Dodaj do ulubionych

Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba

01.12.11, 22:45
Po doskonałych doświadczeniach z Egiptu wybraliśmy i tym razem z Rainbow Tours na wycieczkę pt Magiczne Południe do Maroka. I mieliśmy rację. Poniższa relacja nie jest w żadnym wypadku przewodnikowym opisem miejsc, nie jest też chronologiczno-encyklopedycznym opisem trasy. Raczej luźne impresje. Kto chce niech czyta.
Dzień 1. Wyjazd przesunięty o 2 godziny później ale nie robimy z tego problemu, i tak pierwszy dzień na straty. Międzylądowanie w Casablance traktuję jako zapoznanie się z realiami i przypomnienie sobie nieużywanego od lat wielu slangu franko- arabskiego. Niestety indagowana obsługa samolotu podaje sprzeczne informacje czy mamy pozostać w samolocie czy go opuścić, czy pozostawić rzeczy czy nie. W końcu decydują się- opuszczamy samolot i rzeczy zabieramy ze sobą. Nie wszyscy pasażerowie kwapią się jednak do wyjścia, bo jedna pani twierdząc że dobrze zrozumiała, nakazuje zostać. Dopiero gdy ja stanowczo opuszczam samolot mówiąc że w trzech językach powiedzieli to samo (zrozumiałem oczywiście tylko po angielsku i francusku, po arabsku – ni cholery), z ociąganiem ruszają do wyjścia. Rzut oka na lotniskowy zegar pokazuje się że mamy 2 godziny przesunięcia w czasie, toteż gdy przesuwam wskazówki z dziewiątej wieczór na siódmą, od razu robi się lepiej. Półgodzinne spóźnienie samolotu do Agadiru to normalka, jednak po następnym półgodzinnym postoju już w samolocie zaczęliśmy interesować się co się dzieje. Panienka wychodząca z kabiny pilotów zeznała że dwóch pasażerów zrezygnowało z lotu i teraz wyciągają ich bagaże. Po następnej półgodzinie na ich miejscy zjawiło się dwóch następnych, powitanych gromkimi brawami, i mogliśmy bez przeszkód wyruszyć. Na lotnisku w Agadirze czekała na nas sympatyczna panna Krysia, która wskazała nam nasz autokar. Przedłużające się czekanie na zawieruszonych pasażerów umilaliśmy sobie żarcikami i godzinka szybko zleciała. Jeden pasażer w stanie nieważkości zgubił naprzód boarding pass, potem paszport lecz dzielna panna Krysia wyciągnęła go z tarapatów i z lotniska. Inny pasażer urwał się do innego autobusu, lecz został przez naszą opiekunkę zawleczony siłą do naszego busika. No i ruszyliśmy. W Polsce godzina druga rano (tu na szczęście dopiero dwunasta), więc szybciutko kolacja i jutro rano zaczynamy. Ostrzę już sobie zęby na to jutro.
Obserwuj wątek
    • deoand Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba 02.12.11, 10:00
      Czekamy na dalsza relację - moze ci goście co to wysiedli z samolotu w Cassablance chcieli zwiedzić Meczet Hassana II , którego bodaj nie ma w programie Rainbow / w środku / i spokojnie zaczekają jak dojedziecie z Agadiru do Cassablanki i wsiądą z powrotem -ale zobaczymy ..
    • piautre1 Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba 02.12.11, 13:12
      Dzień 2. Po przeżyciach dnia 1 schodzimy z opóźnieniem na śniadanie. Od początku witają mnie: hello Alibaba- pewno ze względu na brodę. Ciekawostka- myślę, ale gdy powtarza się to w każdym hotelu, i prawie każdym miejscu gdzie spotykam miejscowych, myślę sobie że coś w tym jest. Odtąd jestem już tak nazywany i w naszej grupie. Mimo iż przywieźli nas w nocy ale jednak na kolację, mieliśmy zatem możność zakosztowania miejscowej kuchni. Gorąca zupa to było to o czym marzyłem, toteż gdy zobaczyłem przy jednym garnku z zupą dumny napis- „harira”- łapczywie się rzuciłem. Niesłusznie, bowiem z hariry owa zupa miała tylko nazwę a obok prawdziwej hariry nigdy nawet nie stała. Trzeba jednak z rezerwą podchodzić do różnych opisów biorąc tylko trochę „na spróbowanie”. Rano zwiedzamy trochę hotel- ot typowa przechowalnia przed objazdówką, ładny (np. piękny żyrandol o wysokości ze dwóch pięter), z miłą obsługą, lecz leżący na odludziu w towarzystwie różnych innych obiektów w budowie i oczywiście śmieci. Nie przeszkadza nam to jednak, bo za chwilę podjeżdża już autobus z naszą pilotką Natalią. Zajmujemy miejsca troszkę bardziej z tyłu, przy dużej panoramicznej szybie środkowego wejścia- przyda się bardzo przy robieniu zdjęć „w biegu”. Towarzystwo z tyłu dość fajne, wesołe, krążą żarciki itp, typy też zróżnicowane. Jest między nami m.in. pani profesor- specjalistka od pluskwiaków, miłośnik jazzu a w szczególności Coltrane’a, poetka, inżynier z platformy wiertniczej na Morzu Północnym, dwóch zawodowych fotografów. Nie tylko oni liczą na ładne zdjęcia, bowiem sprzęt foto w naszej grupie plasuje się znacznie powyżej średniej. Przed wyruszeniem daleką podróż, na dzień dobry odwiedzamy twierdzę w Agadirze. Na zboczu góry pod twierdzą bardzo duży (świecący w nocy) napis: Allah, Al Watan (ojczyzna), El Malik (król). Na samej górze jarmark, faceci z wężami, wielbłądami, kozami i tysiącem różnorakich świecidełek. Można, a jakże, zrobić fotkę z wielbłądem lub małpą za 1 Euro. Ale w drogę bo przed dotarciem do hotelu w Taliouine czeka nas dziś zwiedzanie Taroudant. Na początek i na zachętę efektowne ogrody pałacu Salam, potem mury miasta, na koniec spacer po mieście we wzmagającym się upale. Gdy lokalny przewodnik informuje mnie że temperatura jest „na pewno 35 stopni a może i więcej”- gratuluję sobie że nie wybrałem opcji wycieczki „cesarskie miasta”. W mieście rzeczywiście wytrzymać niesposób (mamy koniec października). Nocleg w Taliauine w stylowym (choć nieco zapuszczonym hotelu obok malowniczej kasby która pięknie wyszła w ostatnich promieniach słońca- nie bez kozery ta pora zwana jest „golden hour”.
      • deoand Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba 02.12.11, 15:03
        Eeee nie doczytałem - Jak to nie są Cesarskie miasta ale południe Maroka to tamtych dwóch to juz wcięło bo nie bedziecie jechać do Cassablanki bo i po co . Natomiast chyba jednak będzie dośc ciepło na tym południu . Ciekawe również czy będziesz po powrocie z tej objazdówki miał jeszcze tydzień odpoczynku w Agadirze czy wracasz do domu . Gdybys miał jednak tydzień odpoczynku to warto wybrac sie na dzień do Tomaszowa ..no akurat do Marakeszu takiego najbardziej znanego miasta w maroku ze słynnym placem Djema el Fna , który szczególnie atrakcyjny jest wieczorem . Co prawda główna kawiarnie na placu z tarasem widokowym wysadzili terrorysci ale chyba drugi raz juz nie wysadza więc spoko .
        pozdrawiam
    • piautre1 Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba 04.12.11, 19:15
