Czy mamy szansę na dobrą przyszłość?

22.11.08, 12:00
Witam serdecznie,
chciałam Was prosić o rady dotyczące mojej skomplikowanej sytuacji. Wraz z moim chłopakiem znamy się od niemal 9 lat, poznaliśmy się przez internet. Po pierwszym spotkaniu byliśmy ze sobą przez kilka miesięcy, później się rozstaliśmy, teraz znów - od 2 lat - jesteśmy ze sobą. Problemem jest to, że dzieli nas odległość całej Polski. Ja mieszkam w dość dużym mieście, on w miasteczku. Mimo tego spotykamy się dość często.
Mamy plany na przyszłość, on ma się przeprowadzić do mnie.
Wszystko byłoby pięknie, gdyby to nie były tylko słowa. Od 2 lat obiecuje i na tym się kończy. Mówi, że przeraża go moje miasto, bo wszędzie trzeba dojeżdżać, że nie odpowiada mu mentalność ludzi. Mimo tego chce być ze mną, więc się przeprowadzi.
Obecnie stracił pracę, mógłby spokojnie czegoś szukać u mnie, ale mówi, że dopiero wiosną. Wiosną powie, że jesienią, jesienią, że zimą i tak to wygląda. Ilekroć pytam o naszą przyszłość, mówi, że nie wie, nie myślał, kiedy indziej porozmawiamy. Woli grać w Wow-a:( Nawet u siebie pracy nie szuka za bardzo, bo kryzys i ciężko o pracę. Siedzi w domu i jest mu tak wygodnie. Dodam, że to nie pierwszy lepszy ktoś. Jest naprawdę dobrze wykształconym i bardzo inteligentnym człowiekiem.
Bardzo go kocham i cenię jako człowieka. Nigdy z nikim nie czułam się tak dobrze i wręcz nie wyobrażam sobie życia bez niego. Ale tak jest do momentu, kiedy nie zaczynam tematów ważnych i wymagających odpowiedzialności życiowej. Wtedy staje się małym chłopczykiem. Czy to ma jeszcze w ogóle sens?
Uprzedzając pytania o to, dlaczego ja się do niego nie przeniosę - robię doktorat, przerwanie go oznaczałoby rezygnację z marzenia. Nie byłoby to dobre dla mojego związku.
Wiem, że nie podejmiecie decyzji za mnie i sama muszę to zrobić. Ale czasem jakieś sprawy z boku wyglądają inaczej. Dlatego zdecydowałam się na tak desperacki krok jak napisanie na forum - nigdy tego nie robię. Czy nasuwają się Wam jakieś rady/oceny/możliwości wyjścia z sytuacji/wpływu na niego?
Z góry za wszystkie słowa, które się pod tym wątkiem znajdą - dziękuję.
    • cloclo80 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 22.11.08, 15:01
      Zgaduję. Czy twój macho jest nauczycielem? Jeśli tak to moje ['][']['].
      • as8 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 22.11.08, 15:16
        Nie jest. A jeśliby był to miałoby to jakieś znaczenie?
        • cloclo80 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 22.11.08, 16:34
          Ci ludzie bywają i dobrze wykształceni i inteligentni, ale są
          nieprawdopodobnie tępi i pozbawieni inicjatywy, co z lekka pasuje do
          opisu twojego mena. Stąd moje pytanie.
          IMHO gość stracił prace i dopadła go męska wersja depresji. Stąd
          wysiadywanie przed kompem i postawa w stylu "nie da się, nikt mnie
          nie lubi".
          • as8 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 22.11.08, 17:08
            O tak, tu się z Tobą zgodzę. Nauczycielem on nie jest, ale ta męska wersja
            depresji - pasuje jak ulał. Wmówił sobie, że najlepsze czasy ma już za sobą,
            teraz tylko wszystko, co najgorsze. Dziękuję za trafną uwagę :)
    • bombalska Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 22.11.08, 15:27
      No ale CV juz ma napisane? Wyslal gdzies?
      • as8 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 22.11.08, 15:52
        Wysłał tylko w jedno miejsce - ogłoszenie znalazł w sieci :( Nie można mu
        przetłumaczyć, że aby zdobyć pracę, trzeba ruszyć cztery litery z domu i rozdać
        CV potencjalnym pracodawcom. Więc siedzi w domu, gra w WoW-a i czeka, aż mu
        praca do domu przyjdzie :(
        No i jest wybredny. Większości prac nie chce. Nawet na krótki czas, żeby mieć
        dochód.
        :( Eh.
        • oleyu Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 22.11.08, 15:56
          Przestań sie z nim kochać :P Może wtedy przestanie grac w Wow i
          zajmie się Tobą :)
          Chociaż powiem, że ja też lubie czasami zagrać, niestety tylko raz
          na jakiś czas mi sie udaje :-/ I to tylko wtedy jak nie ma w pobliżu
          mojej kobiety .
          • as8 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 22.11.08, 16:13
            Nie zadziała:(
            Obrazi się i poradzi sobie w inny sposób... ...
            • szara_foka Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 22.11.08, 16:47
              cięzka sprawa - znam podobny zwiazek, i ogolnie rzecz biorac czarno to widze :/
              Chyba najlepsze co mozesz zrobic to powaznie z nim pogadac, zeby przeprowadzil
              sie do Twojego miasta, bo i latwiej mu bedzie znalezc prace i wam zacznie sie
              normalniej ukladac, jak bedziecie razem! A jak nie chce sie przeprowadzac, to
              niech on wymysli jakas sensowna alternatwe wyjscia z tej sytuacji? Powodzenia i
              wytrwalosci...
              • as8 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 22.11.08, 17:13
                szara_fi\oko - dziękuję, wytrwałość się przyda, choć czuję, że jej zasoby
                dramatycznie się we mnie kurczą :(
                Będę na pewno próbowała z nim wciąż rozmawiać, ale jak trafiam na minę, jakby
                miał zasnąć, niechęć i fochy na cały świat, bo ktoś czegoś od niego chce - to mi
                się odechciewa. A kiedy grożę, że odejdę - mówi,że będzie, co ma być. Jakby mnie
                wcale nie kochał.
                Kiedy jednak nie poruszamy tematu - jego zachowanie mówi co innego. Jest dla
                mnie wspaniały: dobry, troskliwy, poświęca mi czas, pasujemy intelektualnie,
                naprawdę dobrze się czuję w jego towarzystwie. Mam taki mętlik w głowie :(
                • as8 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 22.11.08, 17:15
                  szara_foko miało być. Przepraszam za literówkę :) Palce nie nadążają za myślą.
                  • rumunska_ksiezniczka Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 22.11.08, 17:36
                    ja ci napiszę najszczerzej jak potrafię.
                    1. piszesz, że to wartościowy facet. ok. tylko wartościowych, z głową na karku,
                    wykształconych i przystojnych jest na prawdę wielu, żeby nie powiedzieć cała
                    masa. trzeba się rozejrzeć, żeby zobaczyć. tylko jeśli jest się w związku, to
                    niestety nie ma się okazji poznawać, nie mówiąc juz o szukaniu. rada może
                    brutalna, ale szczera - nie on jedyny ma takie wspaniałe cechy, o których
                    piszesz. rozejrzyj się wokół. na pewno dostrzeżesz facetów równie wartościowych,
                    ale z przynajmniej dwiema zaletami więcej: z pracą i miejscem zamieszkania
                    bliżej ciebie.
                    2. pewnie zależy ci bardziej na męskich opiniach, ale wypowiem się, mimo
                    wszystko. ja twojego faceta postrzegam tak: jest mu dobrze tak jak jest teraz i
                    on nie ma żadnego powodu, żeby komplikować sobie życie. praca się znajdzie
                    prędzej, czy później. jak nie ty mu załatwisz, to rodzice. skoro nie pracuje, to
                    nie musi, widocznie dobrze mu u rodziców na garnuszku (nieodpowiedzialny
                    dzieciak). robi sobie, co chce. nie ma na głowie zrzędzącej baby, ani żadnej
                    kontroli. jeśli tylko zaczynasz marudzić, to cię spławia i już ma spokój. udaje
                    mu się to doskonale od kilku lat, więc o co ci chodzi. dla niego jest jak w
                    bajce. to, co najważniejsze dla faceta też mu dostarczasz, więc on ma wszystko
                    podane na tacy. ja kompletnie nie widzę powodów, dla których takie duże dziecko
                    miałoby zmieniać swoją sytuację.
                    po co on ma sobie komplikować życie? a przypomnij sobie, kiedy ostatnio on był u
                    ciebie? bo idę o zakład, że to ty jeździsz do niego jak wariatka, a nie on do
                    ciebie.
                    pozdrawiam i życzę dobrego zakończenia.
                    przepraszam za ciut ironiczny i złośliwy ton wypowiedzi, ale twoja historia
                    bardzo przypomina moją, więc aż się we mnie zagotowało.
                    • as8 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 22.11.08, 18:17
                      rumunska_ksiezniczko - chciałabym, abyś się myliła i aby Twoja diagnoza była
                      chybiona, ale tak nie jest. Wszystko się zgadza co do joty:(
                      Co do przyjeżdżania - przyjeżdża do mnie, ale masz rację - ja jeżdżę częściej i
                      nie jest mi ciężko i nie narzekam, że cały dzień spędzam w pociągu. A on narzeka. :(
                      ksiezniczko - a czy Twoja historia się dobrze skończyła? Jeśli to zbyt osobiste
                      i nie chcesz pisać, to zrozumiem.
                      Dziękuję za Twoje słowa.
                      • rumunska_ksiezniczka Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 22.11.08, 19:55
                        pewnie chciałbyś przeczytać, że moja historia skończyła sie hucznym ślubem i
                        gromadką dzieci, a potem hepi ewer after. muszę cie rozczarować. dałam sobie
                        spokój z facetem, który nic nie dawał (prawie nic) i nie chciał brać tego, co
                        miałam do zaoferowania.
                        czas leczy rany, uwierz. potrzebne jest krótkie, szybkie cięcie. lepsze krótkie
                        cierpienie, po którym następuje refleksja i kolejne doświadczenie zwane
                        'mądrością życiową', niż tkwienie w tym samym bezsensownym punkcie i karmienie
                        się nadziejami.
                        i napiszę ci jeszcze coś. dziś mam w sercu żal, że nikt z bliskich nie
                        powiedział mi brutalnie: daj sobie spokój, głupia pipo, z tym draniem. może nie
                        zmarnowałabym tyle cennego czasu (i pieniędzy na dojazdy ;-P).
                        ale bądź optymistką i głowa do góry. z tego co piszesz jesteś bardzo wartościową
                        dziewczyną i moim zdaniem zasługujesz na faceta z jajami ;-)
                        pozdrawiam ciepło
                        • as8 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 23.11.08, 11:32
                          rumunska_ksiezniczko - przykro mi, że Twoja historia nie skończyła się dobrze.
                          Choć dobrze, że znalazłaś w sobie na tyle siły, by wziąć życie w swoje ręce. Ja
                          czuję, że utknęłam. Jest dla mnie za dobry, za cudowny, za troskliwy, za mądry,
                          za inteligentny, abym mogła go tak po prostu odprawić. Znam go wiele lat, nasza
                          znajomość to setki tysięcy godzin rozmów, wzajemnego poznawania się. Nikt nigdy
                          nie znał mnie tak dobrze, nikt mnie tak nie rozumiał. Niemal bez słów. Nikt nie
                          wsłuchiwał się we mnie, nie wyczuwał nastrojów, nie przejmował się mną w takim
                          stopniu. Dlatego jest mi tak trudno postawić sprawę na ostrzu noża.
                          Wiele jest racji w tym, co mówisz i czuję, że i ja tracę cenny czas. Ale wiele
                          mi pomogłaś opisując Twoje doświadczenie (a ja myślałam, że my tacy wyjątkowi i
                          jedyni mający taką historię). Dziękuję za to.
                          Pozdrawiam ciepło:)
                          • qrnamol Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 23.11.08, 12:59
                            Też mi się tak kiedyś wydawało, po 10 latach związku, że nikogo tak dobrze nie znam i nie poznam. Te wszystkie gesty, rozumienie bez słów o których piszesz, wszystko znam aż za dobrze. Po tych 10 latch się rozstaliśmy i poznałem kobietę z którą po 5 m-cach czułem się jakbym był z nią od dziecka, nieporównywalnie lepiej niż z poprzednią... I jak ksiezniczka napisala - wartościowych facetów jest cała masa, jak trafisz na takiego i oboje będziecie podchodzić do waszego związku poważnie, ale jednocześnie z dużą swobodą, to zobaczysz że bardzo szybko będziesz szczęśliwa tak jak dawno nie byłaś :-)
                            • as8 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 23.11.08, 18:02
                              Więc jednak to jest możliwe, by po tak długim związku znaleźć kogoś lepszego.
                              Mnie na razie to w głowie nie może się pomieścić, że może być - ba! że może
                              istnieć - ktoś lepszy. Niestety :( Totalne zalanie kanałów rozsądnego myślenia
                              dopaminą.
                              Mimo tego myślałam kilkakrotnie, aby znaleźć kogoś innego. Ale mam 25 lat. I
                              poczucie, że wszyscy faceci są już zajęci. Nie mówiąc o tym, żeby znaleźć
                              jeszcze takiego, jakiego bym chciała i jaki by mi odpowiadał. A i żeby mnie
                              jeszcze kochał i traktował poważnie.
                              To też powód, dla którego uparcie w tym tkwię.
                              :(
                              • pancwynar Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 25.11.08, 12:24
                                > Mimo tego myślałam kilkakrotnie, aby znaleźć kogoś innego. Ale mam
                                25 lat. I
                                > poczucie, że wszyscy faceci są już zajęci.

