katka331
25.04.07, 13:14
Otóż, największym problemem w moim małżeństwie jest nierówny podział
obowiązków. Mężuś mój jest z takich, co to mamusia za nich wszystko robiła i
mają dwie lewe łapki do roboty. Żeby doprosić się go o jakąkolwiek pomoc, to
trzeba być świętym tureckim. Co rusz wymyślam nowe sposoby, co by tu zrobić,
żeby on zrobił to, o co go proszę. I żeby było bez zgrzytów. Niestety żaden
mój plan jeszcze nie dał zadowalającego efektu.
Najczęściej po prostu zmieniam się w zrzędliwą jędzę. Po raz piąty, czy któryś
tam z kolei, mówię głosem pełnym rezygnacji i pretensji: "Kochanie, miałeś
umyć gary..." Zazwyczaj słyszę w odpowiedzi od siedzącego przed kompem
kochania: "Zaraz". I po sprawie.
Niestety, dla niego, jestem konsekwentna i nie dam się zbyć jednym "zaraz".
Ale zauważyłam ostatnio, że biedak zaczął już alergicznie reagować na moje:
"Kochanie, ...", jeszcze zanim zdążę powiedzieć o co mi chodzi.
Pomyślałam sobie: "Dzizas! Do czego to doszło?! Niedługo bedzie się denerwował
na sam mój widok!". Nie chcę takich kwasów w małżeństwie, nie chcę być jędzą z
wiecznymi pretensjami, to okropne... Czuję się taka bezsilna...
Po przemyśleniu wszystkich za i przeciw postanowiłam nie prosić go więcej o
pomoc, jeśli utoniemy w brudzie, to najwyżej tylko ja będę się tym denerwować...
Pomyślałam sobie ...Przecież to jest tak samo moje mieszkanie, jak i jego.
Tak? Tak. Jego dzieci tak samo bałaganią, jak moje. Tak? Tak. Więc dlaczego,
do ciężkiej cholery, daję się wykorzystywać? Mało mam innych obowiązków? Nie
wiem dlaczego czułam się winna, kiedy słyszałam: "Mogłabyś tu posprzątać". Nie
wiem dlaczego rzucałam się do sprzątania, kiedy oznajmiał mi, że trzeba trochę
posprzątać, bo przyjdzie jego kolega.
A takiego wała! Nie będę więcej sprzątać! Utonę w brudzie, a palcem nie kiwnę!
On nie sprząta, to ja też nie! Nie pozwolę się wykorzystywać!!!
Ciekawe ile tak wytrzymam...
Ale na razie wytrzymałam. W weekend spotkaliśmy się w domciu i nie było
żadnego proszenia o pomoc, żadnego sprzątania i żadnych przez to kwasów.
Fakt, utonęliśmy w bajzlu, ale utonęliśmy też w łóżku... W końcu nie widział
żonki przez trzy tygodnie trzeba było nadrobić, więc było gorąco. Oj, co Wam
będę mówić...
A bajzel nie zając. Ktoś go kiedyś sprzątnie...