absoluteleylive
11.04.07, 18:24
Opowiem Wam teraz Drodzy Forumowicze, pewną ciekawą historyjkę. Miała ona
miejsce w Nowym Jorku, podczas ostatnich wakacji, jakie tam spędziłem. Pewnego
dnia będąc z grupką przyjaciół z programu work and travel w klubie "Europa" na
Greenpoincie spotkaliśmy się z inną grupką studentów z Ukrainy.
Zaprzyjaźniliśmy się, wszak to nasi bracia słowiańscy byli. Spotykaliśmy się
później co piątek, piliśmy razem, i bawiliśmy się świetnie, lecz po pewnym
czasie dobre stosunki polsko – ukraińskie pomiędzy dwoma z nas uległy
znacznemu pogorszeniu. Powód? – kobieta. Polka, o imieniu Kasia.
Ukrainiec Żwenia, był typowym słowiańskim chojrakiem, trochę agresywnym z
temperamentem, doskonale potrafiącym tańczyć, takim gościem, który mógłby mieć
wiele spośród setek głupich pizd bawiących się w "Europie". Ale on chciał tę
jedną jedynę, naszą Polkę Kasię. Podobnie jak Marcin, student filozofii z
Polski, oryginalny poeta, typ trochę introwertycznego romantyka, facet w sumie
kreatywny i ciekawy, ale dupiasty trochę, przywiązany był bowiem do
tradycyjnych metod uwodzenia kobiet. Kasia natomiast była osobą atrakcyjną,
ładną i ciekawą dziewczyną, trochę zwariowaną, ekscentryczną,
nieprzewidywalną:) Podobał jej się Żwenia, pociągał ją fizycznie i chętnie by
się z nim parę razy przespała, (a potem oczywiście poszła do innego), no ale
nie chciała ranić uczuć swojego rodaka Marcina, którego też na swój sposób
lubiła, bo mogła mu się wygadać, a poza tym ceniła jego indywidualizm. Obu
panów trzymała trochę na dystans, jednemu i drugiemu wysyłała sprzeczne
sygnały, że raz jest nimi zainteresowana, a raz nie. Żaden z nich nie
wiedział, że w międzyczasie puszcza się od czasu do czasu z przypadkowymi
facetami, którzy nie szczypali się w tańcu i dzięki lepszemu obyciu i metodom
neurolingwistycznego uwodzenia, potrafili ją zerżnąć po dosłownie godzinie
rozmowy.
Podczas wspólnych eskapad po Manhattanie, Żwenia nawalał każdego Żyda i
czarnego, którego spotkał, chciał bowiem zaimponować Kasi swoją siłą fizyczną.
Marcin natomiast idąc koło niej zwracał jej uwagę na piękno nowojorskiej
architektury, opowiadał o historii Donalda Trumpa i jego nieszczęśliwych
miłościach, znał historię Rockefellera, a w katedrze św. Tomasza to mógłby
przesiadywać godzinami. Marzył mu się ślub z Kasią w tej właśnie katedrze.
No i pewnego dnia sytuacja zaostrzyła się. Obydwaj panowie postanowili
rozwiązać sprawę po męsku. Ustawili się na plaży Brighton Beach na ostateczny
pojedynek karate, bo Marcin choć słabszy fizycznie, znał parę chwytów i też
miał już dosyć tej niejasnej sytuacji. O pojedynku dowiedziała się ode mnie
Kasia. Pobiegliśmy razem na miejsce i obserwowaliśmy jak dwóch mężczyzn bije
się o jej względy, o to by móc przy niej być, bronić jej w ekstremalnych
sytuacjach lub pisać dla niej wiersze. Straszne to było dla niej widzieć
oklepaną twarz poety Marcina i Żwenie kulącego się z bólu po kilku poprawnie
zadanych ciosach kumitsu.
Gdy obaj już ledwo trzymali się na nogach, cali zakrwawieni, pokuleni z bólu
ostatkiem sił walczyli o Kasię, na plażę nowiuśkim jaguarem podjechał
Amerykanin (z obywatelstwem). Nie zważając na zasady savoir vivru i
kulturalnego zachowania, odlał się niedaleko nas (Kasia przypadkiem zauważyła
jego nienagannych rozmiarów przyrodzenie) i zaczął przypatrywać się walce. W
końcu krzykną „motherfuckers co wy u diabła robicie”, na co ledwo trzymający
się na nogach Żwenia ryknął „fuck off”! Dziarski Amerykanin odpowiedział na to
jak Nicolas Cage z taksówkarza: „are you talking to me?” i wyciągnął gana ze
spodni po czym rozwalił Żwenię jak Indiana Jones tego Japończyka z filmu „w
poszukiwaniu zaginionej arki”. Widząc totalnie zmasakrowaną twarz Marcina,
postanowił jemu również oszczędzić cierpień i też go rozwalił, po czym
podszedł do Kasi i podniósłszy wypchany dolarami portfel, który niechcący mu
wypadł, zapytał, „wanna drink”. „Yes” – odpowiedziała Kasia i poszła razem z nim.
:)))