                                chyba żartujesz...
                                ja rozumiem, w skeczu Piaseckiego/Zygmunta chłopaki dziwią się, że
                                24-latka 'taka stara i jeszcze zyje?' ale nie należy brać tego aż
                                tak poważnie;
                                w moim gronie - większość po lub w okolicach 30. ilość par - wolnych
                                układa się w proporcji 60:40 (a gwarantuję Ci, że jest w czym
                                wybierać);
                                także daj sobie spokój z myśleniem, że 25-latka to już, już.. dwa
                                kroki od staropanieństwa/grobu etc.
                                • as8 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 25.11.08, 13:13
                                  Dzięki za pocieszenie.
                                  Wiesz, ja może studiowałam w dziwnym środowisku. Na czwartym roku moich studiów
                                  nastąpił boom na wesela. Na piątym roku byłam już jedyną osobą w grupie, która
                                  nie była zaobrączkowana. Nie czułam się wtedy do tego ani gotowa, ani
                                  szczególnie chętna, a wieczne rozmowy o obrączkach, salach, weselach, świętach z
                                  teściami przyprawiały mnie o frustracje.
                                  Z moich znajomych spoza studiów reszta połączyła się w pary małżeńskie po
                                  skończeniu swoich studiów. Tak więc w moim środowisku naprawdę ciężko o wolne
                                  osoby. A te, które są wolne, nie wydają mi się wcale ciekawe. Moja bliska
                                  koleżanka powiedziała mi kiedyś: "decyduj się szybko, bo z wiekiem zostają tylko
                                  odrzuty". Po tym jakby przestała być moją bliską koleżanką, bo nigdy nie
                                  rozumiałam tak mechanicznego i przedmiotowego traktowania ludzi. Uważałam, że do
                                  wszystkiego trzeba dojrzeć i nie można pod wpływem owczego pędu podejmować
                                  decyzji. Ale teraz... cóż. Takie mam wrażenie, że mam trudniej niż wszystkie te
                                  osoby. One naturalnie jakoś weszły w ten rytm: studia, wesele, dzieci. A ja na
                                  forum się żalę i mam wrażenie, że klęczę nad domkiem z kart łapiąc i ustawiając
                                  na miejsca sypiące się karty. A ręce tylko dwie...
                                  Ale każdy uważa, że ma najgorzej i najciężej.
                                  Dziękuję za dobre słowo.
        • bombalska Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 25.11.08, 23:13
          Kurcze, mialam kiedys podobnego. Moze to ten sam.....

          Ten moj mial wspierajacego ojca, wiec nie mial parcia na staranie sie o
          cokolwiek, bo wszystko samo latwo przychodzilo.

          To z czego on wlasciwie zyje?
          • as8 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 26.11.08, 12:47
            Ten sam z pewnością nie :)
            Mój mężczyzna pracował. Z przerwami, ale pracował na kilku dość ciekawych
            stanowiskach. Nie jest rozrzutny, więc oszczędności ma. No i kilka całkiem
            udanych inwestycji.
            Poza tym mieszka z rodzicami, więc też ma gdzie mieszkać i co jeść. W to, czy
            się rozliczają z tego - nie wnikam, bo chorobliwie nie lubię rozmawiać o
            pieniądzach.
            Pozdrawiam.
    • grzehuu Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 22.11.08, 19:29
      dziwny facet, przypuszczam że oboje nie macie po 19 lat, a granie w WoW-a,CS-a
      czy MU wg. mnie świadczy o jego niedojrzałości, sam wychowałem się na grach i
      komputerach ale już z tego wyrosłem daaawnoo. Co za tym idzie... każda wymówka
      jest dobra, za duże miasto bla bla bla a tak naprawdę koleś się cyka. Powinnaś
      postawić mu ultimatum typu " Jesteś facet czy baba, decyduj się albo Ja albo WoW"
      • rahmanov Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 23.11.08, 02:15
        WoW
      • as8 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 23.11.08, 11:36
        Masz rację. Granie w takiej liczbie godzin w WoW-a w wieku dobiegającym
        trzydziestki nie jest normalne. Ale on gra z ludźmi w swoim wieku, więc
        przekonuje, że to nic nienormalnego - inni też grają. Ja się nie kłócę, sama
        lubię WoW-a i inne gry, ale wiem, że są ważniejsze rzeczy w życiu, a już na
        pewno decyzje, które wymagają poświęcenia czasu. I nie chowam głowy w gry, kiedy
        życie czegoś ode mnie wymaga. Trudno mu to jednak wytłumaczyć.
        A ultimatum - no cóż :( Wybierze WoW-a. Nie dlatego, że mnie nie kocha. WoW
        niczego od niego nie chce, a ja owszem. Ehh :(
        • grzehuu Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 23.11.08, 11:42
          as8 napisała:

