ppp_777
29.07.07, 21:42
Historia jest krótka(no dobra....nie jest,ale da sie streścić);zakochałam się
na zabój w pewnej intrygującej osobie imieniem A******.trochę to
trwało.Pewnego dnia poszłam zapalić na klatkę i usłyszałam, jak on,palący dwa
piętra niżej, opowiada koledze ściszonym głosem,co do mnie czuje.Wstrząsnęło
mną to, ale -zamiast porozmawiać w vztery oczy-zadzwoniłam( gwoli ścisłości-
chodziło na pewno o mnie).Zapytałam, czy chce się spotkać.Po minucie ciszy
powiedział,że nie. ja(po minucie ciszy) pożegnałam się, on (po minucie ciszy),
również się pożegnał.Czy ktoś może mi powiedzieć, co mam o tym myśleć?
wiem...uogólnienia...na nieśmiałego nigdy nie wyglądał i..czuję się jak
idiotka.to takie małe upokorzenie, a ja go codziennie mijam na klatce.Nie
wiem, o co chodzi, bo ydaje mi się,że gdyby z jego strony nic nie było ( a
słyszałam jego słowa, coś w stylu,że nie wie, jak się do mnie odezwać), to
chyba przystałby na propozycję zobaczenia się, z czystej ciekawości.Wiem, jak
to śmiesznie brzmi, ale jestem brdzo zakochana ( to nie za duże słowo) i czuje
się okropnie....