Dodaj do ulubionych

dziennik kruczydla, czyli powzielam postanowienie

28.04.04, 12:16
Dzieńdobry. Jakoś w poniedziałek stwierdziłam, że stanowczo już przesadziłam.
Mam ok (nigdy nie jestem pewna ;-) 170, a ważę ok (nie mam wagi w domu, więc
ważę się podczas wizyt u rodziców;-) 70kg. Co prawda, ostatnio było 68 i już
pizczałam z radości, ale ostatnio pofolgowałam sobie niesamowicie. Pojechałam
mianowicie na praktyki studenckie, a jak taki wyjazd wygląda, pewnie każda z
Was wie. Piwo, batoniki, pizze i inne junk-foody bo przecież nie ma czasu
gotować. pod pretekstem, że jest się zmęczonym i pada się z nóg, funduje się
sobie coraz to nowe smakołyki. Po powrocie nie, żebym się zupełnie nie
mieściła w spodnie, ale jakoś zrobiły się za obcisłe. Postanowiłam wreszcie
coś z tym zrobić na stałe. Odchudzałam się wiele razy w życiu. Liczyłam
kalorie, uprawiałam sporty, stosowałam głodówki - na próżno. Moja waga
oscyluje koło 70 kg i jakoś nie może spaść niżej, niż do 65. A moim ideałem
piękna jest zgrabula rodem z Fashion tv i słowo daję, mam do siebie straszny
żal za grube kości i naturalną (mama, ciocia i wszyscy po kolei prócz będącej
żywym wyrzutem sumienia młodszej siostry) skłonność do zaburzeń w przemianie
materii. Badania na tarczycę jednak nic nie wykazały, a chrom i czerwona
herbatka jeśli działa, to ja tego nie widzę.
Wiem, że mam złe nawyki - najwięcej jadam jak na złość wieczorem, bo w ciągu
dnia nie mam czasu. Jestem wege, więc żrę na potęgę słodkie jogurty i płatki,
makarony i inne żółte sery. nie lubię warzyw, więc mój organizm jest
makabrycznie zawitaminizowany. Za to jestem uzależniona od czekolady. No i
mimo, że jem naprawdę niewiele, ciągle moja waga jest taka, jaka jest... Taka
sama, jak na wikcie mamusi (nikt tak nie gotuje!!!) Ech
No i sama nie wiem, co mnie zmotywowało - chyba to, że nie mogłam się wdrapać
na konia (fakt, że na oklep z ziemi, ale to mały konik był!) i postnowiłam
NAPRAWDĘ postanowiłam coś ze sobą zrobić. Może powinnam była zacząć od
kupienia wagi i metra, co by monitorować postępy, ale zamiast tego.. zaczęłam
od głódówki. Nie wiem, czy to był najlepszy sposób, ale wczoraj zafundowałam
sobie terapię wstrząsową - 0 kalorii, czerwona herbata i woda mineralna. Nie
było tak źle, chociaż brzuszek burczał uporczywie prozed i po południu.
Dzisiaj wstałam z tak rozkosznie skurczonym żółądkiem, że nawet nie miałam
ochoty na śniadanie. WYpiłam przepisowy kubek zimnej wody i po pół godzinie
wmusiłam w siebie pół kubka jogurtu śmietankowego (ok 150 kal) z łyżą otrąb.
Doskonałe są (ktoś tu mówił, że ohyda - nieprawda ;-)) Właśnie w charakterze
drugiego śniadania jem drugą porcję. Ponieważ niedługo wychodzę z domu i
wrócę dopiero późnym wieczorem, schrupię jeszcze grzankę z serkiem z ziołami
light i plasterkiem sera. A jutro (obiecuję!) wybiorę się do warzywniaka i
kupię duuużo kalafiora, fasoli, marchewki i innego paskudztwa. A jakby kto
widział, że zbliżam się do lodówki po 18-tej, niech mnie bije po łapach...
No dobrze. Teraz filiżanka czerwonej herbaty, potem grzaneczka, a potem w
drogę. Miłego dnia wszystkim i powodzenia w Waszych postanowieniach
wiosennych ;-)
Kruczydło
Obserwuj wątek
    • kruczydlo Re: dziennik kruczydla, czyli powzielam postanowi 29.04.04, 22:49
      Ahoj! A już było tak pięknie... i pojawił się czekoladowy shake. Macie pojęcie,
      ile to kalorii? nie? ja też nie ;-)
      No ale po kolei. Jogurt z łyżką otrębów na śniadanie - jakieś 150 kalorii.
      Grzanka z lekkim serkiem - jakieś 50 kalorii. Potem pół chochli bigosu, a
      właściwie kapusty z walającym się gdzieniegdzie kawałkiem kiełbasy (usiłowałam
      wybierać, ale sami wiecie, jak to jest w kuchni polowej) i cienka małą kromka
      chleba niestety białego - będzie z 500 kal. pewnie.
      No i to miał być mój ostatni posiłek na dzisiaj, a tu klęska: koleżanka
      podjeżdżą pod McDOnalna i mówi "dla mnie waniliowy, a dla ciebie?" No i zanim
      się spotrzegłam, odpowiedziałam "czekoladowy", a dwie minuty potem miałam go
      już w ręce. No i poszło pewnie kolejne 500 kal. Czyli razem ponad 1000 - ale
      mam nadzieję, że nie dużo wiecej. nie czuję się pełna, i nawet coś bym jeszcze
      wciągnęła - cały dzień na świeżym powietrzu przy intensywnej pracy fizycznej
      (stajnia! Iha!) Ale, co jest tragiczne, nie widzę żadnych ubywających
      centymetrów. Kilogramów nie mogę zobaczyć, bo nie mam wanny.. ale jak było 72 w
      talii i 98 w biodrach, tak jest nadal. Żeby nie powiedzieć 73 i 100... ech...
      no i co tu zrobić? pić sok pomidorowy, którego niecierpię? A może jednak
      wreszcie pójść do tego warzywniaka hehe...
      DObranoc wszystkim. Mam nadzieję, że ten post zamknie mi nieodwracalnie drogę
      od lodówki na dzisiaj już... hehe...
      Pozdrówki
      padające ze zmęczenia Kruczydło
        • kruczydlo Re: dziennik kruczydla, czyli powzielam postanowi 30.04.04, 09:47
          Dzieńdobry Schaetz ;-)
          Czytałam Wasze forum od jakiegoś czasu - odchudzanie to mój (niestety momentami
          tylko wirtualny) problem od baardzo dawna. Miałam kompleksy na punkcie swojego
          wyglądu nawet kiedy chodziłam do liceum i nosiłam 36... potem był moment, że
          szybko przytyłam i przeszłam do 38, i to była tragedia, ale jakoś nie umiałam
          nic z tym zrobić. Potem poszłam na studia ui na swoim wikcie może nie zmalałam,
          ale nie rosłam. A teraz... było 42.. na szczęście spadło do 40 jakiś rok temu.
          Ale ja chcę znowu swoje 36. I daję słowo, jak się wbiję w 36, to docenię i
          przestanę się tak nielubić.
          Nie jestem człowiekiem, który ąłtwo się zniechęca, choć w sumie różnie to
          bywa.. Pamiętam, jak zaczęłam trenować karate (zawsze miałam mocną budowę i
          byłam bardzo umięśniona - to też cholewka trzyma kilogramy, ale wolę to, niż
          zwały cellulitisu) byłam podminowana i szczęśliwa, bo "przecież wreszcie
          schudnę" Guzik. Nie schudłam ani kilograma. Może łącznie po półtora roku
          treningów spadły mi 2-3cm z obwodu, a na wadze było tyle samo albo i ciut
          więcej (dodatkowe mięśnie). Podobnie z jazdą konną. Uprawiam regularnie i dość
          intensywnie - i nic. Po roku telepania się na końskim grzbiecie nie widzę
          żadnej poprawy, a nawet po małym grzechu piwno-pizzowym od razu rosnę rosnę
          rosnę jak balonik. Łykam chrom i piję litrami Pu-erh i nic. coś makabrycznego.
          Wiem, że każdy człowiek jest inny, ma inną przemianę materii i niepowtarzalny
          organizm z niepowtarzalnymi właściwościami. Dlatego próbuję znaleźć sposób na
          swój, krnąbrny, paskudny i na razie mi się po prostu nie udaje. Miesiące
          odżywiania się wyłącznie serkiem wiejskim i płatkami z mlekiem 0% nie
          przyniosły też żadnego skutku. A wzmożony wysiłek fizyczny kończy się tak
          wilczym apetytem, że podły mój organizm wynagradza sobie z naddatkiem stracone
          kalorie.
          Schaetzen, wiem, że umiesz gotować i sprawia Ci to kupę frajdy. Mam prośbę o
          kila naprawdę prostych (mam dwie lewe ręce) i szybkich przepisów na coś
          lekkiego i z warzywami. Wiem, że muszę zacząć zamiast serka wiejskiego i innych
          przetworów mlecznych jeść warzywa, ale co ja poradzę, że ich nie lubię...