          > Masz rację. Granie w takiej liczbie godzin w WoW-a w wieku dobiegającym
          > trzydziestki nie jest normalne. Ale on gra z ludźmi w swoim wieku, więc
          > przekonuje, że to nic nienormalnego - inni też grają. Ja się nie kłócę, sama
          > lubię WoW-a i inne gry, ale wiem, że są ważniejsze rzeczy w życiu, a już na
          > pewno decyzje, które wymagają poświęcenia czasu. I nie chowam głowy w gry, kied
          > y
          > życie czegoś ode mnie wymaga. Trudno mu to jednak wytłumaczyć.
          > A ultimatum - no cóż :( Wybierze WoW-a. Nie dlatego, że mnie nie kocha. WoW
          > niczego od niego nie chce, a ja owszem. Ehh :(

          rozumiem że Ci ciężko ale jak sama pewnie zauważyłaś granie jest ucieczką od
          rzeczywistości , grać można co jakiś czas by się zrelaksować , problem w tym że
          gry online mają to do siebie że tworzą wirtualny świat z realnymi postaciami w
          którym łatwiej się żyje. Jak sama powiedziałaś pewne jest ze wybierze grę bo to
          jest to "łatwiejsze życie". Tak jak ktoś już wcześniej wspomniał rozejrzyj się
          za innym facetem ;)
        • wt82 Nad czym Ty się zastanawiasz? 24.11.08, 19:45
          Po wielu(9?) latach związku on nie wie co jest ważniejsze dla niego ukochana
          ponoć kobieta i wasza przyszłość czy koledzy i głupawe gry komputerowe.

          A potem zdziwienie i narzekanie , ze faceci to świnie-same sobie gotujecie ten
          los...

          Moja rada psychologiczna;) daj mu jeszcze czas do namysłu a potem niech się
          decyduje KONKRETNIE. Rumuńska księżniczka napisała to idealnie , wiele osób nie
          jest gotowych do założenia rodziny niektórzy dojrzewaja DO TEGO w wieku 20 laT
          a inni 40. Ale chciałbym cos dodać-największym Twoim błędem jest to ,że tkwicie
          w jakimś nieformalnym związku tak długo i na odległość-przez ten czas to już
          można miec z 10 poważnych znajomości wziąść ślub albo i się rozwieść;)

          A wy gdzie tkwicie po 9 latach znajomości?W punkcie wyjścia-litości kobieto,
          trzeba było usidlić go w porę , atak on ma co chce, żyje jak chce i mu dobrze
          jak jest.Sama do tego doprowadziłaś, musisz to zmienić ale nie wiem czy się
          da-pozdrawiam i powodzenia.
    • triss_merigold6 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 23.11.08, 17:29
      Zmień faceta. Ten mimo trzydziestki na karku nie jest zdolny do
      podjęcia jakiejkolwiek decyzji nie mówiąc o odpowiedzialności za
      siebie czy przyszłą rodzinę.
      • paulina7171 Re: na szczęście nie jesteś zaślepiona... 23.11.08, 18:03
        A wyobrażasz sobie, że taki człowiek, choćby najbardziej do rany
        przyłóż, ale mający kłopoty z podjęciem ważnych decyzji, będzie w
        przyszłości głową rodziny, za którą trzeba będzie wziąć
        odpowiedzialność?
        Nie odpowiadaj.
        Przeczytaj sobie tylko moje pytanie jeszcze raz.
        I jeszcze raz.
        I jeszcze raz.
        I jeszcze.
        I czy nie obawiasz się, że za jakieś 3 czy 5 lat nie załozysz na tym
        forum wątku pt. "Niespełniony naukowiec" (czy coś podobnego) pisząc,
        że masz dwoje małych dzieci plus jedno duże (czytaj: mąż), które
        robi wszystko, by nie musieć podejmować decyzji? Nie obawiasz się,
        że to Ty będziesz musiała w tym związku nosić spodnie i być może
        nawet będziesz miała nieźle płatną pracę, ale za to Twój doktorat i
        Twoje marzenia trafi szlag, bo przecież - taka nasza polska
        rzeczywistość - na uczelni dużo zarobić się nie da? Za 10 czy 15 lat
        bedziecie już po rozwiodzie (z wiadomego powodu), a Ty będziesz
        miała żal do siebie, że jednak trzeba było obronić tę pracę
        doktorską, która w międzyczasie zdążyła się pokryć kurzem... Gdyby
        facet myślał poważnie o związku z Tobą, faktycznie, przeprowadziłby
        się do Ciebie, bo w dużym mieście łatwiej o pracę, i na miejscu by
        jej szukał. Chyba, że stac Cie na to, by faceta utrzymać, ale to
        chyba niezbyt miła perspektywa w kontekście tego, co napisałam na
        początku...
        Pozdrawiam, P.
        • as8 Re: na szczęście nie jesteś zaślepiona... 23.11.08, 19:18
          Paulino - dziękuję za Twoje słowa. Wraz z innymi z tego forum, które układają
          się w jedno zdanie "zmień faceta" są dla mnie jak kubeł zimnej wody na łeb. Ale
          chyba tego właśnie potrzebowałam.
          O odpowiedzialności życiowej - trafiłaś w sedno. Ja się zaczęłam łapać na tym,
          że przekonuję siebie, że gdybym została singlem, też musiałabym wszystkie
          decyzje podejmować sama. A z nim przynajmniej nie będę sama zasypiać i się
          budzić. Wiem, że to głupie. I wiem, że człowiek do wszystkiego się przyzwyczaja
          i za kilka lat byłyby awantury o to, że on się nie nadaje do życia i wszystko na
          mojej głowie. A najbardziej obawiam się kłopotów z jego pracą. Dla niego praca
          nie jest priorytetem życiowym. Nie ma problemu z powiedzeniem, że jest
          bezrobotny. Trafiła się okazja, by złożył CV w pewne miejsce i miał duże szanse
          na zatrudnienie. Ale czekał, aż członek jego rodziny da mu znać. Nie
          zainteresował się tym osobiście. Oczywiście miejsce przypadło osobom szybszym i
          bardziej zdecydowanym, ale nie przejął się tym w żaden sposób.
          W dodatku ja teraz mam więcej czasu niż wcześniej, rano bywam w domu. Miałabym
          czas, aby pomóc mu w moim mieście szukać pracy, pokazać co gdzie jest, pomóc
          składać CV. On jednak nie podejmuje tematu, a kiedy mocno nalegałam, aby o tym
          porozmawiać, powiedział, że może wiosną (jak już wspominałam). Problem w tym, że
          wiosną nie będę już miała tyle czasu i nie będę mogła poświęcić poranków na
          szukanie pracy dla niego.
          Dlatego opisałam swoją historię. Chciałam ostrych słów osób, które patrzą
          subiektywnie, bo nie znają ani mnie ani jego. Przypomina mi to wszystko trochę
          Sodomę i Gomorę z Biblii. Nie ma ani jednego postu, którego autor mówi, abym się
          uzbroiła w cierpliwość i dała mu szansę.
          Wciąż daleka jestem od kończenia tego związku, ale bliżej niż kiedykolwiek
          wcześniej. Tak szczerze to serce zwija mi się w rulonik, kiedy myślę o tym, że
          mam żyć bez niego. Odczuwam to bardzo fizycznie, jako ucisk pod żebrami. Ale
          kiedyś trzeba będzie podjąć jakąś decyzję :( I to szybko, bo tego czasu, kiedy
          się zastanawiam nad tym wszystkim, nikt mi już nie odda :(
          • paulina7171 Re: sama zatem widzisz, że... 23.11.08, 20:22
            tu już wszystko zostało powiedziane.
            Tym bardziej, że prędzej niż myślisz skończyłby się szał uniesień,
            egzaltacja i zauroczenie, a dopadła proza zycia.
            Wasz związek - wnioskuję z Twoich postów - nie przeszedł jeszcze
            chrztu bojowego. Jeśli już teraz boisz się o swoją przyszłość z tym
            człowiekiem, to co będzie później?
            Na razie jest fajnie, fajnie Wam się ze sobą rozmawia, jesteście
            kumplami, nie macie żadnych zobowiązań wobec siebie... Ale
            mieszkacie na tyle daleko od siebie, żeby nie poczuć jeszcze ciężaru
            wspólnego życia. A jest się czego bać: użeranie z urzędasami, spłata
            kredytu za mieszkanie, choroby dzieci, konieczność chodzenia na
            wywiadówki, no i ten nieszczęsny brak pracy. I wygląda na to, że to
            Ty będziesz musiała wziąć to wszystko "na klatę", i im więcej takich
            problemów będzie się pojawiało, tym częściej on będzie uciekać w Wow-
            a. Sama widzisz, że on wytłumaczenie na wszystko znajdzie: nie szuka
            pracy? No bo przecież jest bezrobocie i recesja. Gra w Wow-a?
            Przecież inni też grają. Nie chce przeprowadzić się do Ciebie? No bo
            przecież wszędzie trzeba dojeżdżać i ludzie jacyś tacy... Jestem
            przekonana, że za parę lat ocknęłabys się - wybacz brak elegancji -
            z ręką w nocniku, bo problem z mężem-leniwcem zrobi się niemal
            psychiatryczny.
            No i jeszcze jedno... Co by się stało, gdybyś za kilka lat spotkała
            wspaniałego mężczyznę, gotowego na związek z Tobą, ale Ty, niestety,
            byłabyś juz zajęta mając męża, za którego wyszłaś tylko dlatego, że
            bałas się samotności? Daj spokój. Ja odnoszę wrażenie, że to Tobie
            bardziej zależy na nim, niż jemu na Tobie.
            Pozdrawiam, P.

            • as8 Re: sama zatem widzisz, że... 23.11.08, 20:44
              Paulino :( Mam łzy w oczach czytając Twoje słowa. Ale to pewnie takie łzy
              oczyszczenia, bo słowa, choć bolą i ranią, to też otwierają oczy. Wspomniałaś o
              mężu leniwcu, a mnie się przypomniało jego podejście do zwyczajnych czynności.
              Buty zdejmuje bez rozwiązania sznurowadeł, aby przy wkładaniu nie musiał ich
              wiązać i się schylać. Nie przepada za kąpielą, bo to męczące. Nienawidzi
              sprzątać, bo trzeba kilkadziesiąt ruchów wykonać. Nie przebiera się w domowe
              ubrania, bo po co - śpi w koszulach, w których później wychodzi z domu nie
              zważając, że są pomięte.
              Tylko dlaczego ja dopiero teraz to wszystko zaczynam sobie uświadamiać:(
              Dlaczego wcześniej wmawiałam sobie, że ma setki zalet i nie powinnam na powyższe
              wady zwracać uwagi :(
              • paulina7171 Re: czyli wszystko na temat. 23.11.08, 21:21
                Uwierz mi, jest mi naprawdę bardzo przykro, że swymi słowami
                sprawiłam Ci ból. Ale ja mam lat 37, jestem singlem i na takich
                typów, jak Twój przyjaciel się juz napatrzyłam. Kobiety, które
                obserwowałam, tłumaczyły sobie przed ślubem, że "po ślubie on się
                zmieni, bo przecież mnie kocha". Kończyło się tym, że musiały
                rezygnować z marzeń i harować na dwóch-trzech etatach żeby nakarmić
                dzieci (w tym jedno duże, rzecz jasna).
                Jedna z moich koleżanek dała mi kiedyś radę, której trzymam się
                kurczowo do dziś: jeśli przed ślubem zapali Ci się chociaz jedna
                ostrzegawcza lampka, nie wychodź za faceta. Jak widzę, Tobie tych
                lampek zapaliło się już co najmniej kilkadziesiąt. Dlatego ja nie
                daję Ci prostej rady, żeby "zmienić faceta", bo tak najłatwiej.
                Ja rozumiem, tez nienawidzę sprzątać, ale to, co robi Twój facet to
                już nie lenistwo, ale abnegacja :-(
                Mimo wszystko pozdrawiam i trzymam kciuki - P.
              • yoko0202 Re: sama zatem widzisz, że... 23.11.08, 21:37
                as8 napisała:

                > Paulino :( Mam łzy w oczach czytając Twoje słowa. Ale to pewnie
                takie łzy
                > oczyszczenia, bo słowa, choć bolą i ranią, to też otwierają oczy.
                Wspomniałaś o
                > mężu leniwcu, a mnie się przypomniało jego podejście do
                zwyczajnych czynności.
                > Buty zdejmuje bez rozwiązania sznurowadeł, aby przy wkładaniu nie
                musiał ich
                > wiązać i się schylać. Nie przepada za kąpielą, bo to męczące.
                Nienawidzi
                > sprzątać, bo trzeba kilkadziesiąt ruchów wykonać. Nie przebiera
                się w domowe
                > ubrania, bo po co - śpi w koszulach, w których później wychodzi z
                domu nie
                > zważając, że są pomięte.
                > Tylko dlaczego ja dopiero teraz to wszystko zaczynam sobie
                uświadamiać:(
                > Dlaczego wcześniej wmawiałam sobie, że ma setki zalet i nie
                powinnam na powyższ
                > e
                > wady zwracać uwagi :(

                ależ z pewnością ma setki zalet, a to co opisałaś powyżej nie dla
                każdego jest wadą; z pewnością byłoby to do zaakceptowania dla
                kobiety, która za sprzątaniem nie przepada, bałagan jej nie
                przeszkadza (a jak przeszkadza to raz na dwa tygodnie zatrudnia
                ukrainkę za 10 zeta za godzinę), która woli iść z takim mężem w
                pomiętej koszuli na piwko niż tą koszulę i milion innych wyprasować,
                i której nie zależy na podwyższaniu statusu materialnego dzięki
                wspólnej pracy obu partnerów. Taka kobieta wcale nie byłaby dziwna
                czy nienormalna, i takie są, jakby się znaleźli to pewnie jakoś by
                sobie w życiu poradzili. Ale Ty nie jesteś tą kobietą. Potrzebujesz
                innego faceta.
            • mruff Re: ciężar decyzji 24.11.08, 12:40
              nie musi być po Twojej stronie.
              Postaw sprawe jasno: albo w ciagu m-ca przeprowadza się do Twojego
              miasta,szuka pracy,układacie sobie wspólnie życie-albo związek nie
              ma sensu.
              Wybór leży po jego stronie.
              • mruff Re: aha 24.11.08, 12:50
                myslę,że boisz się decyzji,że potem będziesz żałowała jak np.nie
                będziesz mogła znaleźć kogoś ok.
                Ale to jest/będzie JEGO decyzja.
                PS.Młoda jesteś :)wyluzuj:)faceta znajdziesz z czasem:)
          • yoko0202 Re: na szczęście nie jesteś zaślepiona... 23.11.08, 21:32
            as8 napisała:

            Ja się zaczęłam łapać na tym, że przekonuję siebie, że gdybym
            została singlem, też musiałabym wszystkie decyzje podejmować sama.
            A z nim przynajmniej nie będę sama zasypiać i się budzić.

            niestety nie do końca, raczej dość prędko on najpewniej zasypiałby
            na kanapie w salonie (proces ten postępuje różnie w zależności od
            par, ale standardowo to max 2 lata:)))

            Wiem, że to głupie. I wiem, że człowiek do wszystkiego się
            przyzwyczaja i za kilka lat byłyby awantury o to, że on się nie
            nadaje do życia i wszystko na mojej głowie. A najbardziej obawiam
            się kłopotów z jego pracą. Dla niego praca nie jest priorytetem
            życiowym. Nie ma problemu z powiedzeniem, że jest bezrobotny.
            Trafiła się okazja, by złożył CV w pewne miejsce i miał duże szanse
            > na zatrudnienie. Ale czekał, aż członek jego rodziny da mu znać.
            Nie zainteresował się tym osobiście. Oczywiście miejsce przypadło
            osobom szybszym i bardziej zdecydowanym, ale nie przejął się tym w
            żaden sposób. W dodatku ja teraz mam więcej czasu niż wcześniej,
            rano bywam w domu. Miałabym czas, aby pomóc mu w moim mieście szukać
            pracy, pokazać co gdzie jest, pomóc składać CV. On jednak nie
            podejmuje tematu, a kiedy mocno nalegałam, aby o tym porozmawiać,
            powiedział, że może wiosną (jak już wspominałam). Problem w tym, ż
            > e wiosną nie będę już miała tyle czasu i nie będę mogła poświęcić
            poranków na szukanie pracy dla niego.
            > Dlatego opisałam swoją historię. Chciałam ostrych słów osób, które
            patrzą subiektywnie, bo nie znają ani mnie ani jego. Przypomina mi
            to wszystko trochę Sodomę i Gomorę z Biblii. Nie ma ani jednego
            postu, którego autor mówi, abym się uzbroiła w cierpliwość i dała mu
            szansę. Wciąż daleka jestem od kończenia tego związku, ale bliżej
            niż kiedykolwiek wcześniej. Tak szczerze to serce zwija mi się w
            rulonik, kiedy myślę o tym, że mam żyć bez niego. Odczuwam to bardzo
            fizycznie, jako ucisk pod żebrami. Ale kiedyś trzeba będzie podjąć
            jakąś decyzję :( I to szybko, bo tego czasu, kiedy się zastanawiam
            nad tym wszystkim, nikt mi już nie odda :(

            kwestia zasadnicza polega na tym, czy jesteś w stanie zaakceptować
            jego nastawienie do życia (bo różnie to bywa, czasami ludzie trochę
            się 'naginają' do tej drugiej osoby, w końcu nie u każdego musi być
            standardowo ślub, dzieci, domek pod miastem z białym płotkiem i
            beżowe volvo kombi, są inne sposoby na życie ale obie strony muszą
            chcieć tego samego...) - jeżeli natomiast już dzisiaj nie idziecie
            tą samą drogą, to raczej nic z tego nie będzie
          • qrnamol Re: na szczęście nie jesteś zaślepiona... 24.11.08, 09:01
            > Tak szczerze to serce zwija mi się w rulonik, kiedy myślę o tym, że
            > mam żyć bez niego. Odczuwam to bardzo fizycznie, jako ucisk pod żebrami. Ale
            > kiedyś trzeba będzie podjąć jakąś decyzję :(

            Może to zabrzmi trochę brutalnie, ale zacznij się za kimś rozglądać, patrzeć na innych facetów jak na potencjalnych partnerów, i jak stwierdzisz że któryś mógłby się nadawać - zacznij z nim flirtować ;) Wtedy rozstanie będzie łatwiejsze mając świadomość że jest ktoś kto przytuli Ciebie a Ty jego, co nie znaczy że będzie łatwe... U mnie ciągnie się to już któryś miesiąc jak tęsknię za osobą którą bardzo kochałem i kocham dalej, będąc już z inną... :(
            • as8 Re: na szczęście nie jesteś zaślepiona... 24.11.08, 11:13
              I to jest właśnie to, czego obawiam się najbardziej, jeśli już uda mi się
              znaleźć kogoś innego. Uwikłania w inny związek, a myślenia o nim. Czuję, że
              nigdy już nie będę umiała przestać go kochać i poświęcić się innej osobie w 100
              proc. A jeśli nie będę umiała, to po co oszukiwać tę nową osobę. I siebie.
              Przykro mi z powodu tego, co napisałeś, qrnamol. Wygląda na to, że Twoja
              sytuacja też jest bardzo skomplikowana :( Z całego serca życzę, żeby wszystko Ci
              się ułożyło.
              • qrnamol Re: na szczęście nie jesteś zaślepiona... 24.11.08, 11:58
                > Przykro mi z powodu tego, co napisałeś, qrnamol. Wygląda na to, że Twoja
                > sytuacja też jest bardzo skomplikowana :( Z całego serca życzę, żeby wszystko Ci się ułożyło.

                Zanim z kimś rozstaniesz się definitywnie, bądź tego pewna w 100.00%, bo potem pewnych rzeczy odkręcić może się nie dać...
                Ale co innego rozstać się z osobą którą kochasz ponad wszystko i która tak samo kocha Ciebie, z powodu zauroczenia inną, a co innego Twoja sytuacja. Swoje zdanie na ten temat już wypowiedziałem i przy nim zostaję - przerwij to, im szybciej tym lepiej. Niektórym potrzeba naprawdę mocnego kopa od życia żeby pewne rzeczy do nich dotarły, i po takim kopie często stają się na prawdę wartościowymi osobami. Także spójrz na to też w ten sposób, jeśli jest wartościowym facetem ale pewne rzeczy do niego nie docierają, to dzięki Tobie stanie się jeszcze bardziej wartościowy kiedy do niego dotrą, i będzie to z korzyścią dla Niego. Chociaż nawet taka świadomość nawet w małym stopniu nie pomaga pogodzić się z faktem rozstania, i musisz być na to przygotowana. Jeśli jesteś wrażliwą osobą, a na to wygląda, to niestety, będzie to trwało bardzo długo, i będziesz potrzebować naprawdę wyrozumiałego partnera który pomoże Ci przez to przejść, i który sam będzie w stanie przez to przejść, mając świadomość że jesteś z nim, ale bardzo często myślami z kim innym... Ja miałem tyle szczęśćia w nieszczęściu, że obecna partnerka, brutalnie mówiąc, odbiła mnie innej, i ma świadomość tego co przechodzę, mimo tego co zrobiła jest wrażliwą osobą, tylko po prostu poczuła że poznała tego właściwego kogoś kogo szukała bez skutku przez 8 lat, i w tym czasie sparzyła się tyle razy że za wszelką cenę, po trupach, poszła po swoje. Często gdy się zamyślę, albo gdy zakręcą mi się łzy, przytula mnie mocno i pyta "Myślisz o Niej?" A minęło już kilka miesięcy... I boję się że minie ich jeszcze o wiele więcej, o ile kiedykolwiek będę w stanie zapomnieć... :-(
              • wt82 Re: na szczęście nie jesteś zaślepiona... 24.11.08, 19:50
                as8 napisała:

                > I to jest właśnie to, czego obawiam się najbardziej, jeśli już uda mi się
                > znaleźć kogoś innego. Uwikłania w inny związek, a myślenia o nim. Czuję, że
                > nigdy już nie będę umiała przestać go kochać i poświęcić się innej osobie w 100
                > proc. A jeśli nie będę umiała, to po co oszukiwać tę nową osobę. I siebie.
                > Przykro mi z powodu tego, co napisałeś, qrnamol. Wygląda na to, że Twoja
                > sytuacja też jest bardzo skomplikowana :( Z całego serca życzę, żeby wszystko C
                > i
                > się ułożyło.

                To go nie zmieniaj, pracuj nad nim po prostu ale stawiaj twarde warunki a nie
                tak jak do tej pory, on jest jaki jest bo po X latach ma wszystko co chce bez
                tak naprawdę większych zobowiązań. I to niekoniecznie jego wina.
    • ona_37 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 23.11.08, 19:02

      as8 napisała:

      > Mamy plany na przyszłość, on ma się przeprowadzić do mnie.
      > Wszystko byłoby pięknie, gdyby to nie były tylko słowa. Od 2 lat obiecuje i na
      > tym się kończy.

      Nic z tego dobrego nie będzie,szkoda Twojego czasu.

    • seth.destructor Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 24.11.08, 00:47
      Bardzo go kocham, ale on jest z małego miasteczka, a ja piszę
      doktorat...

      Myślę, że zbyt częste przebywanie z Panią Miastową wpędza go w
      małomiasteczkowe kompleksy.
      • as9 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 24.11.08, 11:06
        Nie - tu się mylisz. Nie ma kompleksów z powodu swojego pochodzenia i bardzo
        kocha swoje miasteczko. Nie dziwię się, bo to miejsce, które może się poszczycić
        wieloma inicjatywami. On sam w nich w przeszłości brał udział i jest typem
        społecznika. Tylko jakby z niego para zeszła w kilku ostatnich latach :(
        A ja... nigdy z mojego doktoratu nie robiłam afery. Nie zajmuję się szczególnie
        dochodową dyscypliną, studiowanie tej gałęzi wiedzy to raczej pasja i raczej
        marzycielstwo. Nigdy do miejsca zamieszkania, do wykształcenia, koloru skóry,
        wyznania, orientacji seksualnej nie przywiązywałam wagi. I on też nie.
        A wspomniałam o tym tylko dlatego, żeby pokazać, że trudno mu się przeprowadzić,
        bo przez wiele lat żył w zupełnie innym, małym mieście i duże, rozwinięte miasto
        go przeraża.
        Nigdy też nie myślałam o nim jako o kimś z prowincji. Jego inteligencja wyklucza
        takie myślenie. W wielu sprawach przewyższa mnie na głowę i czuję się z tym
        naprawdę dobrze.
        Szkoda, że z tak niewieloma rzeczami obecnie czuję się dobrze :(
        • kurdelebele Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 24.11.08, 11:17
          masz szanse duzo sie nauczyc od swojego chlopaka.

          inteligentny, dobrze wyksztalcony, wybredny (byle gownianej pracy
          nie wezmie, i bardzo dobrze), nie daje sie zastraszyc/nabrac
          na kobiece sztuczki - a jednoczesnie okazuje ci duzo uczucia,
          piszesz o nim "wspanialy" - bez watpienia to nie jest koles w ciemie
          bity, byle frajer jakich na peczki. a moze zamiast myslacego faceta
          wolisz kolesia ktorym mozna krecic jak maszynka do miesa ?
          moze uwiera cie, ze mozna nie ulegac owczemu pedowi i miec w zyciu
          inne priorytety niz tluczenie forsy ?

          to smutne, kiedy slyszy sie, ze partnerzy postrzegaja siebie w
          przyziemny sposob. wcale cie nie namawiam, zebys zrobila to czy
          tamto, wyreczyli mnie w tym moi przedmowcy. zgadzam sie natomiast z
          tym, ze bedzie pod gorke; ale to nie chodzi o zwiazek z tym
          konkretnym panem: pod gorke bedzie z nim, bez niego, z innym....
          albo z inna ;)

          za to ciekawy jest twoj sposob myslenia, i to bardzo. stawiam na to,
          ze juz teraz chcesz sie zabezpieczyc na przyszlosc i przygotowujesz
          grunt pod ofiare, na ktora wygodnie zwalisz wine, jak np. ci nie
          wyjdzie z doktoratem. tego, niestety, nie powiedza ci panie, ktore
          za pomoca lampek ostrzegawczych potrafia rozgryzc kazdego faceta,
          tylko nie siebie.

          kwestionujesz dojrzalosc swojego faceta, ale przeczytaj co sama
          napisalas:

          > A z nim przynajmniej nie będę sama zasypiać i się budzić.

          no comments. ewentualnie: jestescie siebie warci, ale to by bylo
          niesprawiedliwe wobec niego.

          > Tylko dlaczego ja dopiero teraz to wszystko zaczynam sobie
          uświadamiać:(
          > Dlaczego wcześniej wmawiałam sobie, że ma setki zalet i nie
          powinnam na powyższe
          > wady zwracać uwagi :(

          to zwykly mechanizm wyparcia i projekcji. sama masz nierowno pod
          sufitem, ale wolisz masturbowac sie doktoratem ktorego jeszcze nie
          napisalas i z ktorego moze wyjsc jedna wielka kupa, swoje problemy
          zas wygodnie zamiotlas pod dywan. tymczasem wszystko wrocilo do
          ciebie w postaci nalogu twojego chlopaka. zamiast teraz wykazac sie
          samokrytycyzmem, odwaznie spojrzec w lustro, zdobyc sie na ludzki
          odruch i starac sie porozumiec z tym czlowiekiem, z ktorym przeciez
          wiele was laczy, wykorzystac to jako okazje do wzrostu dla was
          obojga - szukasz pretekstu, zeby polozyc na to lache.

          zycze szczescia
          • as8 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 24.11.08, 11:51
            Wiele się od niego uczę w każdej chwili, kiedy ze sobą rozmawiamy. Otworzył mi
            oczy na wiele spraw, tłumaczył rzeczy, których nie rozumiałam, pomagał, kiedy
            miałam ogromne, wcale nie wydumane problemy. Cokolwiek się stanie - nigdy nie
            zapomnę, że jest takim człowiekiem, który zrobił dla mnie ogromnie dużo. Nie ma
            i nie było w moim życiu osoby, która zrobiłaby dla mnie więcej, nie oczekując
            niczego w zamian.
            Sądzisz, że jest mi łatwo pisać o tak prywatnych rzeczach na forum? Sądzisz, że
            siedzę zadowolona przed komputerem i obserwuję, jak w moim wątku przybywa
            postów? Wolałabym nigdy nie musieć wywlekać swoich prywatnych spraw na forum.
            Ale po prostu nie wiem już, co robić, brakuje mi pomysłów.
            Mi w życiu tyle rzeczy nie wyszło, że jestem przyzwyczajona do porażek. Nie ma
            na moim koncie żadnej, którą obarczałabym kogoś innego. Dlatego nie szukam ofiary.
            I najważniejsza kwestia - zarzucasz mi brak porozumienia z człowiekiem, którego
            kocham. Mylisz się. Setki razy próbowałam się z nim porozumieć. Nawet wczoraj -
            natchniona tą dyskusją na forum. Najpierw nie mógł ze mną porozmawiać, bo był na
            raidzie ze swoją gildią z WoW-a. A później, kiedy mówiłam, co mnie boli, co
            trzeba zmienić, że trzeba w końcu zacząć żyć, usłyszałam z 20 razy "może, być
            może, pewnie masz rację, chyba". Żadnych konkretów, żadnego "razem damy radę",
            żadnej nawet chęci do wykazania inicjatywy. Nie była to rozmowa, w której tylko
            narzucałam i marudziłam. Wskazywałam drogi wyjścia, rozmawiałam z nim spokojnie,
            bez wylewania żalu - zresztą zwykle tak ze sobą rozmawiamy. Ale to nic nie
            zmienia. Rozumiesz, że mam prawo czuć się źle? Że czuję rozpacz, że mi się taki
            związek sypie? To przecież nie jest codzienna sytuacja, że ludzie przez tyle lat
            nie zapominają o sobie, nawet jeśli wiążą się z kimś innym, to ostatecznie do
            siebie wracają. Uważam, że mój chłopak jest największym darem od losu, jaki w
            życiu dostałam. Nie doktorat, nie publikacje, nie kariera, lecz właśnie on.
            Dlatego staram się ratować ten rozsypujący się związek wszelkimi sposobami.
            Nawet tak niemoralnym jak ten tutaj - kiedy dosłownie obgaduję go na forum.
            Zdaję sobie sprawę z tego, jakie to beznadziejne i małe.

            To nie tak, że chcę go usidlić. Sprowadzić do mnie, zaprowadzić przed ołtarz,
            wyprawić wesele na 500 osób, kupić najdroższą suknię ślubną, najdroższe firanki
            i lampy do domu, a przynajmniej droższe od tych, które mają koleżanki, obdarzyć
            gromadką dzieci i czekać na jego kasę. Daleka jestem od życia według tak
            określonego wzoru. Chciałabym tylko pewności. Pewności, że coś z tego związku
            będzie. Tego, by był słowny - jeśli coś powie, to wiem, że tak będzie i tego się
            trzymam. Nawet, jeśliby mi powiedział, że za 10 lat się przeprowadzi - nie
            odeszłabym, a czekałabym cierpliwie. Ale ja tej pewności nie mam. Jeśli mam
            tkwić w czymś, co i tak nie ma przyszłości - to czy nie lepiej działać zawczasu,
            bo życie przelatuje jak piasek zaciśnięty w dłoni?

            A co do masturbacji doktoratem - mylisz się. Wspomniałam o tym tylko dlatego, że
            wiem, że pojawiłyby się pytania, dlaczego to ja nie przeniosę się do niego.
            Pracę można zmienić, uczelnię, z którą się związało, raczej nie.

            kurdelebele - dziękuję za to wszystko, co napisałeś. Nie obrażam się, bo nie ma
            o co, że mam nierówno pod sufitem, to wiem od dawna. Tylko - co tak naprawdę mi
            radzisz? Jak wcielić w życie słowa "wykazac sie samokrytycyzmem, odwaznie
            spojrzec w lustro"? Jak rozmawiać z kimś, komu, jeśli tylko zacznie się poważny
            temat dotyczący naszej przyszłości, od razu chce się spać? Kto posługuje się
            retoryką niepewności i chwiejności? Naprawdę będę wdzięczna, jeśli odpiszesz, bo
            cenię to, że przedstawiłeś inny punkt widzenia.
            Pozdrawiam ciepło i również życzę szczęścia :)
            • kurdelebele Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 24.11.08, 22:17
              > To przecież nie jest codzienna sytuacja, że ludzie przez tyle lat
              > nie zapominają o sobie, nawet jeśli wiążą się z kimś innym, to
              ostatecznie do
              > siebie wracają. Uważam, że mój chłopak jest największym darem od
              losu, jaki w
              > życiu dostałam. Nie doktorat, nie publikacje, nie kariera, lecz
              właśnie on.

              patos, patos, patos

              > Jak wcielić w życie słowa "wykazac sie samokrytycyzmem, odwaznie
              > spojrzec w lustro"? Jak rozmawiać z kimś, komu, jeśli tylko
              zacznie się poważny
              > temat dotyczący naszej przyszłości, od razu chce się spać? Kto
              posługuje się
              > retoryką niepewności i chwiejności?

              a wolalabys, zeby ci obiecywal cuda na kiju?

              zmiana partnera niczego ci nie gwarantuje, wbrew temu co przepowiada
              stado nostradamusow, ktore uaktywnilo sie w twoim watku.

