ad1969
15.09.04, 13:46
Homoseksualistą jestem od zawsze. Zawsze tez wierzyłem w Boga. Stosunek do
Koscioła miałem różny. Głównie buntowniczy. Nie mogłem pogodzić tego jakim
jestem z nauką Kościoła. Kiedyś wybrałem swoje skłonności, od Kościoła
odszedłem. To był błąd i to duży. Młody byłem miałem 18 lat. Ale widocznie
tak miało być. Drugi raz tego błędu nie popełnię. Dotknęły mnie tragedie
rodzinne. Przeżyłem głebokie nawrócenie. Wiara jest sensem mojego życia.
Niestety ulegam swoim skłonnością homoseksualnym. Pisze "niestety" ale nie do
końca to "niestety" teraz czuję. Zakochałem się... teraz kocham. Nie
potrafiłem (i chyba nie do konca chciałem) walczyć z tym uczuciem. Pragnąłem
kochać i być kochany. On też jest wierzący. I ma podobne dylematy. Nie
stanowimy "pary" nie jesteśmy "partnerami". Wiem, że to się skończy, kradnę
chwilę... dla siebie. Od Kościoła nie odejdę, wierzę, że będzie dobrze... że
z tej miłości zostanie prawdziwa, męska przyjaźń... wierzę, że przyjdzie czas
gdy nie będę pragnął zbliżenia fizycznego. Chyba warto o to walczyć? Głęboko
czuję, że warto, że należy, że ten wysiłek to nie rezygnacja z siebie. To mój
wolny wybór nikt mnie do tego nie zmuszał, nie nalegał. Nawet teraz gdy
jestem wyjątkowo słaby... świadom tego co robię... nie tracę wiary... a może
nawet wierzę mocniej niż przedtem, świadom swojej słabości polegam wyłącznie
na Bogu... bo ja sam nie dam rady tego zmienić.