          A dzisiaj znowu pół kubeczka jogurtu z otrębami i dwie grzanki - będzie ok 300
          kal. Chyba wiem, na czym polega mój problem z nieurozmaiconą dietą. Jesli kupię
          jakiś produkt, to jem go tydzień albo dłużej non stop - żeby si nie zepsuł, po
          prostu. Dlatego jeśli mam w lodówce np. litr jogurtu śmietankowego, to będzie
          to moje śnaidanie przez najbliższe 5 dni. Podobnie ze wszystkim innym. I jak to
          robić zróżnicowane posiłki?

          Pozdrawiam ciepło, trzymam za Was wszystkich kciuki, a Wy - trzymajcie za
          mnie ;-)
          rozespane jeszcze kruczydło
          • schaetzchen Re: dziennik kruczydla, czyli powzielam postanowi 30.04.04, 11:05
            No nie, widzę, że moja sława kulinarna przewyższa to co naprawdę potrafię :)))
            Ty też jesteś wege? No to jest o tyle łatwiej, że nie masz pokus typu golonka i
            smalec. Niestety - wiem to z własnego doświadczenia - samo niejedzenie zwierząt
            nie gwarantuje szczupłej sylwetki...

            Nie lubisz też warzyw - ale może jak przestawisz się na jakieś urozmaicone
            sałatki, czy duszone rzeczy to jakoś da się to przełknąć?

            Z surówek - oczywiście standard typu marchewka z jabłkiem i cytryną, seler +
            rodzynki (mało) i chudy jogurt, por + kukurydza, jogurt, ew. prażony słonecznik
            (mało, bo też kaloryczny), pieczone buraki z natką, oliwą i cytryną, czarna
            rzepa utarta z jogurtem, kapusta pekińska + jabłko + papryka + winegret,
            sparzona kapusta czerwona albo włoska z jabłkiem - to są sprawdzone rzeczy na tę
            porę roku - tanie, smaczne i nie pędzone na nawozach. Tylko nie wiem, czy to
            lubisz...

            Można też poszaleć z rzeczami z innej strefy klimatycznej - będzie drożej no i
            poza sezonem te warzywa nie są takie smaczne jak w lecie. Polecam moją ulubioną
            sałatkę - brokuły na parze, papryka surowa, jakieś zioła (szczypiorek/dymka,
            koperek), w lecie daję też pomidory, ale teraz są tekturowe, oliwa z oliwek,
            cytryna/balsamico, sól pieprz.
            Albo cukinia (pioruńsko droga, w lecie kosztuje 2 zł!!!) grillowana na
            teflonowej patelni, potem natarta czosnkiem, sól, pieprz, zioła (kto się nie
            odchudza polewa oliwą)