              > Chciałabym tylko pewności.

              w takim razie jestes na dobrej drodze - pisanie doktoratu i badania
              naukowe to wlasnie poszukiwanie wiedzy i pewnosci.

              na drugiego czlowieka tez, a szczegolnie na siebie, trzeba starac
              sie zachowywac obiektywnie i patrzec z dystansem - jak na istote
              ulomna i przewrotna :) mozna tez na przekor faktom upierac sie,
              naginac rzeczywistosc, nawracac bezboznikow. z bogiem.
    • riki_i Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 24.11.08, 12:33
      Powiedz mu, że albo natychmiast się do Ciebie przeprowadzi i podejmie pracę,
      albo do widzenia. Czasami trzeba zrobić cięcie chirurgiczne, niestety. Inaczej
      będziesz całe życie "szczęśliwa inaczej" utrzymując uduchowionego i
      przeintelektualizowanego NIEROBA. Z toną frustracji i pretensji do świata.
      • platynowa_kostka_rubika Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 24.11.08, 22:45
        Znałam identycznego, tylko w co innego grał ;-> Moim zdaniem: odpuść sobie.
        Jeśli mu zależy, pod wpływem tego bodźca ruszy tyłek, przyjedzie, znajdzie
        pracę. Ale nie liczyłabym na to na Twoim miejscu :-)
        • belli_sima Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 25.11.08, 09:17
          Chciałabym zwrócić uwagę na fakt, że oboje żyjecie w dwóch różnych
          światach, dwa bardzo odmienne środowiska ukształtowały Was i Wasze
          postawy życiowe. Wspólny podzbiór to Wasz związek i dobre
          porozumienie intelektualne. Ty - wykształcona, wrażliwa,
          inteligentna, z aspiracjami, przyzwyczajona do wielkiego miasta,
          jego rytmu zycia i mozliwości, jakie oferuje. Zyjesz w szybkim
          tempie, ze wszystkim jesteś na bieżąco, w Twoim zyciu duzo się
          dzieje i tegoż własnie od tego zycia wymagasz. Czas biegnie - chcesz
          się ustatkować w stałym związku z mężczyzną, którego znasz, któremu
          ufasz, który jest Twoim przyjacielem, wiele o Tobie wie, pomagał Ci.
          Teraz On. Wykształcony, wrażliwy, inteligentny. Bez aspiracji
          wielkomiejskich w każdym ich wymiarze. Zyje w tempie, do jakiego
          przyzwyczaiła go mała kameralna miejscowość - jego "mała ojczyzna".
          Prawdopodobnie jest typem nostalgicznym, wrażliwym na przyrodę i
          mentalność ludzi, do ktorych jest przyzwyczajony. Społecznik
          działający dla swojego otoczenia, pragnący przejść przez zycie
          spokojnie, bez wielkich przewrotów, wydarzeń itp. W swojej
          dziewczynie widzi inteligencję, podobną wrazliwość, dobroć - te
          cechy prawdopodobnie ceni w Tobie najbardziej. Kocha Cię. Dlaczego
          nie chce się jednoznacznie określić, w którą stronę zmierza Wasz
          związek?
          Może dlatego, że wie, że nie spełni pokładanych w nim oczekiwań (zna
          siebie, zna też Ciebie i Twoje oczekiwania i aspiracje).
          Będąc uczciwym sam przed soba przyznaje, że nie jest dla Ciebie
          właściwym facetem (akurat w tej sprawie nisko się ceni lub uważa, że
          różnice między Wami mogą zadziałać na niekorzysć związku w
          przyszłości) ale ponieważ Cię kocha, nie chce podejmować jeszcze
          żadnych wiążących decyzji. Być może uważa, że ten zwiazek nie ma
          przyszlości (np. z powodu różnic opisanych wyżej). Przyzwyczajenie
          do własnego trybu i stylu zycia to bardzo silny hamulec przed
          dokonywaniem zmian, ale ponieważ uczucia trwają, wiec i on trwa w
          związku.
          Być może też nie jest Ciebie pewien, jako kandydatki na zonę, nie
          widzi Cię w tej roli, prawdopodobnie z powodu różnicy świata, w
          jakim się obracacie i aspiracji życiowych.
          Powodów może być wiele i zapewne jest ich rzeczywiście co najmniej
          kilka. Jego zwłoka w podejmowaniu decyzji może być podyktowana w
          dużej mierze niepewnością. Dla człowieka tak wychowanego i, co
          ważniejsze, przywiązanego do swojego trybu życia, zmiana, której od
          niego wymagasz jest wielką rewolucją. On musi być pewien w stu
          procentach, że tej zmiany chce i tylko wtedy ta decyzja ma sens.
          Problem w tym, że o ile on prawdopodobnie chce Ciebie (z Twoją
          wrażliwoscią, inteligencją, Waszym "porozumieniem dusz" itp) o tyle
          nie chce zmiany trybu zycia. To jest zupełnie zrozumiałe i on ma o
          tego prawo. Ma prawo spędzać zycie w takim rytmie w jakim chce i nie
          ma żadnej gwarancji, że podejmując pracę i zycie w Twoim mieście
          będzie mu z tym dobrze. Prawdopodobnie z góry wie, że będzie mu źle,
          bo zna siebie. Czyli nie byłby do końca szczęsliwy.
          Reasumując: Wasz zbiór wspólny jest, wg mnie, zbyt mały, by zbudować
          szczęsliwy i sprawnie działający związek. Jest zbyt wiele różnic w
          nawykach, przyzwyczajeniach społecznych, trybie życia i
          oczekiwaniach co do przyszłości i partnera. Twoja wizja swojej
          przyszłości jest zupełnie inna niż jego - a w tym właśnie punkcie
          powinniście być zgodni, jesli chcecie iść wspólnie dalej tą samą
          ścieżką.
          I nie ma się co łudzić teoriami typu, że "prawdziwa miłość zwycięży
          wszystkie przeszkody" itp. bo miłość potrafi się rozbić nawet o
          całkiem prozaiczne rzeczy i różnice.
          • as8 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 25.11.08, 11:50
            Och, belli_simo - nie ma w Twoim wywodzie miejsca, w którym mogłabym odmówić Ci
            racji. Nigdy nie sądziłam, że można na podstawie tych moich kilku postów
            zbudować tak prawdziwy obraz mojego związku, mnie i mojego mężczyzny. Napisałam
            na tym forum dużo, ale to kropla wobec naszych 9 lat znajomości. Więc chylę
            czoła przed przenikliwością i trafnością spostrzeżeń:)
            Niestety, to, co napisałaś, nie napawa optymizmem. I niestety ja również uważam,
            że miłość potrafi podrzeć się na kawałki w awanturach i niezacerowane skarpetki
            i przypaloną zupę. Nawet taka jak nasza :(

            belli_simo - co mam zatem, Twoim zdaniem, zrobić? Przekreślić to wszystko?
            Przerwać studia i przenieść się do niego? (bo mnie małe miasto, choć nie cieszy,
            to i nie przeraża i sądzę, że byłabym skłonna dla niego to zrobić <byleby się
            potem jeszcze miłość nie rozbijała o niedokończony doktorat, kiedy już przyjdzie
            proza życia i wszystkie te emocje opadną:( >). A może na odległość, bo na
            odległość, ale próbować budować wspólną wizję przyszłości?
            Nie jestem psychologiem i nie wiem, jak rozmawiać z nim najlepiej. Robię to tak,
            jak mi serce dyktuje i jak sama chciałabym, aby ze mną rozmawiano. Ale nie musi
            to oznaczać, że jest to efektywne.
            belli_simo - będę wdzięczna za każde następne słowo.
            Pozdrawiam ciepło!
            • belli_sima Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 25.11.08, 14:37
              To, że trafnie zdiagnozowałam sytuację między Wami, to po prostu
              efekt doświadczenia i obserwacji życia. Wiele z moich wniosków
              oparłam o Twoje własne spostrzeżenia, powiedziane wprost lub między
              słowami.

