Gość: Bolec
IP: *.adsl.inetia.pl
08.08.10, 10:49
Zgodnie z przewidywaniami, „wolnorynkowa” PO okazała się zwykłym oszustwem.
Nieudolne rządy Tuska to marsz w kierunku katastrofy finansów państwa,
społecznego rozkładu i faszyzacji życia publicznego. Istnieje niestety duże
ryzyko skojarzenia w społecznym odbiorze polityki psucia państwa z
deklaratywnym liberalizmem.
Na początek kilka słów wyjaśnienia – nie jestem, nie byłem i nie będę
zwolennikiem PiS. Szczerze nie znoszę tej partii i życzę jej jak najgorzej. W
tekście nie uniknę jednak porównań PO do PiS a porównania te wypadają na
niekorzyść PO (czy też jak kto woli – na korzyść PiS). Świadomość głupoty i
nieudolności rządów PO nie czyni mnie w żadnym wypadku zwolennikiem PiS,
nawet, jeśli zauważam, że PiS czasem rządziło nieco mniej źle (lub jak kto
woli – nieco lepiej). Broń Boże nie wskazuję na PiS jako na właściwą
alternatywę dla nieudolnych rządów PO. Nigdy nie byłem też, i nie jestem
nadal, zwolennikiem uczynienia z ruchu konserwatywno-liberalnego pisowskiej
przystawki.
Deklaracje
Platforma Obywatelska szła do władzy jako partia wolnorynkowa, wolnościowa,
stawiająca sobie za cel wyzwolenie energii Polaków. W Deklaracji Ideowej PO
czytamy:
Niestety, po 12 latach niepodległości, Polska znowu przestała doganiać
uciekający w szybkim rozwoju świat. Polskę ogarnia fala stagnacji i niewiary w
przyszłość. Główną przyczyną jest paraliżowanie rozwijającej się
przedsiębiorczości i obywatelskiej inicjatywy przez biurokrację, złe prawo i
grupowe interesy związków zawodowych.
Te słowa są dziś bardziej aktualne niż kiedykolwiek w ciągu ostatniego
dwudziestolecia.
Zgodnie z moimi przewidywaniami, opartymi m.in. na obserwacji niechlubnych
dokonań socjalistycznego rządu J.K.Bieleckiego i „Kongresu Aferałów”
(pamiętajmy, że to właśnie wówczas wprowadzono do gospodarki największą liczbę
koncesji!), „wolnorynkowa” PO okazała się zwykłym oszustwem. Będąc u władzy PO
nie zrobiła NIC, by uwolnić polską gospodarkę od ciężarów biurokracji i
socjalizmu. Przeciwnie – kajdany krępujące wolność Polaków są coraz cięższe.
Polityka PO jest zaprzeczeniem liberalizmu. Rządy Donalda Tuska są
zaprzeczeniem idei dobrego rządzenia. W rzeczywistości jest to marsz w
kierunku katastrofy finansów państwa, społecznego rozkładu i faszyzacji życia
publicznego.
Chyba najważniejszą rzeczą, jakiej wszyscy konserwatywni liberałowie
oczekiwali po rządach PO była obniżka podatków i uproszczenie systemu
podatkowego. W kampanii w 2005 roku PO szermowała hasłem „3x15”, postulując
wprowadzenie liniowej stawki PIT w wys. 15%, obniżkę CIT do takiej właśnie
wysokości i ujednolicenie stawek podatku VAT na takim właśnie poziomie. W
wyborach w 2007 roku to hasło zostało wprawdzie porzucone, ale nadal PO
kojarzyła się raczej z postulatami obniżki podatków. W swoim expose premier
Donald Tusk mówił m.in.:
Naczelną zasadą polityki finansowej mojego rządu będzie stopniowe obniżanie
podatków i innych danin publicznych. Dotyczy to i musi dotyczyć wszystkich. I
tych mniej zamożnych i tych bogatszych. Wszyscy mają prawo do tego, aby
państwo przyjęło wreszcie kierunek na obniżanie podatków i danin publicznych.
Będziemy prowadzili tę politykę rozważnie, to musi być rozważny marsz. Ale
chcę, aby to był marsz zawsze w jednym kierunku, zawsze w kierunku niższych
podatków i zawsze w kierunku rezygnacji z nadmiernych, często zbędnych danin
publicznych, jakie obywatel płaci na rzecz administracji.
Wzrastający fiskalizm
Tymczasem od początku rządów PO obserwujemy co prawda „marsz w jednym
kierunku”, z tym, że jest to kierunek dokładnie odwrotny od zapowiedzianego w
expose. Klarownym wyznacznikiem jest dzień wolności podatkowej, który za
czasów rządów PO systematycznie przesuwa się do przodu. W latach 2007 i 2008,
w wyniku nieznacznej obniżki obciążeń, które zawdzięczamy koalicji pod wodzą
PiS, dzień wolności podatkowej cofnął się o kilka dni. Od roku 2008 to radosne
święto wypada coraz później, w tym roku roku opóźnienie w stosunku do roku
poprzedniego wynosi aż 9 dni!
Od kilku miesięcy z kręgów rządowych dochodziły głosy o możliwości podwyżki
podatków. Ostatnio głosy te przerodziły się w konkretne zapowiedzi. Najpierw
wypuszczony został balon próbny w postaci zapowiedzi podwyżki stawki VAT aż o
3 punkty procentowe. Do ogłoszenia tych propozycji wybrany został „zły duch”
premiera, minister Michał Boni.
Absolutnie kompromitująca przy tym była argumentacja ministra Boniego, który
stwierdził, że w ten sposób trzeba wynagrodzić budżetowi „ubytki”, jakie
poniósł w wyniku obniżki PIT i składki rentowej za rządów PiS. Co to są za
„ubytki” w sytuacji, kiedy budżet pod rządami PO systematycznie się rozrasta
(w bieżącym roku o spektakularną wielkość 2% PKB)? Rozumiem, że celem
„liberalnego” rządu jest dalsza gigantyzacja budżetu, w czym źli podatnicy
przeszkadzają rządowi. A w ogóle to wg pana ministra winien temu jest PiS, bo
złośliwie nie chciał bardziej złupić podatników.
Propozycję Boniego skrytykował Grzegorz Schetyna, by później PO mogła
poinformować o „kompromisowej” propozycji podwyżki o 1 punkt procentowy (to
zresztą nie jest do końca prawda, stawki 21 i 7 procent zostaną podniesione o
jeden punkt, ale stawka 3% o 2 punkty). Tym razem do ogłoszenia tych
„radosnych wieści” wybrany został nowy szef klubu poselskiego PO, pan poseł
Tomczykiewicz. Warto dodać, że poseł Tomczykiewicz, który był przez kilka lat
członkiem UPR zapowiadał wcześniej, że na żadną podwyżkę się nie zgodzi.
Całość sprawia nieco orwellowskie wrażenie, jakoby to dobry „Wielki Brat”
Tusk, wbrew zakusom niektórych, w istocie postanowił obniżyć podatki.
Oczywiście, podwyżka VAT jest tylko „czasowa”, to tylko przejściowe trudności,
po których ustąpieniu nasz dobry i liberalny rząd ulży podatnikom. Jak
wyglądają takie „czasowe podwyżki” najlepiej chyba ilustruje historia
„belkowego” – to też miał być podatek czasowy, a istnieje już ładnych kilka
lat i nie zanosi się na jego likwidację. Zaraz, zaraz, czyżby PO w swoim
programie wyborczym nie zapowiadała właśnie likwidacji belkowego? Okazja
zresztą była, tak się bowiem składa, że w sejmie obecnej kadencji był nawet
projekt odpowiedniej ustawy w tej sprawie autorstwa... Prawa i
Sprawiedliwości. Projekt nie wszedł nawet pod obrady, został zablokowany przez
marszałka sejmu Bronisława Komorowskiego!
Podwyżka VAT będzie najbardziej widoczna, ale to nie znaczy, że platformerskie
„obniżanie poprzez podnoszenie” podatków na tym się kończy. Niektóre
obciążenia podnosi się po cichu. W przyszłym roku rząd zafunduje nam kolejne
ograniczenia w odliczaniu VAT od paliw. Rezygnacja z ulgi podatkowej od
biokomponentów dodawanych (przymusowo!) do paliw płynnych spowoduje podwyżkę
cen benzyny o 5-7 gr. na litrze (a po ovatowaniu nową, wyższą stawką przełoży
się to na ok. 9-11 gr. wzrostu).
Te podwyżki rząd tłumaczy ciężką sytuacją budżetu, są jednak daniny, które
służą tylko i wyłącznie różnym klikom i sitwom, nie zasilając budżetu. Do
takich należy tzw. opłata reprograficzna, którą obciążone są niektóre artykuły
papiernicze i elektroniczne. Dochody z tej opłaty przekazywane są na rzecz
„związków twórczych” i w założeniach mają stanowić rekompensatę części
dochodów z praw autorskich, jakie twórcy tracą w wyniku kopiowania ich dzieł.
Pomijam całą bezsensowność tej opłaty, wg tej samej logiki każdy kupujący nóż
powinien odsiedzieć jeden dzień aresztu na poczet ukarania niezłapanych
nożowników.
Z inicjatywy Ministerstwa Kultury i „środowisk twórczych” szykowana jest
nowelizacja ustawy, która z jednej strony podwyższy opłaty (np. do 1,5% na
papier), z drugiej zaś rozszerzy zakres towarów objętych opłatą, m.in. o
pendrive'y i cyf