      Dzień 3. Upały dnia 2 nie wszystkim dały do myślenia, choć większość wycieczki jest ubrana stosownie, to część nie może przełamać nawyków- panowie w długich spodniach i krytych butach, a jedna pani w rajstopach (!). Ja klimat znam dobrze i wiem że krótkie spodenki i sandały to podstawa. Od pierwszego dnia też próbuję coraz śmielej obowiązującego tu języka, slangu franko-arabskiego którego, o dziwo, nie zapomniałem od czasu pobytu w Algierii czyli od ćwierćwiecza. Jedziemy przez okolicę porośniętą drzewami przypominającymi oliwki. To drzewa arganowe- informuje Natalia- z owoców robi się z wyśmienity olej tak spożywczy jak i kosmetyczny. Kierowca zatrzymuje się przy grupie takich drzew i ze zdumieniem konstatujemy, że na drzewach pasą się kozy. Widać mają wspólne korzenie z kozicami górskimi i koziorożcami, bo idzie im to bardzo zgrabnie, nie spadają i objadają drzewa z owoców i liści. Nieco dalej grupka wielbłądów pożywia się przy drodze resztkami zielonego (a w zasadzie burego) wystającego z ziemi a przy okazji zgrabnie czochra się o betonowy słup elektryczny. Jedziemy dalej, pojawiają się pagórki i większe górki też, widoki fantastyczne, choć nie przy wszystkich stajemy. Widoczki zrobione przez szybkę szybką lustrzanką wyszły bardziej niż przyzwoicie. Na postojach miejscowa ludność interesuje się nami bardzo, a najbardziej dzieci zachwycone tym ze niektóre panie częstują je cukierkami i nie wiedzieć czemu domagają się zaraz długopisów. Częstowanie cukierkami zwabia niestety inne dzieci które lecą jak muchy do miodu i trzeba czasem salwować się ucieczką. Odwiedzamy wytwórnię szafranu (drogi jak piekło) gdzie na wejściu już widzimy lokalny wynalazek- studnię z wiadrem zrobionym ze starej dętki samochodowej. Funkcjonuje wyśmienicie.
      • nehti Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba 05.12.11, 12:03
        Miło Cię tu spotkać Piautre1. Nie wiem czy mnie pamiętasz, pisałam w zeszłym roku o moim pobycie w Algierii. Tym razem wybieram się z rodziną na objazdówkę Cesarskie miasta. Z ciekawością czytam Twoje luźne zapiski, czekam na dalszy ciąg.
        Pozdrawiam
        E.
      • piautre1 Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba d6 08.12.11, 23:33
        Dzień 6. Dziś w programie dzień bardzo spektakularny, bo to i słynne z filmów różnorakich kasby, i przejazd przez góry (nie pagórki). Zrzucam znów zdjęcia na laptopa i czyszczę oczywiście kartę z zapełniających ją wczoraj kilku gigabajtów zdjęć i w drogę. Droga niedaleka bo już na obrzeżach miasta usytuowana jest kasba Tautrit, przed wejściem wycieczka zaopatruje się jeszcze w hobzę i wodę. Jak to jednak gusta i przyzwyczajenia ewoluują- na początku prawie wszyscy kupowali beznadziejne bagiety, teraz docenili smak prawdziwej świeżej hobzy. Na dziedzińcu kasby – armata, na którą wszyscy po kolei wchodzą by zrobić pamiątkowe zdjęcie. Ta kasba jednak to tylko wstęp- przed nami prawdziwa gwiazda filmowa- Ain Banhadou, grała pierwszoplanową role w takich produkcjach jak Gladiator, czy Klejnoty Nilu ( i wiele innych). Jest rzeczywiście niebywale fotogeniczna a przede wszystkim zamieszkała. Piękny jest widok kolorowych ręczników, chust czy gaci na tle średniowiecznej kasby. Funkcjonują warsztaty tkackie, drobni rzemieślnicy i małe sklepiki. Hej, Alibaba (to oczywiście do mnie) jak się nazywasz? Don Pedro. Skąd jesteś? (tu skurczybyk błyskawicznie przeszedł na hiszpański). Stłumiłem w zarodku narzucającą się Barcelonę, a nuż poliglota zna kataloński, - z Alicante. Udało się i po wymianie, tym razem trójjęzycznych, grzeczności ruszyliśmy w górę. Z góry piękny widok, a mój nie tyle sokoli wzrok co zoom 480mm wypatrzył w korycie ouedu (okresowa rzeka, teraz sucha) panią profesor z pięknym kolorowym parasolem. Cóż, ta piękna kasba przegrała i tym razem z pasją entomologiczną.
        Towarzyszą nam Japończycy strzelający 1200 fotek na sekundę, a szczególności uwagę zwróciła jedna japonka ubrana ma czarno-różowo jak na pokaz mody. Uwagi na siebie długo nie musieli zwracać rozkrzyczani Niemcy, zmuszając nas do zejścia na dół. Na dole w atelier grafiki, pokaz termo-wywoływalnych obrazów. Facet podgrzewa czystą kartkę papieru nad polnikiem i z wolna ukazuje się rysunek (najczęściej właśnie naszej kasby). Widok ładny choć nie dla wszystkich, bowiem Jej Puszystość stanęła pośrodku kadru nie reagując na oczy i obiektywy rozpaczliwie przedzierające się zza jej ramienia. A wzrokiem zabiłaby natrętów gdyby mogła.
        Droga do Marakeszu prowadzi przez najwyższa przełęcz- Col du Tichka +2260 m npm. Wychodzimy ale tylko na chwile bo wieje zimny wiatr, choć nie studzi to naszych zapałów do robienie pięknych zdjęć. Widziałaś jaja Mohameda- słyszę jak moją żonę pyta koleżanka- nie? to chodź, pokażę Ci. Tym razem chodzi nie o naszego kierowcę który pięknie i bezpiecznie wiózł nas przez te kilka tysięcy kilometrów. Za to w sklepiku z szyldem „Chez Mohamed” widać różnokolorowe kamienne jaja, od normalnowymiarowych naszych, po monstra o wysokości prawie pół metra. Pół wycieczki przychodzi w sukurs koledze którego żona wymyśliła sobie że kupi takie jajo i przewiezie je do Polski. Po kilkunastominutowym przekonywaniu i obietnicach kupna czegoś równie atrakcyjnego- nieszczęsna kobiecina w końcu godzi się z losem, choć do męża do końca dnia już się nie odzywa.
    • piautre1 Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba 05.12.11, 18:09
      3’ Postój na nieobowiązkowy obiadek w mieście trudnym do wymówienia- Agdz. Miejscowi robią szybko wstępną taksację klienta do ogolenia, głównie pod kątem językowym. Niezadługo zatem po zapuszczeniu się na miasto przyczepia się taki jeden z prośbą o przetłumaczenie listu do Polski. Metoda jest bardzo prosta.
      Krok 1- Mosju, skąd jesteś? Z Polski??? Ach to wspaniale mam narzeczoną z Polski i mam napisany list, czy mógłbyś mi przetłumaczyć?
      Krok 2- mieszkam o tu- widzisz? chodź, tam przetłumaczysz mi list. Wchodzisz do niego do sklepu. Siadasz.
      Krok 3- częstuje cię herbatą lub kawa i opowiada jak bardzo kocha tę swoją polkę. Jak głupi nie pytasz go nawet jak dotąd porozumiewali się. Pokazuje ci rzeczy w sklepie, ale oczywiście nie musisz niczego kupować
      Krok 4- tłumaczysz kilka zdań, wygląda na bardzo szczęśliwego. Pokazuje ci coraz więcej rzeczy w sklepie. Zjawia się „przypadkowo” szwagier ze sklepu ze złotem (lub srebrem) z towarem po super okazyjnej cenie dla przyjaciela swojego szwagra. Oczywiście nie musisz nic kupować ale czujesz się oplątany. Zjawiają się kuzyni z innych sklepów którzy mają do oddania (tzn za prawie darmo) też cuda.
      Krok 5. Czujesz się zobligowany by kupić cokolwiek choćby za 10 dirhamów.
      Krok 6. Wychodzisz z ulgą lżejszy o kilkaset dirhamów.
      Tę metodę znam, więc spławiam jegomościa, mówiąc że potem, teraz idziemy na obiad. Po przejściu przez suk widzimy znów tego zakochanego biedaka z tą samą prośbą. Potem- mówię- potem!!. Tu uwaga językowa- prawidłowy zwrot: „później” (plus tard) tłumaczą sobie jako: być może. Proste: „potem” (apres), ale po czym? uważają za zniechęcenie. Najlepiej na nachalstwo działa stanowcze: la! (nie), HALAS!! (koniec!). Odczepił się więc ale już za chwilę upolował inną ofiarę. Jak się okazało dziabnął ją na 600 dh.
      • nehti Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba 06.12.11, 08:55
        Piautre1 czy mogę prosić o więcej podstawowych marokańskich słówek typu dziękuję, proszę, do widzenia, tak, ile kosztuje, drogo itp.
        Zawsze staram się poznać kilka słów z kraju do ktorego się wybieram, ułatwia to porozumiewanie się a poza tym uważam że jest to przyjemne dla tubylców gdy staramy się poznać ich język.
        Będę wdzieczna :-))))
        • piautre1 Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba 06.12.11, 10:32
          nehti napisała:

          > Piautre1 czy mogę prosić o więcej podstawowych marokańskich słówek typu dziękuj
          > ę, proszę, do widzenia, tak, ile kosztuje, drogo itp.
          > Zawsze staram się poznać kilka słów z kraju do ktorego się wybieram, ułatwia to
          > porozumiewanie się a poza tym uważam że jest to przyjemne dla tubylców gdy sta
          > ramy się poznać ich język.
          > Będę wdzieczna :-))))

          witam
          maghrebinietylko.blogspot.com/
          podstawowy słowniczek arabski jest tutaj
          ale esencja:
          w maroku używają slangu zachodniomaghrebskiego (ZM)
          jadąd do tunezji czy egiptu trzeba się przestawić
          przedstawiam zaten w dużym skrócie 2 wersje ZM i klasyczną

          dziękuje- szukran (KL) sahet (ZM) obie wersja poprawne
          proszę (w odpowiedzi)- afuan
          ile - ge dasz?
          drogo (dużo) ketir (kl) bezef (ZM)
          dobre- kuejs (KL), saha (ZM)
          dobrze (potwierdzenie) saha
          tak- aiua
          nie- la
          koniec (np targów)- halas
          dzien dobry- saba'l hir
          badz pozdrowion- salem alejkum
          do widzenia- massalama
          słuchaj- asama (często używane dla zaczecia rozmowy)
          patrz- szuf


