Gość: Anka
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
07.02.04, 00:28
Wstyd mi, że z nim byłam-takim wieśniakiem, takim życiowym nieudacznikiem i
pozorantem jednocześnie. Jak pomyślę, że na mnie leżał i mnie pieprzył to mi
się niedobrze robi.
Poznałam go przez znajomych. Mało mówił, był raczej nieśmiały, średnio
przystojny. Wiedziałam, że jakiś czas temu zerwał długoletni związek, że
ponoć jeszcze przeżywa. Był ostrożny. Najpierw trochę prowadzaliśmy się po
kawiarniach zanim zaprosiłam go do siebie. Nie mogłam się jakoś przemóc do
niego mimo że chciałam, żeby to wypaliło. Byłam dziewicą - 25-letnią...
Chciałam spróbować i pomyślałam, że to dobra okazja. Ale to wszystko było
jakoś na siłę. Nie mogłam się zakochać. Nie działał na mnie. Nieraz głupio
się z nim czułam. "Odwlalałam się" na te spotkania w najlepsze ciuchy a on
przychodził w niemodnych dżinsach i t-shircie. Patrzyłam ukradkiem czy nikt
nas nie obgaduje...
Nasz pierwszy raz odbył się na ciasnej kanapce, w pośpiechu, po alkoholu.
Byłam zawiedziona, ale udawałam sama przed sobą, że tak to zwykle wygląda.
Zostaliśmy parą. Spotkania-2 razy w tygodniu + weekendy. Czas mijał, ale nie
powalała nas ta miłość. On mówił, że potrzebuje jeszcze czasu po tamtym
związku. Nic się nie zmieniało. Spotykalismy się dla seksu. Taki układ
wydawał mi się nawet ciekawy. "Przynajmniej coś sie działo". Ale nie
chciałam się z nim pokazywać. Ilekroć gdzieś szliśmy razem-czułam się źle.
Jego zachowanie, jego śmiech, kawały, ubranie- wszystko było do bani. Gdyby
nie to łóżko... Uwielbiał moje dłonie. Pomalowane paznokcie. Całował je a
potem związywał mi ręce sznurkiem i mnie pieprzył. Zawsze w pozycji po
bożemu. Nie patrzył wtedy na mnie-patrzył na te ręce...
Traktował mnie jak zdobycz. Zresztą wszystko co miał (a miał niewiele)tak
traktował-z namaszczeniem. Jak przytulałam się do niego za mocno-zawsze
sprawdzał czy nie uszkodziłam mu komórki w kieszeni kurtki. W jego
wynajmowanym pokoiku na półce stały rzędem misie podarowane jego byłej
dziewczynie, które ona zostawiła jak się z nim rozstała. Uważałam, że to
idiotycznie wygląda, ale nic nie wyrzucił. Cieszył się, że jestem zazdrosna.
Poza 1 różyczką (najtańszą w kwiaciarni)nigdy mi nic nie kupił. Zresztą
zarabiał mniej ode mnie (a ja nie zarabiam dużo). Ale szukanie innej pracy
przerastało go. Wolał stwarzać pozory, że takie życie mu odpowiada. A
tymczasem liczył każdy grosik. Kiedyś wyznał mi, że jego marzeniem jest
kupić sobie samochód. Nawet nie po, żeby nim jeździć. Chciałby tylko w nim
usiąść i posłuchac sobie radia...
W knajpach nawet soku do piwa mi nie kupował mimo że wiedział, że takie
pijam. Zaczęłam płacić sama za siebie. Stawiał mi tylko jak byliśmy w
towarzystwie. A wychodziliśmy coraz rzadziej. Ja już nie chciałam. On się
pewnie z tego cieszył. Chciał mnie traktować jak swoją małą nieporadną
kobietkę i przy byle okazji wyśmiewał mnie, że np. nie wiedziałam gdzie
włożyć kabelek do wieży. Ale w zasadzie pod każdym względem to ja go
przerastałam-swoją niezależnością, samodzielnością, wiedzą, zaradnością,
obyciem. On nigdy by się nie przyznał, że czegoś nie wie, nie umie, nie
rozumie. Ja w takiej sytuacji pytam, wyjaśniam, radzę sobie. Jak większość.
I jeszcze ten kościół...-co niedziela: długa kąpiel, czysta koszula i
obowiązkowo msza. Ja zostawałam w domu...
Poznałam wreszcie kogoś innego. D.rzuciłam w 1 dzień. Był zaskoczony jak
dziecko. Płakał, prosił, żebym została, że on zrozumiał, że mnie kocha
(wtedy usłyszałam to po raz pierwszy). Parę razy jeszcze zadzwonił-zawsze po
godzinach szczytu.
Jakiś czas temu, będąc z obecnym facetem, zobaczyłam go w sklepie z
telefonami kom. Długo oglądał jakiś wynalazek siemensa, mimo że wiem, że
jego umowa jeszcze nie wygasła i nawet nie miał zamiaru go kupić. Był w
jakiś dziwnych zielonych pumpach i czerwonej kurtce. Wyglądał jak idiota.
Czułam, że się czerwienię. Niemal stamtąd wybiegłam...
Nie przyznałam się, że go znam. Nieraz o tym myślę i po prostu czuję 1
wielkie zażenowanie. Najchętniej wymazałabym ten etap ze swojego życia. Czy
macie podobne przeżycia?