wanda09
25.06.09, 14:01
Jestem załamana. Mój związek trwa 7 lat, parę tygodni temu pobraliśmy się.
Jestem w 7 miesiącu ciąży. Jesteśmy parą dość niekonwencjonalną, przez te
wszystkie lata byliśmy bardzo blisko siebie, ale były okresy kiedy dawaliśmy
sobie dużo przestrzeni. Ze względu na specyfikę mojego zawodu od paru lat
zawsze wyjeżdżałam w sezonie letnim. Od początku ciąży jestem na utrzymaniu
męża, nie pracuję i oczekuję na dziecko. Bardzo się cieszę, że się wkrótce
pojawi na świecie, ponieważ od dłuższego czasu po prostu o nim marzyłam.
Ciąża była wpadką, chociaż mój mąż zawsze liczył się z taką możliwością i
mówił, że kiedy to nastąpi to zwyczajnie będziemy mieli dziecko. Ślub nastąpił
jakby w naturalnej konsekwencji mojego stanu. Bardzo się kochaliśmy i
przeszliśmy ze sobą już wiele i jakoś nigdy nie dopuszczaliśmy do siebie
myśli,że moglibyśmy bez siebie żyć.
To co się dzieje teraz, to koszmar. Zaczęło się od tego, że poprosiłam męża,
aby zaczął po sobie sprzątać chociaż talerze, które zostawia przy łóżku i
wytłumaczyłam mu, że jeśli nie zacznie dbać o porządek na naszej wspólnej
przestrzeni, to w momencie pojawienia się dziecka pogrążymy się w totalnym
chaosie. Do tej pory byłam pobłażliwa i nie przywiązywałam wagi do idealnego
porządku (zresztą nadal tak jest)i podkreślam, że mąż do tej pory pomagał mi w
domu gdy go o to prosiłam. W ten dzień przypomniałam mu jeszcze o paru innych
sprawach porządkowych, którymi ze względu na zaawansowaną ciążę nie mogę się
zająć sama, a które już od tygodni czekają na załatwienie. Wypomniałam również
mężowi (po raz już chyba setny), że pomimo zbliżania się rozwiązania w ogóle
nie przygotowuje się do roli ojca, że nie troszczy się o przygotowanie
mieszkania, nic nie czyta, choć podsuwam mu różną literaturę. Nie dba o
siebie, muszę go pilnować jak dziecko żeby się zapisał do lekarza, bo chodzi o
też o moje zdrowie.. i w efekcie to ja go zapisuję..
Rozpętało się piekło.. Usłyszałam, że jestem na jego utrzymaniu i mogę po nim
sprzątać te cholerne talerze, że jestem pasożytem, bo przez te wszystkie lata
nie znalazłam stacjonarnej pracy tylko ciągle wyjeżdżałam i że to tak naprawdę
nie praca tylko zabawa i że całe życie jestem na wakacjach (jestem pilotem,
przewodnikiem, rok byłam rezydentem, pracuję jako wolny strzelec dla
wydawnictwa i przyznam, że te wszystkie funkcje dawały mi satysfakcję
finansową i rozwojową, ale rzeczywiście jest to praca sezonowa - pół roku w
pracy, pół roku w domu). Mąż zawsze potrzebował dużo przestrzeni i wolności
dla siebie i wręcz lubił moje wyjazdy, a ja lubiłam do niego wracać. Druga
strona medalu to to, że zawsze, a w szczególności od około roku, po moim
ostatnim powrocie do domu mąż marzył o tym, żebym znów wyjechała i pozwoliła
mu robić to, co od jakiegoś czasu stanowi ważny element jego życia - życie
nocne, koncerty, knajpy, alkohol..
Na tym nie koniec - wykrzyczał, że czuje się oszukany, że kiedyś (czyli 7 lat
temu) nie chciałam rodziny i dziecka, że się zmieniłam i stałam się 'ciepłą
kluchą' i że on się na to nie godził. Wykrzyczał mi też, że nie chciał tego
ślubu, podobnie jak nie chciał dziecka i że zjebał sobie życie (i mi też, bo
uważa, że zasługuję na coś lepszego). Wiem, że to nie tylko słowa, że on tak
myśli i czuje.
Do niczego go nie zmuszałam, chciałam nawet odwołać ślub i poczekać do końca
ciąży, ale stwierdził, że nie, że zróbmy to i miejmy to z głowy. Ślub
przygotowałam sama, on tylko zaakceptował miejsce..
Trudno mi o nas pisać, bo to był naprawdę dobry związek, wiele w niego
zainwestowaliśmy. A teraz czuję, że straciłam nad wszystkim kontrolę.
Najbardziej bolą te słowa, że jestem na jego utrzymaniu w sytuacji, kiedy nie
mogę pracować, że mogę sama zająć się przygotowaniami do dziecka, a on tylko
zapłaci, że go oszukałam i boli też to, że ożenił się ze mną nie chcąc tego.
Boli zależność i spętanie sytuacją, z której w normalnych warunkach bym
wyszła, bo sezon się zaczął i miałam pracować, ale przez ciążę nie mogę..
A z mojej perspektywy wygląda to tak, że postawiłam wszystko na jedną kartę,
bo wybrałam życie z nim, wróciłam do niego i otaczałam miłością i
przywiązaniem. Jestem ciepłą osobą i potrzebuję tego ciepła. Był dla mnie
najważniejszy, uwielbiałam jego towarzystwo, gotowałam co lubi, robiłam miłe
niespodzianki (on zaskoczył mnie w ciągu tych lat jeden raz. Nie robi mi
prezentów z okazji - zawsze się tłumaczy, że nic dla mnie nie ma, a kiedy ja
mam, to mu wtedy głupio i idzie kupić jakąś książkę, którą sama sobie
wybiorę). Cieszyłam się,że będziemy mieli dziecko, miałam nadzieję, że
wszystko się ułoży, bo do tej pory tak było i radziliśmy sobie ze wszystkimi
przeciwnościami losu. A on w kółko, że się opie...m, on zarabia, że nie
potrzebuje mojego weekendowego gotowania ( w tygodniu jemy na stołówce, do
której mamy blisko), że niczego ode mnie nie potrzebuje, że robi wszystko dla
mnie i tak, jak ja chcę i że spieprzyłam mu życie. Nerwowo tego nie
wytrzymałam i rzuciłam jego dokumentami o ścianę, w zamian zostałam lekko
rzucona - również na ścianę. Czuję się poniżona i wypalona w tym związku.
Nasze marzenia i cele minęły się ze sobą i nie mogę tego wytrzymać.Uważam, że
nie zrobiłam niczego przeciwko mojemu mężowi, że właściwie z pokorą i oddaniem
oczekuję na dziecko, ale stawiam też wymagania mojemu mężowi, bo nie chcę być
służącą w hotelu, do którego ten człowiek wraca tylko p oto, żeby się wyspać i
czasem, dla spokoju sumienia, coś zrobi..
Jestem zdruzgotana i szkoda mi tego maleństwa, które noszę, bo ono się nie
pchało na ten świat, a teraz nie wiem, co się z nim dzieje kiedy ojciec
krzyczy i ja krzyczę..
Dodam, że sygnalizowałam nie raz, że coś złego się z nami dzieje, że musimy
zająć się naszym związkiem, który się rozpada. Nie wiem dlaczego, ale nie
potrafię w obecnym stanie zachować zimnej krwi, że cholernie szybko tracę
panowanie nad sobą, że bardzo trudno mi prowadzić z mężem rozmowę, a on dolewa
oliwy do ognia i manipuluje mówiąc, że nie będzie ze mną rozmawiał, bo
krzyczę. Jest zupełnie nieporuszony (taki też jest z natury), dusi bierną
agresją i zupełnie nic sobie nie robi z naszych problemów. Wychodzi bez słowa
nie wiadomo gdzie, wraca, siada przed kompem z piwem obok, pełen luz.. Kiedy
go pytam, czy ma zamiar coś dla nas zrobić, mówi, że nie..
Napiszcie, co o tym myślicie. Proszę o szczere i przemyślane komentarze. Czy
praca zawodowa męża zwalnia go od minimum odpowiedzialności za porządek w
domu, od choćby wyniesienia po sobie talerzy do kuchni? Czy wolno kogoś latami
zwodzić obietnicą o ślubie i rodzinie,a potem mu to wyrzucić w twarz po
fakcie i powiedzieć, że się tego nie chce i nigdy nie chciało? Co myślicie,
panowie i panie, o takim facecie?