          zapraszam do słowniczka
    • piautre1 Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba 06.12.11, 10:35
      Na obiad rozczarowanie. Czy jest jakaś porządna zupa?- pokazują mi pomyje po płukaniu kotła z warzywami. Jest siorba?- nie ma. Jest harira?- nie ma. Macie merguezy?- nie ma. A może burki (brick, taka zbieżność brzmieniowa). Nie ma. Ma kensz! No to co macie? Mamy, Mosju- tazine. Tazine to w zasadzie nie jest danie lecz naczynie z charakterystycznym przykryciem w kształcie stożka. W tym naczyniu można upiec (?udusić?) wszystko. Zamawiam jagnięcinę w warzywach. Smaczne ale chyba kiedyś jadłem lepsze. Przy okazji widzę (słyszę) jak para z naszej wycieki nie może ani rusz dogadać się z restauratorem. Pomagam zatem w zamówieniu i w zamian:
      - To oni a nie my otrzymują swój tazine wcześniej. Zjedli zapłacili i wyszli a ja jeszcze czekam
      - gdy już po ponadnormatywnym oczekiwaniu pogoniłem ich, dostaliśmy wreszcie swoje i przyszło do płacenia okazało się że doliczyli i ich obiad no mojego rachunku (przecie zamawiałem, to czemu teraz nie chcę płacić?!). Zdziwiony właściciel skorygował jednak rachunek. Duży plus- na suku udało mi się bez żadnego kłopotu kupić wreszcie porządne pieczywo- hobzę którą wcinamy z apetytem czekając na naszego tazina.
    • piautre1 Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba 06.12.11, 22:51
      Ruszamy dalej, mijamy pojawiające się już tu i ówdzie kasby (domostwa lub gruby domów), i ksary (to samo lecz ufortyfikowane). Stajemy przy jednej z kasb, a naprzeciwko palmeria, czyli coś w rodzaju oazy. Już od wejścia towarzyszą nam chłopcy na osiołkach pragnący za wszelką cenę sprzedać daktyle, których tu zatrzęsienie. Nasz przewodnik Salah wspina się na palmę, grożąc ostrzegawczo paluszkiem innym „ochotnikom” i zrzuca stamtąd świeże daktyle. Chłopcy niezrażeni chcą za wszelką cenę (która w międzyczasie spada) sprzedać swój towar. Obok mnie idzie dwóch chłopaków (a trzeci jedzie na ośle). Jestem Don Pedro- przedstawiam się, a ty? - Mohamed (wiadomo- najbardziej szanowane imię)- dumnie wypina pierś jeden z nich. Mosju, nie słuchaj go- to Mustafa!- krzyczy drugi! A ty kto?- pytam tego drugiego. Aliane- odpowiada niepewnie. I słusznie bo zaraz słyszymy śmiech: Szuf (popatrz) , Alibaba (to do mnie), Ali- ane, Ali- Ha ha ha ANE (osioł)! Ma czego chciał.
      Zwiedzamy kasbę leżącą po drugiej stronie drogi- cudo, wszystko z naturalnych materiałów: glina- wszechobecna w tym regionie, drewno- tego mamy w nadmiarze. Prymitywne sprzęty i narzędzia, jest kuchnia, jest nawet i prysznic- gliniany dzban z wodą i kanalik ściekowy odprowadzający wodę. W następnej niesłychanie fotogenicznym ksarze- Tissergate zrobiłem zdjęcie wysłane do National Geographic- w promieniach zachodzącego słońca, samotna baba w haiku zmierza do wejścia do ksaru.
      Nocleg w Zagorze (bywalcy dodadzą zaraz- Starej). Hotel jak z bajek 1001 nocy, ogrody ślicznie oświetlone, pośród nich małe restauracyjki i bary, basen. Jemy smakowita kolację. Jedyny przykry zgrzyt- muzyka bynajmniej nie arabska lecz europejska i to taka skomercjalizowana muzyczka. Przyrzekłem sobie ze napiszę o tym końcowej ocenie wycieczki.
    • piautre1 Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba 07.12.11, 14:04
      Dzień 4. Jedziemy sobie ładny kawałek drogi do Erfoud. Niedaleko bo tak z 500 km. Jedziemy przez wielki nic, stajemy podłodze w sennym miasteczku. Aż tu nagle postój w szczerym polu i goni nas jakiś facet na rowerze. Pani Profesor Od Pluskwiaków kompletnie nie zajmuje się tym co z reguły budzi zachwyt wycieczki, odłącza się błyskawicznie się sprawnie od grupy i łapie na rozłożony parasol to co uda się jej wytrzepać z krzaczków- różne żyjątka, niewidoczne, zdać by się było, gołym okiem, a potem robi im prześliczne fotki. I dobrze bo większość nie dożywa transportu do Polski. Nas interesuje jednak co innego- Natalka zarządza wyjść z autokaru i zabrać ze sobą wodę(?). Wodą tą polewamy skały i oczom naszym ukazują się żyjątka morskie (?czy nie ciekawsze niż fauna łapana na parasol?) wtopione w skały- jakieś kalmary o kształcie marchewki, małże, ślimaki i inne mariscos. Te skały są wydłubywane obrabiane (ręcznie lub mechanicznie) i sprzedawane jako meble lub sprzęty wielkogabarytowe, bądź też jako wisiorki (prawdę mówiąc dość ciężkie). No i ten facet co przypedałował w pośpiechu to właśnie sprzedawca takich pamiątek- niedrogo nawet je cenił- rzędu 2-3 Euro. Docieramy wczesnym popołudniem do hotelu. Czemu tak wcześnie?- ano w programie jest (zatankowane Toyoty Landcruisery już przygotowane) wyjazd na pustynię i oglądanie tamże zachodu słońca. Jazda rzeczywiście jak na safari. Po drodze stajemy w małej osadzie Nomadów- namioty i prymitywne chaty z trzciny. Częstują nas miętową herbatą, robimy zdjęcia (wzruszająca kuchnia i „łazienka”) i w drogę bo już piąta a słońce zachodzi o szóstej. Rzut oka na mapę mówi że jesteśmy tuż przy granicy z Algierią, gdzie leży przecudowny Taghit i gdzie to oglądałem tęże pustynię- Grand Erg Occidental- po raz pierwszy. Wydmy w promieniach zachodzącego słońca robią niesamowite wrażenie, a karawana wielbłądów tylko je potęguje.
      Wracamy do hotelu na kolację- a tam kolejne rozczarowanie: po pierwsze- już od progu wita nas moje „ulubione” eine kleine nachtmusic czyli malenkaja nocznaja serenada. Na cholerę mi Mozart na pustyni, nie ma lokalnej ładnej muzyki?? Po drugie- obsługa niekumata i niezbyt uprzejma a w dodatku nie można zamówić wina, co dotąd było standardem. Po trzecie- potrawy nie za zbytnio smaczne, mało i niektóre zimne. Wyjątkowo tutaj- minus, mimo iż sam hotel całkiem ładny.
    • piautre1 Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba-5 08.12.11, 13:05
      Dzień 5. Przed nami najładniejsza widokowo trasa, bo to i „droga tysiąca kasb”, i przełomy rzek (gorges du Dades i Todra) i malownicza dolina rzeki Draa. Co chwila stajemy i wyskakujemy z samochodu na zdjęcia, a jak nie można to podziwiamy (albo i pstrykamy) przez szybkę. Na dzień dobry odwiedzamy jednak manufakturę wytwórni sprzętów i pamiątek z owych skał widzianych wczoraj. Meble z granitu z widocznymi kalmarami czy małżami nie robią na nikim specjalnego wrażenia. Wrażenie robi sama fabryka żywcem przeniesiona z „ziemi obiecanej” a w szczególności olbrzymia piła tnąca skalne bloki. Biorą nas też oczywiście do sali ekspozycji drobnych pamiątek gdzie to już ceny są wielokrotnie wyższe niż u naszego rowerzysty. O dziwo- i tu chętni się znajdują.
      Ruszamy w drogę i po jakimś czasie oczom naszym ukazują się kopce kreta tyle że nieco większe. To ketary- informuje nas Natalka- system transportu wody istniejący od starożytności i wykorzystujący wody podskórne. Oczywiście stajemy i wchodzimy do jednego z tych kopców. System działa i nieźle funkcjonuje do dziś. Nieopodal „baza sprzętu” i „biuro budowy”, jeśli manufaktura wyglądała na 19-wieczną to tu mamy obrazek prawie żywcem (gdyby nie motorower stojący przed ‘biurem”) wyjęty ze średniowiecza.
      Przejazd przez kaniony i doliny rzek- niesłychanie malowniczy a ukazujące się naszym oczom kasby i ksary budzą jęki zachwytu. Jedziemy już przez okolice górskie, spada nieco temperatura a i wiatr się wzmaga. Nie przestrasza to jednak naszych dzielnych zdobywców którzy po wczorajszej wizycie na pustyni zdecydowali się wreszcie na założenie krótkich majtek i klapek. Niestraszne i powiewy wiatru naszej pani profesor. Choć jeden taki powiew wywiał ją – wraz z nieodłącznym parasolem- z krzaków i poniósł kilkadziesiąt metrów, wylądowała z prześlicznym telemarkiem za co dostała od wycieczki gromkie brawa i wysokie noty. Jedna z naszych koleżanek uskarża się na migrenę, co sprawia że jedziemy przy akompaniamencie piosenki nuconej przez jej małżonka:
      Kobiety jak te kwiaty, kto żonaty ten wie
      Powąchać- tak, dotykać – nie
      Minęła pora godowa, teraz tylko boli głowa
      Zaiste fajne i wesołe to towarzystwo z naszej wycieczki, zaraz ktoś dośpiewał:
      Gdy przyjdzie wiosna- przyjmij ten cios na klatę
      Jeszcze gorzej będzie latem.
      No i koniec końców stanęliśmy w hotelu w Ouerzazate.
    • piautre1 Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba 09.12.11, 14:22
      6” W Marakeszu jedziemy „z marszu” do ogrodów tropikalne Majorelle- dumy i wizytówki miasta, gdzie to ponoć przebywał Yves Saint Laurent, i tam są jego szczątki i kolumna ku czci. Ale nie o to biega, wszyscy czekamy tylko na wizytę na placu Jamma el-Fna, jednego z najbardziej „magicznych miejsc w Maroku. No i zaraz po kolacji nie zwlekając udajemy się tam. Pomimo pory nocnej (a może właśnie dlatego) plac wypełniony różnego rodzaju osobliwościami. Pośrodku stoją stoły gdzie restauracyjki serwują wyśmienite jedzonko, a wkoło mnóstwo różnych typów, są i zaklinacze węży i połykacze ognia, tresowane małpy, opowiadacze bajek, są konkursy łapania na wędkę butelek coca-coli i setka innych osobliwości. Czujni są jak ważki, bo gdy tylko zbliżę aparat do oka- nawet z odległości 100 metrów zaraz zjawia się ktoś z wyciągniętą ręka po bakszysz. Ale przyuważyliśmy kawiarnię z tarasem- wspaniały punkt widokowy, pakuję więc aparat i statyw i zasuwamy na górę. Wejść można ale „konsumpcja obowiązkowa”, starczy kupić cokolwiek. To cokolwiek- mała butelka coli i wody kosztowała ok. 10 euro. Zmieniam obiektyw na długą lufę, zdjęcia nieco poruszone ale może i o to chodzi, lecz zaraz idę po rozum do głowy i zakładam jasną (f1,4) pięćdziesiątkę. I to je ono. Zdjęcia jak brzytwa, a matryca w moim EOSie 50D- zgoła nieprawdopodobna, szumy przy czułości 3200-6400 wręcz niedostrzegalne!!
      Wracając zahaczamy o bardzo piękny i okazały dworzec kolejowy. Kolega uparł się że zrobi zdjęcia ze statywu ze smugami świateł samochodów. No i zwinął go natychmiast flik. Psiakość, rzuciłem się na pomoc, pukając się po niewczasie w głowę, bo przecież zdjęć takich obiektów robić nie można. Flik chyba dość pospiesznie zainterweniował (wziął go za terrorystę, czy co?), bo zaczął wycofywać się, mówiąc że zdjęcia, i owszem, robić można, ale nie można ze statywu(??). Szczęki ze zdumienia nam opadły, więc z wyższością wyjaśnił, że w dzień ze statywu można, a w nocy- niet!. Po co mi statyw w dzień?- obraził się kolega i wróciliśmy do hotelu. Zdjęcia dworca z ręki wyszły pięknie.
    • piautre1 Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba 10.12.11, 09:26
      . Rankiem kontynuacja zwiedzania Marakeszu. Już luzik bo dziś zamykamy pętlę- wracamy do Agadiru. Ale póki co odwiedzamy jeszcze w sennym nastroju meczecik z minaretem kutubija i zapuszczamy się w wąskie uliczki Medyny. A tam oczywiście stragany wychodzące na ulicę, rzemieślnicy pracujący na oczach wszystkich. Tu idzie facet z owcą po pachą- być może idą sobie na obiad, tu przemyka gościu na rowerze lub zgoła motorowerze, tu żebrak w załomie muru, tam znów grają w piłkę. Można napić się wody lub coś zjeść w barze na 2 stoliki, reklamującym się zatkniętą na patyku baranią głową. Po drodze odwiedzamy tradycyjne domostwo arabskie z podwórkiem. Za chwilę piękna, misternie wykończona medresa czyli akademia koraniczna. By obejrzeć drugą tak piękną medersę należałoby pojechać na płn- wschód do Tlemcen. Ponad 1000 km więc nie decydujemy się. Wreszcie znów wychodzimy na znany już nam plac Jamma El Fna. Atmosfera inna niż w nocy, choć tyż ciekawie. W przydrożnym barze mają, o dziwo, mergezy toteż zamawiamy po dużej porcji i płacimy jakieś grosze. Zmieniam obiektyw na lufę tele i czekając na obiad strzelam sporo fotek niezauważony. Te niepozowane wychodzą oczywiście najlepiej. Na koniec dokumentuję (z odległości 150 metrów) kupno węża, żywego nie ogrodowego, i po „przybiciu piątki” przez handlujących, wreszcie na stół wjeżdżają tak długo oczekiwane mergezy. Pychota.
      Na ostatnim postoju przed Agadirem zwołujemy Radę Glob-Trotuarów i szybciutko podejmujemy uchwałę, by zrobić składkę do kapelusza dla naszego kierowcy Mohameda i jego pomocnika Bachira. Prawie wszyscy solidarnie składają się po kilka złotych, aliści niespodziewanie niektórzy z oburzeniem odmawiają, że przecież już dali a wszystko miało być opłacone. Zebraliśmy jednak dość pokaźną sumkę, do wręczenia został delegowany Alibaba, toteż teraz wygłaszam króciutkie podziękowanie i wręczam mu woreczek z dirhamami (choć co poniektórzy wracający już do Polski, goli w dinarach wrzucają do woreczka Euro). Chłopina jest autentycznie wzruszony. Przy okazji hip-hip hurra dla Natalii. Zielona noc, jutro się rozstajemy, część wraca, część pozostaje.
    • piautre1 Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba 10.12.11, 13:41
      Dzień 8-14. Agadir. Jesteśmy w hotelu Amadil. Hotel rzeczywiście piękny i atrakcyjny, zasługuje na swoje 4*. Jest i stół do ping ponga (tak, i pod tym kątem wybierałem hotel). Dobra lokalizacja- tuż przy ładnej plaży i troszkę dalej od miejskiego zgiełku. Dają nam pokój który ma pod sobą dach, mimo iż na 4 piętrze i widok ładny, to ten dach nam nie gra. Obsługa recepcji na szczęście nie robi wstrętów i prośba poparta stosownym argumentem znajduje zrozumienie. Dostajemy pokój z widokiem na ocean na 2 piętrze, a ponieważ jest to hotel w kształcie piramidy- ten pokój jest też i większy. W oddali góra ze świecącym się napisem: „allah ojczyzna król”, i zauważam że napis „El Malik” (król) wygląda z oddali znajomo, jak „śledź”. Tak to też zaraz ochrzcilismy tę górę i odtąd będzie to nasz punkt orientacyjny (idziemy na spacer w stronę śledzia lub zgoła przeciwpołożnie). Śpimy przy otwartych drzwiach balkonowych a szum oceanu jest najlepszym środkiem nasennym. Pierwszego dnia już robię zachód słońca – widok z balkonu, ten zabieg będę powtarzał jeszcze kilka razy. Dopiero przy zrzuceniu na kompa okaże się ze obiektyw uchwycil gdzieniegdzie ptaka na tle zachodzącego słońca, lub też statek na horyzoncie wpływający na kulę słońca.
      Gramy i w pingaponga, to z żoną Eweliną to z towarzyszem wycieczki- Andrzejem. Gra się nieźle, a „pomagają” i dopingują tzw animatorzy, czyli prowadzący zajęcia- cos jak u nas instruktor? Jedna z takich instruktorek patrzyła jak gramy. Alibaba- mówi- jak oni skończą (Ewelina grała właśnie z Andrzejem) to ja z tobą zagram. Ok. młoda, sympatyczna, uśmiechnięta, i fajnie. Co do gry, to mój siedmioletni wnuk po dwóch lekcjach jak trzymać rakietkę nie miałby kłopotu z wygraniem z nią. Potwierdziło to tylko moje wieloletnie obserwacje: są mili, towarzyscy, ale samokrytycyzmu i oceny własnego poziomu nie mają za grosz. No i po ping pongu- nad ocean. Woda podobna jak w Portugalii w Algarve- 22 stopnie, kąpiel całkiem przyjemna choć o tej porze w Morzu Śródziemnym jest cieplej. Widzimy jak nieopodal trzy bardzo puszyste damy rozłożyły się w miejscu gdzie chłopcy grali w piłkę, choć plaża jest duża. Oczywiście piłka do dołka wpadła, jedna chciała ją odkopać i zasypała przy tym ręcznik, za co druga opieprzyła chłopców. Ocean szybko przypływa jak i odpływa, więc obserwowaliśmy z zaciekawieniem czy szybki przypływ zaskoczy owe damy uroczo opalające swoje cielska. Zaskoczył, i piękna fala zalała co trzeba, a my z Andrzejem mieliśmy dużą frajdę. Następnego ranka patrzymy- okazało się że woda doszła przez całą szerokość plaży aż do bulwaru. Taki przypływ? Nie- Andrzej na to- widziałem jak wczoraj te trzy kaszaloty poszły się kąpać i ocean wystąpił z brzegów. Ale nie będziemy przecie siedzieć cały tydzień w jednym miejscu- umówiliśmy się, ze wypożyczymy auto i we czwórkę zrobimy sobie jakieś wycieczki. Wypożyczalni mnóstwo, więc po zasięgnięciu rady Natalii- gdzie i za ile- przystąpiliśmy do działania. Natalia mówiła ze dostaniemy auto za 350 wariatów dziennie, w wypożyczalni chcieli za 400, więc wzięliśmy za 300 dziennie.
      • africamaniac Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba 10.12.11, 13:57
        Piautre@ Ty weź wytłumacz może, co taki "hardmadafaka globtroter" robi na wycieczce autokarowej??? Oprócz nabijania się ze współwycieczkowiczów rzecz jasna - jak dla mnie niesmaczne...
        Chłopie, czytam tego Twojego bloga i widzę, że gdzieś Ci dzwoni, ale niekoniecznie w tym kościele ;)
        Wyjaśnij mi co to slang zachodniomarghrebski, pliz :))))
    • piautre1 Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba 10.12.11, 14:18
      Dzień 10. Essaouira. Rankiem podjechali z wypożyczalni z nowiutką Dacia Logan, zapakowaliśmy się i w drogę odwiedzić ten sławny port rybacki. Jedziemy przez prześliczny corniche, nie spiesząc się pstrykamy fotki, i za chwilę wjeżdżamy w góry. Mijamy malowniczą wytwórnię garów i nagle oczom naszym ukazuje się zatoka a w oddali stary port stare miasto i fort. Czynny malowniczy port rybacki otoczony milionem rozkrzyczanych mew, w porcie oczywiście łodzie sieci, stare (i trochę nowsze) kutry. Wchodzimy na mury starego fortu z armatami na których obok logo wytwórcy widnieje data 1744. W oddali wysepki i zachwycający widok na stare miasto dokąd właśnie zmierzamy. Medyna urocza, stare wąskie uliczki, kolorowe, sklepiki, rzemieślnicy , restauracyjki. Nie jedzcie tutaj!- ostrzega nas przechodząca arabka gdy rozpatrujemy wejście do jednej z nich- tu dają byle co i drogo, pokażę wam lepszą. 50 wariatów za porcję ryby atlantyckiej (4 euro) nie wyglądało przerażająco, ale co nam szkodzi sprawdzić. Ciągnie nas przez pół medyny i z dumą pokazuje restauracyjkę: tu u mojego kuzyna jest dużo lepiej. Było dużo (120 za porcję) drożej. Więzy mają tutaj wyjątkowo silne. Mawiają wszak:
      Ja przeciw bratu, lecz
      Ja z bratem przeciwko kuzynowi
      Ja z kuzynem i bratem przeciwko sąsiadowi
      Ja z kuzynem, bratem i sąsiadem przeciwko obcemu.
      W małej i nastrojowej restauracyjce zamówiliśmy obiad. Patrzę w kartę i oczom nie wierzę- są burki (brick). Dałem się nabrać i przestrzegam- burki tylko na wschodzie Algierii i w Tunezji, tutaj tylko kiedyś o przepisie na burka słyszeli. Ale i to niedokładnie. Ale ryba- paluszki lizać, Kofta (nie Jonasz tylko taka odmiana mergezów) – też. Ogólnie pozytywnie, i dwukrotnie taniej niż „u kuzyna”. W drodze powrotnej zaliczamy jeszcze zachód słońca nad oceanem w bardzo fotogenicznym miejscu. Za niedługo już widzimy „śledzia” to znaczy – jesteśmy już w domu. Jutro wycieczek ciąg dalszy.
      Dzień 11. Przez góry na południe. Tym razem naszym celem jest Tiznit, leżący niedaleczko na południu, lecz główna droga (RN)- to dla mięczaków, nie jest to wyzwanie dla zaprawionych w bojach podróżników- wybieramy dwa razy dłuższą lecz malowniczą drogę przez góry i miasteczko Tafraout. I słusznie, bowiem sama droga- piękna choć kręta wiodąca przez góry, doprowadza nas po jakimś czasie do przełęczy +2300m. Ja za kierownica nic sobie z serpentyn nie robię, koleżanka Ala po wczorajszych przeżyciach z drogi do Essaouiry dziś nażarła się aviomarinu, a pozostała dwójka jest odporna na kołysanie. Po drodze widzimy obrazki jak z filmu „Śniegi Kilimandżaro”- nad jeziorem zebry (a może to osły?), dziwacznie pokręcone drzewa. Za chwilę stajemy niedaleko obozowiska Nomadów i bez wysiadania, przez uchylone szybki robimy zdjęcia. No i dobrze że przez szybki, a że start też mamy szybki- udaje się zbiec bo już gonili z kłonicami i widłami. Tafraout- miasteczko zachwycające- leży w górach. Dosłownie. Domy wtopione w góry i obudowujące góry i potężne głazy. A wszystko to w ślicznej różowej kolorystyce stapiające się z kolorem skał. Nie do przeoczenia! W drodze na Tiznit zaczynamy tęsknić za obiadem, stajemy zatem w przydrożnym miasteczku i odwiedzamy miejscową „restauracje”. Dwa stoliki, przy jednym grają w domino. My we czwórkę siadamy do drugiego. No to zaszalejemy. Może fasolkę po bretońsku na miejscową modłę? Mergezów niestety nie mają, ale zobaczymy jeszcze inne miejscowe specjały. Do tego hobza i napijemy się oryginalnej, parzonej w srebrnym dzbanuszku miętowej herbaty. Aha, i jeszcze Ala zażyczyła sobie coca colę. Przychodzi do płacenia, a biedaczysko tak zestresowany, że biali ludzie u niego jedli, podlicza rachunek i mówi że za wszystko 13 dh czyli 1 euro!!. Myślałem że źle zrozumiałem, bo szło po arabsku więc pytam zdumiony ILE?? Niemożliwe! Poczciwina chcąc wywiązać się jak najlepiej z zadania bierze notesik i ołówek i pieczołowicie liczy. Tym razem wyszło mu 16dh. Gdy zaokrągliłem do 20dh (półtora Euro) ze szczęścia mało się nie popłakał.
      I tego klimatu najbardziej będzie mi brakować po powrocie do Polski.
      Do Maghrebu na pewno jeszcze wrócimy.
      • piautre1 Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba 10.12.11, 14:30
        i to by było na tyle
        przeczytałem opis jeszcze raz

        o wycieczce i towarzystwie wycieczkowym starałem sie pisac ciepło

        "Towarzystwo z tyłu dość fajne, wesołe, krążą żarciki itp,"

        i żarty z przymrużeniem oka. ze zdziwieniem zauważyłem ze niektórzy odebrali to jako złośliwości (?!)

        "Zaiste fajne i wesołe to towarzystwo z naszej wycieczki, zaraz ktoś dośpiewał:
        Gdy przyjdzie wiosna- przyjmij ten cios na klatę
        Jeszcze gorzej będzie latem."

        jeżeli ktoś przyjął poważnie:
        ." Niestraszne i powiewy wiatru naszej pani profesor. Choć jeden taki powiew wywiał ją – wraz z nieodłącznym parasolem- z krzaków i poniósł kilkadziesiąt metrów, wylądowała z prześlicznym telemarkiem za co dostała od wycieczki gromkie brawa i wysokie noty. "
        to nalezy tylko współczuć z powodu braku poczucia humoru

        na ordynarne zaczepki pisane w dziwnym języku
        hardmadafaka globtroter"
        nie odpowiadam



        • africamaniac Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba 10.12.11, 15:03
          Dobrze, w takim razie inaczej ;)
          Szanowny Panie Piautre. Z uwagą przeczytałam Pańską relację i jestem pod wrażeniem Pańskiego poczucia humoru, jak również Pańskiego dystansu do siebie oraz do własnego dzieła. Proszę wybaczyć mimowolną acz nie zamierzoną uszczypliwość zawartą w typowym dla współczesnego języka forów wszelakich komentarzu, zrozumiałego zresztą dla bywalców sieci...
          Rozumiem, ze ciepłe traktowanie dotyczy również owych dam na plaży?
          :
          "Widzimy jak nieopodal trzy bardzo puszyste damy rozłożyły się w miejscu gdzie chłopcy grali w piłkę, choć plaża jest duża. Oczywiście piłka do dołka wpadła, jedna chciała ją odkopać i zasypała przy tym ręcznik, za co druga opieprzyła chłopców. Ocean szybko przypływa jak i odpływa, więc obserwowaliśmy z zaciekawieniem czy szybki przypływ zaskoczy owe damy uroczo opalające swoje cielska. Zaskoczył, i piękna fala zalała co trzeba, a my z Andrzejem mieliśmy dużą frajdę. Następnego ranka patrzymy- okazało się że woda doszła przez całą szerokość plaży aż do bulwaru. Taki przypływ? Nie- Andrzej na to- widziałem jak wczoraj te trzy kaszaloty poszły się kąpać i ocean wystąpił z brzegów".

          Nie dowiedziałam się, co to jest slang zachodniomaghrebski - oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jest to określenie ordynarne, więc pytam z ciekawości - co autor miał na myśli?
          Pozdrawiam :)
          • piautre1 Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba 10.12.11, 15:26
            africamaniac napisała:

            > Dobrze, w takim razie inaczej ;)
            > Szanowny Panie Piautre. Z uwagą przeczytałam Pańską relację i jestem pod wrażen
            > iem Pańskiego poczucia humoru, jak również Pańskiego dystansu do siebie oraz do
            > własnego dzieła. Proszę wybaczyć mimowolną acz nie zamierzoną uszczypliwość za
            > wartą w typowym dla współczesnego języka forów wszelakich komentarzu, zrozumiał
            > ego zresztą dla bywalców sieci...

            jeśli "bywalcy" używają różnych zwrotów, nie widzę powodu dla którego ja miałbym to robić

            > Rozumiem, ze ciepłe traktowanie dotyczy również owych dam na plaży?
            > :
            > "Widzimy jak nieopodal trzy bardzo puszyste damy rozłożyły się w miejscu gdzie
            > chłopcy grali w piłkę, choć plaża jest duża. Oczywiście piłka do dołka wpadła,
            > jedna chciała ją odkopać i zasypała przy tym ręcznik, za co druga opieprzyła ch
            > łopców. Ocean szybko przypływa jak i odpływa, więc obserwowaliśmy z zaciekawien
            > iem czy szybki przypływ zaskoczy owe damy uroczo opalające swoje cielska. Zasko
            > czył, i piękna fala zalała co trzeba, a my z Andrzejem mieliśmy dużą frajdę. Na
            > stępnego ranka patrzymy- okazało się że woda doszła przez całą szerokość plaży
            > aż do bulwaru. Taki przypływ? Nie- Andrzej na to- widziałem jak wczoraj te trzy
            > kaszaloty poszły się kąpać i ocean wystąpił z brzegów".
            >
            owe panie nie były towarzystwem z wycieczki, a na zarzut złosliwości w stosunku do wycieczkowiczów naraziłem się. zostały opisane odpowiednio do swego, nazwijmy to - niezbyt ładnego zachowania.




            > Nie dowiedziałam się, co to jest slang zachodniomaghrebski - oczywiście zdaję s
            > obie sprawę, że nie jest to określenie ordynarne, więc pytam z ciekawości - co
            > autor miał na myśli?
            za zachodzie Maghrebu używa się nieco innego w szczegółach języka niż na wschodzie co wyjaśniłem i opsałem w jednym z postów powyżej (dot słownika). są to różnice które zauważyłem podczas mojego w sumie siedmioletniego pobytu w północnej Afryce.
            > Pozdrawiam :)
            również pozdrawiam
            • africamaniac Re: Jedno oko na Maroko czyli Alibaba u Araba 10.12.11, 16:48
              Slang zachodniomarghebski według mojej orientacji to język berberski (a konkretnie jedna z odmian, tamazigh). Po pierwszer mieszkańcy Maroka to nie Arabowie (jak piszesz) tylko w ok. 80% Berberowie, rdzenni mieszkańcy Sahary, którzy między soba nie porozumiewają się po arabsku, bo uważają ten jezyk za narzucony przez arabskich najeźdźców... Arabski jest językiem urzędowym, ale berberski język dopiero od niedawna może byc nauczany w szkołach (jako język dodatkowy). To samo dotyczy alfabetu tifnagh - bardzo starym, bo pochodzącym z II w. pne. Oficjalnie tym alfabetem posługują się tylko Tuaregowie (z Algierii też). Tzn. ponieważ sporo lat spędziłeś w Maghrebie, więc zastanawia mnie, skąd takie upraszczanie...
              Ale juz sie nie czepiam. Pozdrawiam :)
              • deoand Re: Spoko z tym przypływem 11.12.11, 22:14
                Spoko z tym przypływem -akurat w Agadirze jest tak , że przypływ a byłem we wrześniu jest bardzo duży i odpływ tez i niezaleznie od tego czy kaszaloty czy nie kazdego moze spotkac tak jak i moja zone która sobie leżała nawet daleko od brzegu a ja poszedłem na spacer i wracam a tu żona szybko łapie recznik bo woda tuz tuz a nawet cos tam zamoczyła . Wniosek z tego płynie oczywisty , że w krajach arabskich kobieta musi być zawsze pod opieka męża swego albo innego opiekuna to wtedy nie spotkaja ja żadne przykre niespodzianki .

                Odnosnie Maroka to nie można żadnych ekscesów czynić w stylu topless bo jeżdża w kółko strażnicy na quadach i koniec kropka ale na Kanarach to dopiero mozna napatrzeć sie na niechciane widoki dam grubo po sześćdziesiątce , które myslą , że maja dwadzieścia pare i widok ich wdzieków powala każdego mężczyzne .
                • africamaniac Re: Spoko z tym przypływem 12.12.11, 01:52
                  Deoland, wniosek z tego jeden - nie zostawiaj żony bez opieki w kraju arabskim (bo opieka znajdzie ją w 5 minut ;))).
                  W Agadirze przypływ to nie problem, nawet jak dojdzie kulminacja przy pełni księżyca, połączonej z zimowym swellem. Ale dalej na południe, na Plage Blanche (ale juz bliżej Tan Tan), gdzie są fantastyczne warunki, żeby terenówką na piachu poupalać - zdarza się, że jak ktoś się solidnie zakopie, albo coś zepsuje, to przypływ potrafi zalać samochód po dach...
                  Pozdr :)
                  • deoand Re: Spoko z tym przypływem 12.12.11, 22:52
                    Nie ja tylko byłem w Agadirze dwa lata temu w ramach cesarskich miast natomiast z plazy w Agadirze nieco dziwiło mnie to że strażnicy na quadach wypraszali młodych Marokańczyków w każdym razie miejscowych , którzy za długo siedzieli przy białych dziewczynach oczywiscie młodych ?
                    Mojej żonie w Maroku podryw raczej nie groził ale w Egipcie to kto wie / więc byłem razem z zona gwoli wyjasnienia /- tamci sa chyba jeszcze bardziej łasi na wdzięki europejskich kobiet a odwrotnie tez co poniektóre panie nie tylko zajmuja sie marzeniami o Luksorze czy piramidach
                    • africamaniac Re: Spoko z tym przypływem 14.12.11, 01:10
                      No pewnie, że nie groził - w końcu z Tobą przyjechała, czyli zajęta, a to już poważna sprawa - bo zęby można stracić ;)))
                      Agadir to jednak enklawa oderwana nieco od reszty Maroka, ale bardzo dobrze że pilnują na plaży - nie każda dziewczyna ma ochotę być rwana, to jest po prostu męczące (a nawet jak zechce - to już sama sobie poradzi ;) . Lepiej zreszta widać ten proces w Marrakeszu, bądź co bądź stolicy rozrywki wszelakiej...
                      Podrywają, oczywiście, bo to szansa na wizę Schengen i dostanie się do europejskiego raju (dotyczy to zreszta całej Afryki). Z drugiej strony, czasem ciężko stwierdzić, kto jest myśliwym, a kto zwierzyną :)))

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka