na.rozdrozu
25.09.09, 17:36
W skrócie: byliśmy razem 5 lat, związek z różnicą wieku 15 lat (on
starszy), z wielkiej miłości, wszystko co razem robiliśmy było
JEDYNE (ot, takie sięganie własnego nieba :)) Z czasem problemy,
huśtawki nastrojów, moje i jego winy. Pół roku temu odszedł. Bo
znalazłam jego randki na sympatii (nie wiem czy zdradzal fizycznie,
ale emocjonalnie juz odszedł). Minął miesiąc, moja wscieklośc
opadła, chciałam by wrócił. On wtedy mówił, że musi to przemyślec,
bo ten powrót byłby z deklaracją itd. I tak myśli już od 5
miesięcy.Przez to pół roku okłamywal mnie regularnie, że gdzieś
wyjeżdża zawodowo, a okazało się że to były wyjazdy z pewną panią i
jej znajomymi. Po co więc mnie okłamywał? Odszedł, ma prawo, ale nie
ma prawo trzymać mnie w niepewności. Kiedy z nim rozmawiam mówi, że
z tą kobieta nie łączy go nic szczególnego, że to sympatyczna
znajomość, że on z nią niczego nie buduje. Kiedy więc mówię - wracaj
póki nie jest za późno - ucieka, że nie jest gotowy, że nie wie.
Potrafi pisać czułe maile, nazywa mnie pewnym zdrobnieniem, którego
mu zabroniłam używać jak nie jesteśmy razem. Używa tego dalej
uparcie, mówiąc, że dla niego zawsze taka pozostanę. Natomiast kiedy
potrzebuję konkretnej pomocy - zapsuty samochód, likwidacja biura,
sprawy remontowe domu - wtedy mimo wcześniejszych zapewnień że
zawsze mi pomoże - zwykle go nie ma bo wyjeżdża z tamta babką (a
mnie wtedy okłamuje, nie odbiera telefonów). Potem sam się odzywa i
pyta jak poszło, czy może pomóc, itd.
Jasne, że musze go sobie odpuścic, chociaż boli jak diabli, ale po
co ucieka się do kłamstw, półprawd, po co zwodzi?? Jak jest z tamtą
niech się tego trzyma...