - to był wczśniejszy
            model na naboje
            > pistoletowe). Zewnętrznie różniły się w tak niewielkim
            stopniu że z daleka nie
            > sposób ich odróżnić. Tak więc "występowanie"
            "Kałasznikowa" w "Czterech
            > Pancernych" wcale nie jest takie niedopuszcalne.

            O.K masz racje piszac ze oba byly podobne i ze AK-47 jest
            niczym innym jak kopia MP-44(Sturmgewehr)jednak w
            "Czterech pancernych "konkretnie uzywano Kalasznikowa
            > pozdrawiam
            > Rafał
            Rowniez pozdrawiam.
            • geminix Re: Do Geminix: 06.06.02, 15:04
              www.ruprecht.3d.pl
              całkiem niezła stronka - ani mój kolega, ani znajomy, po prostu znalazłem w
              necie.
              A jeśli chodzi o to gdzie to nie wiem.

              pozdrawiam
              Rafał
              • Gość: Marcin Re: Do Geminix: IP: *.sympatico.ca 06.06.02, 16:24
                Czesc kolego!
                Dziekuje za adres strona jest niezla,wracajac do
                helikopterow Niemcy w czasie wojny lub przed mialy ich
                6 rodzajow ,z czego 5 praktycznie mozna potraktowac
                jako czysto eksperymentalne czy doswiadczalne jedynie
                Flatter Fi-282 "Kalibri" mozna uznac za helikopter ktory
                faktycznie zostal uzyty do obserwacji przez Kriegsmarine
                na Morzu Srodziemnym.Wracajac do filmu "Tylko dla orlow"
                helikopter ktory zostal tam pokazany byl to amerykanski
                Bell ktory produkowany byl po wojnie.Pozdrawiam Marcin.
    • Gość: Lobelia Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: 195.187.102.* 03.06.02, 16:55
      Przypomniał mi się jeszcze nadawany niedawno w TV film
      "Elizabeth". Jako film był świetny, ale z realiami
      historycznymi mocno się mijał. Np. sir Francis
      Walsingham, w filmie pan w średnim wieku, w
      rzeczywistości był tylko o rok starszy od Elżbiety,
      dokładnie w wieku Roberta Dudleya, który w filmie na
      oko mógłby być jego synem. Poza tym karierę na dworze
      Walsingham zrobił nieco później niż to pokazano w
      filmie. Natomiast William Cecil lord Burghley wcale nie
      został przez Elżbietę odsunięty od władzy i obdarzony
      tytułem na odczepnego (wersja z filmu)- służył jej
      przez 40 lat. Również zaloty księcia francuskiego do
      Elżbiety miały miejsce nieco później i na pewno nie w
      takiej formie jak w filmie.
      • Gość: Norbert Re: Anachronizmy i absurdy IP: *.cvx28-bradley.dialup.earthlink.net 04.06.02, 00:24
        Str. 1 z 3

        RATOWANIE ŻYDOWSKICH MITÓW - Propaganda większa od "Listy Szwindlera"

        Recenzja „Saving Private Ryan” („Ratowanie szeregowca Ryana”)
        reżyserii Stevena Spielberga

        Tak mi się zdawało, że nareszcie Spielberg zrobił coś o Drugiej Wojnie Świa-
        towej, co jest bez „holocaustu” i „komór gazowych”, a tylko o walce na zachod-
        nim froncie i coś o honorze i współczuciu amerykańskiego rządu dla Żołnierza
        Amerykańskiego. Poszedłem więc obejrzeć „Ratowanie szeregowca Ryana”.
        W kinie jednak zobaczyłem, że propaganda żydowska najbardziej dydaktycz-nego
        cudownego dziecka holywudu tam jest bez zmian, tylko podsunięta chytrzej, albo,
        jak kto woli, subtelniej, mniej widocznie dla niewprawnego oka.

        Francuski historyk, Robert Faurisson, powiedział, że każda wojna jest zbrodnią.
        W kinie Żydów istnieją jednak dobre wojny. Druga Wojna Światowa jest taką dobrą
        wojną. 54 lata minęly od jej zakończenia, ale żydowskie mity Aliantów wciąż
        wsiąkają w naród. Hip, hip, hurra! Powodzenie kasowe „Saving Private Ryan-a” to
        potwierdza. Spielberg zaciera ręce, bo zrobił z największej bratobójczej rzezi
        gojów w wieku białego bratobójstwa nie tylko „dobrą wojnę”, ale jeszcze
        napełnił kasę superstudia „Dream Works” setkami milionów dolarów. (Ich następny
        projekt to film animowany o czarnym Mojżeszu wychowanym przez czarnego faraona
        Ramzesa. Ten „obciągnie” następne miliony u Murzynów i zarazem „podbechta” ich
        przeciwko białym.)

        Goje z rolniczej strefy Ameryki, z „bread basket belt”, są w 1998 roku
        desperacko zmęczeni chorobą duszy, co dotknęła Amerykę. Oni chcą widzieć
        bohaterów i coś, w co mogą wierzyć, wierzyć znowu. Voila, Spielberg przybywa na
        pomoc! Możesz zapomnieć o odcieniach szarości moralności, albo o
        egzystencjalnym samozwątpieniu, które musiałeś oglądać w filmach o walkach w
        Korei i Wietnamie. To były złe wojny. Zwalczaliśmy komunistów. Za te wojny
        amerykańscy weterani wojenni winni odpokutować obchodzeniem nie kończącej się
        żałoby, dopasowując się do puścizny zbiorowego rozstroju nerwowego lat 60-tych,
        za to że w ogóle brali udział. W kinie żydowskim ich walory jak patriotyzm,
        bohaterstwo i ślepa wiara w generałów różnią się o włos od „zbrodni wojennych”.
        Natomiast przeciwko Niemcom patriotyzm, bohaterstwo i ślepa wiara w generałów
        są słuszne i pełnoprawne – uzasadnił je półwiekowy
        tam-tam holywudu.

        Spielberg wystawił przynęty dla widowni - na zwolnionym ruchu, miłosne karesy
        kamer z pornografią brutalności, czym popisał się już poprzednio w „Amistad”
        (hi-tech dramacie orgii przemocy białych wobec czarnych na pokładzie okrętu z
        niewolnikami). Zagrał głównie na sentymentach roczników poborowych
        zapełniających ciemnice kinowe, naiwniaków tego samego typu, co dali zawieźć
        się do Omaha Beach na pewne stracenie. Na przykład, w makabrycznej scenie
        żydowski żołnierz przegrywa na białą broń i niemiecki żołdak pruje mu bebechy z
        prawie miłosnym współczyciem – wymysł przypominający blagierstwa innego Żyda,
        Freuda, ale głód czytelników szmatławców i tabloids został nasycony.

        Zaczyna się od lądowania piechoty US na skrwawionych plażach Normandii, gdzie
        te niemieckie sukins..., ci „zbrodniarze wojenni” mieli czelność strzelać
        do inwadujących Amerykanów. Nieomal psychoterapeutyczne sceny śmierci i rzezi –
        chyba najbardziej podniecające i fascynujące jakie kiedykolwiek
        zainscenizowano – z miejsca urzekają sadystów videowych cyrkiem digitalnej
        woltyżerki „wirtualnego boju”.
        Film ma nas przekonać, że rząd Henry Morgenthaua i Roosevelta wysłał młodzież
        na śmierć za sprawę Żydów w Europie, a jednocześnie z miłości do Ame-rykanów
        zadbał o amerykańskie rodziny. Yapp! Otóż, kiedy czterej bracia pomaszerowali
        na wojnę, żeby zrobić świat bezpiecznym dla komunistów i komunizmu, trzech od
        razu zginęło. Trzeba więc uratować tego czwartego. Nie bardzo to jasne dlaczego
        i dlaczego właśnie tego ostatniego brata, gdy na wojnie innych takich ostatnich
        braci jest masa? No więc to jest świat fikcyjny Spielberga, cicho! Nie psuć
        jemu zabawy w kino!
        No więc sam wielki generał Marshall, pomnikowo uheroizowany na surowy ekstrakt
        męskości, interesuje się tym czwartym, pozostałym przy życiu bratem,
        szeregowcem Ryanem. Może dla precedencu, może dla wyjątku z reguły, może dla
        reklamy, dla własnej popularności? Nieważne, przecież to fikcja, tu dba się o
        propagandę, a nie o historię. „Marshall” Spielberga, żeby rozsentymentalnić
        publikę „mądrością strategów”, recytuje słowa Lincolna z pamięci... Kto zna
        bucowatość Marshalla, tego pusty śmiech ogarnia. Ale temu, kto zna bratobójczą
        wojnę Lincolna, temu śmiać się odechciewa.

        Szeregowiec Ryan, desantowy skoczek spadochronowy wylądował zniesiony
        z kursu w okupowanej przez „wroga” Francji. „Mądry strateg” Marshall wyznacza
        specjalną drużynę komandosów do uratowania go w środku wojny, w rejonie
        chaotycznych, piekielnych walk ulicznych, gdzie co chwila przerywana jest
        łączność i walczący są zdani na siebie samych, odłaczeni od drużyny i gdzie
        cała operacja nie ma sensu, gdyż straty ratowników muszą być większe niż liczba
        przypuszczalnie uratowanych, która w tym wypadku ma wynosić jeden (1) !

        c. d. poniżej
        SKOPIUJ — PODAJ DALEJ — OPOWIEDZ ZNAJOMEMU
        • Gość: Norbert Re: Anachronizmy i absurdy IP: *.cvx28-bradley.dialup.earthlink.net 04.06.02, 00:28
          Str. 2 z 3
          c.d. - RATOWANIE ŻYDOWSKICH MITÓW,
          recenzja filmu: „Ratowanie szeregowca Ryana”


          Drużyna ratownicza składa się umyślnie z wielokolorowych Amerykanów.
          (Takie clichés spinały filmy B-klasy i komiksy Marvela.) Jest tam głupkowaty
          Włoch, straszliwy jajogłowy, popychany Żyd, wielki Arjanin z Brooklynu i typ z
          Południa, sierżant York. Gromada ta jest tak smagła, że z początku ona przypo-
          mina oddział portorykańskiej Gwardii Narodowej, co odwraca naszą uwagę i
          wytrąca nas z akcji na ekranie. Zauważamy, że siedzimy w kinie i trzeba chwili,
          żebyśmy wrócili do poddania się konwencji przeżycia kinowego.

          „Żyd” powiewa swoim naszyjnikiem z „Gwiazdą Dawida” w kierunku niemieckich
          jeńców i przedrzeźnia ich, pokrzykując: „Juden, Juden!”. Ale, o dziwo,
          Spielberg nie kazał „Niemcom” chrząkać i spluwać na żydowską świętość. Scena ta
          jest jedynym żydowskim odnośnikiem i, o dziwo, nie ma też grozy „Holocaustu”
          przenikającej z tła, czekającej ich dalej, w Polsce. Dlaczego Spielberg nie
          uderzył w strunę „Holocaustu”? Bo wie, że publika złożona z gojów nie będzie
          kibicować poświęcania Amerykanów za sprawę tych, co mordują palestyńskie dzieci
          rzucające kamieniami. Co gorzej, „Holohoax” sprzedaje sie coraz trudniej i
          męczy widownię. Wybrał zatem wstrzyknięcie swojej nienawiści do Niemców tam,
          gdzie publiczność je najmniej może zauważyć.

          Na przykład, wszyscy ratownicy Ryana widzą, że koniecznie trzeba rozstrzelać
          niemieckich jeńców wojennych, a tylko kapitan nie godzi się zamordować jeńców.
          W konsekwencji jego „słabości” nasz żołnierz ginie. Właśnie „nasz”, ten
          żydowski. A ubitj germancow!!! Oni są bezwzględni, to my też będziemy!!! Oko za
          oko!!!

          Papierowa jest postać serżanta Yorka, protestanta „fundamentalisty” z Południa,
          co zawzięcie nienawidzi Niemców. Dlaczego tak zawzięcie? Nie wiadomo. Kiedy
          jeniec niemiecki mówi do sierżanta Yorka po niemiecku, on wybucha
          wściekle: ”Zamknij tą brudną świńską łacinę!” Łacinę? Świńską? Niemiecki jest
          językiem szczytowych europejskich osiągnięć w filozofii, literaturze, teatrze,
          językoznawstwie itd. Czy ten reżyser o niemieckim nazwisku nie zapędził się w
          ignorancję posługaczy syjonizmu? Nienawiść rasowa nie tylko go oślepila, ale i
          ogłupiła.

          Jeżeli ktoś uwierzy bajaniu Spielberga, to będzie dziwił się jak to było
          możliwe, że Niemcy podbili Europę, Północną Afrykę i zapędzili Armię Czerwoną
          pod Moskwę, bo przecież w filmie oni walczą z tępą głupotą, jak statyści
          filmowi w starym serialu telewizyjnym: „Combat” z lat 60-tych. Jak oni tylko
          znajdą się w polu widzenia Amerykanów, to ino: puk! i Niemiec leży. Podczas gdy
          amerykańscy żołnierze biegną przed linią karabinów i ckm-ów, a kule ich się nie
          imają. To ci wojsko! „Niemcy” walczą tylko dopóty dopóki mają przewagę,
          chowając się w bunkrze, w gnieździe ckm-u, albo w „Tygrysie”. Jak tylko odwróci
          się fortuna, to oni rzucają swoją broń i mamroczą coś histerycznie zastrachani
          i błagają o życie.

          Dlaczego obsada jest tak uboga? Amerykańskiego oficera gra aktor filmów
          mafijnych Dennis Farina. Jego postać wychodzi nieprzekonywująco. Telewizyj-ny
          Ted Danson otrzymał szczodrze cameo, czyli krótkie wystąpienie, jako inny
          oficer, ale tu brakuje cameo á la Hitchcock - wystąpienia Spielberga z pejsami.

          W całym filmie widać tylko jedną swastykę, graffiti namalowane na Wale
          Atlantyckim. Nawet SS-mański dowódca czołgu występuje bez monoklu
          i opaski na ramieniu. Jak wspomniano, Spielberg nie poszedł na sztyk shoah-
          biznesowego szlajerowania.

          Aby nakłonić nas do pokochania amerykańskich wojskowych postaci użył on starego
          jak świat triku z Podręcznika Agitatora matki Adama Michnika, Schechterowej.
          Pokazuje je narzekające, żartujące, szlochające, hazardowo grające w karty.
          Nawet „Żyd” się „wychyla”. Bierzemy udział w historiach ich życia, ich
          tarapatach. Przez to „identyfikujemy się” z nimi i scalamy z ich losem. One, w
          przeciwieństwie do Niemców, nie są robotami, chwytają za serce slangiem,
          nazywają brak kompetencji rządu żargonowym wyrażeniem: „foobar”. Żydowski
          reżyser nawet popełnił koncesję ideologiczną dla uzyskania większego „realizmu”
          tych piechurów: mówi o absurdach u wysokiego dowództwa, inkompetencji rządu
          pomimo całego jego teatru współczucia i dobroci.
          Niemcy w tym arcykunszcie są cyframi. Spielberg nigdy nie zabiera nas do ich
          ogniska obozowego posłuchać ich piosenek i historii rodzinnych. Prawie nigdy
          nie widzimy migawki ich człowieczeństwa. Żadne niemieckie słowo nie jest
          przetłumaczone nawet w napisach. Niemiecki staje się nieczytelnym bełkotem –
          „świńską łaciną”.

          c.d. poniżej

          SKOPIUJ — PODAJ DALEJ — OPOWIEDZ ZNAJOMEMU





          • Gość: Norbert Re: Anachronizmy i absurdy IP: *.cvx28-bradley.dialup.earthlink.net 04.06.02, 00:30
            Str. 3 z 3
            c.d. - RATOWANIE ŻYDOWSKICH MITÓW
            recenzja filmu: „Ratowanie szeregowca Ryana”



            Najbliżej przedstawieniu człowieczeństwa niemieckich żołnierzy dochodzi w
            krótkiej przerwie w walce, kiedy Amerykaninowi i Niemcowi braknie amunicji i
            obaj ciskają jeden w drugiego swoje hełmy. W szybkiej migawce Niemiec robi
            pośpieszny gest przypominający przeżegnanie się. Mrugnij oczami, a to
            przegapisz ! Jednak te 15 sekund nie może ożywić papierowych kukiełek w prawie
            trzygodzinnym filmie. On wstawił te skąpe ścinki chcąc wcisnąć puentę: Niemcy
            może są ludźmi, może, ale nie dorównują naszym, szlachetnym i kochanym
            Amerykanom.
            Coś takiego nie przeszłoby w filmie wojennym o Korei albo Wietnamie w latach 90-
            tych. Azjatyckich przeciwników filmowiec musi malować jako szlachetnych i
            kochanych, inaczej naraziłby się, zostałby nazwany rasistą i na tym skończyłaby
            się jego filmowa kariera. Niemcy Spielberga to kupa „krautów”.
            Obrońcy takiego portretowania powiedzą, że on jednak upodobnił Niemców do
            ludzi, bo w jednej scenie niemiecki jeniec wojenny mamrze coś o „Betty Boop”
            i „Steamboat Willy”. Wcale nie, jego mamrotanie jest groteskowe, niewyraźne.
            Reżyser nie próbował humanizować postaci Niemców, bo chciał tylko upupić
            prostaczków na widowni wykazaniem, że „hitlerowskiego nadczłowieka” nie trza
            się bać, tylko rozbroić go, bo on jest tchórzliwy. Morał: rozbroić Niemca i
            trzymać rozbrojonego!
            Nie ma ani jednego dobrego niemieckiego żołnierza w „Saving Private Ryan”, tak
            jak i nie ma wśród setek niemieckich żołnierzy przedstawianych w „Schindler’s
            List”. Tylko mordujące roboty. Cieszymy się, kiedy niemieccy chłopcy umierają,
            a jeszcze więcej gdy amerykańscy cudem nie padają. Czy mamy też śmiać się,
            kiedy „wieśniak” za każdym trafieniem Niemca ze snajperskiego karabinu mruczy
            psalm?
            (Był w PRL-u Żyd Stanisław Wohl, co prowadził w telewizji warszawskiej Klub
            Blagierów. W latach 60-tych zrobił on film o leśniczym. Krytyk filmowy Gazda
            skompromitował Wohla artykułem: „Blagierska psychologia”. Tytuł artykułu pasuje
            także do tego Żyda.)

            Przy końcu filmu Spielberg potyka się znowu i depcze po tym, co zmajstrował i
            widać podszewkę jego agitpropu. Jego kamery wracają do Narodowego Cmentarza
            Arlington.
            (Miejsce odpowiadające jego nekrofilnej obsesji wybrał on za żydowskim
            sentymentalistą Frankem Caprą, jako że zbijanie biznesu na tragedii ich
            pobratymców jest pospólnym ich plemieniu zajęciem od wieków. „Listę Schindlera”
            zakończył on podobnie, makabryczną wycieczką do kircholu, żydowskiego
            cmentarza.)
            W scenie skalkulowanej na „wyciskacza łez” dla najbardziej zahartowanych
            amerykańskich weteranów wojny, albo legionistów, stary wiarus trzęsący się
            na nogach wykonuje tableau patriotyzmu, a kamery panoramują przez cmen-tarz i
            widzimy tysiące krzyży znaczących groby tych biednych chłopców, któ-
            rzy padli w bratobójczej wojnie za oceanem. Spośród tych niezliczonych tysięcy
            tylko jeden grób oznaczony jest gwiazdą Dawida.
            Spielberg ostentacyjnie reklamuje tę dysproporcję: kiedy „my Amerykanie”
            idziemy na wojnę, to na tysiące gojów ginie tylko jeden Żyd. Wy, goje,
            urodziliście się po to, by umrzeć za naszych pobratymców. Talmud uczy, że tylko
            śmierć za Wybranych daje gojowi szansę oczyszczenia się z winy bycia gojem.
            Śmierć goja jest chwalebna wtedy, kiedy jest ofiarą dla ocalenia chłopców
            wyznających Yahwe i uchylających się od służby w U.S. Army.

            HOMILIA SPIELBERGA do następnej generacji mięsa armatniego z Ameryki:
            Hej, dzieci! Nie bałamućcie się zanadto aurą punków i „refusenic-ów”. My was
            potrzebujemy. Wcześniej czy później przyjdzie na was kolej umrzeć za Wybranych
            w następnej, okrytej fałszywą glorią krucjacie przeciwko „tyranii”. Może w
            Iraku, Iranie, Libii? Pokazuję ci krew i zniszczenie, nie ukrywam przed tobą
            okropności wojny, ale wiedz synku, że będziesz prawdziwym mężczyzną dopiero
            wtedy, kiedy ukatrupisz wrogów naszego rządu „naszych” i świętego syjonizmu.
            Tymczasem zaś słodkich marzeń, dzieci... Pejsaty misio, wujcio Stefcio
            Spielberg, „skarbnica żydowskiego ciepła i mądrości”, przygotował dla
            was „patriotyczną” prasówkę w ciemnicy. Pola rzezi czekają na was,
            wstrząśnijcie poduszeczki w szpitalach, przygotujcie szczudełeczka i wózeczki
            inwalidzkie, wyfasujcie „body-bags”...



            ______________________________________

            Powyższy tekst jest tłumaczeniem i adaptacją z angielskiego recenzji Michaela
            A. Hoffmana II., byłego reportera nowojorskiego biura A.P. i redaktora
            periodyku: „Revisionist History”.
            Oryginalna recenzja ukazała się w ”Washington Times” w pierwszych dniach
            dystrybucji filmu w USA.

            SKOPIUJ — PODAJ DALEJ — OPOWIEDZ ZNAJOMEMU
            • Gość: Herbert Re: Anachronizmy i absurdy IP: *.cvx28-bradley.dialup.earthlink.net 04.06.02, 00:34
              Karol Gustaw Nehrebecki
              film: “Shtetl”
              reżyserii Mariana Marzyńskiego

              DZIEKUJĘ PANU, PANIE MARZYŃSKI!

              Zacznę dzisiaj dość niezwyczajnie, bo od podziękowania. Chciałbym podziękować
              bezczelnemu panu reżyserowi, Żydowi i "komuchowi" Marianowi Marzyńskiemu, za
              jego film "Shtetl" zniesławiający Polaków pod pozorem dokumentowania osobistych
              interpretacji stosunkow polsko-żydowskich.

              Ah, panie Marzynski, było to wspaniałe, pouczające, trzygodzinne widowisko! Bez
              retuszu, bez ubarwiania - film odkrywający całą prawdę o najczarniejszej
              stronie ludzkiego wnętrza, o nienawiści. Nareszcie, po tylu latach kłamstw,
              zaprzeczeń, dezinformacji, zobaczyliśmy coś tak osobistego, coś tak prawdziwego
              i przedstawionego bez ogródek i bez kamuflażu, jakże szczerze od żydowskiego
              serca (bo przecież Polakiem pan już nie jest), że od widzenia prawdy oczy nam
              wyszły na wierzch.
              Nareszcie coś, co powinno stać się elementarzem obyczajów dla wszystkich
              Polaków próbujących rozliczać się ze swoim patriotyzmem. Nareszcie coś, co
              powinno stać się abecadłem dla wszystkich ludzi dobrej woli poszukujących
              możliwości pokojowego rozwiązywania sporów i bezkonfrontacyjnego porozumiewania
              się. Nareszcie coś, co powinno zabrzmieć jak mementum nie tylko dla Polaków :

              NIE MA DYSKUSJI Z ŻYDAMI

              Żebyśmy bowiem nie wiem co robili. Żebyśmy głowy popiołem posypywali cały rok
              na okrągło, przez całe swoje życie, żebyśmy przepraszali w Knesecie i we
              wszystkich innych parlamentach świata za zbrodnie nie popełnione, żebyśmy
              likwidowali klasztory Karmelitanek na żądanie rabina z Nowego Jorku i wreszcie,
              żebyśmy nawet zabronili po wieki wieków oddawać cześć pomordowanym w Oświęcimiu
              Polakom i tak nic się nie zmieni. Zawsze będziemy potępieni. Piętno antysemitów
              przyklejone nam znaczyć nas będzie po wieczne czasy. Każda bowiem dyskusja z
              Żydami, jeżeli nie jest monologiem strony żydowskiej, jest antysemicka.

              Tego dowiedzieliśmy się z filmu Mariana Marzyńskiego "Shtetl" i dzięki mu za
              to. Gdyby nie on, dalej bym sądził o sobie, że jestem człowiekiem niewinnym,
              spokojnym, wyrozumiałym, myślącym i miłującym bliźnich. Myslałbym, że nieważne
              jest kto jakiego jest pochodzenia, wyznania, koloru skóry, ważne, aby być
              dobrym człowiekiem. Dopiero Marian Marzyński pokazał mi jak bardzo się myliłem
              i uświadomił mi całą prawdę o mnie, Polaku. Dzieki niemu i jego filmowi
              dowiedziałem się, że jeśli jestem Polakiem, to jestem podły, ograniczony i
              głupi a w genach mam zakodowany antysemityzm. To nieważne, że na wojnę nie
              mogłem mieć wpływu, bo urodziłem się po jej zakończeniu. I tak ponoszę winę za
              to, że w przedwojennej Polsce mieszkały miliony Żydów, a po wojnie ponoć
              niewielu ich zostało. (Dlaczego właśnie tam oni mieszkali, skoro Polacy ich tak
              bardzo nienawidzili i - jak to jest możliwe, aby kilkanaście pokoleń Żydów
              przeżyło 800 lat ze swoimi mordercami?)

              Z treści filmu nie dowiedziałem się kto ich w czasie wojny wymordował - bo
              Niemców nie ma nawet w tle. Ja wiem, bo żyłem w Polsce, ale Amerykanin domyśli
              się, że zapewne Polacy. Mojej wypowiedzi filmować nie było warto. Widz mógłby
              dowiedzieć się, że ja, jak i miliony innych Polaków, mają jakąś wiedzę
              historyczną, na temat Żydów rownież i to z własnego doświadczenia. Lepiej było
              pokazać dramatycznie, z filmowego punktu widzenia, wypowiedzi półumarłych
              starców z objawami choroby Alzheimera i zdominować nimi żydowski dokument.
              To nieważne co myślę ja i miliony podobnych do mnie Polaków o naszej wspólnej
              przeszłości z Żydami i o naszym stosunku do nich. Bowiem z chwilą, gdy
              spróbujemy otworzyć usta, chcąc podjąć dyskusję, natychmiast okrzyknięci
              zostajemy antysemitami. Bo przecież mamy to zakodowane genetycznie. (Itshak
              Szamir powiedział: Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki.) W
              przeciwienstwie do Żydów. Ich ujadania i napaści na Polaków nie można przecież
              nazywać antypolonizmem, bo takiego wyrazu nie ma w żadnym słowniku wyrazów
              polskich ani obcych. Jest tylko słowo antysemityzm! Tłumaczone i odmieniane na
              WSZYSTKIE języki świata, nawet wtedy, kiedy żydowskie rakiety rozrywają w
              strzępy niewinne dzieci w Libanie i Palestynie. Żydom nawet nie zadrży głos,
              kiedy nazywają to walką z terroryzmem. W świecie może być tylko jeden anty :
              SEMITYZM

              Dlatego z jednego względu mogę podziękować M. Marzyńskiemu za jego film.
              Wyzwolił mnie on z kompleksów. Nie będę już dłużej myślał o sobie jako o
              człowieku wyrozumiałym, rozsądnym, skłonnym do podejmowania dyskusji z ludźmi
              mającymi odmienne od mojego zdanie i ewentualnie do nastawiania drugiego
              policzka, kiedy mnie uderzą w pierwszy. Skoro bowiem M. Marzynski udowodnił, że
              jako Polak takim być nie mogę, wolno mi teraz być chamem, bucem. Jak ktoś mi
              przywali, to zamiast nadstawić drugi policzek, odpalę na odlew, żeby
              zagrzmiało. Koniec "dyskusji". Żyd mi nie bedzie wygrażał palcem przed nosem i
              strofował mnie jak małe dziecko. Marzyński groził Zbyszkowi Romaniukowi: " -
              Oj, Zbyszku, Zbyszku!", kiedy ten próbował mieć odmienne zdanie, niż
              przewidywał scenariusz żydowskiego "Felliniego". "Shtetl" otworzył nam oczy,
              zapytajcie Romaniuka, czy dzisiaj pozwoliłby Żydowi machać mu palcem przed
              nosem.
              • Gość: Herbert Re: Anachronizmy i absurdy IP: *.cvx28-bradley.dialup.earthlink.net 04.06.02, 00:35
                Ej, panie Marzyński, kto pana żywił, ubierał, uczył, ukrywał i chronił od
                pewnej zagłady przez sześć długich lat najstraszniejszej z wojen? Katolickie
                siostry w Warszawie. I tak się pan odwdzięczasz? Pięciu Polaków musiało
                odejmować sobie chleb od ust z mizernych racji żywnościowych, żeby złożyć się
                na jedne-go ukrywającego się Żyda. Nie dość mu było tego, to jeszcze kukułczym
                spo-sobem zabierał Polakom miejsce na studiach i pieniądze w szkole filmowej.
                Za ten pełny wikt i opierunek u Polaków i narażeniu ich życia odwdzięczył się
                zatruwaniem mózgów swoimi produkcyjniakami telewizyjnymi i antyamerykań-ską
                propagandą w "żydokomunie" podszywając sie pod film polski.

                W 1968 roku miałeś pan pojechać do Palestyny pomóc swoim pobratymcom zaludnić
                ziemie, które oni zagrabili sąsiadom najazdem w 1967, ale wypiąłeś się pan na
                nich i zwiałeś do USA, któreś pan przez tyle lat szkalował.
                Ani to Żyd, ani to Polak, ani Amerykanin. Jako reżyser - mizerna miernotka, to
                chciałeś pan wypłynąć na prostytucji zawodowej obrażaniem i opluwaniem matki-
                Polki. Dlaczego, będąc już tyle lat w Ameryce, nie nakręcił pan filmu ze
                starymi Żydami zasiedziałymi w USA i knującymi wojnę wokół Roosevelta i nie
                pytał ich, co robili w latach czterdziestych? Co oni zrobili, żeby ratować
                swoich rodaków w Europie wysyłanych przez Niemców do obozów koncentracyjnych?
                Czy chociaż dziesięciu z nich walczyło w armii aliantów i na froncie? Dlaczego
                nie zapyta pan ich, co myślą o statku z Holandii pełnym Żydów, który został
                odesłany od wybrzeży amerykańskich z powrotem do Europy na pewną zagładę? Pytań
                jest moc, czy więc nie uważasz pan, że byłby to doskonały film dokumentalny?

                Tylko o czym by ten film mówił? Czy też o polskim antysemityzmie? Dlaczego nie
                sięgnął pan do archiwów UB i SB i nie nakręcił pan filmu o bohaterach
                utrwalania "władzy ludowej" w PRL-u? Przecież miał pan dobre konszachty z juntą
                Jaruzelskiego, skoro pan jeździł w stanie wojennym do Polski. Byłby to świetny
                film dokumentalny o życiu Żydów w Polsce.

                Eee, szkoda słów. Wróćmy lepiej do pańskiego trzygodzinnego smarowidła. Co panu
                w głowie się wylęgało, dokument z tezą, czy teza dokumentowana? I to aż cztery
                lata panu zabrało, żeby pozbierac kilku ludzi - gdzie jak gdzie, ale w
                maciupeńkim Brańsku?
                Film zaczyna sie od tego, że pewien młody, lokalny historyk, Zbigniew Romaniuk,
                zainteresował się historią swojego miasteczka Brańska i natrafił na ślady
                obecności w nim Żydów. Rozpoczął zatem poszukiwania. Doświadczeń osobistych nie
                miał żadnych, stąd i żadnych uprzedzeń. Urodził się przecież wiele lat po
                wojnie, z początkiem lat siedemdziesiątych. Zbigniew Romaniuk nie znał PRL-
                owskich korzeni "komucha" Marzyńskiego. Kiedy Marzyński przewąchiwał kąty w
                Bransku, Romaniuk pomagał mu na zasadzie pracy społecznej. To rozwinęło się do
                jego głównej roli.

                Umowy pisanej ani ustnej nie było. Marzyński pokazał jemu na
                kartce "scenariusz":
                Żydzi są zakompleksieni historią o holocauście. Ten film ma pomóc im w ich
                chęci wyzwolenia się od holocaustowych uprzedzeń i ma pokazać życie Żydów
                takie, jakie ono było na codzień w szarościach i blaskach w Brańsku.
                22-letni Romaniuk z zahukanej prowincji, Brańska, poszedł na lep atrakcji i
                zrazu nie spostrzegł, że film będzie o tym, jak zrobić z goja wariata.
                Marzyński odsłonił swoje zamiary dopiero zagranicą.

                W Stanach Romaniuk zaczyna rozumieć co się święci, ale jak przystało na
                ułożonego i młodego przyjezdnego w gościnie taktownie raczej słucha gospodarzy
                aniżeli mówi sam. Nawet, jeśli się z czyms, co oni starzy mówią, nie zgadza i
                jesli jego nieśmiałe uwagi puszcza się koło ucha, to, respektując wiek
                podeszły, po prostu milczy. Jak można w takiej sytuacji rozprawić się np. z
                groteskową historią opowiadaną przez telefon, że przed wojną w Brańsku Polacy
                przywiązywali Żydów do końskich ogonów i ciągali ich za tymi końmi po ulicach?
                Zżymałem się wpierw na to z pozoru przytakujące milczenie, jak by nie było,
                historyka, ale musiałem też jego zrozumieć. Przyjechał przecież na żydowskie
                zaproszenie do USA. Nie jest zbyt grzecznie walić prawdę prosto w twarz
                gospodarzom, co przed chwilą, ścielili ci, gościu, pościel i mówić, że kłamią.

                Albo weźmy dyrdymały owej Żydówki z kokiem na czubku głowy, profesor z Bożej (a
                raczej żydowskiej) łaski, Yaffy Eliah. Ona twierdziła, że dokładnie i
                precyzyjnie dziewięć kul wstrzelił polski partyzant w dziecko, a matka, co
                trzymała je na rekach, nic nie oberwała. Cud, cud! Polish American Public
                Relations Committee prowadzi rejestr jej sprzecznych wersji. W filmie
                zobaczyliśmy wersję Nr 7. Potem wydało się, że ani ona ani jej brat przy tym
                zajściu nie byli, wobec czego przez krótki czas winiła Niemców. Ale i to
                zmieniła, gdy wydało się także, iz matka jej sprzedawała miód, kiedy Niemcy już
                dawno odeszli.

                Yaffa Eliach - prawdopodobnie z namowy sfanatyzowanych speców od
                psychotechnicznego kształtowania świadomości historycznej - wystąpiła w
                charakterze, niestety, fałszywego świadka. Łatwo zgadnąć, iż jest tego
                świadoma, gdyż odmówiła zeznań dla polskiej prokuratury, która jej publikacje
                potraktowała jako doniesienie o popełnionym przestępstwie. Czy możnaby
                spodziewać się, żeby u takiego indywiduum istniała odrobina godności, żeby je
                stać było na odwołanie oszczerstwa i przeproszenie Polaków?

                • Gość: Herbert Re: Anachronizmy i absurdy IP: *.cvx28-bradley.dialup.earthlink.net 04.06.02, 00:36
                  Wiktor Noskowski, świadek zajść w Brańsku i okolicy, napisał )*w swojej
                  rozprawie historycznej :
                  »„Atak", w rozumieniu autorki [Eliah], na dom mial się rozpocząć o godzinie 11
                  wieczorem wrzuceniem jakiegoś przedmiotu przez okno. Spłoszeni tym Yaffa i jej
                  brat Icchak zaczęli uciekać do sypialni rodziców i wówczas przez okno wrzucono
                  na jej łóżko granat, który eskplodował - o dziwo - nie robiąc krzywdy obojgu.
                  Ojciec Yaffy Eliach błagał matkę, by uciekała przez okno, na co ona nie mogła
                  się zdecydować. Wówczas wspólnie postanowili schować się w „alkowie"
                  na „pięterku" i zastawić się kufrem.
                  Dziwnie powolnie „atakowano" wcale nie ufortyfikowany ani nawet przez nikogo
                  nie broniony dom Sonensonów [rodzicow Yaffy Eliah], że dopiero „po północy", a
                  więc po ponad godzinie od wrzucenia granatu „dały się słyszeć na schodach
                  krzyki i nawoływania", po których Sonensonowie „rozpoznali wielu znajomych
                  ludzi". Nikogo z „rozpoznanych" nie wymienia z nazwiska, ale w twierdzeniu tym
                  zawarta jest sugestia, że byli to mieszkańcy Ejszyszek. Tak jednak nie mogło
                  być bowiem z uwagi na nieuchronność dekonspiracji w akcji był użyty oddział
                  złożony z ludzi spoza gminy ejszyskiej.

                  Opis wtargnięcia patrolu Samoobrony do swego domu autorka [Eliah] ogranicza do
                  samego faktu zastrzelenia matki i niemowlęcia brata:
                  „odpowiedzią (na prośbę Sonensonowej o zastrzelenie jej samej) było dziewięć
                  strzałów, które zabiły brata w ramionach matki, potem piętnaście kul z broni
                  automatycznej zabiło moją matkę, która upadła na mnie i na brata... Matka
                  poznala swych mordercow Antona Szarawieja i sąsiada Władysława Duszyńskiego."

                  Nie sposób uwierzyć w tak bałamutne, całkiem nieprawdopodobne, jawnie w złej
                  wierze formułowane wyznanie Yaffy Eliach. Bo dlaczego - jak ona twierdzi -
                  „banda umundurowanych Polaków", która wtargnęła do miasteczka nocą 20
                  października 1944 w celu „wymordowania wszystkich Żydów", nie wykonała
                  zamierzenia mimo bierności ochraniarzy (istrebiteli)? Dlaczego oszczędzono samą
                  Yaffę i jej brata Icchaka nieodstępnie [ponoć] pozostających przy matce, oraz
                  jej ojca Mosze?

                  Czyż można dać wiarę, że rzekomy morderca aż dziewięć razy strzelał do
                  niemowlecia nim go zabił, a przy tym nie zranił matki trzymającej syna na
                  rękach? Zdumiewa arcyfenomenalna audytywność autorki, że „policzyła" oddawane
                  strzały z automatu. «
                  Zwłaszcza dlatego, że miała wtedy tylko cztery lata. Romaniuk powiedział: " -
                  Po spotkaniu z Yaffą Eliah Marian i ja stwierdziliśmy, ze pani Eliah ma
                  wybujałą fantazję". Dlaczego więc Marzyński użył fałszywego świadka? Robiłeś
                  pan dokument, czy fałszerstwo, żydowski dokumentalisto?

                  Żeby odbierać Romaniuka tak jak opisuję wyżej, trzeba być Polakiem. Inni,
                  Amerykanie, do których film przede wszystkim był adresowany, odbierali
                  Romaniuka inaczej. Dla nich zachowanie się młodego Polaka, jego selektywnie w
                  filmie zmontowany body language potwierdza blagierską tezę: "Tak, Polacy
                  maltretowali Żydów". Skoro polski historyk milczy, skoro nie sprzeciwia się, to
                  znaczy, że poczuwa się do winy, to znaczy uznaje winę Polaków, to znaczy Polacy
                  byli antysemitami. A że pozostają nimi nadal, tę tezę autorską potwierdzić
                  miała druga część filmu kręcona w Izraelu i w Polsce. Nieprzemakalność poglądów
                  uczennic szkolnych w Izraelu na świętą sprawę "Holocaustu" i wręcz agresje w
                  stosunku do polskiego historyka, wyprowadzają w końcu Romaniuka z równowagi.
                  Próbując wytłumaczyć uczennicom, że są w błędzie, że Polacy zrobili więcej dla
                  ratowania Żydów podczas drugiej wojny światowej, niż jakikolwiek inny naród na
                  świecie, zdenerwowany Romaniuk podnosi głos w obronie własnej. Na ten moment
                  czekał pan reżyser. Grożąc palcem daje mu stosowną reprymendę, cytuję: "Oj,
                  Zbyszku, Zbyszku" i osiąga zamierzony cel, przekazuje amerykańskim widzom
                  posłanie: "A co, nie mówiłem, nawet on, Romaniuk, młody niby to inteligentny
                  Polak, a nie jest wolny od antysemityzmu, to co dopiero mówić o pozostałych"?

                  Ten efekt przypieczętowany zostaje ostatecznie pod koniec filmu, w scenie
                  uroczystości rocznicowych 500-lecia Brańska. Romaniuk, jako zastępca burmistrza
                  i przewodniczący jubileuszowego komitetu, w przemówieniu otwierającym
                  uroczystości nic nie wspomina o Żydach, o ich dziejach w historii miasteczka
                  Nie ma też o nich żadnego śladu na ufundowanym obelisku upamietniającym
                  rocznicę i tym samym Marzyńskiego akt oskarżenia osiąga swoje apogeum: Polacy
                  byli, są i pozostaną antysemitami.
                  Dla osiągnięcia tego efektu oskarżyciel zataił w swoim akcie
                  oskarżenia "drobny" fakt, mianowicie, że Żydzi pojawili się w Brańsku nie 500
                  lat temu, ale w 1897 roku i do 1942 było ich niewielu, a już wcale nie
                  stanowili w nim większości przez te 45 lat. Oskarżyciel, żonglując nożyczkami
                  montażysty filmowego, jak kuglarze lusterkami gry w "Malgośkę" (lusterko
                  przegrywa, Małgośka wygrywa), widza oszukał. Faktem jest, że "Żydki" (jak
                  lubiały być nazywane) z Brańska żyły z Polakami przez 45 lat i, o dziwo,
                  przeżyły. Liczba ich spadła do zera po wojnie, ale z filmu nie wynika dlaczego,
                  bo przy całej uwadze skierowanej na polski antysemityzm zabrakło w filmie
                  miejsca dla Niemców!


                  • Gość: Herbert Re: Anachronizmy i absurdy IP: *.cvx28-bradley.dialup.earthlink.net 04.06.02, 00:38
                    Oglądając film można byłoby odnieść następujące wrażenie. Był sobie Brańsk. Od
                    pięciuset lat mieszkali w nim również Żydzi, choć było to miasto polskie.
                    Dlaczego tam, a nie na przykład w bardziej cywilizowanych Włoszech, Hiszpanii,
                    czy Francji, autor filmu nie wyjaśnia, chociaż dokumentuje, że mieszkali tam
                    pomimo genetycznego antysemityzmu Polaków, pomimo ich niemalże zwierzęcej
                    nienawiści do Żydów, mimo bicia i ciągania końmi po ulicach. Było ich okolo
                    300. Fakt, że żyło się im zacisznie i spokojnie w Brańsku jak i Ejszyszkach.
                    Tam żyli i przeżyli. Aż tu nagle coś się odmieniło. Co? Żydzi z Brańska
                    zniknęli. Zapewne wskutek wybuchu nieokiełzanego, polskiego antysemityzmu
                    wyssanego z mlekiem matki, bo o Niemcach i ich okupacji w filmie prawie nie ma
                    nic. Gdzieś nagle się zapodziali. Czy wysiedlono ich do obozów? Mało
                    prawdopodobne. Yaffa Eliah powiada, że rodzina w Ejszyszkach sprzedawała miód i
                    to jeszcze wtedy, gdy Niemcy dawno odeszli. Więc jak to było z tymi
                    prześladowaniami?

                    Ano, po wojnie oni wynieśli się do… Ameryki, bo tam zaczęło się dla nich nowe
                    Eldorado: Welfare! Social Security! Medicare! Darmowa nauka! I... reparacje! A
                    jakże, i odszkodowania wojenne !!! - do których nie byliby uprawnieni
                    pozostając w Brańsku. Gyby tak posprawdzac jakie historie oni wypisywali do
                    władz amerykańskich i niemieckich, żeby uzasadnić swoje wnioski o "reparacje".
                    Np. Yaffa Eliah...

                    A co powiedzieć o tym Żydzie, który wciska Polakowi pieniądz do ręki? Polak
                    uratował jemu życie, a ten Żyd powiada: "- Dziękuję ci za to, że uratowałeś mi
                    życie, masz tu dwadzieścia (20!) dolarów." Więc nie wszystko geniusz filmowy
                    Marzyński i jego poplecznicy potrafili zatuszować.

                    Geniusz robił zdjęcia przez cztery lata. Za “low budget”. Dopiero, jak on
                    nakręcił z 200 godzin materiału zdjęciowego, ktoś te nieudolne kawałki fachowo
                    zmontował, postarał się o publiczne pieniądze FRONTLINE i PBS i kazal jemu
                    zrobic dokrętki na poprawkę. Jego popychacze liczyli na to, że oni przemycą ten
                    paszkwil, tak jak inne żydowskie smarowidła i agitpropy, do obłożenia go
                    Oscarem i dadzą mu rozgłos pod pozorem reklamowania arcydzieła sztuki filmowej,
                    a reżysera-opluskwiacza obwołają w dziennikach telewizyjnych drugim Fellinim.

                    On zaś kutwił nad tym c—z—t—e—r—y l—a—t—a.

                    I nie zdadzą się tu protesty, sprostowania, próby dialogu, że to kicz,
                    fałszerstwo. Świat może być postrzegany tylko z jednej perspektywy -
                    żydowskiej. Każda próba dialogu, dyskusji, przedstawienia swoich racji,
                    natychmiast zostanie okrzyknięta antysemityzmem. Dlatego nie będę się poniżał
                    do dyskusji z Marzyńskim, do dyskusji z "komuchem" i Żydem. Nie sposób bowiem
                    dyskutować z zakłamanym chamstwem.
                    Żeby w ogóle zacząć dyskusję należałoby na wstępie ustalic jego kompetencję
                    historyczną w takich kwestiach jak: Komu on zawdzięcza swoje życie? Kto chlebem
                    i solą witał sowieckich okupantów wkraczających na ziemie polskie? Kto stanowił
                    trzon Urzędu Bezpieczeństwa, bestialsko niszczącego polskość w latach 40-tych i
                    50-tych? Kto dyrygował środkami informacji i propagandy komunistycznych
                    dyktatur? Co i dla kogo reżyserował Marzyński zanim wyjechał w 1968 z PRL-u,
                    rzekomo do Izraela? Z kim mial potajemne kontakty, jeśli jeździł swobodnie do
                    Polski z USA w okresie stanu wojennego, kiedy to Polacy po raz kolejny byli
                    prześladowani przez rzekomo polskie władze? Itd. Wiem, że odpowiedzi na takie
                    pytania od Marzyńskiego lub innego Żyda nigdy się nie doczekam. Dlatego
                    dyskusja jest niemożliwa.

                    "Antysemityzm" jest na całym świecie. Zaczął sie w 1017 r. od pojawienia sie w
                    Europie Kazarów nazywających siebie Żydami. Nie czepiajcie się Polaków. "Nie
                    mówcie o nas kłamstw, to my nie będziemy mówić o was prawdy." Chcecie wieść
                    życie karalusze, będziecie mieli to, o co prosiliście.

                    Na napastliwe ujadanie i oskarżanie o antysemityzm, rasizm, faszyzm itd.
                    odpowiadam popularnym w Polsce powiedzonkiem z kabaretu "Dudek" w
                    Warszawie: "Chamstwu należy przeciwstawić się siłom i godnościom osobistom".
                    Przeciwstawiam się partaczowi filmowemu i innym pasyżytniczym osobom jak on. To
                    również radzę uczynić Zbyszkowi Romaniukowi. W przeciwnym razie usłyszy on
                    kiedyś od Żydów : "Masz goju czego chciałeś" - i od Polaków to samo, a wtedy
                    będzie mógł mieć pretensje tylko do samego siebie.

                    Przeciwko żydowskim rasistom mamy broń - prawdę o nich... A zresztą - przyjdzie
                    kryska na Matyska, Pan Bog nierychliwy ale sprawiedliwy. Oni sami na siebie bat
                    kręcą, bo chciwość nie zna umiaru.

                    ____________________________
                    )* Wiktor Noskowski:"Czy Jaffa Eliah przeprosi Polakow?", artykuł w
                    tygodniku „Myśl Polska", Nr 29-30 (1305-1306) z 20-27 lipca 1997 r. wyd. w
                    Kanadzie.
              • microwave Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych 04.06.02, 19:03
                Namieszałam :( - chodziło mi o to, że nie całkiem rozumiem określenie: tylko
                film kostiumowy?(bo w poszczególych przypadkach zazwyczaj się nieco dookreśla
                jaki to film np. dramat kostiumowy - nie musi to być film historyczny sensu
                stricto, ale zachowanie pewnych realiów obyczajowych epoki nie wydaje się
                żądaniem bezsensownym) Ale właściwie to niepotrzebnie się przyczepiłam. Sorry.
                  • Gość: mkw Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 04.06.02, 20:52
                    miedz_brzeczaca napisał(a):
                    > Czy ktoś potrafi odpowiedzieć mi autorytatywnie na pytanie, czy w "Krzyżakach"
                    > Forda w pewnym momencie - jak niesie wieść gminna, ale ja tego nigdy nie
                    > dostrzegłem - w kącie ekranu przez mgnienie oka widać karetkę pogotowia?

                    Ja slyszalam o ciezarowce. W"Krzyzakach", a takze w "Panu Wolodyjowskim".Ale tez
                    nigdy nie zauwazylam.

                    • Gość: Lobelia Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: 195.187.102.* 05.06.02, 09:22
                      Ja również słyszałam o ciężarówce, przy czym czasem
                      mówi się o "Panu Wołodyjowskim", a czasem o
                      "Krzyżakach", natomiast sama nigdy tego nie widziałam,
                      choć specjalnie się starałam wypatrzeć... Możliwe więc,
                      że to tylko mit, albo w późniejszych wersjach zostało
                      poprawione. Natomiast mój mąż wypatrzył w "Ogniem i
                      mieczem" ślady opon (chyba traktora) na drodze.
                      • Gość: Marcin Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: *.sympatico.ca 05.06.02, 17:55
                        Gość portalu: Lobelia napisał(a):

                        > Ja również słyszałam o ciężarówce, przy czym czasem
                        > mówi się o "Panu Wołodyjowskim", a czasem o
                        > "Krzyżakach", natomiast sama nigdy tego nie widziałam,
                        > choć specjalnie się starałam wypatrzeć... Możliwe więc,
                        > że to tylko mit, albo w późniejszych wersjach zostało
                        > poprawione. Natomiast mój mąż wypatrzył w "Ogniem i
                        > mieczem" ślady opon (chyba traktora) na drodze.

                        Slyszalem o zegarku na rece u jednego z "Krzyzakow" ale
                        jak powiedzialem tylko slyszalem ,nie widzialem wiec
                        potwierdzic nie moge.
                        • Gość: jaski Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: 64.37.254.* 06.06.02, 01:33
                          Gość portalu: Marcin napisał(a):

                          > Gość portalu: Lobelia napisał(a):
                          >
                          > > Ja również słyszałam o ciężarówce, przy czym czasem
                          > > mówi się o "Panu Wołodyjowskim", a czasem o
                          > > "Krzyżakach", natomiast sama nigdy tego nie widziałam,
                          > > choć specjalnie się starałam wypatrzeć... Możliwe więc,
                          > > że to tylko mit, albo w późniejszych wersjach zostało
                          > > poprawione. Natomiast mój mąż wypatrzył w "Ogniem i
                          > > mieczem" ślady opon (chyba traktora) na drodze.
                          >
                          > Slyszalem o zegarku na rece u jednego z "Krzyzakow" ale
                          > jak powiedzialem tylko slyszalem ,nie widzialem wiec
                          > potwierdzic nie moge.

                          W 'colonel Wolodyjowski' mozna zobaczyc panorame Kamienca ze slupami lini
                          trakcyjnej na horyzoncie. Zegarek o ile pamietam mial Karewicz jako Jagiello w
                          jednej ze scen przyjmowania poslow czy czyms takim, w sali na tronie siedzial.
                          Zreszta nie ma sie czego wstydzic, wystarczy popatrzec na jakikolwiek film
                          amerykanski ktorego akcja jest nieco 'historyczna'. To jest dopiero zabawa.
                  • Gość: mkw Imie rozy IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 04.06.02, 20:56
                    Do Anny M.:
                    Mnie sie wydaje, ze "Imie Rozy" bylo w porzadku. Ale w ogole warto sie
                    zastanowic nad tym filmem, ktory nie byl wprawdzie stricte historyczny, ale
                    uksztaltowal u mnostwa ludzi jakies wyobrazenie sredniowiecza. Wiec chyba pelni
                    role filmu historycznego.
                    A jakie masz do niego zastrzezenia?
                    • Gość: Anna M Re: Imie rozy IP: *.chello.pl 04.06.02, 22:33
                      Może podam dwa największe:
                      1. kiedy Adso wyznaje Wilhelmowi swoją przygode z dziewczyną. U Eco prawidłowo
                      wyspowiadał się przed nim i dostał rozgrzeszenie, udzielone w
                      charakterystycznym dla Wilhelma stylu. W amerykańskim filmie
                      słyszymy "Wolałbym, żebyś mi o tym powiedział jako przyjacielowi". Akt skruchy
                      i spowiedzi, ważny przecież dla religijnych ludzi średniowiecza (a już
                      zwłaszcza mnicha, który złamał ślub czystości) zostaje zamieniony na
                      amerykańską psychoterapię.
                      2. Biblioteka. No dobrze, może i nie jest to wypaczenie Średniowiecza - tak
                      daleko moja wiedza nie sięga. Jednak wierzę w Umberto Eco - jego biblioteka
                      jest skonstruowana wedle przejrzystych zasad, które zgodne sa ze
                      średniowiecznym światopoglądem (przynajmniej na ile o nim wiem :)).

                      Poza tym nie jestem pewna, czy jacykolwiek wieśniacy odwazyliby się na zabicie
                      Inkwizytora...
                      • Gość: aaa Re: Imie rozy IP: 213.134.142.* 06.06.02, 15:03
                        > Poza tym nie jestem pewna, czy jacykolwiek wieśniacy odwazyliby się na zabicie
                        > Inkwizytora...
                        no i w ogole zabicie inkwizytora, który był postacią historyczną i na pewno
                        jeszcze pożył
                        Umberto Eco bardzo się starał, by znaleźć rok kiedy ówże inkwizytor mógłby
                        przejeżdżać przez opisane w książce tereny, w czasie gdy na ziemi mógł jeszcze
                        leżeć śnieg (wymagała tego intryga), a reżyser - łup - i zabił inkwizytora...


                    • Gość: ??? Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: *.albq.uswest.net 06.06.02, 03:16
                      > > Czy ktoś potrafi odpowiedzieć mi autorytatywnie na pytanie, czy w "Krzyżak
                      > ach"
                      > > Forda w pewnym momencie - jak niesie wieść gminna, ale ja tego nigdy nie
                      > > dostrzegłem - w kącie ekranu przez mgnienie oka widać karetkę pogotowia?
                      >
                      > Napewno widać na łapie jednego z dzielnych wojów zegarek

                      Moglbyc to slynny zegarek sloneczny wynaleziony w XIV wieku na Jagielonce ...

            • Gość: Lobelia Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: 195.187.102.* 05.06.02, 08:58
              Gość portalu: Pradera napisał(a):

              > Ustalmy czy mowa o filmach historycznych czy tylko
              kostiumowych, bo w tych
              > drugich to nawet nie ma co błędów szukac.

              Bo ja wiem czy trzeba to ustalać? Także filmy kostiumowe
              mogą się trzymać lub nie realiów epoki. To właśnie często
              takie filmy obraz epoki utrwalają w powszechnej
              świadomości. Np. na wyobrażenia o polskim XVII w.
              olbrzymi wpływ ma "Trylogia", o kardynale Richelieu -
              "Trzej muszkieterowie" (nb. pamięta ktoś radziecki film
              muzyczny "Trzej muszkieterowie"?). Zresztą do tej pory
              większość dyskusji toczyła się wokół właśnie filmów
              kostiumowych. Aczkolwiek masz rację, że w takich filmach,
              jak włoskie "Ogniem i mieczem" czy "Taras Bulba" to
              trudno wskazywać poszczególne absurdy, bo one same są
              jednym wielkim absurdem historycznym.

              • microwave Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych 05.06.02, 10:51
                No tak, być może tego nie trzeba ustalać. Pytanie tylko kiedy błąd traktować
                jako zarzut wobec twórców, a kiedy nie. Oczywiście można powiedzieć, że wątek
                ten ma służyć li tylko dzieleniu się konkretnymi przykładami, wnioski
                pozostawiając czytelnikom, ale chyba nie wszyscy wypowiadający sie mieli takie
                intencje.
                Co innego błąd niejako zamierzony, a co innego błąd z niedbalstwa. Problem
                tylko z tym kształtowaniem wyobrażenia epoki. Do jakiego stopnia reżyser
                (zwłaszcza tego pierwszego rodzaju) jest odpowiedzialny? Czy jest to związane z
                liczbą widzów albo przewidywaną liczbą widzów albo przwidzywanym ilorazem
                inteligencji przewidywanych widzów albo czymś jeszcze innym?
                • Gość: Lobelia Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: 195.187.102.* 05.06.02, 17:26
                  No cóż, osobiście raczej traktuję ten wątek jako okazję
                  do podzielenia się własnymi obserwacjami i dowiedzenia
                  się czegoś ciekawego. Co do traktowania błędów i absurdów
                  jako zarzutu wobec twórców, to wydaje mi się że można tu
                  wyróżnić pewną grupę błędów bezwarunkowo twórcę
                  kompromitujących. Mam na myśli niedbalstwa
                  scenograficzno-montażowe typu adidasy statysty w "Quo
                  vadis" czy ślady opon w "Ogniem i mieczem". Takie błędy,
                  zwłaszcza rażące i w dużym nasileniu,to niechlujstwo i
                  lekceważenie widza, niezależnie od tego, czy film ma być
                  historyczny, kostiumowy, czy wręcz fantasy (np. "Wiedźmin").
                  Inne rodzaje błędów - no cóż... Niekiedy sama intryga
                  filmu jest tak nieprawdopodobna, że to, iż akurat stroje
                  są sto lat wcześniejsze albo broń nie taka jak trzeba nie
                  ma już najmniejszego znaczenia. W takiej sytuacji, o ile
                  tylko twórca nie bredzi publicznie o "zachowaniu realiów
                  epoki", nie ma mu czego zarzucać - ale błędy powyłapywać,
                  podzielić się informacjami, jak było naprawdę i pośmiać
                  się można, bo czemu nie? Czasem z kolei niezgodność z
                  realiami historycznymi czemuś służy. Wspomniałam tu
                  wcześniej film "Elżbieta" - co prawda rzeczywiste
                  początki jej panowania wyglądały inaczej niż w filmie,
                  ale nie był to przecież film biograficzny. Dotyczył
                  raczej problemu sposobu sprawowania władzy, budowania
                  autorytetu i moim zdaniem dobrze przedstawił zjawiska,
                  które mogły się przyczynić do takiego a nie innego
                  ukształtowania osobowości Elżbiety I. W tej sytuacji to
                  czy Walsingham był pare lat starszy, czy młodszy nie ma
                  specjalnego znaczenia. Na dodatek warstwa
                  scenograficzo-kostiumowo-obyczajowa była w tym filmie
                  bardzo staranna (na ile moje niefachowe oko mogło to
                  ocenić). Najtrudniej jest chyba z warstwą obyczajową
                  filmów - przypuszczam, że realistyczne odwzorowanie wielu
                  zachowań z przeszłości mogłoby spowodować, że motywacje
                  postaci byłyby dla współczesnego widza niezrozumiałe. Za
                  dużo trzeba byłoby tłumaczyć, możliwe, że ze szkodą dla
                  zasadniczej idei filmu. To była taka garść przemyśleń,
                  zasadniczo jednak traktuję ten wątek jako okazję do
                  podzielenia się obserwacjami i dowiedzenia czegoś
                  ciekawego, a nie sposobność do poznęcania się nad
                  reżyserem. Pozdrawiam,
                  microwave napisał(a):

                  > No tak, być może tego nie trzeba ustalać. Pytanie tylko
                  kiedy błąd traktować
                  > jako zarzut wobec twórców, a kiedy nie. Oczywiście
                  można powiedzieć, że wątek
                  > ten ma służyć li tylko dzieleniu się konkretnymi
                  przykładami, wnioski
                  > pozostawiając czytelnikom, ale chyba nie wszyscy
                  wypowiadający sie mieli takie
                  > intencje.
                  > Co innego błąd niejako zamierzony, a co innego błąd z
                  niedbalstwa. Problem
                  > tylko z tym kształtowaniem wyobrażenia epoki. Do
                  jakiego stopnia reżyser
                  > (zwłaszcza tego pierwszego rodzaju) jest
                  odpowiedzialny? Czy jest to związane z
                  >
                  > liczbą widzów albo przewidywaną liczbą widzów albo
                  przwidzywanym ilorazem
                  > inteligencji przewidywanych widzów albo czymś jeszcze
                  innym?

    • Gość: Andrzej Anachronizmy w "Gladiatorze" IP: 62.89.126.* 04.06.02, 22:55
      Gość portalu: mkw napisał(a):

      > W watku "Tytuly filmow - po polsku, czy w oryginale" wyplynal
      > temat "Gladiatora". Czy pamietacie jakies inne ciekawe przyklady filmow w
      > ktorych historyczny kostium skrojony byl wyjatkowo niedbale?

      Ave,
      Jakie anachronizmy rzuciły się wam w oczy w Gladiatorze?
      Poza, oczywiście, amerykańskim rozumieniem roli Senatu.
      ANdrzej

    • miedz_brzeczaca Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych 05.06.02, 10:32
      Był w tvp taki serial - adaptacja "Syzyfowych Prac" Żeromskiego, niestety nie
      pamiętam tytułu ani nazwiska reżysera, ale zrealizowany w połowie lat 90. O
      Boże! - to było dopiero coś! Lata 70. czy 80. XIX wieku i Kielce przypominały
      łudząco Warszawę stanu wojennego. Odbywały się uroczyste msze za cierpiącą
      ojczyznę... A uczniowie gimnazium otwarcie protestowali przeciw rusyfikacji...
      Gdy kogoś wywożono na Sybir, przed więzieniem odbywała się manifestacja
      niepodległościowej młodzieży! Zbyteczne dodawać, że u Żeromskiego nic takiego
      nie było, on przedstawiał rzeczywistość taką, jaka była i jaką znał osobiście.
      Nikomu wtedy w Królestwie Polskim nie śniły się takie zachowania, ktoś kto
      sobie by na coś takiego pozwolił zostałby schwytany, pobity przez Kozaków a
      potem skazany na lata Syberii. Opór - jeśli był - to przejawiał się w formach
      tajnych i elitarnych. Na co dzień polskość była poniżona, społeczeństwo po
      klęsce powstania styczniowego zastraszone. I chyba to właśnie nie spodobało się
      twórcom serialu. Za smutne to, jak w tej sytuacji dzisiejsza młodzież miałaby
      się utożsamiac z bohaterami. A ponieważ pamiętali stan wojenny, to sobie go
      odtworzyli. Może zresztą jestem dla nich za łaskawy, może oni naprawdę myśleli,
      że w XIX wieku było tak, jak za Jaruzelskiego...
      • Gość: MS Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: *.gwarant.bytom.pl 06.06.02, 18:56
        Gość portalu: ??? napisał(a):

        pozniej w jednej ze scen
        > bodajze podczas strzelaniny pod mostem Poniatowskiego widac jak na gorze
        > przejezdza elektryczny "zoltek". Moze ktos to pamieta?

        Co w tym dziwnego? Jeżeli był to film kręcony przed rokiem 1980 to całkiem
        możliwe, ze ów "żółtek" czyli Elektryczny Zespół Trakcyjny (EZT) mógł być maszyną
        serii EW51 wyprodukowanej w latach 30-ych i jeżdżacych na torach Warszawskiego
        Węzła Kolejowego od roku 1936 . W/w EZT kursowały do roku bodajze 1979 a jeden
        taki zachował się do dzisiaj na torach stacji postojowej na Olszynce Grochowskiej.

        MS

        • Gość: MS Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: *.gwarant.bytom.pl 07.06.02, 23:02
          Gość portalu: Kustosz napisał(a):

          > Zoltki jezdzily jyz przed wojna m.in. Z Wa-wy do Otwocka.
          > Kupione na licencji w Szwecji, malowane byly w ich barwy (flaga szwecji), a ze
          > farby solidne to zostaly na dlugo. I ta kolorystyka sie przyjela, i
          > obowiazywala do lat 90-tych ubieglego wieku.

          Kolega grubo sie myli. Elektryczne Zespoly Trakcyjne serii EW51 (do roku 1951
          oznaczane jako 91000 wagony silnikowe a 92000 wagony doczepne i rozrzadcze) nie
          byly kupione w Szwecji. Czesc elektryczna zakupiono w Anglii w firmie "English
          Elektric Co Ltd.", czesc mechaniczna wagonow silnikowych zbudowala warszawska
          fabryka "Lilpop, Rau i Loewenstein", natomiast czesc mechaniczna wagonow
          rozrzadczych i doczepnych fabryka "Cegielski" z Poznania i fabryka "Zieleniewski
          Fitzer- Gamper" z Sanoka. Byly uzywane na liniach z Warszawy do Otwocka,
          Zyrardowa i Minska Maz. W Szwecji byly wyprodukowane natomiast EZT serii EW54 w
          latach 1950-1953 ktore byly eksploatowane do roku 1981. A co do malowania-
          wlasciwie tylko w dawnej Centralnej DOKP (czyli m.in. w Warszawie) malowanie
          zostalo zmienione na pomaranczowe. W innych rejonach naszego kraju nadal panuje
          malowanie zolto- granatowe. Acha- przed wojna EZT tez byly malowane na kolor
          zolty i granatowy i bynajmniej nie mialo to zadnego zwiazku z flaga Szwecji.

          Pozdrawiam
          MS
      • piotell Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych 06.06.02, 16:16
        Jeśli chodzi o sprzęt pancerny (zwłaszcza niemiecki) to lista filmów, w których
        różne pojazdy udają coś zupełnie innego może być bardzo długa. Te wszystkie T-
        34, SU-76, BTR-y...
        Mnie najbardziej podobał się krążownik (czy coś w tym rodzaju)
        ucharakteryzowany na lotniskowiec (widziałem to w jakiś koszmarnym amerykańskim
        filmie wojennym). Żenada to mało powiedziane.
    • polynomial Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych 06.06.02, 17:18
      1. W serialu "Na kłopoty Bednarski", w którymś z odcinków, na dworcu głównym w
      Gdańsku pod pociąg wpada człowiek. Ten pociąg to EN-57 lub EW-58.
      2. W filmie pt. "U-571" widzimy jak głębinowe bomby, o wagomiarze 300 kg
      eksplodują w bezpośredniej bliskości u-boota nie czyniąc mu specjalnej krzywdy.
      W rzeczywistości promień rażenia takiej bomby umożliwiał zniszczenie okrętu w
      odległości 100 metrów od jej detonacji.
      3. Podobną bzdurę możemy zobaczyć w filmie (tytułu nie jestem pewien) "Konwój"
      z Mitchumem. Tam z kolei niemiecki dowódca decyduje się na zejście na głębokość
      400 m w celu położenia się na dnie. Ryzykowny manewr. Głębokość krytyczna (tj.
      głębokość na której dochodzi do zgniecenia kadłuba okrętu podwodnego) nawet dla
      u-boota typu VII C/41 wynosiła 300 m.
      4. Serial pt. "Wojna i pokój (też z Mitchumem ;) ). Tam widzimy jak niemieckie
      wilcze stado płynie przed czołem konwoju, pełną mocą swych silników, pod wodą
      przez 6 godzin. Akcja tego odcinka rozgrywała się w 1940 roku. Pod ówczas,
      niemiecki okręt podwodny typu II, VII lub IX mógł płynąć w zanurzeniu, pełną
      mocą swych silników przez 45 minut.
      5. Ale to wszystko nic! W filmie pt. (uwaga szargam świętości) "Poszukiwacze
      zaginonej arki" dzielny Indiana Jones wskakuje na niemieckiego u-boota i... co
      dalej?! Do środka nie wszedł. No jak? Pomiędzy niemców? Wiemy że okręt się
      zanurzył (pada słowna komenda: "tauchen das u-boot"). Do kiosku też nie wlazł
      (sternikowi na głowę)? A na koniec widzimy, że jest szybciej w porcie niż
      okręt. Najszybszy pływak świata?! Aha! Jeszcze jedno: Kair w owym czasie był
      brytyjski. Niemcy mieli się pojawić w Afryce Północnej dopiero za kilka lat.

      Best regards
      Polynomial-C
      • Gość: Rutus Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: 2.4.STABLE* 07.06.02, 09:05
        polynomial napisał(a):

        > 1. W serialu "Na kłopoty Bednarski", w którymś z odcinków, na dworcu głównym w
        > Gdańsku pod pociąg wpada człowiek. Ten pociąg to EN-57 lub EW-58.
        > 2. W filmie pt. "U-571" widzimy jak głębinowe bomby, o wagomiarze 300 kg
        > eksplodują w bezpośredniej bliskości u-boota nie czyniąc mu specjalnej krzywdy.
        >
        > W rzeczywistości promień rażenia takiej bomby umożliwiał zniszczenie okrętu w
        > odległości 100 metrów od jej detonacji.
        > 3. Podobną bzdurę możemy zobaczyć w filmie (tytułu nie jestem pewien) "Konwój"
        > z Mitchumem. Tam z kolei niemiecki dowódca decyduje się na zejście na głębokość
        >
        > 400 m w celu położenia się na dnie. Ryzykowny manewr. Głębokość krytyczna (tj.
        > głębokość na której dochodzi do zgniecenia kadłuba okrętu podwodnego) nawet dla
        >
        > u-boota typu VII C/41 wynosiła 300 m.
        > 4. Serial pt. "Wojna i pokój (też z Mitchumem ;) ). Tam widzimy jak niemieckie
        > wilcze stado płynie przed czołem konwoju, pełną mocą swych silników, pod wodą
        > przez 6 godzin. Akcja tego odcinka rozgrywała się w 1940 roku. Pod ówczas,
        > niemiecki okręt podwodny typu II, VII lub IX mógł płynąć w zanurzeniu, pełną
        > mocą swych silników przez 45 minut.
        > 5. Ale to wszystko nic! W filmie pt. (uwaga szargam świętości) "Poszukiwacze
        > zaginonej arki" dzielny Indiana Jones wskakuje na niemieckiego u-boota i... co
        > dalej?! Do środka nie wszedł. No jak? Pomiędzy niemców? Wiemy że okręt się
        > zanurzył (pada słowna komenda: "tauchen das u-boot"). Do kiosku też nie wlazł
        > (sternikowi na głowę)? A na koniec widzimy, że jest szybciej w porcie niż
        > okręt. Najszybszy pływak świata?! Aha! Jeszcze jedno: Kair w owym czasie był
        > brytyjski. Niemcy mieli się pojawić w Afryce Północnej dopiero za kilka lat.
        >
        > Best regards
        > Polynomial-C

        Co do Bednarskiego, to w trójmieście kolejki elektryczne SKM zaczeły kursować
        dopiero w 1951 roku, więc nawet gdyby gość wpadł pod stary model "berlinki" to
        byłaby to historyczna bzdura. Ponadto w scenie wypadku (Na kłopoty Bednarski)
        świetnie widać iż eksplodujące auto to zupełnie inny wóz niż ten którym jechał
        Bednarski.
        Eskalację bredni historycznych mozna zobaczyc w filmie niejakiego Poręby (wycinał
        na kolaudacjach w pień wszystkie produkcje Barei)pt. Złoty Pociąg. Warszawskie
        autobusy w 1939 roku to głównie SAN-y z lat 60-tych. A na plakacie do filmu
        (rozgrywającego się w 1939 roku) żołnieże polscy stoją na tle ...Autosana.
        Na szczescie tego filmu prawie nikt nie widział.

        A propos Indiany. W "Poszukiwaczach zaginionej arki" przewraca się cięzarowy Opel
        Blitz z kabiną "zastępczą" Takie kabiny zaczęli produkować Niemcy dopiero podczas
        ostatnich lat II wojny światowej (z drewna, bo brak było stali)Ciężarówka na
        niemieckim lądowisku do Betford HQ. Niemiecki łazik, który osłania ciężarówkę z
        arką to replika Mercedesa a sama cięzarówka (też Mercedes) to przebudowany (z
        resztą bardzo wiernie)GMC. Motocykle w Ostatniej Krucjacie mają nowoczesne tylne
        zawieszenie na teleskopach. Cięzarówki mają symbol Africacorps której jeszcze
        wtedy nie sformowano. Kubelwagen w scenie pogoni za czołgiem to replika (ma
        raczej rzadko spotykany dach z blachy). Ale to czepianie sią bo fily są OK i do
        niektórych celów tródno by było użyć inne pojazdy (szczególnie gdy używają je
        kaskaderzy i pirotechnicy...)

    • Gość: lechu Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: *.pai.net.pl / *.pai.net.pl 06.06.02, 21:01
      Po pierwsze, nigdy nie było oblężenia Jasnej Góry!!
      Dwie ksiażki, które napisał na ten temat profesor Kersten, n.b. konsultant
      Hoffmana do spraw historycznych Potopu p.t. > Sienkiewicz, Potop, historia<
      i >prawdziwy opis obleżenia Jasnej Góry< udowadniaja że informacja o tym
      oblezeniu wymyślona była jakieś pięćdziesiąt lat później.
      I to, że obok Kamieńca przemyka sie jakas ciezarówka, jakie to ma znaczenie?
        • Gość: tomek Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: *.wis.pk.edu.pl 07.06.02, 15:16
          Jeżeli chodzi o filmy z serii Trylogii i inne pokazujace polski XVII wiek, to
          znieśc nie moge scen bitewnych pokazujacych husarię i inne rodzaje polskiej
          jazdy szarżujace bezładna kupą. Gdyby to kiedys mialo miejsce w rzeczywistości
          to nie byloby Kircholmu, Kluszyna i paru innych zwyciestw. Niestety żadnemu
          polskiemu rezyserowi nie chce sie pojsc w slady Kurosawy i troche przećwiczyć
          statystów, zeby ci umieli trzymac zwarty, trójszeregowy szyk w klusie czy
          galopie. Ciekawe co robia tak zwani konsultanci od spraw militariów ?
          • Gość: Lobelia Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: 195.187.102.* 07.06.02, 15:38
            Nie jestem ekspertem w sprawach militariów, ale jak napisałeś o husarii, to
            przypomniało mi się "Ogniem i mieczem" i sposób przedstawienia kilku bitew
            przegranych przez Polaków (Korsuń, Żółte wody i Piławce). Jak przypuszczam jest
            to wynik ograniczonych finansów, ale tam tak wyraźnie widać, że jest to
            niewielka grupka statystów, że to aż żałosne. Wiem, że Polacy popełnili tam
            szereg poważnych błędów militarnych, ale do licha chyba nie uczestniczyło w
            tych bitwach po stronie polskiej kilkunastu facetów pętających się bez sensu...
            A tak to w filmie wyglądało. Jest jeszcze kwestia umundurowania husarzy,
            czytałam, że te skrzydła z piórami to mit, a już na pewno nie nosili ich na
            sobie (bo nie dałoby się z czymś takim walczyć), co najwyżej mogli mieć jakieś
            mniejsze i przymocowane do siodeł.
          • Gość: Leo151 Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: *.waw.pdi.net / *.zamoyski.edu.pl 08.06.02, 12:29
            Gość portalu: tomek napisał(a):

            > Jeżeli chodzi o filmy z serii Trylogii i inne pokazujace polski XVII wiek, to
            > znieśc nie moge scen bitewnych pokazujacych husarię i inne rodzaje polskiej
            > jazdy szarżujace bezładna kupą. Gdyby to kiedys mialo miejsce w rzeczywistości
            > to nie byloby Kircholmu, Kluszyna i paru innych zwyciestw. Niestety żadnemu
            > polskiemu rezyserowi nie chce sie pojsc w slady Kurosawy i troche przećwiczyć
            > statystów, zeby ci umieli trzymac zwarty, trójszeregowy szyk w klusie czy
            > galopie. Ciekawe co robia tak zwani konsultanci od spraw militariów ?
            Święta prawda. Inna rzecz, że przeszkolenie jeźdźców i koni w taki sposób, żeby
            wykonywali podobne manewry jak to było w prawdziwych bitwach, kosztowałoby
            mnóstwo pieniędzy i zajęło równie dużo czasu. W XVIIw. też tak było - stąd tak
            ogromna cena ówczesnych wierzchowców. Musiały się one nauczyć nie tylko
            skomplikowanych manewrów, ale i uodpornić na strzały z broni palnej.
            Jeszcze a'propos filmów: przedstawiona w "Potopie" wizja bitwy pod Prostkami nie
            ma nic wspólnego z rzeczywistością. Oczywiście w dużym stopniu to "wina"
            Sienkiewicza, który nie dysponował wiarygodnymi źródłami odnośnie tego starcia i
            dużo sobie pofantazjował...Jak było naprawdę możemy sobie przeczytać w wydanej
            niedawno przez "Bellonę" książce o tej bitwie.
            • Gość: tomek Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: *.wis.pk.edu.pl 10.06.02, 13:56
              Przede wszystkim to jednak chyba kwestia checi. Mozna przeciez siegnac do
              rozmaitych bractw rycerskich, towarzystw kultywujacych tradycje polskiej jazdy
              (wczoraj tacy bardzi ladnie jezdzili po krakowskich Bloniach), wreszcie sa
              efekty komputerowe, choc nietanie. Byl kiedys pomysl stworzenia szwadronu
              reprezentacyjnego Wojska Polskiego, ktory moglby rowniez statystowac w filmach.
              Niestety, sprawa nie doszla do skutku.
            • Gość: Pradera Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: *.acn.waw.pl 08.06.02, 21:09
              O to to. Ardeny to film kultowy pod tym względem ;) Co to było to coś co
              udawało niemieckie czołgi? Pershingi czy wczesne Pattony?
              A co do wyszkolenia husarii - Japończycy jakoś mogli się postarać. Widzieliście
              to, co leciało jakiś czas temu na Ale Kino! (nie mam pamięci do tytułów)? Bitwy
              filmowane z helikoptera tak, że można było je śledzić z podręcznikiem taktyki w
              ręku... cudo...
    • Gość: Antoni Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: *.stat.gov.pl 07.06.02, 12:38
      Widziałem samochód w filmie Pan Wołodyjowski. Wojskowy Star 66 jechał w tle
      dość długo przez pól ekranu. Na pierwszym planie grał w tym czasie na zamku
      chyba Łomnicki. Kopie tę oglądałem wkrótce po premierze w kinie w Olsztynie.
      Później widziałem ten film jeszcze kilka razy ale scena ta juz była wycięta.
      Nie wiem jak jest teraz, ale dawniej kopie filmowe wracały z kin do
      dystrybutora, który miał możliwość wycięcia czegoś z własnej inicjatywy lub w
      wyniku odgórnych zaleceń. Poza tym operatorzy filmowi, którzy znali wszystkie
      sceny danego filmu mieli możliwość podreżyserowywania filmów (szczególnie na
      ostatnich nocnych sensach)poprzez nie kończenie wyświetlania poszczególnych
      aktów filmów, czyli przełączanie na następny akt zanim skończy się aktualny
      (film składał się w kilku odcinków taśmy, wyświetlanie jednej trwało około 15
      minut). Czasem i telewizja stosowała podreżysrrowywanie. Na pzrykłąd w
      pierszym odcinku Daleklo od szosy pt. Szpaki jakiś nawiedziny pociął kiedyś
      końcówkę bo mu się wydała za bardzo "erotyczna". W jednym z francuskich filmów
      (nie pamiętam tytułu) z cylku Serce i szpada widziałem żółtego Cytroena jak
      przejechał w tle - ale był starannie zaretuszowany, że dopiero oglądając na
      video klatki stop mozna go było zobaczyć.
    • Gość: Waldek Re: Anachronizmy i absurdy w filmach historycznych IP: *.aap.pl 07.06.02, 15:08
      Widziałem na własne oczy:
      1. W serialu "Gniewko-syn rybaka (koniec lat sześciedziesiątych)" Marek
      Perepeczko schodzi po linie z baszty zamku Malbork na tle przewodów linii
      elektrycznej.
      2. W filmie "Komadosi z Navarony" niemieckie czołgi poruszające się po zaporze
      i okolicy są przemalowanymi sowieckimi czołgami - podobnymi do tych z "Czterech
      pancernych i psa."
    • Gość: sup troche z innej beczki IP: *.poznan.sdi.tpnet.pl 09.06.02, 01:12
      W filmach typu supermen zawsze jak wylatują w przestrzeń
      kosmiczną ze swoim płaszczem ten płaszcz im powiewa ja na wietrze
      a przecież w przestrzeni kosmicznej jest próżnia a nie wiatry
      nie mówie już że gdy wracają do atmosfery to nie
      doznają efektu "wejscia w atmosfere"
      ;-)
        • sze Re: troche z innej beczki 09.06.02, 17:59
          > Nie mowiac o jakze dorbnych szcegolach: brak powietrza w prozni oraz ekstremaln
          > ie niskie cisnienie powodujace natychmiastowe wrzenie wszelkich cieczy (np. krw
          > i w zylach).

          no i takim szczegole, ze w prozny nawet superman natychmiast eksploduje i nawet
          jedna cala komorka po nim nie zostanie

          a poza np. tym trylogia "Indiana Jones" to tez panorama gaf i niedorobek, ale
          mimo to ten cykl to jeden z najlepszych filmow akcji i swietnie sie oglada

    • Gość: PawelD Wajda i Gladiator IP: *.sunsh2.vic.optusnet.com.au 10.06.02, 23:56
      pamietacie ,,lotna"?
      1. szarza ulanow na czolgi - debilizm i (najwazniesze :))) - wbrew regulaminowi
      (nawet szarze na umocnione gniazda karabinow maszynowych byly niedozwolone!!!

      2. Tygrys (1934+ w 1939....

      Gladiator - sceny poczatkowe - taktyka rzymska b. widowiskowa, ale bzdury...
      a) plonace strzaly - fajne - ale jak las sie zapali? to co?
      co wartebedzie zwyciestwo?


      b) bitwa to szereg odosobnonych pojedynkow. I to podstawowa glupota - wojsko
      rzymskie bylo dobre tym ze waczyli jako ZESPOL - tarcze razem zetkniete
      tworzyly szczelny mur i dawaly ochrone;
      gdyby bitwa - jak czesto w sredniowieczu - rozbijala sie na odosobnione
      pojedynki to by ich czapkami nakryli...

      P
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka