agunia_29
28.03.06, 00:42
Jestem ze swoim facetem pół roku. Wszystko jest niby cacy. Kochamy się i
cigle to sobie mówimy. Co jakiś czas nawet bez szczególnej okazji dostaje
kwiaty-róże czerwone (bo takie lubie). Jestem osobą, która potrzebuje dużo
rozmów, szczerych rozmów. Facet jest naprawde (zbyt) spokojny, ułożony,
kulturalny, dyplomata, dobrze wychowany. Twierdzi, że mnie kocha i okazuje to
ale czasem nie jestem już tego pewna. Uważam, że jak się kogoś kocha to jest
się w stanie tak pogodzić sprawy żeby jeszcze spotkać się z ukochaną osobą. A
jemu ostatnio wszystko przeszkadza. Tłumaczy się "zamieszaniem w domu", bólem
gardła, lekarzem, rodzicami itp. Rozumiem, że mozna mieć inne obowiązki nawet
trzeba. Nie karze mu z pracy się urywać żeby spełniać moje fochy. Sorry ale
lekki ból gardła nie przeszkadza w spotkaniu. Jak się kogoś kocha to niewiele
rzeczy poza miłością jest ważniejsze. Wczoraj sie oczywiscie nie spotkalismy,
całą niedziele sama przesiedziałam w domu bo mój facet stwierdził, że mama
wprowadzania zamieszanie i ciągle czegoś chce. I co z tego?? Oczywiscie pytam
dzisiaj o spotkanie w srode też nie bo go gardło boli i musi sie wykurować
(zaznaczam że kuruje się już miesiąc cały).
Wkur... mnie to. Wtedy kiedy chce z nim porozmawiac to go nie ma. Jak juz
zaczynam rozmowę to wzdycha ciężko i mówi że naprawde musze iść do pracy bo
mam za dużo czasu na przemyslenia i wymyślam sobie problemy których nie ma.
A ja widzę własnie problem!! Nadal uważam, że z ukochaną osobą chce się
spędzać jak najwięcej czasu i ona jest najważniejsza. A takie wymówki brakiem
czasu ciągłego są dla mnie okazaniem, że uczucie jest słabe.
Ja sobie powiedziałam, że to ten jedyny i ostatni, że chce z nim spędzić
życie bo chce!! Ale nie będe ciągle cierpieć, łez wylewać bo pan nie ma
czasu. Jak z nim rozmawiać?? Co mam powiedzieć jutro gdy zadzwoni i powie
znowu "nie". Czy mam kategorycznie powiedzieć, że TO JA się nie zgadzam, mamy
sie spotkac i koniec bo ja chce z nim porozmawiac i nie będę przez kolejne
dni wylewać łez???!!! Facet jest naprawde dobry dla mnie, nie zrobił mi nigdy
żadnej krzywdy, nie zdradza, zapewnia o miłości, twierdzi że nie widzi świata
poza mną, ale...ma jeszcze obowiązki. Tłumaczy sie że rodzice są dużo starsi
(63 lata) i wymagają jego opieki. Ale on też przecież do diabła ma swoje
życie. Nie jest już sam!! Dzieci nie wychowuje się dla siebie. Tak całe
życie można z rodzicami przesiedzieć bo chorzy. A ja chce z nim zacząć życie
nasze wspólne i denerwuje mnie, że nie jestem na tym pierwszym miejscu,
najważniejsza. Chociaż on twierdzi, że w sercu to ja jestem pierwsza ale nie
zawsze tak może być. I jak ja mam go zrozumieć???? Pomóżcie.