Rozwód z rozsądku .... z żalu a Miłość

20.04.11, 08:54
12 lat. w tym prawie 7 małżeństwa. (12 lat codziennie ze sobą, 7 dni w tyg.)
Od 3 lat narastały konflikty. Żona to wspaniała kobieta, dobra gospodyni, zawsze ja ceniłem za wiele cech, ale nie ufała nikomu, wszystkich podejrzewała o coś, nie akceptowała mojej rodziny (pogodziłem się z tym) rozumiałem że wszyscy w około mogą być wrogami i że nikogo nie potrzebujemy, tylko my się liczymy.
Byłem gotów i przyjąłem taką koncepcję życia.
Sądzę że wymknęło jej się to wszystko z pod kontroli. Ja też byłem podejrzewany i sprawdzany na każdym kroku. (kto coś takiego przeżył to wie o czym piszę) Też stałem się podejrzanym jak reszta świata.
Zaczęła to wszystko wnosić między nas.
A nie było potrzeby.
Starałem się łagodzić konflikty, bardzo się zmieniłem dla żony (stałem się prawie idealny - taki jakiego by sobie życzyła, wychowała mnie sobie) ale i to było za mało (chyba). Masa kłótni prowokowanych przez żonę o drobnostki - czasem krótkie czasem bardzo długie a rosły aż po sufit. Zacząłem zamykać się w sobie.
Nie było nikogo kto mógł nam pomóc (tak mi sie wydawało).
Dusiłem się od narastającego żalu i tłumiłem wszystko w sobie. Żona nie rozumiała moich (typowych dla mężczyzn) reakcji a ja nie byłem do końca świadomy tych reakcji. Zaczęliśmy oddalać się od siebie choć wcześniej świata poza sobą nie widzieliśmy
(chyba? może powinienem mówić za siebie?). Wyniszczało mnie to psychicznie.
Nigdy nie piłem alkoholu nie paliłem i nie zażywałem niczego.
Nie mogłem odreagować, zresetować się. To było okropne jakby ktoś pąpował w ciebie toksyczne odpady a ty nie masz kranika którym choć odrobinę można by zmniejszyć ciśnienie. To spowodowało że zacząłem przekraczać niegdyś wyznaczone własne granice odnośnie małżeństwa (pewnie każdy z was takie sobie wyznacza i się ich trzyma) żonie przychodziło to z łatwością. Wpadliśmy w błędne koło, jakąś otchłań.
Byłem człowiekiem z Zasadami.
Nigdy nie sądziłem że złamię którąś z nich ale nie wytrzymałem ciśnienia.
Docisnęła mnie do tego stopnia że świat stał się jakiś nie rzeczywisty.
Jak wspomniałem nie piłem nie paliłem itd.
Wybrałem inny sposób…. Na…… właściwie nie wiem na co ...... reset - zemstę - odegranie się ???
Nie wiem do dziś?
Wiem jedno…….. że lepiej było zacząć pić!
Dziś byłbym w zgodzie ze sobą samym a tak - próbuję sobie jakoś wybaczyć i nie mogę.
W każdym razie jeśli to miał być reset dla mnie - to nie pomogło, zemsta - nie pomogło, itd.
Podjęte zostały poważne rozmowy i decyzja naprawy związku.
Zaczynamy od nowa!
Starałem się spełniać oczekiwania - dawałem dowody na miłość w formie zaangażowania mentalnego w związek, materialnego w plany na przyszłość DOM itd.
Nie Pomogło.
Kłótnie o pierdoły, o moją rodzinę (kontakt był ograniczony do minimum, prawie 0 ) powracały a ja znów zamykałem sie w sobie.
Dziś już nie ma Nas - jesteśmy jeszcze tylko na papierze - ale też już nie długo.
O jedną kłótnię za dużo, o kilka słów za dużo, o szczyptę żalu za dużo.
Po ostatniej bardzo drastycznej kłótni mieszkaliśmy jeszcze 3 miesiące razem.
Uzgodniliśmy że się rozstajemy, dzielimy majątkiem itp. Itd.
Rozmawialiśmy na ten temat, czasem płakaliśmy, czasem przytulając pytaliśmy siebie nawzajem Co my robimy??? Przecież się rozstajemy!!!
Delikatnie każde z nas zabierało od siebie ręce chociaż serce mówiło
„ Tak bardzo cię potrzebuję”
Zaczęliśmy spać osobno ale jedno lgnęło do drugiego.
Chociaż posiedzieć chwilę na łóżku przy niej (tak mi jej brakowało)
Kiedy na noc zostawaliśmy w jednym łóżku tak chłonąłem tą bliskość jak nigdy wcześniej.
Oboje chcięliśmy jeszcze przed czymś zdążyć chcięliśmy napoić się na zaś.
Nie zdawaliśmy chyba sobie sprawy z tego że czas upływa i zaraz się rozstaniemy, byliśmy blisko i było dobrze. (a termin rozstania był ustalony)
Budząc się z pięknego snu, próbując przyzwyczajać się do samotności znów w powietrzu wisiało pytanie Co my robimy????
Starałem się zachowywać zimną krew ale serce mi pękało gdy znów staraliśmy się spać osobno.
Nie mieszkamy już razem.
Walczymy teraz ze sobą o wszystko - choć nie chcę tego robić.
Wiecie…. jak bardzo ją nadal kocham?
Ile mi sprawiła przykrości, ile żalu mam do niej, co słyszałem z jej ust - ………. ehh
Głupia nawet nie ma bladego pojęcia jak bardzo ją kocham.
Ale cóż
To koniec ……………. cholernie mi trudno.
    • amanda-lear Re: Rozwód z rozsądku .... z żalu a Miłość 20.04.11, 10:43
      Już to raz czytałam, na FK, ale pomijając już to, że zaśmiecasz forum tymi samymi wątkami rozsianymi po różnych forach oraz to iż uważam, że jesteś kobietą, a nie facetem jak twierdzisz, powiem Ci coś. Za rok, dwa, najdalej trzy otrząśniesz się z tego i znajdziesz swoją drogę. Niezależnie kim jesteś obecnie przeżywasz tzw. żałobę. Związek jaki był taki był ale był...Teraz masz puzzle, które musisz na nowo w całość poskładać. Być może byłeś/aś zbyt dumny/a aby obnosić się z tym,że dzieje się źle w twym małżeństwie i uważałeś/aś że samo się ułoży. Problem w tym,że samo nic się nie dzieje, a jeśli nie pomaga nic innego, czasem musi wkroczyć mediator. Osoba z zewnątrz na twoje życie patrzy bez emocji i tym samym dużo więcej dostrzega. Czasem bariera komunikacyjna jest zbyt duża, aby się dogadać.
      Być może właśnie od tych 3 lat o których piszesz, narastał w tobie bunt i przeciwstawiałeś/aś się agresorowi w postaci toksycznego współmałżonka. Problem w tym,że jeśli wcześniej dawałeś/aś sobie brzydko mówiąc wejść na głowę, to nagle twój opór wywoływał zdziwienie po drugiej stronie. No bo jak to? Do tej pory cokolwiek zrobiła druga strona ty ustępowałeś/aś pola a nagle chcesz równych praw? To mogło spowodować,że druga strona próbowała wymusić na tobie dalsze posłuszeństwo w efekcie konflikt narastał. Na innym forum Ci już powiedziano, a ja to też powtórzę, miłość miłością, ale jeżeli zbyt dużo było krzywd, to nie da się tego ot tak odkręcić. Jeżeli obydwoje macie jeszcze chęć i siłę, aby spróbować się pogodzić to zróbcie to z pomocą terapeuty. Doświadczony terapeuta nie da sobie wmówić, że ktoś jest wariatem wręcz przeciwnie obydwoje zostaniecie bardzo drastycznie odarci z waszych masek i przeglądniecie się sobie w normalnym, a nie krzywym zwierciadle.Pytanie,czy jesteście na to gotowi. Bo szczerość do bólu wbrew pozorom jest najtrudniejsza i wymaga nie lada odwagi. Być może wyjściem będzie również tzw. separacja z jednoczesną terapią psychologiczną dla obu stron, aby zobaczyć czy dany partner naprawdę jest miłością życia, czy tylko alternatywą przed pustką, której tak bardzo wszyscy się boimy. Powiem Ci jeszcze jedno bardzo dobrze rozumiem twoją sytuację, ja wybrałam samotność świadomie i póki co nie żałuję swojej decyzji, chociaż było mi czasem bardzo, bardzo ciężko. Pozdrawiam
      • facet_1_0_0 Re: Rozwód z rozsądku .... z żalu a Miłość 20.04.11, 11:12
        Zaśmiecam forum bo inni mówili że temat nie jest na FK ot dla czego.

        Ale wreszcie odpisał mi ktoś kto naprawdę chciał coś powiedzieć z własnego wnętrza
        Było tak jak piszesz: najpierw dałem sobie wejść na głowę, potem powiedziałem sobie "dość tego" i pewnie nastąpił szok i eskalacja drobnych konfliktów. (i cała reszta jak napisałaś)

        Dziękuję żę poświęciłaś mi tak dużo swojego czasu.
        • amanda-lear Re: Rozwód z rozsądku .... z żalu a Miłość 20.04.11, 11:43
          Proszę bardzo:) Jeżeli chciałbyś/chciałabyś o tym pogadać to możesz napisać na priv.W miarę moich skromnych możliwości postaram się pomóc. Pozdrawiam
        • salma75 Re: Rozwód z rozsądku .... z żalu a Miłość 20.04.11, 20:58
          facet_1_0_0 napisał:

          > Zaśmiecam forum bo inni mówili że temat nie jest na FK ot dla czego.


          To ja Ci napisałam na FK.
          Lepiej udaj się na forum "Rozwód i co dalej", "Partnerstwo i seks", "Życie rodzinne", "Psychologia" lub coś w ten deseń.
          Ewentualnie "Wyżalnia" Ci zostaje ;).
    • oxf Re: Rozwód z rozsądku .... z żalu a Miłość 20.04.11, 19:14
      masz talent do pisania ale ja nie kumam w sobie o co ci chodzi? Kochasz ja i akceptujesz ale nie mozesz z nia zyc i masz sie rozwiezc bo ona chce sie rozwiesc?? Czy ty chcesz sie rozwiesc? Tobie potrzebny jest jakis terapeuta aczkolwiek pewnie nic nie pomoze. Ja ci powiem ze cale zycie awanturuje sie matka i na nia nic nie dziala ale ty umiesz pisac, wiec napisz list tej swojej kobiecie, wyjasnij jej na spokoj wasze problemy, twoj puntk widzenia, co poswieciles, co zrobiles, co chcialbys by ona rozumiala, czego pragniesz dla was obojga. To czasami pomaga , o wiele latwiej na spokoj cos zalatwic przedstawic, bo tak rozmowa to sie czesto po prostu nie da, oczywiste takie listy nie na dlugo, na tydzien powiedzmy dzialaja ale moze cos tak jej utknie w glowie z tych jej zachowan, a potem bedziesz musial kolejne listy pisac, ale to jest czasem jakies wyjscie. powodzenia.
      • amanda-lear Re: Rozwód z rozsądku .... z żalu a Miłość 20.04.11, 19:31
        Mam poważne wątpliwości co do listów. Może się okazać, że zawarte tam zdania zostaną wykorzystane przeciwko niemu jako koronny argument w przeprowadzeniu rozwodu. Jeżeli jednak zdecydujesz się na ten krok starannie dobieraj słowa i niekoniecznie pisz wszystko, szczególnie jeśli będzie to dotyczyć twej chwili zapomnienia. Osobiście nie wierzę w skuteczność tej metody w przypadku osób o podobnej do twej współmałżonki psychice. To tylko moje zdanie, oczywiście.
        • oxf Re: Rozwód z rozsądku .... z żalu a Miłość 20.04.11, 19:40
          wiesz ja mysle o szukaniu porozumienia a nie o dawaniu dowodow do sadu. listy sa czasem jedyna droga by na spokoj opisac przebieg zdarzenia sytuacji, by wyjasnic sytuacje sporna, by pomoc zrozumiec zrodlo problemu. oczywiscie cudow nie nalezy oczekiwac tym niemniej jest to jedyna metoda ktora mozna zastosowac i ktora ma szanse wogole cos zmienic jest jeszcze mediacja jakiejs osoby zaufanej ktora znala by obie strony i mogla na nie wplynac ale tutaj chyba nie ma takiej osoby.
          oczywiscie ja nie do konca rozumiem ich problem malzenski. mialem jednak w zyciu doczynienia z ludzmi ktorzy maja ewidentlny problem z odbiorem zeczywistosci, tzn odbieraja go po swojemu, po swojemu go sobie tlumacza o doszukuja sie w zachowaniach innych potwierdzenia tego schematu, jest to bardzo trudne do ogarniecia psychicznie. oczywiscie jest jeszcze psycholog, ale na to trzeba sie jeszcze zdecydowac a tego musza chciec obie strony a z tym na ogol jest najwiekszy problem. to jedna strona uwaza ze winna jest ta druga i ona moze sobie isc do psychologa ale ta druga to juz nie. uwazam ze skoro autor watku kocha te zone i chce z nia byc to ja nie rozumiem istoty takiego rozwodu, chyba ze przyjmiemy zalozenie ze ta zona jest z nim nieszczesliwa i chce sie uwolnic, ale on twierdzi ze oni oboje sie kochaja tylko nie rozumieja on sie z nia kluci i cierpi przez to ale jednak sie kloci, to trudno zrozumiec. mam nadzieje ze wyjdzie z tego....
          • amanda-lear Re: Rozwód z rozsądku .... z żalu a Miłość 20.04.11, 20:14
            Dobra spróbuję po kolei:
            1.Listy dla rozsądnego człowieka mogą się wydać dobrym rozwiązaniem, szczególnie jeśli pisząc łatwiej mu skupić myśli i oddzielić wtedy fakty od emocji, ale...no właśnie jest pewien haczyk, krzyki, wyzwiska, kłótnie słowne łatwo zapomnieć, trudno udowodnić co kto powiedział, tu mamy tzw. czarne na białym, a osoba o zaburzonej psychice może je nadinterpretować doszukiwać się innych znaczeń, wyłapywać niczym radar każdą nieścisłość każdy nawet domniemany atak na siebie, przez co może wręcz uprzykrzyć życie temu co to napisał podstawiając pod nos ten list i pytając czyje to pismo i czyje to słowa.
            2. Psycholog. Masz rację, w większości właśnie agresorzy, toksyczne jednostki nie widzą własnej winy w rozpadzie związku i oczekują, że to ta druga strona zacznie naprawiać, to co zostało zepsute. Problem w tym,że jak to w piśmie napisano... kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem... W przypadku rozpadu związku nie ma niewinnych. Można rzec że są winni zaniedbania chociażby, ale są, tylko tak trudno się do tego przyznać.
            3. Mistrz Fredro napisał kiedyś: w tym największy jest ambaras, aby dwoje chciało naraz...
            Uważam, chociaż mogę się mylić, że obydwoje są ze sobą nieszczęśliwi, bo ich związek to wieczna wojna, a wojna wyniszcza. Tak naprawdę dom musi się kojarzyć ze spokojem ze stałością a nie z polem bitwy. Naokoło jest trudny nieprzyjazny świat, trzeba walczyć o przetrwanie, o to by nie wywalono z roboty, o to by nikt nas nie oszukał na przykład przy remontach, choć nie tylko. Dom to miejsce, gdzie zdejmujemy zbroję i maskę codzienności zakładamy dres, szlafrok lub ciepłe kapcie i wiemy,że z drugiej strony nic złego nam nie grozi. Natomiast jeżeli musimy cały czas chodzić na palcach, cały czas ważyć słowa, cały czas spinać pośladki i wciągać brzuch, to z całym szacunkiem, to nie jest dom.
            I w tym kontekście można kogoś kochać, ale niekoniecznie da się z taką osobą tworzyć DOM.
            5. Daleka jestem od doradzania komuś aby się rozstał, niemniej uważam,że czasem dla tego żeby pozostać sobą niestety trzeba.
            Też mam nadzieję,że uda im się znaleźć kompromis, ale jeżeli mają tylko trwać a nie żyć i wzajemnie się wspierać, to lepiej niech żyją osobno.
            • amanda-lear Re: Rozwód z rozsądku .... z żalu a Miłość 20.04.11, 20:16
              amanda-lear napisała:

              ...to lepiej niech żyją osobno.

              sorry miało być: to lepiej niech trwają osobno
            • oxf Re: Rozwód z rozsądku .... z żalu a Miłość 20.04.11, 23:26
              list jest dobrym rozwiazaniem nawet dla osoby mocno szurnietej tylko ze ma jeden problem opisuje przeszlosc. i tutaj mozna dojsc do jakiegos konsensusu, na temat co z czego wynika, jaka byla ta przeszlosci, co i dlaczego. wbrew pozorom wspolne zycie moze byc zrodlem wielu nieporozumien. a wiec mozna cos wyjasnic. ale jesli jedem malzonek usiluje zmienic cos w drugim a to jest niemozliwe co jednak wiele obos usiluje robic to jest to ciagle otwarte pole konfliktu i kolejne wydazenie powoduje te same problemy przy takim samym schemacie i tego listy zalegle raczej nie naprawia, bo wprawdzie mozna wyzerowac krzywdy ale kazda strona sie je wyzerowac jakby w druga strone a potem robi to samo znowu bo jest nowy powod ku temu

              tym niemniej wcale nie mam wrazenia ze owa zona to osoba niezrownowazona psychicznie. tutaj jest chyba opis taki ze przez kilka lat bylo ok a potem cos sie zmienilo, co pchnelo tego meza chyba do zdrady ale on nie pisze tego otwarcie a to oczywiscie jeszcze pogorszylo problem. Tak moze sie zdarzyc ze np ktos cie ciagle podejrzewa i robi to choc nie ma ku temu podstaw ale ty masz dosyc i w koncu sie w cos pakujesz i wtedy sa juz podstawy wiec nie cierpisz za nic. sek w tym ze dalej cierpiesz z innych powodow i cierpisz jeszcze gorzej. zastanawiam sie z zasadzie nad charakterem tego zwiazku. jesli ta zona jest osoba wladcza i dominujaca to z czego to wynika ze ten czlowiek jej ulega, ona musi byc bardzo atrakcyjna nawet jesli zycie z nia jest pelne stresu ale z drugiej strony to ona to wynika ze to ona jest zazdrosna o niego. naprawde ciezko pojac te sytuacje.
              • amanda-lear Re: Rozwód z rozsądku .... z żalu a Miłość 21.04.11, 12:07
                Oxf...mam wrażenie,że nie wczytałeś się dobrze w historię, którą próbujesz komentować.
                Proponuję jeszcze raz przeanalizować tekst autora wątku.

                12 lat. w tym prawie 7 małżeństwa. (12 lat codziennie ze sobą, 7 dni w tyg.)

                Wynika z tego że znali i pracowali z sobą pięć lat przed ślubem.

                Od 3 lat narastały konflikty.

                Narastały, tzn, że były już wcześniej tylko nastąpiła eskalacja ich.

                Żona to wspaniała kobieta, dobra gospodyni, zawsze ja ceniłem za wiele cech, ale nie ufała nikomu, wszystkich podejrzewała o coś, nie akceptowała mojej rodziny (pogodziłem się z tym) rozumiałem że wszyscy w około mogą być wrogami i że nikogo nie potrzebujemy, tylko my się liczymy.

                O, to jest dobre... Kobieta ma cechy, które facet ceni, ale ma psychozę, podejrzewa innych o niecne zamiary i snuje teorię spiskową.

                Byłem gotów i przyjąłem taką koncepcję życia.

                Dla świętego spokoju przyjął jej punkt widzenia a ona coraz bardziej panoszyła się w jego przestrzeni.

                Sądzę że wymknęło jej się to wszystko z pod kontroli. Ja też byłem podejrzewany i sprawdzany na każdym kroku. (kto coś takiego przeżył to wie o czym piszę) Też stałem się podejrzanym jak reszta świata.

                Psychoza pogłębiała się, ona nikomu już nie mogła ufać. Być może to złe porównanie, ale swego czasu pewien wódz w okupowanym Berlinie także uważał, że został zdradzony przez wszystkich nawet najbliższych.

                Zaczęła to wszystko wnosić między nas.
                A nie było potrzeby.


                Podejrzewam,że musiał udowadniać, zapewniać,że jest niewinny.

                Starałem się łagodzić konflikty, bardzo się zmieniłem dla żony (stałem się prawie idealny - taki jakiego by sobie życzyła, wychowała mnie sobie) ale i to było za mało (chyba).

                On zapewniał, poprawiał swoje wady, a druga strona naciskała coraz bardziej, przykręcanie śruby było coraz mocniejsze. A i tak uważała,że jest nie dość idealny.

                Masa kłótni prowokowanych przez żonę o drobnostki - czasem krótkie czasem bardzo długie a rosły aż po sufit.


                Jak mówiłam konflikt narastał, bo agresor rósł w siłę, a poddany był na coraz słabszej pozycji.

                Zacząłem zamykać się w sobie.
                Nie było nikogo kto mógł nam pomóc (tak mi sie wydawało).


                No oczywiście,że nie było, osoby które mogły pomóc( w domyśle rodzina, przyjaciele, koledzy zostali już na samym początku zneutralizowani, wykluczeni i odizolowani). Jedyne co pozostało to zamknąć się w sobie i próbować stworzyć swój własny świat, by nie zwariować.

                Dusiłem się od narastającego żalu i tłumiłem wszystko w sobie. Żona nie rozumiała moich (typowych dla mężczyzn) reakcji a ja nie byłem do końca świadomy tych reakcji.


                Kto by się nie dusił? W sytuacji, w której robisz wszystko aby ta druga strona była w końcu zadowolona , a ona coraz wyżej ustawia poprzeczkę i coraz bardziej dokręca śrubę, zatracasz siebie i twój mózg przypomina warzywko, któremu ktoś inny wciska sieczkę.

                Zaczęliśmy oddalać się od siebie choć wcześniej świata poza sobą nie widzieliśmy
                (chyba? może powinienem mówić za siebie?).


                Tu faktycznie powinien mówić za siebie, on nie widział świata poza nią, ona uważała że wszyscy naokoło są wrogami, także dla niej światem była ona sama.

                Wyniszczało mnie to psychicznie.
                Nigdy nie piłem alkoholu nie paliłem i nie zażywałem niczego.
                Nie mogłem odreagować, zresetować się. To było okropne jakby ktoś pąpował w ciebie toksyczne odpady a ty nie masz kranika którym choć odrobinę można by zmniejszyć ciśnienie. To spowodowało że zacząłem przekraczać niegdyś wyznaczone własne granice odnośnie małżeństwa (pewnie każdy z was takie sobie wyznacza i się ich trzyma) żonie przychodziło to z łatwością. Wpadliśmy w błędne koło, jakąś otchłań.


                Z wypranym mózgiem, bez możliwości ucieczki w świat alkoholu, narkotyków, znalazł inne wyjście na chwilę zapomnienia, na poczucie się znowu kimś ważnym. Seks stał się takim wyjściem.

                Byłem człowiekiem z Zasadami.

                To jest bardzo ciekawe. Był ,ale coś się w nim zmieniło, coś pękło, coś spowodowało, że przestał być człowiekiem z zasadami.

                [b]Nigdy nie sądziłem że złamię którąś z nich ale nie wytrzymałem ciśnienia.
                Docisnęła mnie do tego stopnia że świat stał się jakiś nie rzeczywisty.
                Jak wspomniałem nie piłem nie paliłem itd.
                Wybrałem inny sposób…. Na…… właściwie nie wiem na co ...... reset - zemstę - odegranie się ???
                Nie wiem do dziś?
                Wiem jedno…….. że lepiej było zacząć pić![Dziś byłbym w zgodzie ze sobą samym a tak - próbuję sobie jakoś wybaczyć i nie mogę./b]

                No właśnie, jednym słowem zasada, by nie zdradzać była wyżej w hierarchii jego potrzeb niż potrzeba bycia trzeźwym.


                W każdym razie jeśli to miał być reset dla mnie - to nie pomogło, zemsta - nie pomogło, itd.
                Podjęte zostały poważne rozmowy i decyzja naprawy związku
                Zaczynamy od nowa!


                Tu mi się nasuwa pytanie, przez kogo podjęte, przez nich czy przez niego.

                Starałem się spełniać oczekiwania - dawałem dowody na miłość w formie zaangażowania mentalnego w związek, materialnego w plany na przyszłość DOM itd.
                Nie Pomogło.


                Właśnie starałem, nie staraliśmy, tylko starałem...znaczące...

                Kłótnie o pierdoły, o moją rodzinę (kontakt był ograniczony do minimum, prawie 0 ) powracały a ja znów zamykałem sie w sobie.
                Dziś już nie ma Nas - jesteśmy jeszcze tylko na papierze - ale też już nie długo.
                O jedną kłótnię za dużo, o kilka słów za dużo, o szczyptę żalu za dużo.
                Po ostatniej bardzo drastycznej kłótni mieszkaliśmy jeszcze 3 miesiące razem
                Uzgodniliśmy że się rozstajemy, dzielimy majątkiem itp. Itd.
                .

                Czyli próby były, które nie przyniosły rezultatów, więc decyzja ze wszech miar rozsądna.

                Rozmawialiśmy na ten temat, czasem płakaliśmy, czasem przytulając pytaliśmy siebie nawzajem Co my robimy??? Przecież się rozstajemy!!!
                Delikatnie każde z nas zabierało od siebie ręce chociaż serce mówiło
                „ Tak bardzo cię potrzebuję”
                Zaczęliśmy spać osobno ale jedno lgnęło do drugiego.
                Chociaż posiedzieć chwilę na łóżku przy niej (tak mi jej brakowało)
                Kiedy na noc zostawaliśmy w jednym łóżku tak chłonąłem tą bliskość jak nigdy wcześniej.Oboje chcięliśmy jeszcze przed czymś zdążyć chcięliśmy napoić się na zaś.Nie zdawaliśmy chyba sobie sprawy z tego że czas upływa i zaraz się rozstaniemy, byliśmy blisko i było dobrze. (a termin rozstania był ustalony)
                Budząc się z pięknego snu, próbując przyzwyczajać się do samotności znów w powietrzu wisiało pytanie Co my robimy????
                Starałem się zachowywać zimną krew ale serce mi pękało gdy znów staraliśmy się spać osobno.


                Byli na tyle świadomi,że wiedzieli,że coś się kończy...Taki stan jest podobny jak w sytuacji, gdy człowiek nam bliski umiera w hospicjum, np na chorobę nowotworową a my wiemy, że mamy jeszcze jakiś odcinek czasu( bardzo niewielki, po to aby się nim nacieszyć.Próbujemy wtedy nadgonić stracony czas, wyjaśnić wszelkie wątpliwości, przeprosić za wszystkie krzywdy. Oni byli sobie zarówno bliscy jak i dalecy.

                Nie mieszkamy już razem.
                Walczymy teraz ze sobą o wszystko - choć nie chcę tego robić.


                Kolejny etap. Stali się wrogami. Tak się stało ponieważ wcześniejsze emocje też były silne, oni nie rozstali się z uwagi że coś umarło, tylko dlatego,że musieli odciąć coś co było ich autonomiczną częścią, to tak jakby odciąć rękę dotkniętą gangreną, niby wiadomo,że trzeba to zrobić,ale człowiek jest wściekły, że dopuścił do tego,że rękę odcięto. Aby odrzucić od siebie myśl,że była to jego wina,że się skaleczył, zaczyna irracjonalnie oskarżać wszystko naokoło łącznie z tą głupią i nieuważną ręką.

                Wiecie…. jak bardzo ją nadal kocham?
                Ile mi sprawiła przykrości, ile żalu mam do niej, co słyszałem z jej ust - ………. ehh
                Głupia nawet nie ma bladego pojęcia jak bardzo ją kocham.


                Są ludzie, którzy kochają za mocno, którzy oddają swoją przestrzeń, swoje serce,którzy uważają, że są w stanie kochać za oboje. A tak
              • amanda-lear cdn... 21.04.11, 12:40
                Sorry muszę dokończyć analizę tego tekstu.

                ...nie można. Nie da się kochać za oboje. Miłość to współpraca nie rywalizacja, to akceptacja, to chęć przebywania z kimś pomimo jego wad i słabostek a nie chęć dopasowania kogoś do swych wyobrażeń.

                Ale cóż
                To koniec ……………. cholernie mi trudno.


                Właśnie, to jest bardzo trudne, pozostaje pustka,żal i świadomość, że się coś spieprzyło...niezależnie z czyjej winy.

                A teraz już kilka słów odnośnie twej wypowiedzi Ofx...Każdy normalny i dorosły człowiek, chcący wejść w związek powinien mieć świadomość, że życie z drugim człowiekiem to nie
                bajka, w której wszyscy żyją długo i szczęśliwie, nie przez przypadek tam właśnie większość bajek się kończy, gdzie zaczyna się normalne życie;). Listy, z całym szacunkiem, niewiele pomagają, to tylko rozdrapywanie ran... Już lepiej wspólnie usiąść i ustalić wzajemny regulamin na przyszłość w oparciu o doświadczenia i starać się wypracować kompromis określić własną przestrzeń określić co jest dla nas ważne a co możemy odpuścić i tych ram się trzymać. Mówiłeś,że sam masz problem z matką, ale jest drobna różnica, matki się nie wybiera, męża/ żonę już tak...Niekoniecznie agresor(facet/kobieta) jest bardzo atrakcyjny...Czasem ofiara jest równie lub nawet bardziej atrakcyjna fizycznie, mentalnie, intelektualnie, a jednak nie ma cech lub ma je w bardzo ograniczonym zakresie tzw. instynktu samozachowawczego. Pojąć sytuację się da, trzeba jednak czytać ze zrozumieniem i nie próbować wciskać tego w schemat nam znajomy, bo każda sytuacja i każdy człowiek oprócz pewnego schematu składa się z cech, które go indywidualizują na tle ogółu. To wszystko co mam do powiedzenia w tym temacie.
                Autorowi/autorce tego wątku,życzę siły w odkryciu siebie. Prawda jest taka, że po czasie, po długiej rekonwalescencji, po poznaniu siebie, po samodoskonaleniu...dojdzie do wniosku,że było warto, że wie kim jest i jakiej przestrzeni własnej będzie w przyszłości bronił, nawet w stosunku do najbliższej osoby.
    • moonogamistka Re: Rozwód z rozsądku .... z żalu a Miłość 20.04.11, 21:30
      Jestes tak egzaltowany, ze az niemeski....
      • poprioniony Re: Rozwód z rozsądku .... z żalu a Miłość 21.04.11, 23:38
        Pedal pewnie jakis. Albo komuch. Prawdziwie meski mezczyzna
        by wyje6al klempie z liscia i kazal wyplerdalac w podskokach.
      • facet_1_0_0 Re: Rozwód z rozsądku .... z żalu a Miłość 21.04.11, 23:53
        Do Amanda-lear:

        Masz rację, mój list może być wykorzystany przeciwko mnie, będzie nadinterpretowany, słowa ważę już od 3 lat bo wszystko jest wykręcane do góy nogami po pewnym czasie.(człowiekowi ręce opadają) I będzie dokładnie tak jak piszesz: że wyłapie każdą nieścisłość z jej wizją i będą z tego powodu problemy albo się ośmieszę. Myślałem o wysłaniu jej maila ale się wstrzymałem. Z każdym dniem jak czytam odpowiedzi to wiem że nie wyślę na pewno. Napisałaś że DOM musi się kojarzyć ze spokojem.
        Powtarzałem żonie to ciągle, prosiłem, tłumaczyłem – że nie ma dla mnie nic znaczenia, mogła by nie umieć gotować, mogła by nie pracować, tylko marzę o jednym -żeby DOM był oazą spokoju.
        Nawet był ustalane regulaminy jak piszesz tylko że Chore! Nie dało się do końca wedle nich postępować bo normalne życie nie pozwalało.

        To jak rozłożyłaś na części mój list to….. ja właśnie w ten sposób myślałem pisząc go aby napisać go jak najkrócej. Aby w każde zdanie upchnąć tyle ile się da.
        Czytając takie wypowiedzi nie tracę wiary w to że są jeszcze ludzie normalni na tym świecie. Jak widzę ludzi myślących prosto i mądrze jest dużo co daje mi wiarę że spotkam kiedyś kobietę która będzie – dobra i ciepła.

        Bardzo wszystkim dziękuję za to że poświęciliście swój czas na zagłębienie się w mój list.
        Nie został zmarnowany – bardzo Dziękuję- podniosłem się.

        Jeśli chcecie możecie zajrzeć na forum Eksperckie-życie rodzinne (tam napisałem dużo więcej ) ale wy i bez tego wiecie o co w tym wszystkim chodzi.

        • oxf Re: Rozwód z rozsądku .... z żalu a Miłość 22.04.11, 00:37
          > Jeśli chcecie możecie zajrzeć na forum Eksperckie-życie rodzinne (tam napisałem
          > dużo więcej ) ale wy i bez tego wiecie o co w tym wszystkim chodzi.

          doczytalem na tamtym forum i chyba bardziej rozumiem jak wygladal twoj zwiazek, tylko ze ja nie rozumiem w zwiazku z tym do czego zmierzasz obecnie, czego naprawde chcesz? Bo jesli przyjac to co ty piszesz to ja mysle ze mozesz te malzenstwo uratowac ale w sumie czego ty chcesz? to ty chyba bardziej chcesz to malzenstwo zakonczyc niz ona??? inna sprawa ze jakis czas rozlaki jest tobie a juz na pewno twojej kobiecie chyba potrzebny, moze nawet nie od ciebie ale na jej jakies ochloniecie, moze pomoze jej bardziej racjonalnie to ulozyc przemyslec jakies sprawy, rozumiem ze ona nie ma do ciebie za grosz zaufania a to boli, tak byc nie powinno, ale tak chyba jest. po za tym ty sam sie zazekasz ze nie pojdziesz do psychologa i ze nie chcesz by takowy dawal twojej zonie jakies rady. wiesz pomysl z psychologiem to nie jest kwestia tego ze ktos cos miesza w twoim zyciu tylko ze ktos niejako majac jakis autorytet i bezstronny moglby porozmawiac ale ty sam to odrzucasz, listow nie chcesz pisac, bo tez jej nie ufasz, czyli robisz to samo co ona, ale mnie matka tez wogole nie ufa i wszystko co robie przeciw mnie obraca a jednak pierwszy raz w calym zyciu 35 lat czekalem i mnie przeprosila za to co mi robila, wlasnie po listach opisujacych prawde a nie wylewajacych zale, czyli w sumie to co ty chcesz robic? Chcesz wogole cos robic? moze po prostu sprobuj znalesc inna kobiete i bedzie ci latwiej i tyle. tego chcesz? inna kobieta moze dac ci to co dawala ci zona? Mysle tez ze ona ma niewypazony jezyk, znam to z obdukcji , ale tez jest tak ze ona mowi cos bolesnego dla ciebie a za pol godziny to juz nie ma znaczenia, to wlasnie tak jest u mnie tak samo, matka wali co popadnie ale i po mnie to splywa i nie ma znaczenia ale oczywiscie ty masz inaczej i na pewno ja cie rozumiem, wez to jednak pod uwaze ze jej slowa sa naprawde niewiele znaczace i miales czas sie tego nauczyc, waznejsze sa czyny a jej intencje w sumie nie sa takie najgorsze w zasadzie.
        • amanda-lear Re: Rozwód z rozsądku .... z żalu a Miłość 22.04.11, 10:09
          Autorze wątku:)
          No cóż przebrnęłam również przez opis na forum eksperckim i wiem jedno. Dobrze zrobiłeś wychodząc z tego związku. Twój dom bardziej przypominał obóz przetrwania niż dom. Nie dziwię się, że odczuwasz pustkę i ciszę. Adrenalinka uzależnia, a Ty przez kilka ładnych lat byłeś na tzw. haju...Żonka fundowała Ci ekstremalne rozrywki. Była mistrzem kłamstwa, manipulacji i śmiem twierdzić,że była w tym równie lub nawet lepsza niż w prowadzeniu domu. Fakt,że zostawiła po sobie ślady w twej łazience też jest znaczący. Na Twym miejscu te kosmetyki oraz inne rzeczy , o których być może nie napisałeś( np. szlafrok, papcie , ulubione bibeloty) spakowałabym i wysłała jej na nowy adres kurierem, otworzyła okna, wywietrzyła zapach, poprzestawiała meble wedle własnych upodobań, po to abyś niejako dotknął tego, że jej już nie ma...Wiesz, zwierzęta znaczą swój teren zapachem, a fakt że żona zostawia swój ślad zapachowy to niejako atawizm mówiący: ja tu jeszcze wrócę...Zastanawiam się,czy nie mógłbyś wyrwać się ze środowiska w którym obecnie trwasz, znaleźć nową pracę, nowych znajomych, spojrzeć na to wszystko z dystansu...Radzę Ci skorzystać z pomocy psychologa, bo wbrew pozorom, dużo szybciej odzyskasz równowagę jeśli ktoś Cię w tym wesprze, a rodzina niekoniecznie musi wiedzieć jak to najlepiej zrobić. Zapewniam,że jeszcze nie raz będziesz miał chwile zwątpienia, będziesz chciał by coś wróciło, ale z każdym dniem będziesz coraz mocniejszy psychicznie, a każdy kolejny kryzys będzie coraz słabszy.
          Powiedz sobie teraz: to już przeszłość, to za mną i otwórz się na nowe...
          Dokończ sprawę rozwodu, z orzekaniem o winie bądź bez orzekania i wkrocz w nowe życie z czystą kartą.
          Aha jeszcze jedno...nikt z nas(ja również) nie jest do końca normalny;)
          Konkluzja na koniec. Tak się składa,że ludzie skrajnie różni od nas bardzo nam imponują i często wchodzimy w takie związki z zachwytu i potrzeby uzupełnienia. Niemniej to są związki bardzo burzliwe, a im jesteśmy starsi tym wyżej cenimy sobie tzw. święty spokój. Pozdrawiam i życzę Ci powodzenia:)
        • titta Re: Rozwód z rozsądku .... z żalu a Miłość 25.04.11, 23:01
          Acha, ty sie zmieniles. A ona trafila na terapie? (Domyslam sie, ze z patologicznej rodziny, z bardzo slabymi lub zadnymi kontaktami z ojcem, z wpojonym przekonaniem, ze albo ona kontroluje sytuacje albo umrze).
Pełna wersja