              Jeśli chodzi o doktorat, zrób go koniecznie i to teraz. Zanim
              wejdziesz w związek małżeński. Bo tylko teraz, w wieku dwudziestu
              paru lat będziesz miała na to czas. Potem zaczną Cię absorbować inne
              sprawy. Zresztą, z wiekiem priorytety życiowe tez podlegają zmianom.
              Zależy Ci na tym – więc go zrób, bo potem możesz już nie być taka
              zdeterminowana. Projekt mojego doktoratu leży od paru lat w
              szufladzie i tam już pewnie zostanie. Poza tym, mężczyźni traktują
              często takie np. naukowe obciążenie czasowe zony jako dopust boży
              (chyba, że sami robią karierę naukową, wtedy jest szansa, że
              zrozumieją) i naprawdę wywołuje to konflikty. Poza tym praca nad
              doktoratem poważnie ogranicza pracę zarobkową (chyba, że pracujesz
              na uczelni), co przy podejmowaniu decyzji o założeniu rodziny trzeba
              wziąć pod uwagę.
              Jeśli chodzi o tryb życia i miejsce do życia, w obecnym świecie jest
              to coraz mniej istotne (globalna wioska, Internet jest wszędzie,
              coraz lepsza komunikacja itp.). Skoro życie na wsi czy poza dużą
              aglomeracją) nie byłoby dla Ciebie problemem (jak piszesz),
              prawdopodobnie mogłabyś przenieść się do swojego mężczyzny a
              doktorat robić dojeżdżając (zrezygnować ze studiów stacjonarnych,
              doktorat można zrobić i eksternistycznie, choć to dużo trudniejsze i
              trzeba mieć sporo własnych funduszy), skoro i tak przebywasz te
              drogę jeżdżąc do niego. Pytanie, i musisz odpowiedzieć sobie, czy
              tego chcesz.
              Drugie pytanie: czy byłabyś w stanie żyć tolerując i akceptując jego
              sposób bycia: sypianie w ubraniu, wygodnictwo i lekką niechlujność
              (w zasadzie typową dla wielu mężczyzn, szczególnie wychowanych w
              poczuciu nazwijmy to „swobody higienicznej”). Skoro
              jesteście „blisko” ze sobą, to zakładam, ze nie jest z tym tak źle.
              Natomiast wygodnictwo to bardzo poważny problem. To znaczy na
              wygodnictwo składam jego brak starań o pracę. Może on w ogóle boi
              się wziąć odpowiedzialność za cokolwiek (w tym wypadku absolutnie
              powinnaś zakończyć ten związek) – ale chyba tak nie jest, skoro
              angażuje się w inicjatywy społeczne – trudno mi się tu odnieść. Ty
              będziesz wiedziała lepiej i po prostu też sobie odpowiedz, jak z tym
              jest.
              Tak czy siak: oboje nie uniknięcie poważnej rozmowy na swój temat.
              Ja jestem zwolenniczką radykalnych rozwiązań, bo takie kroki mają
              sens na dłuższą metę a trwanie w zawieszeniu służy tylko szarpaniu
              nerwów.
              Tak więc: poważna rozmowa. Nie przez telefon, kiedy on jest na
              zlocie (nie rób takich akcji, o takich sprawach tylko osobiście i
              raz a porządnie a nie kilka nieudanych prób w momencie, gdy on nie
              bardzo może rozmawiać, kilkakrotne próby, naciskanie itp. – to
              zadziała tylko negatywnie dla sprawy). Osobiście. I w takiej
              sytuacji, kiedy nie będzie mógł Cię zbyć i skoncentrować uwagi na
              czym innym. I nie daj się zbyć, tylko poinformuj go, że Ty tę
              rozmowę traktujesz poważnie i musisz przeprowadzić ją teraz, bo dziś
              jest tak samo dobry moment jak np. za miesiąc, nie ma powodów, aby
              ją przekładać. Przedstaw mu swój punkt widzenia: że chcesz już
              układać sobie życie, zmierzasz w kierunku stabilizacji i musisz z
              nim o tym porozmawiać, aby poznać jego stanowisko w tej sprawie.
              Jeśli będzie mówił „może”, „zapewne masz rację” itp. od razu
              reaguj: „czy to znaczy, że nie masz określonego stanowiska w tej
              sprawie?” „Jak należy rozumieć Twoje „może” – czy nie myślałeś na
              ten temat, czy nie masz żadnych przemyśleń?” itp. – to go zmusi do
              powiedzenia czegoś bardziej określonego. Nawet jeśli to będzie
              odpowiedź typu: „nie myślałem na ten temat” od razu pytaj „czy to
              znaczy, że nie jest to dla Ciebie istotna kwestia?”. W końcu on
              powie coś stanowczego. To jest sposób na poznanie jego stanowiska.
              Jeśli będzie obstawał przy niewiedzy, powiedz „proszę Cię, żebyśmy
              się teraz umówili, że się nad tym zastanowisz i dasz mi odpowiedź za
              (tu jakiś okres czasu). Jeśli nie będzie się chciał zastanowić,
              możesz mu powiedzieć, że dla Ciebie oznacza to koniec Waszej
              dotychczasowej relacji, gdyż, żeby ona trwała, potrzebujesz tej
              wiedzy, której on nie chce Ci dać. Jeśli się zgodzi, powie „ok.,
              skoro tak chcesz” – to możesz sobie zadawać tylko pytanie, po co
              straciłaś na tego faceta dwa lata. Jeśli powie, że przemyśli i da Ci
              konkretną odpowiedź – to już jest krok do przodu, pod warunkiem, że
              uzyskasz od niego potem odpowiedź (a musi Ci się to udać, skoro tak
              Ci zależy na pewności). Może być też tak, że powie, że sobie nie
              wyobraża jednak życia z Tobą (zadaj sobie to samo pytanie co
              powyżej) lub chciałby, ale np. u siebie a nie w duzym mieście – w
              tym przypadku otworzy się przed Wami kolejny wielki temat do
              dyskusji (ale to potem).
              Oprócz rozmowy jest też inna metoda, nie wiem, czy byłaby tu
              skuteczna, czyli stopniowe odsuwanie się od niego i obserwacja,
              kiedy to zauważy i jaka będzie jego reakcja. W tej chwili on jest
              pewny Twoich uczuć a więc i ma poczucie, że nic w tym związku nie
              musi (chodzi o wysiłek włożony w utrzymanie i rozwój Waszej relacji).
              Anyway, musisz okazać się wobec niego stanowcza i konsekwentna.
              Nawet za cenę jego straty. Jeśli się rozstaniecie, są przesłanki ku
              temu, by odbyło się to w miarę pokojowo i byście zostali
              przyjaciółmi dalej. Bo, uważam, jeśli mamy podejście typu: „jest
              tyle różnic między nami, że jednak nie zbudujemy wspólnie
              przyszłości, ale dobrze się rozumiemy, więc rozstajemy się w
              przyjaźni i każde z nas idzie szukać swojego szczęścia” jest ono
              całkiem sensowne i nie musi piętrzyć pretensji i nieporozumień
              między Wami.
              Piszesz, że nie wyobrażasz sobie życia bez niego. Ja dobrze wiem, co
              to znaczy. Ale w takiej sytuacji, kiedy należało podjąć drastyczną
              decyzję – to ją podjęłam. Pamiętaj, życie potem też się toczy. I ma
              to do siebie, ze jest zaskakujące. Jeszcze niejedno Cię czeka,
              nawet, gdybyś myślała, że nastąpi koniec świata. Ja to już wiem.
              Też pozdrawiam :)
              • as8 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 26.11.08, 12:39
                belli_simo - naprawdę dziękuję za tak wiele mądrych słów. Bardzo je doceniam i
                postaram się wcielić je w życie.
                Wszystkiego dobrego :)
        • pancwynar Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 25.11.08, 14:50
          platynowa_kostka_rubika napisała:

          > Jeśli mu zależy, pod wpływem tego bodźca ruszy tyłek, przyjedzie,
          znajdzie
          > pracę.

          dokładnie
          ja swego czasu nie wahałem się długo czy lecieć do swojej Lubej do
          USA...
          paszport, wiza (tu przydała się pomoc i znajomości dziewczyny),
          obawa przed totalną zmianą, język, obcy świat, koszty..
          dało się? dało..
          trzeba tylko chcieć
          • as8 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 26.11.08, 12:33
            Zazdroszczę. Głównie Twojej Dziewczynie, że ma kogoś, kto się nie bał dla niej
            zostawić dotychczasowego życia i zaufać Jej, że będzie dobrze.
            Pozdrawiam i wszystkiego dobrego :)
    • ryko Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 25.11.08, 23:36
      as, skarbie,

      1. ludzie się nie zmieniają,
      2. z wiekiem jak już przestają rosnąć to tylko się już starzeją i tetryczeją
      3. w związku partnerów trzeba akceptować takimi jacy są
      4. czasem sami chcą dla nas się zmienić ale... to im dosyć szybko mija
      te pewne aksjomatyczne zalożenia trzeba przyjąć jako fundament

      poza tym on Cie nie kocha
      facet który kocha jest:
      - zafascynowany swoja wybranką
      - dumny z niej, bo ona (pozytywnie) o nim świadczy i jest jego siłą napędową
      - chce dla niej gory przenosic
      - chce podejmować przeróżne trudy i wyrzeczenia

      Sorry, ale marnujesz swoje najlepsze lata.
      Otwórz oczy i zacznij działać
      Każdy ma jedno (własne) życie i przeżywa je tak jak SAM sobie nieustannie wybiera...

      Najlepszego
      • as8 Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 26.11.08, 12:31
        ryko, dziękuję za Twoje słowa.
        Nie wiem jednak, czy te "wyznaczniki" miłości, o których piszesz, nie są
        właściwe ludziom, którzy znają się krótko i u których wciąż emocje po zakochaniu
        nie opadły. My się znamy już od podszewki, jak stare dobre małżeństwo. W
        zasadzie nie zostało już nic do odkrywania, to i emocji jakby mniej.
        Ale możesz mieć rację :(
        Pozdrawiam ciepło!
    • ryko Re: Czy mamy szansę na dobrą przyszłość? 25.11.08, 23:38
      as, skarbie,

      1. ludzie się nie zmieniają,
      2. z wiekiem jak już przestają rosnąć to tylko już się starzeją i powoli tetryczeją
      3. w związku partnerów trzeba akceptować takimi jacy są
      4. czasem sami chcą dla nas się zmienić ale... to im dosyć szybko mija
      te pewne aksjomatyczne założenia trzeba przyjąć jako fundament rozważań

      Poza tym on Cie nie kocha
      facet który kocha jest:
      - zafascynowany swoja wybranką
      - dumny z niej, bo ona (pozytywnie) o nim świadczy i jest jego siłą napędową
      - chce dla niej gory przenosic
      - chce podejmować przeróżne trudy i wyrzeczenia

      Sorry, ale marnujesz swoje najlepsze lata.
      Otwórz oczy i zacznij działać
      Myśl głową a nie d...
      Każdy ma jedno (własne) życie i przeżywa je tak jak SAM sobie nieustannie wybiera...

      Najlepszego
Pełna wersja