            Jeśli nie wchodzi Ci "surowizna" to polecam "Eintopfy", ale nie z parówką w
            środku :) Wersja "polska": cebulę podsmażasz na małej ilości oliwy, kapusta
            (czerwona, włoska, biała - na co masz ochotę), pieczarki, marchewka, ew. mały
            ziemniak, czy ze 2 łyżki kaszy, to posiekane, dodajesz do cebuli, zalewasz wodą
            i dusisz. Przyprawy jakie kto lubi, warzywa też różne - co masz pod ręką. Pod
            koniec natka albo jakieś kiełki.
            Wersja "zagraniczna" - ratatouille - gdzieś już pisałam przepis (teraz nie
            wpiszę, bo śpieszę się na samolot :) - ale znajdziesz napewno, bo to było na tym
            forum.

            No i zupy - z marchewki i ziemniaka (jednego :) - gotujesz na samej wodzie
            marchew (mało kalorii) i ziemniaka, do miękkości, potem miksujesz i
            przyprawiasz. Można dodać jogurtu, albo jajko - ale to będzie już mniej dietetyczne.
            Można też tak samo zrobić krem z mrożonego zielonego groszku, albo - moje
            ostatnie odkrycie - z selera. Zasada generalna jest taka: żadnych kostek
            rosołowych (glutaminian sodu, mam po tym potworne bóle głowy), żadnej śmietany,
            groszków ptysiowych, grzanek itp. - z samych zmiksowanych warzyw i przypraw
            wychodzą super zupy. Można też zacząć od "bazy" - podsmażonej na małej ilości
            oliwy cebuli i do tego dodać resztę składników, zalać wodą itd.

            No i dyżurne danie - duszona kapusta kiszona (bez skwarek, zasmażek itp) - tylko
            z cebulą i kminkiem, ew. można dać koncentrat pomidorowy.

            Uffff.... Już niedługo lato a co za tym idzie pyszne świeże warzywa (pomidory!),
            z którymi nic nie trzeba robić żeby nabrały smaku!
            • frutelka Re: dziennik kruczydla, czyli powzielam postanowi 30.04.04, 11:53
              witam cie serdecznie:)

              fajnei ze jest z nami ktos nowy:)

              mnie jakos ostatnio nie idzie dieta.. a jeszcze amm przed soba weekend z bacia:)
              i ciesze sie ze ich zobacze ale....nie motywuje mnei to do diety :)
              musza widziec ze jem bo wedlug nich jzu jestem za chuda;)

              moze od nowego tygodnia....musi sie udac

              poki co kupilam peeling ziaji pomaranczowy pozniej kupie zel anty cell
              i jezdzic znow regularnie na rowerku:)


              pozdrawiam:)
    • kruczydlo Re: dziennik kruczydla, czyli powzielam postanowi 30.04.04, 22:55
      Witam!
      Schaetz, dzięki wielkie! wypróbuję kiedy tylko będę miała chwilkę. Wiesz, to
      nie jest tak, że nie trawię zieleniny. Nawet lubię, ale jako dodatek. Nie za
      bardzo mogę zjeść samą sałatkę. Czuję się po niej jakaś... zakwaszona...
      bulgocze mi w brzuchu i potrzebuję zagryźć czymś konkretnym, choćby kromką
      chleba. No ale może spróbuję sałatkę z ziemniakiem? Jak sądzisz? Albo zupę z
      grzanką?
      A propos zup, zawsze robiłam na kostkach rosołowych warzywnych. Wydawało mi
      się, że - w odróżnieniu od wołowych czy drobiowych, mogę sobie na to pozwolić.
      Ale Twoje rpzepisy podobają mi się daleko bardziej.

      Frutelka, moja babcia ma dokładnie ten sam sybdrom. Nie ważne, ile przytyję,
      odwiedziny w domu zawsze rozpoczynają się lamentem "Jak ty schudłaś!". Mało
      tego: nie akceptuje (wespół z moją mamą) tego, że jestem wegetarianką i zawsze
      na obiadki są schabowe, kurczaki i inne przysmaki. Wiesz, ja lubię mięso - nie
      jadam go z przyczyn ideologicznych - i zapach pieczonego kurczaka przyprawia
      mnie o ślinotok. Nie da się też moim rodzicielom i babci wytłumaczyć, żeby
      chowali przede mną słodycze i kupowali nie te najsłodsze, lecz naturalne
      jogurty. Cóż. Fatalnie.

      Póki co, dzisiaj było pół kubka jogurtu z otrębami (będzie razem z 200 kal),
      dwie grzanki z żółtym serem - 180 kal, trzy łyżki gotowanej kapusty (niestety
      tłustej) - jakieś 200 kal, kromka sera (niestety białego) - 100 kal, jabłko -
      70 kal; i na kolację pół kubka jogurtu z otrębami - jakieś 150 kal. Razem - 750
      kal. Nie za mało? czy nie powinnam jeść aby więcej, żeby za jakieś kilka dni
      nie mieć żarło-napadu? Dodam, że to wszystko jest skrapiane sowicie wodą
      minralną i czerwoną herbatą, i oprócz krótkiego momentu po południu żołądek się
      wcale nie dopomina. Akurat w tamtym momencie nie mogłam niczego zjeść, a kiedy
      już mogła, z rozsądku bardziej niż z potrzebu wmusiłam w siebie tą kapustę i
      chleb.
      Wiecie, miałam już w życiu piękny stan pieczywo- i słodyczo-wstrętu. Pamiętam,
      jak mijałam piekarnie z uczuciem niesmaku: po co ludzie wydają pieniądze na
      rzeczy, które są niezdrowe, tuczące i w ogóle fe... No i zaprzepaściłam ten
      cudowny stan ducha. Skucha na maksa. Dzisiaj, kiedy mijam piekarnię czy
      cukeirnię, leci mi ślinka i tylko brak pieniędzy w portfeli może mnie zmusić do
      obejścia się smakiem. Cóż. Taka karma. Może się jeszcze kiedyś poprawię.
      Tycmzasem dobranoc wszsytkim. Czeka mnie trudny weekend, bo jadę na biwak -
      fasolowa na smalcu albo gulasz z dużą ilością białego chleba... Cóż.. twardziel
      nie pęka, jak mówią moi znajomi. Postaram się nie dać.
      Buziaki moje drogie!
      osowiałe czegoś kruczydło
    • kruczydlo Re: dziennik kruczydla, czyli powzielam postanowi 02.05.04, 20:50
      Ahoj! Wróciłam z biwaku. Tragedia żywieniowa. Wczoraj było nawet nieźle do
      pewnego momentu: jogurt, otręby, grzanki. Po południu zrobiło się gorzej: zupka
      chińska, ale nie w całości i 3 razowe kanapki z żółtym serem i dużą ilością
      rzodkiewki i szczypiorka. Wieczorem zrobiło się jeszcze gorzej, bo dostałam bez
      możliwości sprzeciwu, talerz - wybornej zresztą - chińszczyzny, która, mam
      niejasne wrażenie, miała dobre 500 kalorii. tym gorzej, że było to wieczorem i
      co prawda poszłam spać dopiero ok 2, ale cóż... makabra.
      Dzisiaj nieco lepiej. Rano znowu trzy razowe kanapki, ale tym razem z białym
      serem i duuużąilością pomidora i rzodkiewki (ta zielenina jednak nie jest taka
      zła)Potem cały dzień nic, poza kilkoma łykami soku grapucikowego. późnym
      popołudniem - standardowy zestaw - trzy łyżki jogurtu z łżką otrąb, dwie
      grzanki z serkiem, no i pół puszki mieszanki warzywnej z kiełkami soi i
      czymśtam jeszcze śmiesznym. Wiem, że puszki nie są najlepsze, ale miałam tylko
      taką formę warzywa pod ręką. Wygląda na jakieś niecałe 1000 kal - chyba nieźle,
      zwłaszcza po wczorajszym szaleństwie. Na swoje ustrawiedliwienie mam to, że
      spędziłam te dwa dni baaardzo aktywnie, jak zresztą cały tydzień. codziennie
      jakaś forma ruchu, od lekkiej przebieżki półgodzinnej dookoła osiedla, do
      sporego wysiłku przez pół dnia. Najgorsze jest to, że mój ikeowy metr papierowy
      do szczętu się potargał, a wagi jak nie miałam, tak nie mam. Ale już niedługo
      jadę w odwiedziny do rodzicieli, tam się obmierzę i obważę - aż się boję...
      Postanowiłam przetestować jutro gotowanie... może zrobię zupkę z marchwi wg
      przepisu Schaetz, a może makaron razowy z warzywkami mrożonymi. Tylko to takie
      suche danie.. bez żadnego sosu... Co zrobić, moje drogie, żeby makaron z
      warzywami nie smakował jak siano z owsem?
      Tymczasem piję litrami wodę, coby wypłukać tą okropnie tłustą chińszczynę w
      siebie, zapodałam chrom ( i tak nie działa, ale może jakaś autosugestia..) i
      pewnie pójdę powoli odsypiać karimatę pod walącym się namiotem...
      Dobranoc! Trzymam za Was i Wy za mnie trzymajcie ;-)
      wymoczone w gorącej kąpieli z pianą Kruczydło
    • kruczydlo Re: dziennik kruczydla, czyli powzielam postanowi 04.05.04, 09:49
      Cześć. Wczoraj wielka wpadka. Było doskonale - poniżej 600 kal, aż zadzwonił
      kumpel i wyciągnął mnie na piwo. Już, już zamawiałam sok pomarańczowy, ale cóż -
      w tej branży po prostu nie da się nie napić piwa z kolegą po fachu.
      No i dzisiaj pokutuję. Jogurt z ptrębami na pierwsze (ale naturalny jogurt,
      fuj), grzaneczki z serem na drugie. Ser powoli zaczyna się psuć. Dawniej,
      opakowanie sera starczało mi na dwa, w porywach do trzech dni. Teraz męczę tą
      paczkę, odkąd zaczęłam się odchudzać, czyli od zeszłego poniedziałku (tu
      miejsce na aplauz) i zauważyłam delikatny biały osad pojawiający się na
      krawędziach ble
      Ale ale. muszę się czymś pochwalić. To tak na zachętę: pijąc poranną wodę
      przedśniadaniową, stanęłam przed lustrem i wzrok mi padł - bo specjalnie to ja
      się nigdy nieprzyglądam, żeby się nie zdołować - na brzuch. Nie dość, że nie
      wystawał, to jeszcze jakieś lekkie zarysy kaloryferka się na nim pojawiły! Iha!
      teraz jeszcze utrzymać ten stan... łoj nie będzie to łatwe...
      Ok, to tymczasem. Wracam do pisania pracy dyplomowej buuu
      buzaczki
      k.
    • kruczydlo Re: dziennik kruczydla, czyli powzielam postanowi 04.05.04, 22:48
      Ech, że też nie mam wagi ani metra... Nie wiem, ile schudłam, ale wiem, że
      spadają ze mnie spodnie, które jeszcze pół roku temu były akurat. Zdjęłam je
      dzisiaj bez rozpinania! Przymierzyłam też maturalny garnitur, w który wbijałam
      się tylko od wielkiego dzwonu, czyli ostatnio półtora roku temu - z wielkim
      trudem. A dzisiaj - jak na mnie szyty ;-) Podobnie chińska jedwabna kiecka, w
      której wystąpiłam zeszłego lata na ślubie znajomych. Była wtedy obcisła.
      Dzisiaj - jest luźna zupełnie! Jestem zachwycona! To się nazywa motywacja, że
      hej ;-D
      A z aktualności, pochłonęłam dzisiaj znowu ok. 650 kal, niestety w tej samej
      postaci (żeby się zapasy nie zmarnowały) - grzanki z serem, jogurt z otrębami.
      A na obiadek garsteczka makaronu razowego z kiełkami soi i filet z mintaja
      smażony bez tłuszczu na teflonie ;-) Od 18 nic nie zjadłam, za to poszłam
      pobiegać na Wisłę i zrobiłam dwa razy większy dystans, niż poprzednio. Po
      powrocie jeszcze kilka brzuszków, co by się mój kaloryferek nieśmiały
      wyostrzał, a potem chłodny prysznic i żelik anty. Jejku, jak ja się ostatnio
      dopieszczam.. zupełnie, jakbym miała dla kogo pheh
      Buziaki dla wszystkich, którzy tu zabłądzają. Taka mnie altruistyczna myśl
      dopadła, że na moim przykładnie może się ktoś czegoś nauczy... Nie należy jeść
      ciągle tego samego, bo to nie pomaga. Jadłam przez długi czas niby 1000kal, ale
      bez skutku, bo składały się na nie płatki z mlekiem, jogurty i serki, bez
      warzyw i owoców prawie zupełnie. Mam nadzieję, że jeszcze trochę, i opracuję
      dietę najlepszę dla siebie, z odpowiednią ilością wszsytkich skąłdników
      pokarmowych. A, no i jeszcze, żeby to było wege ;-)
      Dobranoc! Jutro kolejny 700-kaloryczny dzień. A wieczorem pójdę na jogę iha;-)
    • kruczydlo Re: dziennik kruczydla, czyli powzielam postanowi 11.05.04, 07:18
      Wróciłam od rodziców. Koszmar. Pierwszego dnia wizyty wskoczyłam na wagę - 64
      kg. Ucieszyłam się niesamowicie. Złapałam za metr: 69 w talii, 96 w biodrach.
      Rewelacja. Niestety... radość przedwczesna. Babcia zagroziła, że się obrazi,
      jeśli nie zjem imieninowego torcika, a mama robiła dzikie awantury, kiedy nie
      chciałam dokończyć nałożonej mi porcji mięsa z ziemniakami. Mimo, iż
      kontynuuwałam codzienne bieganie i starałam się spalać te cholerne kalorie,
      przy wyjeździe waga wskazuwała pół kg więcej.
      Wczoraj zrobiłam sobie dietkę na samym kalafiorze z razowym makaronem i owoce,
      dzisiaj zaczęłam od jogurtu 0% z otrębami i pomarańcza. Liczę, że żołądek nie
      rozepchał mi się na tyle, żebym nie mogła z nim dojść do ładu. Ech. Fatalnie
      jest mieć tradycjonalistyczną rodzinkę. A wiecie, wkurzało mnie najbardziej to,
      że na półmisku na stoliku zawsze jest mnóstwo ciastek, a owoców prawie nigdy
      nie ma. Co za zwyczaje żywieniowe... pheh
      Buziaki!
    • kruczydlo Re: dziennik kruczydla, czyli powzielam postanowi 15.05.04, 08:53
      Ahoj! Kupiłam wczoraj wagę parampampam
      a zegar pokazał 63,5 ;-D
      nie wiem, jak z centymatrami, bo nie mogłam znaleźć metra w tym cholernym
      supermarkecie, ale sądząc po ciuchach - całkiem całkiem
      Co prawda podczas wizyty u rodziców objadałam się nieprzytomnie, ale już
      wróciłam do moich 1000 kal. No, poza dniem, w którym skończyłam pisać pracę
      dyplomową... w nagrodę wypiłam cały kubeczek mleka waniliwego i loda w polewie
      czekoladowej...
      Dzisiaj - pół kubeczka jogurtu "sport" Obory - taki z kofeiną, bardzo nisko
      kaloryczny - z otrębami i dwa wafelki muesli Wasy (rewelacja! 50 kal jedna taka
      tekturka, a pyyyyszna) z kropelką dżemu niskosłodzonego i z chudym serem. Niebo
      w gembie ;-)
      idę poćwiczyć i będę uciekać, coś czuję, że mam dzisiaj mnóstwo do zrobienia
      (biblioteka, echh). Wieczorem napiszę, jak mi wyszedł obiad (planuję gotowane
      brokuły z kotletem sojowym, ale kupiłam sobie takie śmieszne ciasteczka owsiane
      i obawiam się, że na jednym w charakterze deseru się nie skończy...
      Ok, zmykam. Powodzenia wszystkim!
      k.
    • kruczydlo Re: dziennik kruczydla, czyli powzielam postanowi 19.05.04, 08:08
      Ciasteczka owsiane ciągle zalegają w szufladzie ;-) Pochłaniam jedno co mniej
      więcej dwa dni, ze szklanką mleka 0% na podwieczorek. Jestem dumna z siebie ;-)
      Pamiętam, że potrafiłam wrąbać trzy do kawy lub kakao swego czasu...
      Ale chyba nauczyłam się słuchać swojego żołądka. Zdarza mi się jescze zgrzeszy,
      zwłaszcza, jak muszę jeść na mieście - a tam jest bardzo ciężko przestać jeść,
      bo tak dyktuje organizm, kiedy n talerzu jest jescze drugie tyle...
      Ostatnio liczę bardzo pobieżnie, ale zamykam się w 1000. Dzisiaj dwie tekturki
      z łyżeczką serka ziołowego light i furą zieleniny - nie wiem, czy 100 kal z
      tego będzie. Przed wyjściem, czyli za jakieś 2h, pochłonę jeszcze może otręby
      albo tą tekturkę muesli.
      Przez ostatnie kilka dni popełniam mały grzech wieczorami. Co wieczór funduję
      sobie pomarańczę i kilka winogron. Myślicie, że to duże przewinienie? na krótko
      przed snem - godzina, dwie... A waga waha się ciągle między 63,5 i 64...
      Pozdrawiam!
      delikatnie zaniepokojone kruczydlo
        • kruczydlo Re: dziennik kruczydla, czyli powzielam postanowi 19.05.04, 16:08
          winogrona? hmm a kto by pomyślął, są takie niewinne ;-)
          Dziękuję Czarodziejko, odstawię te wredoty, przynajmniej wieczorami.
          A waga stoi, oj stoi.. od ponad tygodnia. Pół kg w dół, pół kg w górę. I nic a
          nic nie chce zejść konsekwentnie ten kg w dół. Hmm a może okres się zbliża i to
          dlatego?
          Ale nie załamuję się, bo widzę, że wszystkie ciuchy się luźniejsze zrobiły.
          Nowe dziurki w paskach i takie tam przyjemne rzeczy ;-)
          A co najlepsze - w ogóle się nie głodzę. Wytłumaczyłam swojej grzecznej
          podświadomości, że ma się nie ślinić, kiedy przechdzę koło piekarni, bo to same
          paskudne rzeczy, i dla odmiany zaczęłam nałogowo odwiedzać warzywniaki ;)
          Właśnie zjadłam obiadek: kotel sojowy smażony na teflonie ZUPEŁNIE BEZ
          tłuszczu, trzy łyżki kaszy gryczanej, i cała micha sałatki z pomidorów,
          kiełków, sałaty i rzodkiewki polana kilkoma kroplami soku z cytryny. I jestem
          taaka najedzona ;-) rewelacyjne uczucie.
          Teraz kilka łyków czerwonej herbatki i pędzę na uczelnię. Po porwocie, zgodnie
          z opwyższymi ustaleniami, pomarańczka i ani wingoronka hehe
          Do zobaczenia moje drogie ;-)
          pozdrawiam i trzymam kciuki!
          k.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka