maluda88
30.12.09, 14:25
Potrzebuje Waszej pomocy, rad i obiektywnej oceny.
Zacznę od tego, że jest między nami 7 lat różnicy. Zaczęliśmy się spotykać jak kończyłam 17 lat. Od początku wykazywał braki empatii, ale jako gó...arz potrzebujący ciepła i akceptacji mimo uszu puszczałam "myślę, że nigdy się nie zakocham(w Tobie czy w innej)". A i można się do tego troche przyzwyczaić... Po pół roku właściwie równolegle wyznaliśmy sobie miłość i pojawiły się motylki. Ja mieszkałam z rodziną, On sam. Widywaliśmy sie prawie codziennie, rozmawialiśmy często przez telefon i codziennie rano słaliśmy do siebie sms "dzień dobry", czysta idylla. W pewnym momencie wyszedł od Niego pomysł zamieszkania razem po mojej maturze, ostatecznie jednak przełożyło się to na początek drugiego roku studiów. Wpierw pojawił się problem zaręczyn. Moja mama o nie zapytała, ja wiedziałam że On tego nie uznaje.. Zaczęłam mu delikatnie sugerować jaki może pojawić się problem kiedy będzie rozmawiał z moją mamą o zabraniu z domu jej 21 letniej córki. Dla mnie zrobiło się to niezręczne. Z jednej strony słuchałam pytań i wyrzutów o braku szacunku mojego partnera do mnie, z drugiej aby uniknąć konfliktów próbowałam rozmawiać z Partnerem. Ostatecznie zaczęliśmy się wkurzać na siebie, bo On tego nie uznaje a nie zrobi tego bo to nie ma sensu.. i w trakcie nieprzyjemnej dyskusji w pubie ja zapytałam od niechcenia czy za mnie wyjdzie a On powiedział "oczywiście". Problem teoretycznie się skończył, ale pojawił sie kolejny. Ręce mi opadły po pytaniu "Czy zależy mi na pierścionku za trzy tysiące, bo jemu to się wydaje bez sensu" Nie, nie zależy ale mógłby kupić coś tańszego bez pytania mnie o to i ostentacyjnego okazywania jak ma to w nosie. Mam, kupiony nad morzem wymuszony pierścionek, bo przecież jakiś chciałam. Jest śliczny, ale co z tego skoro dostałam na odczepnego?
Przed zamieszkaniem razem miałam wątpliwości. Bałam się, martwiłam że może się rozmyślić jeśli za długo będzie musiał czekać, zostawiałam mame z chorym ojcem a i sytuacja zaręczynowa mnie troche rozbiła. Pierwsze dwa miesiące były fatalne, ja chodziłam zestresowana przez studia, chorobe, prace itp a On nie potrafiąc się przy mnie zachować sam się denerwował.. W końcu w połowie listopada udało nam się ogarnąć(dodam, że co jakiś czas rozmawialiśmy, próbowaliśmy ogarnąć problem a doszło do tego że wyznaczaliśmy sobie terminy do kiedy mamy doprowadzić się do ładu)
A, właśnie. Tu powinnam napisać krótko o naszych charakterach. Ja jestem ogromnie emocjonalna i szybko się denerwuję i biorę rzeczy do siebie. Szybko mi również przechodzi. On natomiast jest chłodny, rzeczowy i racjonalny. Chyba. Po tych dwóch miesiącach okazało się, że ja się ustabilizowałam emocjonalnie a kiedy jego zapytałam co czuje usłyszałam, że nie wie co do mnie czuje. Trzepnęło mną ogromnie, nie jesteśmy ze sobą chwilę, zna mnie 4 lata i nagle po przeprowadzce nie kocha? Szlag nas razem trafiał, ale to było przejściowe. Jestem osobą, która nie lubi nieokreślonych sytuacji więc chowając honor i ambicje w kieszeń co jakiś czas go pytałam czy może już wie czy mnie kocha czy nie. Przed wigilią już mnie zaczęło świeżbić, ale ostatecznie wybuchłam 28 grudnia. Powiedziałam, że jeżeli tak trudno mu się określić to może ja wrócę do rodziców od stycznia. I tak w planach miałam częste wizyty w tym czasie, więc nic byśmy nie naprawili. A On zamiast ocknąć się i powiedzieć, że mu zależy powiedział, że to dobry pomysł. Rozpłakałam się, nerwów zjadłam mnóstwo. Jak meżczyzna może być taki zimny? Nie potrafi określić uczucia, które czuje, mówi mi wprost że nie kocha, proponuje wspólne mieszkanie bo jesteśmy "dopasowani" i nie rozumie czemu tak mi zależy na miłości.
On ogólnie ma problemy emocjonalnie. Nie jest związany z ludźmi, z rodziną. Ja jednak potrzebuję ciepła i widzę przyszłości z człowiekiem bez jakiejkolwiek empatii. Z drugiej strony na innych płaszczyznach jest nam razem dobrze.
Powiedziałam, że to koniec i że się wyprowadzam. Że dopiero na uczuciu można coś budować i dzięki niemu chce się troszczyć o tą drugą osobę, nagina do jej wymagań czy nie zdradza się jej. Wieczorem już będąc w łóżku stwierdził, że mu troche smutno i zasnął...
Nienormalna jest też moim zdaniem taka sytuacja tak szybko.
Ostatecznie wyszła propozycja psychologa.. Myślicie, że to ma sens? Że da się to wypracować? Kocham, ale racjonalnie patrząc boję się wpakować w chory związek. Bo teraz zaczęło się robić poważnie, to już nie "randkowanie".
Przepraszam za błędy i koślawe zdania. Pomijając moje roztrzęsienie, to tu się okropnie niewygodnie pisze.