facet_1_0_0
20.04.11, 08:54
12 lat. w tym prawie 7 małżeństwa. (12 lat codziennie ze sobą, 7 dni w tyg.)
Od 3 lat narastały konflikty. Żona to wspaniała kobieta, dobra gospodyni, zawsze ja ceniłem za wiele cech, ale nie ufała nikomu, wszystkich podejrzewała o coś, nie akceptowała mojej rodziny (pogodziłem się z tym) rozumiałem że wszyscy w około mogą być wrogami i że nikogo nie potrzebujemy, tylko my się liczymy.
Byłem gotów i przyjąłem taką koncepcję życia.
Sądzę że wymknęło jej się to wszystko z pod kontroli. Ja też byłem podejrzewany i sprawdzany na każdym kroku. (kto coś takiego przeżył to wie o czym piszę) Też stałem się podejrzanym jak reszta świata.
Zaczęła to wszystko wnosić między nas.
A nie było potrzeby.
Starałem się łagodzić konflikty, bardzo się zmieniłem dla żony (stałem się prawie idealny - taki jakiego by sobie życzyła, wychowała mnie sobie) ale i to było za mało (chyba). Masa kłótni prowokowanych przez żonę o drobnostki - czasem krótkie czasem bardzo długie a rosły aż po sufit. Zacząłem zamykać się w sobie.
Nie było nikogo kto mógł nam pomóc (tak mi sie wydawało).
Dusiłem się od narastającego żalu i tłumiłem wszystko w sobie. Żona nie rozumiała moich (typowych dla mężczyzn) reakcji a ja nie byłem do końca świadomy tych reakcji. Zaczęliśmy oddalać się od siebie choć wcześniej świata poza sobą nie widzieliśmy
(chyba? może powinienem mówić za siebie?). Wyniszczało mnie to psychicznie.
Nigdy nie piłem alkoholu nie paliłem i nie zażywałem niczego.
Nie mogłem odreagować, zresetować się. To było okropne jakby ktoś pąpował w ciebie toksyczne odpady a ty nie masz kranika którym choć odrobinę można by zmniejszyć ciśnienie. To spowodowało że zacząłem przekraczać niegdyś wyznaczone własne granice odnośnie małżeństwa (pewnie każdy z was takie sobie wyznacza i się ich trzyma) żonie przychodziło to z łatwością. Wpadliśmy w błędne koło, jakąś otchłań.
Byłem człowiekiem z Zasadami.
Nigdy nie sądziłem że złamię którąś z nich ale nie wytrzymałem ciśnienia.
Docisnęła mnie do tego stopnia że świat stał się jakiś nie rzeczywisty.
Jak wspomniałem nie piłem nie paliłem itd.
Wybrałem inny sposób…. Na…… właściwie nie wiem na co ...... reset - zemstę - odegranie się ???
Nie wiem do dziś?
Wiem jedno…….. że lepiej było zacząć pić!
Dziś byłbym w zgodzie ze sobą samym a tak - próbuję sobie jakoś wybaczyć i nie mogę.
W każdym razie jeśli to miał być reset dla mnie - to nie pomogło, zemsta - nie pomogło, itd.
Podjęte zostały poważne rozmowy i decyzja naprawy związku.
Zaczynamy od nowa!
Starałem się spełniać oczekiwania - dawałem dowody na miłość w formie zaangażowania mentalnego w związek, materialnego w plany na przyszłość DOM itd.
Nie Pomogło.
Kłótnie o pierdoły, o moją rodzinę (kontakt był ograniczony do minimum, prawie 0 ) powracały a ja znów zamykałem sie w sobie.
Dziś już nie ma Nas - jesteśmy jeszcze tylko na papierze - ale też już nie długo.
O jedną kłótnię za dużo, o kilka słów za dużo, o szczyptę żalu za dużo.
Po ostatniej bardzo drastycznej kłótni mieszkaliśmy jeszcze 3 miesiące razem.
Uzgodniliśmy że się rozstajemy, dzielimy majątkiem itp. Itd.
Rozmawialiśmy na ten temat, czasem płakaliśmy, czasem przytulając pytaliśmy siebie nawzajem Co my robimy??? Przecież się rozstajemy!!!
Delikatnie każde z nas zabierało od siebie ręce chociaż serce mówiło
„ Tak bardzo cię potrzebuję”
Zaczęliśmy spać osobno ale jedno lgnęło do drugiego.
Chociaż posiedzieć chwilę na łóżku przy niej (tak mi jej brakowało)
Kiedy na noc zostawaliśmy w jednym łóżku tak chłonąłem tą bliskość jak nigdy wcześniej.
Oboje chcięliśmy jeszcze przed czymś zdążyć chcięliśmy napoić się na zaś.
Nie zdawaliśmy chyba sobie sprawy z tego że czas upływa i zaraz się rozstaniemy, byliśmy blisko i było dobrze. (a termin rozstania był ustalony)
Budząc się z pięknego snu, próbując przyzwyczajać się do samotności znów w powietrzu wisiało pytanie Co my robimy????
Starałem się zachowywać zimną krew ale serce mi pękało gdy znów staraliśmy się spać osobno.
Nie mieszkamy już razem.
Walczymy teraz ze sobą o wszystko - choć nie chcę tego robić.
Wiecie…. jak bardzo ją nadal kocham?
Ile mi sprawiła przykrości, ile żalu mam do niej, co słyszałem z jej ust - ………. ehh
Głupia nawet nie ma bladego pojęcia jak bardzo ją kocham.
Ale cóż
To koniec ……………. cholernie mi trudno.