nurni36
14.05.06, 23:23
Poznałem ją w klubie sześc lat temu. Sama ściągnęła mój wzrok - po prostu się
we mnie wgapiała. Była piękna - typ latynoski, ale zadziwiająco zgrabna,
długie ciemne włosy. Dokładnie taka, jakiej szukałem.
Widzicie - poszedłem tam wtedy, żeby znaleźc utrzymankę. Nie minęło zbyt
wiele czasu odkąd się rozwiodłem - moje małżeństwo okazało się totalną
porażką, odkryłem, że moja żona kłamała niemal cały czas. Nie chciałem
kolejnego związku, ale chciałem miec kobietę - i wszystko kontrolowac.
Sponsoring wydawał się świetnym rozwiązaniem.
Dziewczyna z klubu bardzo mi się podobała - nie ukrywam, chciałem ją mie już
tamtej nocy. Podszedłem do niej, zacząłem rozmowę. Czułem, że jej się
podobam. Bawiliśmy się do samego rana, chciałem jej coraz bardziej. Cudownie
się poruszała, a wiecie co się mówi o kobietach, które bosko tańczą. Po
imprezie zaproponowałem, żebyśmy poszli do mnie. Wystraszyłem ją - wtedy
wydawało mi się to dziwne, wyglądała na bardzo świadomą swojego ciała, swojej
seksualności. Uśmiechnęła się i powiedziała, że to nienajlepszy pomysł, bo
jest dziewicą, nigdy nie była z rzadnym facetem i nie będę miał z tego pewnie
większej frajdy. Zupełnie mnie tym rozbroiła. Zanim odeszła, udało mi się
zdobyc jej numer telefonu.
Zadzwoniłem po kilku dniach, umówiliśmy się na klację. powiedziałem jej, jak
bardzo mi się spodobała i zaproponowałem jej klarowny układ: miło spędzany
czas + seks,mieszanie, co miesiąc spora sma wpływająca na jej konto.
Studiowała dziennie, myślałem, że powinno to ją przekonac. Starałem się przy
tym byc jak najbardziej subtelny, żeby jej nie spłoszyc. Poprosiła o czas na
zastanowienie. Po kilku dniach, gdy już myślałem, że się nie odezwie,
zadzwoniła. Zgodziła się, co mnie w pewnym sensie trochę zdziwiło, choc
oczywiście byłem zachwycony.
Było mi z nią bardzo dobrze - poza tym, że była niezwykle atrakcyjna okazała
się też inteligentna, dowcipna, mądra. Miała swoje życie, swoje pasje,
chętnie poznawała nowe rzeczy. Była niesamowita w łóżku, choc wszystkiego
dopiero się uczyła. Wiecie, jedna z tych kobiet, które nastawione są, by
dawac, nie tyko brac. Miała niesamowity temperament - półhiszpanka. nigdy
nie stroiła żadnych fochów, nie obnosiła się ze swoimi problemami, nie
stwarzała dodatkowych. Potrafiła wysłuchac, coś doradzic, pocieszyc. Chociaż
dzieliło nas jedenaście lat różnicy, miałem wrażenie, że rozmawiam z kimś
równym sobie. Czasem wydawało mi się, że jest doskonała, ale wtedy
przypominałem sobie, że przecież płacę jej za to, żeby taka była. I, choc
może to zabrzmiec dziwnie, drażniło mnie to.
W miarę, jak się poznawaliśmy, dowiadywałem się o niej różnych rzeczy. Kiedy
to wszystko się zaczynało, nie wiedziałem, że poza jakąś rodziną ze strony
ojca jest zupełnie sama-jej rodzice zginęli w wypadku ponad rok przed naszym
spotkaniem. Odkryłem też, że ma niewielu znajomych i właściwie żadnych
przyjaciół. Zastanawiałem się, jak sobie radziła zanim mnie poznała.
Powiedziała, że była kelnerką. Od czasu miałem różne wątpliwości, chciałem ją
zapytac o rozmaite rzeczy - ostatecznie jednak dawałem sobie spokój, w końcu
to nie była moja sprawa, puki była ok wobec mnie.
