kropidlo5
20.05.09, 21:26
Mam przyjaciol, a wlasciwie starego przyjaciela i jego zone. Znamy sie od
wielu lat. Tak sie sklada, ze od jakiegos czasu czasem bywam u nich gosciem na
obiedzie- zona przyjaciela lubi gotowac i czasem jestem zapraszany. Jako, ze
sam nie wynajmuje mieszkania a pokoj, nie urzadzam przyjec, wiec od zawsze
czulem sie glupio, ze przychodze na te rozne obiady, a sam zaprosilem moze
kilka razy. No dysproporcja jest dosyc spora.
Jako, ze pracuje w Osrodku kultury, takim z prawdziwego zdarzenia ( w Anglii),
i graja u nas gwiazdy muzyki, komedianci itp- pomyslalem, ze moge sie
odwdzieczyc za te obiady w inny sposob. Skoro nie bardzo mam warunki i nie
bardzo czuje sie mocny w gotowaniu- pomyslalem- odwdziecze sie inaczej. Wiec
od dluzszego czasu zalatwiam tym znajomym wejscia na koncerty, przedstawienia
itp. Czasem jest to tak, ze dostaje z pracy bilety "pracownicze" ktore im
odstepuje, tak ze moga isc i zaprosic kogos ze soba- w sensie druga pare,
czasem ide z nimi.
Innym razem, kiedy nie mam biletow, ide do kierownika i prosze o to, bym mogl
przyjsc na koncert i przyprowadzic znajomych ze soba. Nigdy nie ma problemu-
chociaz faktem jest, ze z zalogi mojej firmy jestem najaktywnieszy w
korzystaniu z tego powiedzmy przywileju.
Coz, wydawalo mi sie, ze uklad jest fair- nie chcialem nigdy zaglebiac sie w
rozliczenia- raczej myslalem tak- pojde czasem cos u nich zjem, za to wezme
ich na jakis koncert czy show i bedziemy kwita. A dodam, jak wspomnialem
zreszta, ze nie sa to lokalne wystepy tylko gwiazdy duzego formatu. Nie to
jest istotne.
ostatnio gdy bylem na przjeciu u tych znajomych zona przyjaciela w obecnosci
innych osob wypomniala mi, ze nie organizuje przyjec i nie zapraszam na
obiady. Zapytala, ile razy przez ostatnie dwa lata ja zaprosilem na jedzenie-
pytanie retoryczne oczywiscie, majace pokazac, ze niewiele. Na to jej maz a
moj przyjaciel zapytaj ja- a Ty ile razy zaprosilas go na koncert? ( rowniez
pytanie retoryczne, bo mnie nie zaprosila). Ona powiedzial do meza, ze jest
swinia tak mowiac, bo ona " nie pracuje w osrodku kultury". Zrozumialem to
tak, ze moje zaproszenia na koncerty nie maja znaczenia, bo skoro pracuje w
osrodku kultury to normalne jest, ze zapraszam ich na koncert- i laski nie robie.
Poczulem sie nie tylko urazony, ale i zniesmaczony. Nigdy nie wypomnialem jej
zadnych biletow, a dodam, ze czasem nawet bywalo tak, ze zalatwialem
zaproszenia na imprezy, ktore mnie osobiscie nie interesowaly- tylko dla niej
czy dla niej i kolezanki.
Poczulem sie niekomfortowo, gdyz wydwalo mi sie, ze nasz "uklad" jest fair.
Okazalo sie jednak, ze ona uwaza mnie chyba za pasozyta ktory ja obzera i nic
nie daje w zamian ( no daje te koncerty, ale przeciez pracuje w tym osrodku
wiec to zaden wysilek dla mnie).
Stanely mi niemal w gardle te wszystkie posilki, ktore u niej zjadlem.
Wygadala mi je po prostu- wolalbym wiedziec na poczatku, ze jestem na nich
mile widzainy o ile sie odwdziecze, albo nie byc zapraszanym.
W tej chwili ciezko mi powiedziec, co powinienem zrobic. Uznalem, ze skoro
tak, to wiecej nie powinienem przyjmowac zaproszen na obiady- skoro pozniej
sie nie odwdziecze, albo przynajniej nie w takim samym stopniu? Zarazem
sprawiedliwosc upomina sie, ze skoro tak, to tez nie bede wprowadzal na
koncerty- no bo niby dlaczego?
To, ze pracuje w tym osrodku nie oznacza, ze mam prawo widziec kazdy koncert
nawet ja sam, nie mowiac o wprowadzaniu znajomych. To tylko kwestia moich
ukladow z kierownikiem, a te wynikaja z tego, ze po prostu dobrze pracuje. Tak
naprawde bowiem to jest lekka lewizna- on wprowadza mnie i znajomych i
teoretycznie organizator traci, bo ktos oglada a nie placi.
zarazem mysle, ze nie chce przeciez psuc relacji z przyjacielem- ale jak z
tego wyjsc? Jak sie obraze i bede odmawial zaproszen na obiad i nie dam
biletow- to foch. Ale jak bede korzystal to znowu sprawa wyplynie, nie
wspomne, ze bede sie dziwnie czule teraz idac na taki obiad.
Mam troche racji czy tez rzeczywiscie, powinienem idac na obiad odpowiedziec
obiadem, a bilety dawac po prostu swoja droga?