Gość: bustarviejo
IP: *.adi.uam.es
03.03.04, 15:44
tyle narzekan na zachowanie Polek wzgledem roznej masci Arabow, wiec druga
strona medalu. kilka dni temu wyladowalam w Madrycie, a juz w drodze z
lotniska mialam adoratora z Peru. najpierw myslalam, ze chce mi ukrasc
walizke, ale potem: o,jedziemy w te sama strone! moze zaprowadze cie do
hotelu? moze pojdziemy cos wypic? wiesz, w Walencji sa fajne plaze, tylko
kilka godzin jazdy! moze zjemy jutro razem obiad? moze kupie ci telefon i
bede mogl do ciebie zadzwonic?
ludzie! nie dziala zadne "nie, dziekuje, poradze sobie sama". nie wiem, czy
zadzialaby awantura na ulicy i salwowanie sie ucieczka. co to znaczy
asertywnosc dla nich? jeszcze wieksze zaproszenie. przypomina mi sie
kreskowka o skunksie co osaczal kotke, a ona chowala sie przed nim albo
zrzucala fortepiany. on na to tylko, oj, jaka wstydliwa.
podobnie zreszta bylo we Francji. z doswiadczenia wiem, ze nie mozna nikogo
zapytac o droge, stac z mapa na ulicy, isc z ciezka walizka, siedziec
samotnie na lawce, popatrzec dluzsza chwile na faceta. jak zaczepi,
absolutnie zadnej rozmowy, bo po kilku minutach chce sie calowac. po dluzszym
pobycie zachowywalam sie po prostu jak rozhisteryzowana stara panna. kilka
lat temu na Montmartrze zaczepil nas z kolezanka jakis Arab. z Polski? mam
DZIEWCZYNE w Polsce! i pokazal nam swoj kalendarzyk z zdiewczynami,
faktycznie mial adres do jakiejs Polki. adresy z calego swiata... i pokazuje
je zupelnie bez zenady, liczac, ze moze zechcemy dolaczyc do jego stajni. w
koncu takie ma wziecie...
czy ktos zna skuteczne sposoby na nachalnych poludniowcow? jakies rady? dla
mnie to jest upokarzajaca sytuacja, kiedy musze zwiewac przed facetem,
wrzeszczec na ulicy, za wszelka cene bronic swojej cnoty!