a.n.i.a1
30.12.04, 00:05
Chyba się zakochałam (zauroczyłam) kimś przez internet. Wiem, że tak naprawdę
nie chodzi o niego tylko raczej o moje wyobrażenia na jego temat, ale i tak
mi źle. "Znamy się" ponad pól roku, jeszcze się nie widzieliśmy w realu.
Mieszkamy w innych miastach. Spotkanie teoretycznie planujemy, ale do tej
pory nie udało nam się zobaczyć, bo albo mi albo jemu wypadały różne rzeczy.
Mam wrażenie, że to ja jestem stroną, która się bardziej zaangażowała. Nie
mogę się skupić, zbyt często o nim myślę, zamartwiam się i łapię doły, gdy
dłużej się nie odzywa, nie robi na mnie wrażenia żaden inny facet. Jestem
cała w skowronkach, kiedy akurat jest ok i mamy ze sobą często kontakt.
Głupie to - wiem. Nawet go nie widziałam, a zachowuję się jak egzaltowana
pensjonarka...
Czasami myślę, że może lepiej to przerwać i w ogóle się nie spotykać. Z
drugiej strony jest taka opcja, że jeśli się w końcu zobaczymy na żywo, to on
mi się przestanie podobać i będzie po sprawie. Ale może być jeszcze gorzej.
Mogę jeszcze bardziej wpaść i dalej się szarpać, czekając na maile i
wiadomości. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że to się może skończyć happy
endem :(. A z drugiej strony wpadłam po uszy: jest mądry, inteligentny,
przystojny, sympatyczny, ma ładny głos... Dostrzegam pewne wady, ale one mnie
niestety nie powstrzymują :(.
Spotkać się czy nie? Trzymajcie kciuki albo poradzcie, jak wybic sobie to z
glowy...
Ostatnio myślę, że skonczy sie tak, że pokloce sie z nim z jakiegos blahego
powodu, sprowokuje jakas awanture, bo troche mnie juz meczy ta sytuacja, a
troche mam do niego pretensje (mimo wszystko), ze nie postaral sie i przez
kilka miesiecy nie doprowadzil do spotkania. A ja ostatnio tylko na cos
czekam caly czas :(...