Na samym początku założyła sobie konto, na które co miesiąc przelewałem jej
pieniądze. Wynajęła mieszkanie. Po roku praktycznie z nią mieszkałem. To
znaczy miałem swoje własne, ale coraz mniej lubiłem przebywac z dala od niej.
Mogłem spokojnie pracowac - jakoś zawsze wiedziała, kiedy nie chcę, żeby mi
przeszkadzac. Poza tym, podobało mi się, że ktoś o mnie dba, gotuje dla mnie,
że mam z kim porozmawiac. No i mogłem ją miec, kiedy tylko naszła mnie
ochota. Chciałem jej cały czas, niezmiennie przez te wszystkie lata, gdy
myślałem, że jest moja.To też mi się podobało - myśl, że ona do mnie należy.
Tak to już jednak jest, że szczęście nie trwa wiecznie.
W październiku powiedziała mi, że jest w ciąży. Że nie wie, jak to się stało
(bardzo na to uważaliśmy). Byłem wściekły, czułem się osaczony. powiedziałem
jej wiele okropnych rzeczy, że chce mnie złapac na dziecko, że biorąc pod
uwagę nasze relacje może nawet nie jest moje. A ona stała spokojnie i tego
wszystkiego słuchała. Kiedy skończyłem, powiedziała, że nie myślę jasno, że
zawsze można zrobic badania dna i że jeżeli postanowię brac udział w
wychowywaniu dziecka, to ona mi tego nigdy nie będzie utrudniac. A otem
powiedziała, że chciałaby zostac sama i że następnego dnia "zwolni"
mieszkanie. Pojechałem do siebie, nawet się z nią nie pożegnałem.
Dotrzymała słowa. Zabrała swoje rzeczy i się odeszła. Zostawiła list,
dokumenty związane z kątem, które założyła na moją prośbę i kartę kredytwą.
Napisała, że nigdy z niej nie skorzystała, że nie potrzebowała moich
pieniędzy, bo ma własne, ze spadku po rodzicach i z ubezpieczeń. Napisała
też, że mnie kocha, od wielu lat, ale bała się, że ją odtrące. Że popełniła
błąd ukrywając przede mną prawdę na początku, a potem coraz trudniej było się
przyznac. Że wie, że nie ma znaczenia, że tylko udawała, bo i tak myślę o
niej jak o prostytutce i że to wszystko jej wina.
Byłem skołowany. Sprawdziłem historię rachunku - od założenia ani jednej
wypłaty. Ciągle byłem na nią wściekły, ale brakowało mi jej. Jej ciała,
dotyku, naszych rozmów. Myślałem też o tym, że urodzi moje dziecko. Jednak
nie potrafiłem do niej zadzwonic, wybaczyc jej, że przez tyle czasu mnie
okłamywała. Zupełnie nie wiedziałem, co o niej myślec. Zdecydowałem się
dopiero po pół roku. Tylko że jej już tu nie było! Po jakimś czasie udało mi
się ustalic, że jest w Walencji. Pojechałem do niej, powiedziałem, że chcę
zacząc od nowa. Zapytała mnie, co czuję, czy jej wybaczyłem. Nie potrafiłem
jej odpowiedzie, powiedziałem, że nie wiem. Okłamywała mnie przez cały czas...
powiedziała mi, że w takim razie nie możemy byc razem, bo skrzywdzimy dziecko
(czy wszystkie kobiety w ciąży pięnieją?!). Że jeśli nie będę miał do niej
zaufania, będę cały czas ją podejrzewał o różne rzeczy, będziemy życ w
stresie, w gniewie, rozżaleni. Że to zła opcja dla dziecka, że teraz nie może
już myślec tylko o sobie, ale też o nim. Że mogę je widywac bez ograniczeń,
jeżeli zechcę, będzie nosiło moje nazwisko, ale że ona do mnie nie wróci.
Wie, że to jej wina, ale po prostu nie widzi wyjścia.
Słuchajcie, próbowałem już chyba wszystkiego. W zeszłym tygodniu powiedziałem
jej, że ją kocham (dużo mnie to kosztowało), ale ona mi nie wierzy! Nie mam
pojęcia, co dalej, jak ją przekonac, jak miec ją znowu blisko?