Dla davida - poważna analiza jednego (1) filmu...

IP: 213.77.27.* 10.08.02, 21:23
Drogi davidzie!

Sfrustrowanego intelektualną pustynią zbiorowej świadomości innych (to taka
licentia socilogica) pragnę pokrzepić Cię tym oto wątkiem. Podyskutujmy sobie
rzetelnie na temat jednego filmu. Proponuję "Krwawego Romeo" (Romeo is
Bleeding, 1994) Petera Medaka z Garym Oldmanem, Leną Olin i Juliette Lewis.
Film ten jest właśnie tym dziełem, które wywarło na mnie swego czasu
olbrzymie wrażenie (po prostu wchłonął mnie razem z kopytami) i jak dotąd
żaden inny obraz aż tak mnie nie porwał... Mam nadzieję, że oglądałeś (i to w
dodatku nie w telewizji) - jeśli nie, to zaproponuj coś innego (tylko żeby
nie skończyło się to wyliczanką, oczywiście nie tą Greenaway'a).
    • Gość: david Re: Dla davida - powaz˙na analiza jednego (1) film IP: *.icpnet.pl / *.icpnet.pl 11.08.02, 13:35
      milo mi. swego czasu pamietam Romeo tez mnie obezwladnil, ale potem widzialem go
      jeszcze dwa razy i troszeczke moj zachwyt zmalal. za pierwszym razem do tego
      stopnia, ze zastanawialem sie czym ten film ujal mnie na poczatku, a za drugim
      razem ze jednak nie jest tak zle. to ze jest hipnotyzujacy i wciaga w swoj swiat
      od razu nie ulega watpliwosci. doskonale pamietam watek wiecznie niazaspokojonej
      dziury w ogrodzie i erotycznie nipoprawna lene olin. no i jedna z najlepszych
      kreacji oldmana bez ktorego ten film chyba szybko by zkisl. wszak peter medak
      poza Romeo krecil kiedys sporo i chyba dobrze, jednak jego starsze filmy trudno
      sa dostepne, natomiast te po Romeo to istna padaczka {patrz gliniarz z beverly
      hills 3 i gatunek 2}- wystarcza odstraszajace tytuly, prawda? a Romeo sam nie
      wiem. czasami wydaje mi sie glupkowaty, irracjonalny, czasami zas mowie sobie,
      ze o to chodzilo. bez watpliwosci piekna koncowka i swietny tytul. ale cala
      reszta to krwawa, pseudo poetycka, niewymuszenie tandetna jatka.
      rozgoraczkowana, chaotyczna, zywa jednak tkanka.
      pierwszy raz widzialem w kinie, dwa pozostale w tv, ale nie sadze by mialo to
      wplyw na moj odbior.

      ps naprawde zaden inny obraz tak cie nie porwal? <<<<
      • Gość: Sassenach Re: Dla davida - powaz˙na analiza jednego (1) fil IP: 213.77.27.* 11.08.02, 16:53
        David napisał:

        > ps naprawde zaden inny obraz tak cie nie porwal? <<<<

        Aż tak to chyba nie. Oczywiście trzeba wziąć przy tym poprawkę na moją ówczesną
        młodość (liceum, czas matury, itp.), jednak przy tym wszystkim "Romeo is
        Bleeding" zauroczył mnie na całego. Nie poszedłem jednak na ten film zupełnie w
        ciemno: coś niecoś przeczytałem o nim w amerykańskim "Newsweek'u", którego
        podówczas prenumerowałem. Być może recenzja "pokierowała" mną nieco i ułatwiła
        odbiór/interpretację. Bardzo szybko na przykład dojrzałem komiksową stylistykę
        dzieła - "Newsweek'owa" recenzja zilustrowana była bowiem takim komiksowym
        plakatem (obecne wydania tego filmu na VHS czy DVD mają kiczowate, air-brushowe
        okładki).
        Urzekła mnie niesamowicie konsekwencja tego stylu: proste, treściwe dialogi
        współgrające z kamerą Dariusza Wolskiego (na przykład scena w której Mona
        Demarkov uśmiecha się złowieszczo (choć prześlicznie) odwrócona plecami do
        Jacka a twarz jej kadr ścina na pół - takich nietypowych ujęć nie spotyka się
        za często w kinie, to właśnie komiks jest zdecydowanie bardziej
        niekonwencjonalny w tej sferze), moralizujący zza ekranu narrator-bohater (toż
        to standard w "Spidermanach", "Punisherach" i innych Marvelach), meandrowata
        intryga będąca efektem przetrawienienia (twórczego) oklepanych w sumie wątków i
        motywów powieści/kina/komiksu gangsterskiego no i najważniejsze - aktorska
        maestria. Bowiem nie tylko stary dobry Gary wzniósł się na wyżyny, jak to mówią
        Czesi, hrajectwa (podejrzewam, że on rzeczywiście spędził całą noc na
        nadbrzeżnej ławeczce przed spotkaniem z Moną, żeby wyglądać bardziej
        przekonująco z tym nieobecnym, przekrwionym wzrokiem i włosami w nieładzie; nie
        wspomną już o jego nienagannym brooklyńskim akcencie).
        Anabella Sciorra niby w typowej dla siebie roli (w "Pogrzebie" Ferrary to
        prawie ta sama postać), a jednak demoniczna Lena Olin wcale, ale to wcale nie
        przysłoniła granej przez nią Natalie - tym bardziej więc odczuwa się rozdarcie
        Grimaldiego pomiędzy tymi dwiema kobietami (owszem była cała masa innych,
        uosobionych w postaci blond-kelnereczki Juliette Lewis, lecz to te dwie tylko
        damy rozdarły krwawiącą duszę Romeo).
        No i wreszcie ona, szwedzki cud, Lena Olin. O ile amerykańskie recenzje filmu
        były różne, choć oscylujące w dolnych zakresach ocen, to jeden element
        pozostawał niezmienny: "Lena Olin's outstanding performance!". Dawno, ale to
        dawno nie widziałem aktorki z taką swobodą oddającej się swojej sztuce - każdy
        gest naturalny, szczery, niewymuszony, o niesamowitym cielesnym pięknie nie
        mówiąc. Mocny, rozerotyzowany, prawie męski głos i ten żywiołowy śmiech
        dodawały temu filmu jeszcze więcej wigoru. Możnaby rzec, że zakochałem się w
        niej od pierwszego wejrzenia (był to mój pierwszy film z jej udziałem).
        Reszta obsady także nienaganna: Roy Scheider jako dystyngowany ojciec chrzestny
        czy Michael Wincott (za samą gębę powinien dostać Oskara, albo dożywocie) jako
        łącznik z mafią.
        Tyle, mniej więcej od strony warsztatowej. Jeżeli zaś chodzi o historię to
        zgodzić się mogę, że jest w wielu miejscach nieco infantylna, epatująca
        niepotrzebnie przemocą, czy ocierająca się o plagiat. Jeżeli jednak potraktować
        ten film jako współczesną, wielkomiejską baśń z morałem (myślę, że
        zabieg "komiksacji" miał temu właśnie służyć), to słabości tej opowieści
        wymienione powyżej stają się jej siłą. Ten film prawie do końca oglądamy oczyma
        prostego nowojorskiego gliniarza z ludu (bo udający barmana (barman w urban
        folklorze to taki niby bajarz, dziad wędrowny: dużo widział, dużo słyszał i
        dużo opowiada) w ramach programu ochrony świadków Grimaldi to wciąż ten
        sam "romantyczny facet"), jak więc się spodziewać po nim spostrzeżeń
        wznioślejszych niż "Miłość jest taka straszna dlatego, że to nie tyj nią
        władasz - ona włada tobą", czy "Piekło jest wtedy kiedy miałeś się wycofać, a
        się nie wycofałeś". Zresztą jeżeli wziąć dowolne sentencje i cytaty, po czym
        obrać je z wyszukanej składni, słownictwa, tropów literackich, itp. to zostaną
        nam po nich banalne truizmy, niegodne nawet filozofującego alkoholika.
        Więc jako współczesna baśń o człowieku, "który zakochał się w dziurze w ziemi",
        o "duchu straszącym we własnym grobie" film ten poruszył mnie od stóp do głów.
        Były rzecz oczywista i inne dzieła filmowe, które wywarły na mnie ogromne
        wrażenie. Kilka miesięcy przed Romeo is Bleeding obejrzałem "Brzuch
        architekta", jedno z niewielu dzieł Greenaway'a, które do końca trawię, być
        może dlatego, że w filmie tym, co dla Petera G. bardzo nietypowe zagrał aktor
        znany (nie spodziewałem się po Brianie Dennehym takiego występu) i co jeszcze
        bardziej nietypowe film obfitował w zbliżenia pozwalające zidentyfikować
        twarze. Ta maniera greenawayowskich scen zbiorowych, kręconych z odległości co
        najmniej 30 m jest na przykład w "Drowning by Numbers" czy "The Contract of a
        Droughtsman" nie do zniesienia: nie wiadomo, kto do kogo co i po co mówi.
        A "The Belly of an Architect" był po prostu rewelacyjny - niesamowity opis
        zderzenia człowieka owładniętego ideą z rzeczywistością nogami i rękami
        zapierającą się przed wprowadzeniem tej idei w życie. I niewiadomo w końcu czy
        zostaje się męczennikiem czy pośmiewiskiem.
        Na pierwszym roku studiów wybrałem się na debiut reżyserski Lyncha, "Głowę do
        wycierania". Oglądając ten majstersztyk aż trudno uwierzyć, że ta sama osoba, z
        tak godną podziwu dyscypliną operująca (z chwilowego braku lepszego
        słowa) "odjechanymi" środkami wyrazu nie zapominając przy tym o spójności
        dzieła, daje się po, bądź co bądź, ćwierćwieczu pracy jak dziecko uwodzić
        własnym wizjom i wypuszcza tak ewidentne nonsensy jak "Zagubiona autostrada",
        które tylko rozchwiane emocjonalnie i (może przede wszystkim) intelektualnie
        licealistki kupią.
        Z pozakinowych dzieł (po prostu oglądałem te filmy w tv albo na video) warto
        wymienić przede wszystkim... no tak, nie znam tytułu... W swoich początkach TVN
        puściła parę godnych uwagi filmików i to o porze równie dziwacznej, co te
        filmy, tj. o 17.30 w niedziele. Pierwszy był o kolesiu-śmieciarzu, któremu
        wyrosła na plecach trzecia ręka, a drugi o dziennikarzynie spisującym biografię
        jakiegoś cienkiego aktora klasy c (ze źle zoperowanym plastycznie podbródkiem),
        który chcąc uwolnić się od swojej toksycznej dziewczyny przeprowadza się do
        nowej dzielnicy w Los Angeles, zamieszkanej przez kompletnych świrów z
        amarykańskich przedmieść (temat dość często eksploatowany przez niezależne kino
        amerykańskie) i pewnego dnia odkrywa, że jego sąsiad osiłek jest seryjnym
        mordercą, który upodobał sobie nieuprzejme ofiary.
        Warto jeszcze wspomnieć o oglądanym w Jedynce już jakiś czas temu film Todda
        Solondza (tytułu nie pamiętam) o brzydkiej dziewczynie. Tak wnikliwej analizy
        dorastania dziewczynki obarczonej piętnem nieatrakcyjności w środowisku tak
        mocno akcentującym kwestie urody, jakim jest bez wątpienia amerykańska szkoła,
        jeszcze nie widziałem.
        No, mam jeszcze/już za sobą kilkuletni okres intensywnego oglądania video i tam
        też zdarzały się perły i perełki.
        Acha, byłbym nieszczery przemilczając cały nurt filmowy wstrząsający mną w
        przeszłości i do dziś, mianowicie... porno. Ale to chyba nie temat na Portal
        Gazety.
        Może teraz Ty, davidzie, wyrzucisz z siebie te wszystkie tkwiące w Tobie
        niewypowiedziane myśli na temat kina, filmów...

        Z poważaniem,
        Sassenach
        • Gość: david Re: Dla davida - powaz˙na analiza jednego (1) fil IP: *.icpnet.pl / *.icpnet.pl 11.08.02, 22:20
          Gos´c´ portalu: Sassenach napisa?(a):

          > Moz˙e teraz Ty, davidzie, wyrzucisz z siebie te wszystkie tkwia˛ce w Tobie
          > niewypowiedziane mys´li na temat kina, filmów...


          uh postaram sie bo zaimponowales mi romiarem i zaangazowaniem z jakim pisales o
          swoim ukochanym kinie. u mnie chyba jest tego zbyt duzo by tak po prostu
          wygarnac chociazby wiekszosc. postaram sie o najwazniejszym. a na poczatek
          nawiaze do kilku twoich kwestii. w punktach bedzie najlatwiej

          1 mam ochote po raz 4ty obejrzec Romea. bardzo lubie czytac teksty pasjonatow.
          strasznie zachecaja do obcowania z przedmiotem podniecenia, wrzucaja czytelnika,
          pozniej widza na nowe tory wspolnego odkrywania i poznawania tego co wydawalo
          sie juz odkryte i poznane.

          2 greenawayem jestem juz troszeczke zmeczony a ostatnie jego dziela tylko
          poglebiaja ten moj stan. 8 ipol kobiety to po prostu zalosc. gdybym mial
          wymienic ulubione bylyby to architekt. kucharz i chyba dziciatko bo dobrze je
          wspominam. ale tez dawno tych filmow nie widzialem stad nie wiem czy teraz bym
          je strawil. a chwileczka, zapomnialem Zet jest najlepsze. ale w zadnej mierze
          nie umiescil bym greenawaya w swojej dziesiatce ulubionych rezyserow {o kurwa
          toz to ranking !}.

          3 jezeli chodzi o lyncha to rzecz ma sie zupenie inaczej i teraz uwazaj zeby nie
          spasc z krzesla, bo zagubiona autostrada to moj ulubiony twor tego malarza.
          oczywiscie wymiekam na glowe, czlowieka i blue velvet, ale autostrada jest mi
          najblizsza. uwielbiam ten klimat, niedopowiedziane znaczenia i chore rojenia.
          potrafie je odczuc, przemawiaja do mnie, wabia, zwodza i mowia cos waznego. za
          kazdym razem cos innego. a poczatkowe 30 minut ze znajdowaniem tasmy vhs na
          schodach uwazam za rewelacyjne. takiej zlowrogiej i mrocznej sily wylaniajacej
          sie sprzed drzwi naszych mieszkan rzadko w kinie mozna doswiadczyc {kocham za to
          tez lokatora polanskiego i bartona finka coenow}. ten film jest dla mnie idealny
          z zajebista petla i moja ulubiona klamra laczaca poczatek z koncem w zaskakujacy
          znaczeniowo sposob. od lyncha juz chyba nie tak bardzo daleko do cronenberga z
          ktorego videodromem, crashem i nierozlacznymi jestem nierozlacznie zwiazany.
          NIECZ ZYJE NOWE CIALO !!! to filmy pod pozorem zimy bardzo przejmujace i smutne.
          koncowka videodromu to jedna z najsmutniejszych filmowych scen. absolutna.

          4 kocham kino szczere i prawdziwe. moze byc ekstremalne. kino jakiego dzis poza
          wspomnianymi {i kilkoma niewspomnianymi} wyjatkami trudno doswiadczyc. wlaczam
          sobie video i telewizje. lata 40te, 50te, truffauta i fr nowa fale. mlodych
          gniewnych angielskich. jamesa cagneya i film noir. lata 70te amerykanskie-
          harrego, bullita i muzyke lalo schifrina do tych. taksowkarza! goraczke
          sobotniej nocy. wczesnego briana de palme- hi mom! swiadka mimo woli, carrie, no
          i czlowieka z blizna, na zawsze. polanskiego do pewnego momentu. bergmana,
          tarkowskiego oprocz ofiarowania. felliniego niebieskiego ptaka i noce cabirii.
          noc i zacmienie antonioniego AH basta koniec wyliczanki!

          5 etc.

          6 welcome to the dollhouse to film todda solondza, o ktorym pisales. z 1995
          roku. teraz po rewelacyjnym happiness nakrecil storytelling z pieknymi
          piosenkami grupy belle and sebastian. tego filmu jeszcze u nas nie bylo. ciekawe
          czy bedzie?

          7 musimy zredukowac temat. pogadajmy o kinie porno. srac na gazete, mimo iz jest
          bardo mila udostepniajac nam swoich stron. jestem ciekawy za co je lubisz. moze
          znow natkniemy sie na zbieznosci {czt. zbereznosci} miedzy nami, chociaz nie
          obiecuje. jesli sie tego podejmiemy, trudny to, ryzykowny i chwiejny temat, z
          ktorego jednak moze urodzic sie cos wyjatkowego.

          krepujace to jakis jest. takie pisanie. w takich ilosciach. ludzie czytaja. a tu
          jeden z drugim sobie nawijaja.


          pozdrawiam serdeczni
          • Gość: Sassenach No to teraz trochę o pornografii... IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 13.08.02, 13:26
            Davidzie!
            Już po raz wtóry piszę tę wiadomość, ponieważ w mieście wielkości Poznania
            zdarzają się od czasu do czasu przerwy w dostawie prądu właśnie wtedy, kiedy
            jesteś w połowie czegoś ważnego i energii elektrycznej wymagającego.
            Gwoli dodatkowego usprawiedliwienia mojej opieszałości w prowadzeniu dyskusji
            dodać mogę jeszcze, że nie jestem na tyle uzależniony od Internetu (i zarazem
            uniezależniony od opłat za korzystanie zeń), aby noce i dnie spędzać na Portalu
            GW. Poza tym, jak zapewne sam się niejednokrotnie przekonałeś, Sieć to
            straszliwe odzwierciedlenie stanu ludzkich umysłów, i czasami po prostu lepiej
            zamknąć na to oczy.
            Jeżeli chodzi o zapewnienie odpowiedniego poziomu prywatności niniejszego
            wątku, to można być zupełnie spokojnym: jego tytuł nie brzmi "NAJŚMIESZNIEJSZE
            CZESKIE TYTUŁY FILMÓW", wykrzyczany wielkimi literami, i nie zawiera ponad 40
            postów. No i chyba nie wpadnie tu żaden kolega-internauta z tekściorem w
            stylu: "Hejka david, myślałem że siedzisz na Forum Humorum" (z całym szacunkiem
            dla naszej arcyzabawnej młodzieży).
            Po tym nieco przydługim (szczególnie, kiedy pisze się to drugi raz) wstępie
            przejdźmy do punktu 7, czyli "pornografii".
            Wpierw kwestie terminologiczne. Wielka Encyklopedia Powszechna z 1961 r.
            definiuje pornografię następująco: "(gr. ))porno(( nierządnica, ))grapho((
            piszę), pisma, druki, wizerunki i inne przedmioty wywołujące u odbiorców
            podniecenie płciowe lub wpływające na jego pobudzenie." Pomijając przy tym dość
            kontrowersyjną kwestię tego, jak w sposób ścisły, "prawnie niewątpliwy"
            określić, jakie konkretnie treści wywołują, czy mogą wywołać seksualne
            podniecenie (choć moim zdaniem jest to w dużym stopniu zagadnienie czysto
            akademickie, bo z wyjątkiem nielicznych w końcu przypadków granicznych mało kto
            chyba, w historycznie danym momencie ma problemy ze wskazaniem na to, co jest
            bez wątpienia porno dziełem), warto zwrócić uwagę na fakt, iż treści
            pornograficzne nie są przypisane wyłącznie do jakiejś jednej dziedziny sztuki
            (odrzucić przy tym należy wszelkie elitarne rozumienia sztuki), i że z właściwą
            sobie swobodą wykorzystują każdy środek artystycznej ekspresji. Mamy więc porno
            literaturę (nie waham się użyć tego słowa), fotografię, film, być może nawet
            muzykę (ciekawe tylko jaką?), itp. itd. O multimedialności pornografii
            najdobitniej świadczy Internet właśnie: zalegający niezmierzonymi zasobami
            pism, fotek, grafik (zarówno zeskanowanych, jak i od początku do końca
            wygenerowanych przez komputer), coraz dłuższych mini-filmików; a to wszystko
            zaaranżowane na różnorakie sposoby, od zwykłych płatnych witryn (najłatwiej
            poznać je po przesycie różu), poprzez kluby dyskusyjne, porady, czy strony
            oficjalne organizacji zajmujących się ludzką seksualnością (gejowskie
            stowarzyszenia, czy wspólnoty sadomasochistów), po najnowszy krzyk mody, czyli
            amateur sites. Można więc powiedzieć, że pornografia nie stanowi odrębnego
            gatunku, dziedziny sztuki czy nie-sztuki, a raczej pewien motyw, temat zawsze
            obecny, tak jak śmierć, cierpienie, miłość i inne atrybuty ludzkiej natury
            (czymkolwiek by ona nie była).
            Lecz forum niniejsze poświęcone jest kinu, czy szerzej mówiąc filmowi, skupię
            się więc na tym. O tym, że pornografia miała swój niemały udział w narodzinach
            i rozwoju kina przekonywać chyba muszę. Mało bowiem kto zdaje wie, że owo
            jarmarczne dziwo, jakim była lanterna magica, nierzadko ukazywała zaglądającym
            do środka ruchome scenki burdelowe i tym podobne historyjki.
            Roboczo podzielić można rozwój "pornokinematografii" na kilka faz:
            Okres pierwszy, trwający od początków kina do czasu rewolucji seksualnej.
            Charakteryzował się amatorskim podejściem, silnym powiązaniem ze światkiem
            prostytucji. Jako, że twórczość ta z wiadomych powodów krążyła w drugim obiegu,
            krąg odbiorców był dość wąski, przeciętny zjadacz sprośnego chleba zadowalać
            musiał się w dalszym ciągu ofertą "Adult Book Store'ów".
            Przełom następuje na przełomie lat 60 i 70, choć wnikliwy badacz zapewne
            zauważy wcześniejsze jego jaskółki. Legendarna rewolucja seksualna w Ameryce,
            Wielkiej Brytanii i w mniejszym stopniu reszcie Europy Zachodniej, wraz z
            kwestiami równouprawnienia płci, dyskryminacji rasowej, wojny w Wietnamie
            postawiła na forum publicznym kwestię pornografii. Najsłynniejszym chyba
            symbolem owego czasu jest pomnikowe dziś dzieło "Głębokie Gardło" z Lindą
            Lovelace, jeden z nielicznych (lekki bo lekki, ale jednak) pornosów, który
            wyświetlany był przez wiele sezonów w "normalnych" kinach. Drugą postacią-
            legendą tych lat, nie kojarzoną za bardzo poza USA była sławetna dziewczyna z
            mydełka Ivory, Marylin Chambers, która będąc znana wszystkim myjącym się
            Amerykanom z reklam i opakowania tego detergentu, zdecydowała się zagrać w
            kilku naprawdę odważnych w tamtych czasach filmikach, gdzie eksperymentowała z
            przeróżnymi odmianami miłości. Dziś jest ona poważnym producentem telewizyjnym
            i filmowym w Hollywood (m.in. "Opowieści z krypty"). Był to chyba
            najpiękniejsza, romantyczna era rozwoju kina porno. Choć jeszcze duże są
            związki porno-kina z prostytucją (sama Linda Lovelace była ponoć "dobrze
            wytresowaną" przez swojego alfonsa-partnera mewką, specjalizującą się w różnych
            łóżkowych sztuczkach, nie tylko w głębokim gardle, w kolejnych jej filmach mamy
            do czynienia z dużo bardziej zaawansowanymi technikami seksualnymi), to widać
            już stopniową rekrutację aktorek i aktorów spoza branży. Dużo przy tym
            eksperymentowania, zarówno w treści, seksualnej zawartości jak i w zabiegach
            warsztatowych (ujęcia, oprawa muzyczna). Właśnie wtedy mają miejsce, wspomniane
            już w innym wątku tego Forum, mniej lub bardziej udane próby fabularyzacji
            pornografii czy też "pornografizacji" filmu fabularnego ("Kaligula", czy też
            niemieckie "Caryca Katarzyna" i "Rasputin").
            Okres trzeci - lata osiemdziesiąte. Następuje wtedy burzliwy rozwój filmowej
            pornografii, związany przede wszystkim z rozwojem domowego video. Powoli
            rezygnuje się z kamer filmowych na rzecz videokamer (choć do dziś Włosi
            produkują charakteryzatorsko wyszukane, kostiumowe pornole kręcone w plenerze
            kamerami filmowymi). Z tego względu plenerówki powoli stają się rzadkością,
            ustępując miejsca scenerii prywatnych apartamentów czy mini-studiów.
            Profesjonalizacja zawodu porno-aktora, porno-aktorki pogłębia się. Pojawia się
            nowe zjawisko pornogwiazdki. Choć to w większości kobiety hołubione są przez
            porno-widownię, to prawdziwy znawca tematu nie może nigdy pominąć takich
            nazwisk jak John Holmes czy Ron Jeremy (człowiek instytucja). W coraz większej
            liczbie krajów rozwija się produkcja filmowa. Początkowo przodujące Skandynawia
            i Ameryka szybko dogonione zostają przez (przede wszystkim) Niemcy, Francję,
            Włochy, Holandię. Ze względu na odmienności kulturowe i prawne ograniczenia
            obyczajności narzucone przez USA po II wojnie światowej porno-kinematografia w
            Japonii obiera własną drogę (ta słynna pikselizacja spornych części, czy
            pozornie aseksualne fetysze). Szybko następuje tematyzacja dzieł ze względu na
            różnorodność ludzkich zachowań seksualnych: są filmy gejowskie, sado-maso, dla
            doceniających obfitsze kształty, dla wielbicieli starszych pań, itd. itp.
            Kształtują się przy tym style narodowe porno-filmów, i widz szybko orientuje
            się jakiej produkcji jest film, nawet gdy został on sześciokrotnie zdubbowany i
            opatrzony napisami. Powoli daje się też zauważyć wzrastające wyrafinowanie
            prezentowanych technik seksualnych: seks oralny staje się standardem każdego
            filmu, tuż za nim tą samą drogą podążają inne "bezeceństwa", itd. Rozwój filmu
            pornograficznego osiąga swą pełnię na przełomie lat 80 i 90. Relatywnie niskie
            koszty produkcji jednego video-pornola sprzyjają obfitości tytułów na rynku,
            lecz jednocześnie pogarszają ich jakość. Scenarzyści, szczególnie niemieccy,
            nie wysilają się zupełnie, nawet nie nad fabułą (bo po co tu
            • Gość: david Re: No to teraz troche˛ o pornografii... IP: *.icpnet.pl / *.icpnet.pl 13.08.02, 17:02

              troszke sie, powiem szczerze wymigales Sassenachu od mojego pytania i z
              latwoscia napisales co wiesz o porno filmie w skrocie. a mnie interesowalo to
              co cie w nim pociaga, za co ja lubisz ? czy sa to momenty przejsciowe,
              krotkotrwale, a potem odchodzisz i znowu wracasz. czy kochasz po prostu te
              stylistyke, czasami tandetna, sztuczna, bulwersujaca, brudna , smieszna.
              odpychajaco-przyciagajaca. czy ogladasz porno tak jak inni lubia sensacie,
              horror etc. czy jest to srodek podniecajacy, przejsciowy?
              jednak z tego co wyzej napisales wnioskuje, ze to twoja pasja. a wiem pasje
              trudno racjonalnie wytlumaczyc. cos sie lubi bo sie lubi. dlatego wybacz mi te
              nie do konca moze sprecyzowane pytania i moze wcale niepotrzebne pytania.

              ale widzisz, w normalnym standardowym filmie mozna powiedziec o aktorze np.
              swietnie zagral te czy tamta scene, a w porno? o boze ale miala piekny {udawany}
              orgazm. zatem tez aktorstwo, hm? no ale np. {wybacz} nasienie lecace przez pol
              pokoju komus na twarz. piekny lot, mowie wam, musicie zobaczyc ten film, po
              prostu rewelacja.
              moze to co pisze jest troszeczke nie skladne, a moze cos w tym jest. porno to
              ryzykowny temat. balansuje sie na granicy i wszystko mozna podwazyc. poddac w
              watpliwosc, zaprzeczyc. czyli niby tak jak z kazdym innym filmem, a przeciez
              jest roznica. rozmawialismy o tym troche w watku -czy film porno moze byc dobry
              jako film, nie pornos-. i cos sie tam chyba urodzilo. nie wiem czy w filmie
              porno mozna znalezc cos po za podnieceniem? cos dla ducha, nie ciala?
              napisz cos od siebie. bardziej z brzucha niz z glowy. a po tym temacie moze
              zrobimy sobie relaks i pogadamy o kinie czeskim. lub innym.

              ps ucielo koncowke w twoim ostatnim wpisie, moze tam bylo jeszcze cos istotnego.

              ps. smieszylo mnie przeczucie, ze jestes z Poznania i moze mieszkasz na
              przeciwko mnie. Teraz wiem, ze to mozliwe. Moze kiedys w przyplywie odwagi
              umowimy sie na piwko.

              pozdrawiam bardzo
              • Gość: Sassenach Re: No to teraz troche˛ o pornografii... IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 13.08.02, 19:14
                Davidzie drogi,

                Może nie tyle wymigałem się, ile nie chciałem zbytnio popuścić wodzy i
                wypisywać rzeczy, za które potem nachodziliby mnie różni tacy z Wydziału do
                Walki ze Zorganizowaną Przestępczością...
                Myślę, że mam już za sobą okres intensywnego oglądania pornografii... na video.
                Zgodnie z duchem czasu, postępem, pieniędzmi (a raczej ich brakiem) większość
                materiałów dostarcza mi Światowa Pajęczyna. Dlatego trudno rozmawiać mi
                wyłącznie o porno-filmach, nienaturalnie pozostawiając przy tym na boku
                pozostałe nośniki treści nieprzyzwoitych. Chociaż przyznać należy, iż jak dotąd
                jedynie film najpełniej odmalowuje wszelkie ludzkie akty (w tym także
                kopulacji), więc film pornograficzny to szczytowe osiągnięcie w opisywaniu
                bezmiaru człowieczej lubieżności.
                A z przeżyciami estetyczno-artystycznymi w pornografii jest poniekąd tak, jak
                ze słuchaniem muzyki. Tylko wytrawny meloman z dużym doświadczeniem wchłaniać
                będzie, trawić i przeżywać wszystkie nuty utworu naraz i każdą z osobna,
                przeciętnego zaś słuchacza ujmie być może tylko jeden motyw, riff, pauza,
                refren, brzmienie głosu czy instrumentu. Nie oznacza to wszakże, iż muzyczne
                przeżycia pierwszego są donioślejsze, dogłębsze czy pełniejsze względem przeżyć
                drugiego. I wbrew pozorom wrażenia czysto erotyczne są równie niejednoznaczne i
                złożone. To tylko w czasie ogłądania pornoli w większym gronie kolesiów wszyscy
                reagują podobnie, rechotając głośno w tych samych momentach, komentując
                niewybrednie wdzięki aktorek i atrybuty aktorów oraz brzydząc się przy
                ostrzejszych scenkach. Prawdziwe przeżywanie pornografii jest równie intymne,
                jak przeżywanie muzyki. Niby z zewnątrz widać natężoną uwagę, oznaki
                podniecenia czy odrazy, ale co w tym czasie rozgrywa się w głowie odbiorcy nie
                wie nikt, czasem nawet on(a) sam(a). I podniecać/uwzniaślać może wiele
                elementów - przepiękny lot nasienia przez pół kadru z lądowaniem na kobiecej
                twarzy, zgranie muzyki z akcją (proponuję stare (z końca lat 80) sex videoclipy
                Teresy Orlowski, zabawne i genialne zajawki innych produkcji), atmosfera
                zdarzenia czy inaczej okoliczności przyrody, uroda (a może raczej urok)
                aktorek, tandetnie nierealistyczny scenariusz, albo po prostu prezentowana
                technika. Do dziś na przykład pamiętam pierwszego mojego pornosa "Szwedki z St.
                Tropez" (co najwyżej początek lat osiemdziesiątych), który zaczynał się
                intrygującą scenką z plaży, gdzie zakopana po szyję ślicznotka obsługiwała
                ustami resztę aktorskiej obsady (note bene był to pornograficzny "teatr w
                teatrze" - pornos o kręceniu pornosa). Nie dość, że pomysł był, jak na porno-
                film przedni, to jeszcze konsekwentnie zrealizowany.
                Jeżeli chodzi o tandetę, brud, i tym podobne kwestie to pornografii nie można
                traktować hurtowo jak mąki (choć na mące też sie trzeba znać). Należy ostrożnie
                wybierać, wiedzieć czego się szuka, a uniknie się rozczarowań, niechcianego
                brudu, słabej jakości. Agnieszka Chylińska na pewno coś o tym wie.
                No i właśnie dzięki pornografii można zdefiniować własną seksualność, przekonać
                się co się lubi, a czego nie bardzo, naładować fantazję, wyrazić wreszcie to,
                czego się nie umiało, dać imę swym pasjom i wyjść w końcu z etapu
                niekontrolowanej, zwierzęcej żądzy, nad którą się nie ma żadnej władzy. To
                zapewne kontrowersyjna wypowiedź, jednak obstawał będę przy swoim stanowisku
                dotyczącym edukacyjnego aspektu pornografii.
                Obecnie jednak źródłem moich największych wzruszeń są nie filmy (choć do
                niektórych z nich lubię wracać), lecz znajdowana w Necie literatura erotyczna
                autorstwa najczęściej domorosłych pisarzy. Pomijając kwestie literackiej
                niedojrzałości tych dzieł (chociaż znajdzie się naprawdę wiele perełek),
                maniakalnych niejednokrotnie fetyszów, czy sztuczności szkicowanych postaci i
                sytuacji, to naprawdę z podziwu wyjść nie można nad nieogarnioną aktywnością
                intelektualną ludzi w tej sferze. Internetowa literatura erotyczna wprost kipi
                pomysłami, z których wiele nie ma żadnych szans realizacji. Pokazuje zarazem,
                że seksualnym obiektem uczynić można dosłownie wszystkich i wszystko.

                PS. Piwka niestety nie piję (taki już ze mnie dziwoląg), ale może kiedyś na
                jakimś seansie w Malcie, czy coś...

                Sassenach
            • Gość: Sassenach Re: No to teraz trochę o pornografii(2) IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 13.08.02, 19:16
              (bo po co tu fabuła) lecz nawet nad choreografią, operatorzy kamer na co dzień
              zajmują się zapewne przyjęciami weselnymi i komuniami, a chętne na wszystko
              aktorki hurtowo przywozi się z Czech i Węgier. To jeżeli chodzi o Europę. W
              Ameryce zaś widoczny jest odwrót od wywalczonych wcześniej swobód seksualnych
              (ostatni hollywoodzki film, na którym widać damskie cycki to
              bodajże "Showgirls" Verhovena (tylko świntuch Holender mógł się zdobyć na coooś
              takiego), skandal niebywały!), który dotyka także branżę porno. Filmy
              łagodnieją, kobieca obsada robi się coraz bardziej zmodyfikowana cieleśnie (co
              samo w sobie nie jest najgorsze, lecz fakt że modyfikacje te są uniformizowane -
              biust rozmiar 36D, włosy blond, kolczyk w pępku), tak więc dla dystrybutorów w
              USA filmy europejskie to "najgorętszy towar na półkach!". Pojawienie się DVD
              nie wnosi, jak na razie (tak samo jak w przypadku mainstreamowej
              kinematografii) żadnych godnych uwagi zmian: filmy po prostu przenoszone są na
              inny nośnik. Na szczęście pojawia się w miarę ukształtowany nurt, o tyle
              interesujący, że rodzi się w najbardziej pożądany chyba w demokratycznych
              społeczeństwach sposób, mianowicie w wyniku oddolnej inicjatywy. Mam tu na
              myśli nurt amatorski. Owszem istniały wcześniej filmiki w stylu: "Gorące
              debiutantki" czy "Sprośni naturszczycy", jednak były to całkowicie produkcje
              przemysłu, jedynie część (lub całość) obsady była "z łapanki". Teraz jednak
              każdego obywatela (przynajmniej na Zachodzie) stać na dobrą, cyfrową kamerę,
              podręcznik video-filmowania i witrynę Internetową, w której prowadzić można
              sprzedaż owoców swojej namiętności. Choć początkowo nurt ten wydawał się zbyt
              amatorski, aby zagrozić pozycji wielkich pornobiznesów, to z czasem okazało
              się, że wnosi on odświeżające spojrzenia na sferę seksualną człowieka, sprytnie
              wypełnia luki i zaniedbane przez ten przemysł miejsca, jest (dzięki
              Internetowi) łatwiej i taniej dostępny, a także w niedostępny dla pełnego
              gwiazdorstwa i przepychu światka pornogwiazd pozwala na utożsamienie się
              odbiorcy z twórcami (bohaterki to przecież tzw. sąsiadki "girls next door").
              Internet także naruszył znacznie pozycję porno-profesjonalistów. Bowiem nagle
              maniakalny odbiorca pornografii, klient niezliczonych seks szopów przeobraża
              się w "producenta-dystrybutora": skanuje zdjątka z nagromadzonych przez lata
              magazynów, zgrywa na pliki kawałki filmów i za 24,95 $ miesięcznie udostępnia
              je swoim najwyraźniej młodszym lub mniej zaradnym kolegom. Nie bez znaczenia
              jest przy tym fakt, że sam będąc koneserem najlepiej wie, co lubią tygrysy, a
              osoby z branży czasem za sztywno trzymają się... kanonu.
              A na koniec odpowiedź na nie zadane pytania: "Czy porno może być dobre jako
              film, a nie jako porno?"
              Odp. Tak. Nigdzie bowiem nie jest napisane, jakim cechy ma posiadać film. Samo
              słowo "film" oznacza błonę, coś przejrzystego, odnosi się więc przede wszystkim
              do nośnika, a nie do formy czy treści. Przecież oprócz filmu, rozumianego jako
              film fabularny (czyli bajkę, a więc dzieło zbliżone do literatury) istnieje
              jeszcze film dokumentalny, edukacyjny, propagandowy, eksperymentalny, itd.,
              itp. Nikt przecież nie wymaga od kolejnego nudziarstwa o Serengetti, aby
              dialogi były żywsze, zdjęcia naturalniejsze a wydźwięk ogólny mądrzejszy.
              Pojawiające się ostatnio zabiegi fabularyzacji tego gatunku (opowiadanie
              jakichś historii rodziny pawianów, czy w przypadku programów historycznych
              bieganie pomyleńców z szablami w celu inscenizacji bitwy pod Waterloo) moim
              zdaniem nie służą sprawie, bowiem naczelnym zadaniem filmu dokumentalnego jest
              możliwie jak najobiektywniejsza prezentacja faktów (dobra, dobra, wiem, że coś
              takiego nie istnieje). A głównym zadaniem pornografii (czy to na papierze, czy
              w kamieniu, czy na ekranie) jest (nie oszukujmy się) wywołanie seksualnego
              podniecenia. A to czy dla kogoś erotyczne uniesienie stanowi pozytywne
              doznanie, czy mroczną słabostkę, której powinien się wstydzić, to już inny
              problem. Tak więc film pornograficzny może być dobry, i jako film i jako przede
              wszystkim pornografia. A ta płacząca blondynka z kawału z wątku "Czy porno..."
              jest uosobieniem niezrozumienia istoty pornografii, a jest nią czysta, swobodna
              uciecha płciowa. A okołopornograficzne wtręty w "wielkim" kinie, to w ten
              sposób, w jaki się to robi, są nieporozumieniem. Najczęściej temat
              przedstawiany jest w niekorzystnym świetle. Filmy takie
              jak "Pianistka", "Ostatnie tango w Paryżu" czy "Gorzkie gody" zajmują się
              przedstawianiem negatywnych stron ludzkiej płciowości, seks traktując jako
              jakąś siłę fatalną, pożerającą w końcu opętanego nią bohatera. Skąd się to
              bierze - pojęcia nie mam. W każdym bądź razie większość prawdziwych pornosów
              jest wręcz infantylnie pozytywnie nastawiona do świata.

              Na razie tyle,

              Sassenach
              • Gość: david Re: No to teraz troche˛ o pornografii(2) IP: *.icpnet.pl / *.icpnet.pl 13.08.02, 22:44
                uh. o to mi chodzilo. bardzo przyjemnie mi sie ciebie czyta. wlasciwie nie wiem
                co dodac od siebie. chyba wyczerpales Sassenachu watek filmu porno. ja jako
                mniej doswiadczony w temacie dyskusji moge ci tylko podziekowac za twoja
                szczerosc i otwartosc. teraz pozostaje mi tylko wybiec do wypozyczalni video i
                nadrabiac miesiacami straty. troszeczke zartuje. nie uwazam tego za strate. ale
                piszesz tak sugestywnie i z taka pasja, ze niejeden dalby sie nabrac na
                szlachetna moc dzialania pornosow. jednak kazdy kijek ma dwa konce. i trzeba
                uwazac bo co jednemu sluzy to drugiemu niekoniecznie. nie we wszystkim sie z
                toba zgadzam, ale porownanie z muzyka i melomanami bardzo ladne i czytelne. czy
                widziales boogie nights- paula thomasa andersona z 97 roku, bardzo dobry film o
                przemysle pornograficznym w stanach lat 70tych. ach i ten mark wahlberg jako
                dirk diggler. pasjonujaca wyprawa za kulisy produkcji. troche pewnie
                podkolorowana w roznych miejscach, z julianne more i philipem seymourem
                hoffmanem, ktorych bardzo lubie. z boogie nights wspominam czesto razem
                happiness nie wiem dlaczego. moze tez przez philipa. to takie kino amerykanskie
                bedace kontynuacja lat 70. szczere, drapiezne i prawdziwe w ukazywaniu ludzkich
                stanow i demonow. cassavetes i lumet.

                a wracajac na ziemie, jaki film kinowy zrobil ostatnio na tobie wrazenie? czesto
                chodzisz do kina? ostatnio coraz gorzej, ale wyszperac cos chyba czasami mozna.
                a najwieksza wpadka ?

                a co pijesz? alkoholu w ogole, czy piwko za slabe?

                a david.<<<
                • Gość: david Re: No to teraz troche˛ o pornografii(3) IP: *.icpnet.pl / *.icpnet.pl 13.08.02, 23:25
                  jeszcze cos mi sie przypomnialo. dla rownowagi. pornografia nie jest
                  inspirujaca. czesto jest przykra. odrealnia, izoluje. wciaga, wysysa i niewiele
                  daje w zamian. co gorsze moze stac sie nalogiem. a do czego prowadza nalogi
                  moglismy zaobserwowac w zurnalowym filmie aronofskego. <<<<<<<<<<<<<<<<<<<
                  .<<<<<<<
                • Gość: Sassenach Największe ostatnio wrażenie i największa wpadka IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 14.08.02, 08:40
                  Gość portalu: david napisał(a):

                  > widziales boogie nights- paula thomasa andersona z 97 roku, bardzo dobry film
                  o
                  > przemysle pornograficznym w stanach lat 70tych.

                  Nie. Pewnie dlatego, że nie dowiedziałem sie z gazet w porę o nim. Ale wyskoczy
                  się do Beverly Hills Video i po krzyku.

                  > a wracajac na ziemie, jaki film kinowy zrobil ostatnio na tobie wrazenie?
                  czesto
                  > chodzisz do kina? ostatnio coraz gorzej, ale wyszperac cos chyba czasami
                  mozna.
                  >
                  > a najwieksza wpadka ?

                  Do kina staram się chodzić regularnie, choć nie tak często, jak ta
                  najsłynniejsza para staruszków-kinomanów (chociaż coraz częściej natykam się na
                  nich na seansach - czy to oznacza, że zwiększam częstotliwość swych wizyt w
                  przybytkach X Muzy, czy po prostu oni są już we wszystkich kinach na wszystkich
                  możliwych filmach?). Są oczywiście ograniczenia: finansowe, repertuarowe
                  (niektóre tytuły wręcz odstraszają), no i ograniczenia natury miłosnej. Po
                  prostu nie mogę już chodzić do kina sam - pod rączkę zabrać muszę moją lubą
                  (trochę się musiałem tłumaczyć z samotnie oglądanej "Maleny"), co utrudnia
                  sprawę nie ze względu na odmienne upodobania - tu akurat rozumiemy się bez słów
                  (a czasem szkoda) - lecz ze względu na związany z jej pracą zawodową reżim
                  czasowy. I niestety trzeba podziękować filmom puszczanym w Malcie, czy
                  Pałacowym (choć Pałacowe ostatnio przygasło) we wtorki o 24.00. Teraz latem
                  sezon ogórkowy w pełni, a jakoś nie mam ochoty nadrabiać zaległości typu "Atak
                  Klonów" czy "Spiderman".

                  Film, który zrobił na mnie ostatnio wrażenie to, moim zdaniem, zbyt
                  niedoceniony "Człowiek, którego nie było" Coenów. Owszem zgodzę się, że
                  końcówka filmu była już pisana na jałowym biegu twórczym. Podziwiam jednak
                  Coenów za to ich pozbawione kompleksów, twórcze eksploatowanie tematów
                  związanych wyłącznie kulturą amerykańską, powiedzieć można nawet, że są oni
                  jednymi z niewielu filmowców narodowych USA. Bardzo są sugestywni w tworzeniu
                  klimatu odmalowywanych przez siebie epok (to co, że oscylują przeważnie w
                  okolicach końca I-połowy XX w. - Ameryka jest przecież bardzo młoda). I
                  w "Człowieku" zajęli się ciekawym, choć kinowo zaniedbanym okresem końca lat
                  czterdziestych i początku 50. Mamy tu więc do czynienia z narodzinami
                  nowoczesnego społeczeństwa konsumpcyjnego i towarzyszącemu im procesowi
                  rozkładu dotychczasowych układów - bohater filmu jest tego procesu ofiarą:
                  wyalienowany i małomówny. Jesteśmy świadkami powstawania pralni chemicznych,
                  śmierci komiwojażera (dosłownie i w przenośni), narastającej psychozy
                  antykomunistycznej, pojawienia się bajkowych stworów naszych czasów, czyli UFO,
                  masowego oddziaływania prasy kolorowej o krajowym zasięgu (cała chyba wiedza o
                  świecie "Człowieka" bierze się z tego, co tam wyczytał), początkami przemian w
                  obyczajowości seksualnej, filozoficzno-prawniczego przewrotu dokonanego przez
                  fizykę kwantową - czyli bez mała wszystkich zjawisk kształtujących świadomość
                  zbiorową powojennej Ameryki. W gruncie rzeczy bracia z Minneapolis realizują
                  kino społeczne, tyle że z mocno kulturalistycznym podejściem. Podoba mi się
                  także ich dyletanctwo, które przywilejem jest każdego artysty, a o czym twórcy
                  europejscy i krytycy często zapominają. Geniusz to dar tworzenia rzeczy
                  zupełnie nowych (z niczego), a jak można czegoś takiego dokonać, jeżeli
                  przeczytało się wszystko to, co było do przeczytania, obejrzało wszystko...
                  Coenowie odpowiadając z rozbrajającą szczerością "Nie czytałem. Nie widziałem."
                  na pytania o kontynuacje i nawiązania, ośmieszają tym samym nie siebie, a
                  wszystkich tych tzw. "ludzi kultury", mniemających, że bez gruntownego
                  wykształcenia humanistycznego i artystycznego nie sposób stworzyć dzieła.
                  Widziałem też parę miesięcy później ich kinowy debiut "Blood Simple". Ubiegli
                  Tarantino o jakieś 10 lat.
                  A największa wpadka? Są to niektóre perełki europejskiego "kina ambitnego", do
                  których też wliczyc należy pozaeuropejskie produkcje, okrzyknięte obrazami
                  wybitnymi po tej stronie Uralu. "Francuzka" z Emmanuelle Baert i Danielem
                  Auteil - pierwszy kinowy film, na którym leżałem. "Spragnieni miłości" - ja
                  byłem spragniony światła i świeżego powietrza: ładne kolory, orientalna
                  elegancja, smętne spojrzenia i tytoniowy fetysz filmu jeszcze nie
                  czynią. "Schyłek lata" - wyszliśmy wcześniej, nie czekając schyłku filmu.
                  A "Rikszarz" był taki dobry. "Po tamtej stronie chmur" - za długi,
                  pretensjonalny, pensjonarski tytuł i to samo można powiedzieć o filmie. Przez
                  takie knoty nie mogę oglądać innych obrazów Antonioniego i Wendersa. A mogą być
                  przecież o niebo lepsze.

                  > a co pijesz? alkoholu w ogole, czy piwko za slabe?

                  Alkoholu w ogóle. Z nałogów wystarcza mi tylko pornografia ;)

                  Sassenach
                  • Gość: david Re: Najwie˛ksze ostatnio wraz˙enie i najwie˛ksza wpa IP: *.icpnet.pl / *.icpnet.pl 14.08.02, 15:01

                    Na Kalinowskich w poznanskich kinach nie sposob sie nie natknac. oni jada
                    wszystko po kolei. awangarda nie awangarda, james bond, animacja sracja, zapisy
                    koncertow na wideo. lykaja wszystko co sie rusza i jest plaskie. to taki sposob
                    na zycie. a w Malcie rzadko znalezc mozna teraz cos nowego, puszczaja w kolko to
                    samo. ale poczekajmy, moze doczekamy sie filmow z ostatniego festiwalu gutka.
                    bardzo bym chcial. passolini. warhol. kitano. nowy almodovar etc. a Palacowe
                    faktycznie zjechalo juz na pysk i to bez ostrzezenia. dobrze chyba, ze Baltyk
                    np. zlikwidowali, bo tam chlopaki za projektorem ostrosci nie lapali.

                    Maleny nie widzialem. Tornatore jest dla mnie zbyt nierowny by czasami
                    ryzykowac, ale niedlugo poleci pewnie na dwojce w kocham kino. A czysta
                    formalnosc to byl ladny film. te wloskie maja piekne momenty, a po nich zjazd,
                    patrz np. sprzedawca marzen. chociaz fellini klepal tornatora i wyrazal uznanie
                    to daleko on jest od mistrza wiek swietlny. na samej nostalgii trudno ujechac.
                    ale generalnie pozytywnie.

                    Jezeli chodzi o twoja luba to pewnie rozumiem klimaty. ale czesto jest tak, ze
                    film ogladany samotnie bardziej do nas przemawia. wchodzi w nas bez reszty. nie
                    trzeba sie rozdrabniac, kontrolowac, zwracac uwagi na rzeczy poza filmowe. ten
                    sam film ogladany w towarzystwie lub samemu jest zupelnie inny. nie wiem czy
                    lepszy czy gorszy. po prostu inny. to chyba zalezy od chwili. ps. a co twoja
                    luba na twoja porno pasje? podziela ja?

                    Czlowiek, ktorego nie bylo coenow, nie za bardzo. odbieram filmy emocjonalnie, a
                    tutaj widze jakies sztuczne zabiegi. jak chce poczuc klimat lat 50tych to
                    ogladam film z lat 50tych. rzadko zdarzaja sie dobre powroty i odpowiedniki
                    klimatyczne czasow przeszlych, aczkolwiek filmy ktorym sie to udalo to m.in.
                    boggie nights, tajemnice los angeles. no czlowiekowi tez, ale fabula jakas
                    mialka troszke. i tak jest duzo lepszy niz ta sciema pt. bracie gdzie jestes ale
                    ja z coenow uwielbiam finka, fargo, sciezke i prosta sprawe. watpie by nakrecili
                    cos jeszcze na miare tych wymienionych. teraz juz sie tylko bawia.

                    wenders faktycznie mocno przereklamowany. poza paris texas, aniolami, alicja w
                    miastach i moze lisbon story bardzo ciezko strawny, ale wiesz antonioni poza po
                    tamtej stronie chmur zawsze ujmujacy i piekny. a przy po tamtej... trzeba
                    pamietac o zdrowiu rezysera i o tym, ze wenders przy tym gmeral. przypomnij
                    sobie zacmienie, noc, powiekszenie czy zawod reporter. a jesli nie widziales to
                    obejrzyj koniecznie.

                    z ostatnich rzeczy z kina polecam Memento christophera nolana. mocny,
                    niesamowity zaszczyk nowego kina. intrygujacy i niebanalny. a jak opowiedziany!
                    koniecznie. i guy pearce rewelacyjny. same plusy.

                    ps. zbierasz filmy na video? moze masz swoja mala kolekcje?

                    aha i jeszcze cos. jesli masz dzisiaj wolny wieczor obejrzyj sobie film jean de
                    florette na tvn7 o 20.00. swietny film clauda berri z depardieu i auteuilem.
                    naprade polecam, palce lizac. istnieje do tego jeszcze kontynuacja pt. manon ze
                    zrodel ale florette jest samowystarczalny.

                    milego dnia, calego
                    • Gość: Sassenach Re: Najwie˛ksze ostatnio wraz˙enie i najwie˛ksza IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 15.08.02, 10:05
                      David napisał:

                      > w Malcie rzadko znalezc mozna teraz cos nowego, puszczaja w kolko to
                      > samo.

                      Ale przynajmniej tacy spóźnieni widzowie, jak ja mogą nadrobić zaległości.
                      Podobnie rzecz ma się z kino-pubem "W Starym Kinie" - gdzie indziej nie miałbym
                      chyba co liczyć na "Brasil" (czy może "Brazil"?)

                      > Maleny nie widzialem. Tornatore jest dla mnie zbyt nierowny by czasami
                      > ryzykowac, ale niedlugo poleci pewnie na dwojce w kocham kino.

                      A ja mam do gościa sentyment (dobre słowo). Co prawda "1900" uratował jedynie
                      Tim Roth i (choć w mniejszym stopniu) Morricone, ale "Sprzedawca marzeń" to dla
                      mnie arcydzieło. Podoba mi się u kolesia to, że będąc zdecydowanym filmowym
                      poetą, a nie prozaikiem, to korzeniami swej poezji twardo tkwi w prozie życia.
                      Rozumiem, że nudzić może to ciągłe wałkowanie tych samych tematów, ale dobrze
                      by było gdyby w kinematografii światowej było więcej tak pięknie paplających
                      nudziarzy.

                      > Jezeli chodzi o twoja luba to pewnie rozumiem klimaty. ale czesto jest tak,
                      ze
                      > film ogladany samotnie bardziej do nas przemawia. wchodzi w nas bez reszty.
                      nie
                      >
                      > trzeba sie rozdrabniac, kontrolowac, zwracac uwagi na rzeczy poza filmowe.
                      ten
                      > sam film ogladany w towarzystwie lub samemu jest zupelnie inny. nie wiem czy
                      > lepszy czy gorszy. po prostu inny. to chyba zalezy od chwili.

                      Wszystko się zgadza. Lecz dla mnie, przesocjologizowanego socjologa prymat nad
                      doznaniem osobistym (które ginie bezpowrotnie, kiedy tylko zostanie wyrażone, a
                      więc w pewnym sensie urzeczywistnione) ma świadomość zbiorowa, powstająca w
                      niekończącym sie procesie wymiany myśli jednostek. I to, co w wyniku powstaje
                      jest donioślejsze, potężniejsze niż głęboko skrywane uczucia i prywatne
                      przekonania. Byłoby nieludzkie nie móc w jakikolwiek sposób podzielić się
                      wrażeniami z innymi, wyjawić im zawartości swego umysłu. Dorosły, normalny
                      człowiek prawie niczego nie robi w samotności (a już na pewno nie obcuje sam na
                      sam z kulturą), bowiem bez ustanku w głowie dźwiga ciężar socjalizacji, czyli
                      kontaktów z innymi i (często nieświadomie dla siebie samego) podporządkowuje
                      cały swój świat wewnętrzny obcowaniu z ludźmi (psychologowie często o tym
                      zapominają). Zauważ dobrze, że myśli w swej najpełniejszej formie ułożone są w
                      słowa, tak jakby ich przeznaczeniem było wypowiedzenie, oznajmienie komuś. Więc
                      może czasem i lepiej oglądać filmy w samotności, ale koniec końców trafią
                      wszystkie te osobiste wrażenia pod osąd ogółu i to, co się tam zrodzi dopiero
                      będzie znaczące. Nie wierzysz mi? A właśnie ma to miejsce w tej chwili na tym
                      Forum...

                      > ps. a co twoja luba na twoja porno pasje? podziela ja?

                      Nie, no aż tak dobrze to nie ma.

                      > z ostatnich rzeczy z kina polecam Memento christophera nolana. mocny,
                      > niesamowity zaszczyk nowego kina. intrygujacy i niebanalny. a jak
                      opowiedziany!

                      Widziałem. I choć sama koncepcja wydaje się intrygująca, to film jest, moim
                      zdaniem, zwykłym zabiegiem formalnym nie wykraczającym poza hollywoodzkie
                      kanony. Argumenty? Proszę bardzo:

                      1. Oś scenariusza (czy jak to mówią Amerykanie "the plot") jest banalnie
                      prosta. Koleś szuka zemsty na gwałcicielu i zabójcy swojej żony. Tylko dlaczego
                      jedynie w filmowym świecie do czynienia mamy z taką determinacją? Podejrzewam,
                      że osoba dotknięta "condition" bohatera będzie miała za dużo spraw na swojej
                      nieszczelnej głowie, aby konsekwentnie obmyślać plan zemsty i wyrafinowany
                      sposób na radzenie sobie w życiu. No i nie da się tego wymyślić w pięć minut. I
                      dlaczego gwałciciel na miejsce gwałtu wybiera mieszkanie ofiary i to jeszcze z
                      jej mężem w środku? Totalny świr, który rację bytu ma jedynie w kiepskich
                      filmach.

                      2. Postacie naszkicowane zaledwie. Na upartego można wytłumaczyć to "condition"
                      Pearce'a, która nie pozwala mu na głębsze widzenie ludzi. Tylko nie sposób w
                      takim razie podejmować jakichkolwiek działań wobec osób, których nie można
                      zrozumieć czy przypisać im żadnego charakteru, motywacji. Wie o tym nawet
                      student I-roku psychologii. Sama notka "Kłamie. Nie ufaj mu" na odwrocie
                      fotografii nie wystarcza, aby wywnioskować z tego "On zamordował twoją żonę.
                      Zabij go." i z czystym sumieniem strzelić komuś w łeb.

                      3. Zabieg formalny mimo, iż wygląda ciekawie na papierze (najpierw czytałem o
                      tym filmie w "FILMIE") w rzeczywistości jest nieco drażniący. I
                      niekonsekwentny. No bo jak można wypracować sobie tak złożone modus operandi
                      (tatuaże, polaroid, itp.), kiedy się co chwila wszystko zapomina? No i na samym
                      puszczaniu filmu od końca daleko się nie zajedzie. Równie dobrze historia
                      mogłaby być taka: zły facet zabija (uprzednio zgwałciwszy przykładnie) żonę
                      detektywa ubezpieczeniowego, a jemu samemu wykłuwa ślepia. Poszkodowany zostaje
                      poddany skomplikowanej operacji wstawienia ocznych implantów, dzięki którym
                      odzyskuje wzrok, ale widzi wszystko do góry nogami. A my oglądamy taki
                      wywrócony świat razem z nim.

                      4. Brak zakotwiczenia w "prawdziwym" świecie. Film ten, podobnie jak
                      klaustrofobiczny "Cube" zamknięty jest hermetycznie w swoim własnym ciasnym
                      światku. Kurczę blade, nawet Guy Pearce nie musi się wysilać w poszukiwaniach
                      zbrodniarza - on sam przychodzi do niego. I zerowe poczucie humoru. Tego
                      wybaczyć nie można.

                      > ps. zbierasz filmy na video? moze masz swoja mala kolekcje?

                      Bardzo skromną: "Wysokie obcasy" i "Neonowa Biblia". No i trochę świństewek.
                      Wolę wypożyczać i oglądać tylko raz. Bo z filmem jest podobnie jak z
                      literaturą - to sztuka zapominania, a nie pamiętania.

                      > aha i jeszcze cos. jesli masz dzisiaj wolny wieczor obejrzyj sobie film jean
                      de florette na tvn7 o 20.00.

                      Nie ma kablówki, nie ma tvn7.

                      Sassenach
                      • Gość: david Re: Najwie˛ksze ostatnio wraz˙enie i najwie˛ksza IP: *.icpnet.pl / *.icpnet.pl 15.08.02, 11:41
                        Gos´c´ portalu: Sassenach napisa?(a):

                        > Podobnie rzecz ma sie˛ z kino-pubem "W Starym Kinie" - gdzie indziej nie
                        mia?bym chyba co liczyc´ na "Brasil" (czy moz˙e "Brazil"?)

                        brazil moglbys sobie spokojnie pozyczyc na video. uniknalbys bys w ten sposob
                        zaczadzenia, gadania, lania piwem i scisku.


                        > Rozumiem, z˙e nudzic´ moz˙e to cia˛g?e wa?kowanie tych samych tematów, ale
                        dobrze
                        > by by?o gdyby w kinematografii s´wiatowej by?o wie˛cej tak pie˛knie
                        paplaja˛cych
                        > nudziarzy.

                        dla mnie ciekawszymi nudziarzami, drazacymi caly czas ten sam temat, ludzkich
                        relacji i wnetrza sa bergman i rohmer. nie czuje tam wahania, tylko czysta
                        pasje. to artysci, ktorzy od poczatku do konca wiedza czego chca i nie
                        zastanawiaja sie jaka muzyke do filmu dac by podniesc uczucia, uwznioslic chwile
                        etc. oni sa po prostu. a przez to ze potrafia tak byc konsekwentnie sa wielcy. a
                        tornatore miejscami bywa wielki, ale w wiekszosci raczej tylko przyjemny. i
                        czuje, ze cos tam czasami za bardzo kombinuje, zamiast dac sie poniesc
                        opowiesci.
                        nie nudza mnie filmy tornatore, brakuje mi w nich tylko iskry, ktora z filmu
                        dobrego uczynilaby arcydzielo.

                        > Wszystko sie˛ zgadza. Lecz dla mnie, przesocjologizowanego socjologa prymat
                        nad doznaniem osobistym (które ginie bezpowrotnie, kiedy tylko zostanie
                        wyraz˙one, a wie˛c w pewnym sensie urzeczywistnione) ma s´wiadomos´c´ zbiorowa,
                        powstaja˛ca w niekon´cza˛cym sie procesie wymiany mys´li jednostek.

                        dla mnie zawsze prym wiedzie doznanie osobiste. jak film mi sie podoba to mnie
                        zadna gazeta nie przekona, ze to sciema. a poza tym co to za kryterium? jezeli
                        by isc tym tropem to moze sie okazac, ze najwybitniejszymi ostatnio filmami sa
                        np. atak klonow, spiderman a z polskich np. caly czas mlode wilki, gdyz
                        zgromadzily najwieksza widownie i wytworzyly swiadomosc zbiorowa miarzdzaca
                        jednostke.

                        doznanie osobiste nie ginie u mnie w momencie jego wyrazenia. a poza tym nie
                        wiem czy wogole ginie. mezczyzna kocha kobiete. mowi -kocham cie. jest to
                        doznanie, ktorego doznaje dluzszy czas i w momencie wyrazenia go,
                        urzeczywistnienia ono ginie? to jakis nonsens.


                        > moz˙e czasem i lepiej ogla˛dac´ filmy w samotnos´ci, ale koniec kon´ców
                        trafia˛ wszystkie te osobiste wraz˙enia pod osa˛d ogó?u i to, co sie˛ tam zrodzi
                        dopiero be˛dzie znacza˛ce. Nie wierzysz mi?

                        nie bardzo. moje osobiste wrazenia nie czesto trafiaja na osad ogolu. bo coz to
                        za osad? a znaczace jest dla mnie to co ja przezywam, a nie to co ktos powie, ze
                        niby przezywam. ale dzielic wrazeniami sie mozna i sluchac wrazen innych tez
                        mozna. nie ma w tym nic zlego.


                        o memento trudno by mi sie z toba spieralo, w takiej samej mierze jak o
                        zagubiona autostrade. to po prostu kwestia gustu. jednak

                        > 4. Brak zakotwiczenia w "prawdziwym" s´wiecie. Film ten, podobnie jak
                        > klaustrofobiczny "Cube" zamknie˛ty jest hermetycznie w swoim w?asnym ciasnym
                        > s´wiatku.

                        z tym sie zgodze. i jest to wlasnie interesujace. koles cierpi na chorobe, ktora
                        zamyka go w sobie, stad tez hermetyczny klimat. a to, ze zbrodniarz przychodzi
                        do niego tez widzimy poprzez pryzmat gl. bohatera. moze w rzeczywistosci bylo
                        troche inaczej. nie podobal ci sie cube?


                        > I zerowe poczucie humoru. Tego wybaczyc´ nie moz˙na.

                        czyli nie lubisz bergmana! a brak poczucia humoru nie uwazam za wade filmu,
                        tylko zalete. we wspolczesnej dobie kinowej kiedy wszyscy do nas z ekranu
                        mrugaja oczkiem, ze to wszystko co ogladamy to niby tak na niby i zebysmy sie
                        zbytnio nie przejmowali a co gorsza nie mysleli o tym co widzimy- film taki jak
                        memento wybija sie ponad to i mowi cos od siebie i powaznie. i pozostawia widza
                        z czyms wewnatr
                        • Gość: Sassenach Re: Najwie˛ksze ostatnio wraz˙enie i najwie˛ksza IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 16.08.02, 09:07
                          Gość portalu: david napisał(a):

                          > brazil moglbys sobie spokojnie pozyczyc na video. uniknalbys bys w ten sposob
                          > zaczadzenia, gadania, lania piwem i scisku.

                          To fakt.

                          > jezeli
                          > by isc tym tropem to moze sie okazac, ze najwybitniejszymi ostatnio filmami
                          sa
                          > np. atak klonow, spiderman a z polskich np. caly czas mlode wilki, gdyz
                          > zgromadzily najwieksza widownie i wytworzyly swiadomosc zbiorowa miarzdzaca
                          > jednostke.

                          Społecznej siły oddziaływania filmu nie można sprowadzać do rankingu office
                          boxów. Nie ulega mimo to żadnej wątpliwości, że seria "Gwiezdnych Wojen" (cała)
                          poruszyła zbiorową wyobraźnię światowej widowni - nawet Ronnie Reagan urzeczony
                          bajką Lucasa wprowadził do światowej polityki terminy takie jak "Gwiezdne
                          Wojny" czy "Imperium Zła". Lecz nie można do jednego worka wrzucać "Star Wars"
                          i na przykład "Stracha na wróble" - no chyba, że worek ten nazywa się "sto
                          filmów na stulecie kina". SW to tylko mniej lub bardziej sprawnie opowiedziana
                          bajka, odświeżająca wszystkie bez mała i maksymalnie uniwersalne mitologie.

                          > doznanie osobiste nie ginie u mnie w momencie jego wyrazenia. a poza tym nie
                          > wiem czy wogole ginie. mezczyzna kocha kobiete. mowi -kocham cie. jest to
                          > doznanie, ktorego doznaje dluzszy czas i w momencie wyrazenia go,
                          > urzeczywistnienia ono ginie? to jakis nonsens.

                          To raczej kwestie na dłuższą dyskusję, i stosowne bardziej do
                          działu "Społeczeństwo".

                          > ale dzielic wrazeniami sie mozna i sluchac wrazen innych tez
                          > mozna. nie ma w tym nic zlego.

                          Dzielić się wrażeniami trzeba. Albo może jeszcze lepiej: nie dzielić się
                          wrażeniami nie sposób.

                          > nie podobal ci sie cube?
                          > ... nie lubisz bergmana!

                          Generalnie, nie lubię kina, umownie nazwijmy je, laboratoryjnego, sterylnego,
                          akademickiego, na pozytywistyczną (w najgorszym tego słowa znaczeniu) modłę
                          unaukowionego. Twórcy takich filmów (nie tylko zresztą filmów, na "chorobę" tę
                          cierpi lwia część literatury science-fiction) usiłują nam wmówić jakąś prawdę o
                          człowieku, umieszczając go w jakimś nataturalnym mu otoczeniu i oddziałując na
                          niego kilkoma zaledwie czynnikami. Źle jest, kiedy wszystkie te doniosłe
                          odkrycia są po prostu zainspirowane najmodniejszymi w danym czasie teoriami
                          psychologicznymi, filozoficznymi, socjologicznymi i stanowią prostacką ich
                          ilustrację, ale najgorzej jest wtedy, kiedy powstaną one w wyniku samodzielnego
                          wysiłku intelektualnego artysty, bez ruszania się z fotela czy nie daj Boże
                          łóżka. A "Cube" to takie właśnie dziełko studenckie: pełne pomysłów za mało
                          skonfrontowanych z rzeczywistością, z dziennym światłem, z ludzkim gwarem. A
                          Bergman to dla mnie średniowieczne tortury.
                          Przeciwstawieniem takiej twórczości oraz jednym ze wzorów socjologicznej
                          przenikliwości i drapieżności (ale na wesoło) jest, moim zdaniem "Miś" Barei.
                          Wiem, wiem gorszego przykładu podać nie mogłem: Bareja ostatnio modny, wszyscy
                          dorastający gówniarze na wyrywki znają dialogi, telewizja co chwila piłuje do
                          znudzenia jak nie "Alternatywy" to "Zmienników". Ale tak błyskotliwej,
                          dowcipnej i autentycznej zarazem panoramy społeczeństwa polskiego długo w
                          naszej kinematografii nie będzie.

                          Pozdrowienia,

                          Sassenach
    • Gość: pau przepraszam, że się wtrącam... IP: *.glos.com 13.08.02, 14:26
      ...chciałam tylko powiedzieć, że z przyjemnością czyta się wypowiedzi ludzi,
      którzy maja cos do powiedzenia.
      pozdrawiam
      • Gość: Sassenach Re: przepraszam, że się wtrącam... IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 13.08.02, 19:18
        Gość portalu: pau napisał(a):

        > ...chciałam tylko powiedzieć, że z przyjemnością czyta się wypowiedzi ludzi,
        > którzy maja cos do powiedzenia.
        > pozdrawiam

        Dziękuję i pozdrawiam
        • microwave Re: przepraszam, że się wtrącam... 14.08.02, 15:04
          Ja też przepraszam, ze się wtrącam. Chciałbym tylko powiedzieć, że miło się
          czyta wasze wypowiedzi. No może nie tylko to.
          Nie wiem, czy Coenowie są rzeczywiście takimi dyletantami (o ile mi wiadomo
          Ethan studiował filozofię), jeśli tak, to wjątkowo inteligentnymi dyletantami.
          Domyślam się, że odwołujesz się do jakichś konkretnych wywiadów. Poza tym czym
          innym jest chyba dyletanctwo po prostu (czasem bardzo twórcze i odwświeżające,
          a czasem nie), a czy innym umiejętność opowiadania historii bez uprzedzeń i
          swego rodzaju "zniżenie się" do poziomu bohaterów bez okazywania zarówno (i
          wyższości jak i sympatii. W "Człowieku", który skądinąd również bardzo mi się
          podobał (nie, nieprawda, że się wreszcie porządnie wyspałam), niepokoiła mnie
          przede wszystkim jedna rzecz. Historia opowiadana jest z perspektywy
          oczekującego na egzekucję Eda (choć, bez szczególnego zaskoczenia, widz
          dowiaduje się o tym na końcu). Przyznam, że nieco mnie to drażniło, zwłaszcza w
          końcówce. Plus nibyfilozoficzne refleksje - wypowiadane z off-u lub
          bezpośrednio w filmie. O ile można sobie wyobrazić ciekawsze zakończenie, które
          być moze inaczej by ustawiło narrację, o tyle przy takim rozwiązaniu jakie
          przyjęli Coenowie trudno wyczuć, czy pokazują bohatera jako kogoś, kto
          przeszedłszy przez to co przeszdł dzieli się zyskaną mądrościa, czy wprost
          przeciwnie kpią sobie z takiego filmowego motywu, a bohater pozostaje równie
          nierozgarnięty jak był, tyle tylko, że teraz mu się wydaje, że jest filozofem.
          Oczywiście lepsza by była ta druga ewentualność, ale mnie chyba o niej nie
          przekonali.
          Pewnie przekombinowałam. Trudno. Siak czy owak - pozdrawiam.
          • Gość: david Re: przepraszam, z˙e sie˛ wtra˛cam... IP: *.icpnet.pl / *.icpnet.pl 14.08.02, 17:03

            > Nie wiem, czy Coenowie sa˛ rzeczywis´cie takimi dyletantami (o ile mi wiadomo
            > Ethan studiowa? filozofie˛), jes´li tak, to wja˛tkowo inteligentnymi
            dyletantami.
            > Domys´lam sie˛, z˙e odwo?ujesz sie˛ do jakichs´ konkretnych wywiadów. Poza tym
            czym
            > innym jest chyba dyletanctwo po prostu (czasem bardzo twórcze i
            odws´wiez˙aja˛ce,

            nie napisalem w ani jednym zdaniu, ze coenowie sa dyletantami. Sassenach tym
            bardziej chyba nie. ? .<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<.
            • microwave Re: przepraszam, z˙e sie˛ wtra˛cam... 14.08.02, 17:55

              Dotyczyło to następującej wypowiedzi Sassenacha:

              >Podoba mi się
              także ich dyletanctwo, które przywilejem jest każdego artysty, a o czym twórcy
              europejscy i krytycy często zapominają. Geniusz to dar tworzenia rzeczy
              zupełnie nowych (z niczego), a jak można czegoś takiego dokonać, jeżeli
              przeczytało się wszystko to, co było do przeczytania, obejrzało wszystko...
              Coenowie odpowiadając z rozbrajającą szczerością "Nie czytałem. Nie widziałem."
              na pytania o kontynuacje i nawiązania, ośmieszają tym samym nie siebie, a
              wszystkich tych tzw. "ludzi kultury", mniemających, że bez gruntownego
              wykształcenia humanistycznego i artystycznego nie sposób stworzyć dzieła.

              Być może nie zrozumiałam.
          • Gość: Sassenach Re: przepraszam, że się wtrącam... IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 15.08.02, 10:20
            Droga Mikrofalówko,

            Cieszę się bardzo, że zechciała Pani zabrać głos w dyskusji.
            Coenowie naprawdę stanowią koszmarne wyzwanie dla rozmawiających z nimi
            dziennikarzy. Pewien dziennikarz "FILMU" na przeglądzie ich twórczości
            opowiadał, jak na konferencjach prasowych na najbardziej wyszukane, pobudzające
            do wypowiedzi pytania odpowiadają "tak" lub "nie". Indagowani na
            okoliczność "Brother, where art thou?" o homeryckie inspiracje stwierdzili, że
            Odysei nie czytali. Podobnież z kafkowskimi klimatami "Burtona Finka",
            czy "Hudsucker Proxy": "A kto zacz Kafka?". I bardzo dobrze! Prawdziwa sztuka
            nie może być scholastycznym powielaniem niezmiennych od tysiącleci kanonów,
            zapatrzonym w bezdyskusyjnych Mistrzów, bo grozi jej (tak jak operze, czy
            teatrowi kabuki) marginalizacja, muzealizacja, skansen. I o takie dyletanctwo,
            taką artystyczną bezczelność i profanację tu chodzi!
    • Gość: Sassenach Hop do góry! IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 04.11.02, 14:48
      Czy david jeszcze tu zagląda?
Pełna wersja