Motto na dziś

    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 01.01.10, 16:45

      We're playing those mind games together
      Pushing the barriers, planting seeds
      Playing the mind guerrilla
      Chanting the mantra, peace on earth
      We all been playing those mind games forever
      Some kinda druid dudes lifting the veil
      Doing the mind guerrilla
      Some call it magic, the search for the grail
      Love is the answer and you know that for sure
      Love is a flower, you got to let it, you got to let it grow




      www.youtube.com/watch?v=JVG2wrKQKtY
    • musz-ka23 Re: Motto na dziś 03.01.10, 23:40

      Matka zaś potrafiła wszystko, sama wręcz przyznawała, że chyba jest
      po prostu za dobra. A czy małe dziecko z moją inteligencją i moją
      zdolnością obserwacji mogło w to wątpić?
      Umiała, na przykład, przyrządzić galaretkę, w której
      pływały, a właściwie wisiały, plasterki brzoskwini, przecząc prawu
      grawitacji.
      Potrafiła upiec ciasto, które smakowało jak banan. Płacząc,
      cierpiąc sama tarła chrzan, zamiast kupować siuśki, które
      sprzedawano w słoikach w delikatesach. Pilnowała rzeźnika, jak sama
      mówiła, "niczym jastrząb", żeby się upewnić, czy aby nie zapomni
      przepuścić jej mielonki przez koszerną maszynkę do mięsa.
      Obdzwaniała wszystkie kobiety w naszym bloku, suszące pranie
      na sznurach z tym domu – raz nawet w całej swej wielkoduszności
      zadzwoniła do goja rozwodnika z najwyższego piętra – żeby szybko
      zabrały bieliznę, bo na nasze okno spadła właśnie kropla deszczu.
      Radar, nie kobieta! I to przed wynalezieniem radaru! Co za
      niespożyta energia! Co za skrupulatność! Wyszukiwała mi błędy w
      słupkach, dziury w "skarpetach, brud za paznokciami, na szyi, w
      każdej fałdzie ciała. Docierała nawet do najgłębszych zakamarków
      uszu, wlewając w nie zimną wodę utlenioną. Płyn szczypał i musował
      niczym piwo imbirowe, wypłukiwał na powierzchnię drobinki ukrytych
      pokładów żółtej woskowiny, zagrażającej ponoć ludzkiemu słuchowi.
      Taki zabieg medyczny (choćby zgoła poroniony) wymaga naturalnie
      czasu, no i oczywiście wysiłku – ale kiedy chodzi o zdrowie i
      czystość, zarazki i wydzieliny ciała, matka nie oszczędza siebie i
      poświęca innych. Zapala świece za dusze zmarłych – inni zawsze
      zapominają, a ona pamięta w całej swej pobożności, i to obywa się
      bez notatek w kalendarzu. Po prostu ma poświęcenie we krwi.

      Philip Roth, Kompleks Portnoya
      /przełożyła Anna Kołyszko/
      • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 04.01.10, 17:12

        Jest wczesne popołudnie, czwarta wiosna mojego życia. Na skrawku ziemi przed
        naszym budynkiem prężą się kwiaty na fioletowych łodygach. Przez otwarte na
        oścież okna wpada delikatne, aromatyczne powietrze tej pory roku, ale też
        zelektryzowane energią matki – skończyła pranie z całego tygodnia i rozwiesiła
        na sznurze, upiekła na deser marmurkowe ciasto, krewko wpuszczając nożem
        czekoladę – znów ta krew! znów ten nóż! – mniejsza o to, zręcznie wpuszczając
        czekoladę w masę waniliową, co graniczyło dla mnie z cudem, podobnie jak
        umiejętność zatapiania brzoskwiń w lśniącej salaterce galaretki. Zrobiła pranie,
        upiekła ciasto, wyszorowała posadzkę w kuchni i w łazience, wyłożyła ją
        gazetami, odkurzyła, a jakże, mieszkanie, nie muszę chyba dodawać, że
        przejechała wszędzie elektroluksem, sprzątnęła ze stołu po drugim śniadaniu,
        umyła naczynia i (ze swym dzielnym, małym pomocnikiem) poustawiała je na miejsce
        do kredensu z naczyniami mlecznymi w spiżarni... pogwizdując przy tym całe rano
        jak kanarek niemelodyjną piosenkę zdrowia i radości, beztroski i
        samowystarczalności. Kiedy rysuję dla niej obrazek, ona bierze prysznic... a
        teraz w słonecznym blasku sypialni ubiera się, żeby zabrać mnie do miasta.
        Siedzi na krawędzi łóżka w wypchanym biustonoszu i pasie elastycznym, wciąga
        pończochy i gawędzi sobie pod nosem. Kto jest grzecznym synkiem mamusi? Kto jest
        najlepszym synkiem, jakiego mamusia kiedykolwiek miała? Kogo mamusia kocha
        najbardziej na świecie? Nie posiadam się wprost ze szczęścia, a zarazem śledzę
        obcisłą, powolną, cudowną w swej udręce wędrówkę przezroczystych nylonów, które
        nadają jej ciału podniecający odcień. Przysuwam się bliżej, żeby móc wąchać talk
        na jej szyi i żeby się lepiej przyjrzeć elastycznym splotom zwisających
        podwiązek, do których za chwilę przypnie pończochy (niewątpliwie przy dźwięku
        fanfar). Czuję zapach pasty, jaką wypolerowała cztery błyszczące podpórki
        mahoniowego łóżka, gdzie sypia z mężczyzną, który spędza z nami noce i
        niedzielne popołudnia. Podobno to mój ojciec. Na końcach palców, chociaż wymyła
        każdy z tych świntuszków ciepłą, wilgotną ściereczką, czuję woń drugiego
        śniadania, sałatki z tuńczyka. A może to woń jej kobiecości? Może! Chce mi się
        mruczeć z zadowolenia. Mam dopiero cztery lata, a już czuję we krwi – aha, znów
        ta krew – jak ta chwila pulsuje namiętnością, obfituje w możliwości. Gruba,
        długowłosa istota, którą nazywają moją siostrą, jest w szkole. Ten facet, mój
        ojciec, też bawi poza domem, stara się jak umie, żeby zarobić na życie. W każdym
        razie tych dwojga nie ma w domu, i kto wie, jeśli będę miał szczęście, może
        nigdy nie wrócą... Tymczasem jest popołudnie, wiosna, a ta kobieta dla mnie i
        tylko dla mnie wkłada pończochy i śpiewa piosenkę o miłości. Kto zostanie z
        mamusią na zawsze? Ja. Kto pójdzie z mamusią choćby na koniec świata?
        Oczywiście ja. Co za głupie pytanie, ale proszę mnie źle nie zrozumieć,
        podejmuję uczciwą grę!
        Kto zjadł pyszne drugie śniadanie z mamusią, kto
        wybiera się z mamusią autobusem do miasta jak grzeczny chłopczyk, kto wybiera
        się z mamusią do domu towarowego... i tak dalej i dalej... aż ddziś, bo jakiś
        tydzień temu, kiedy wróciłem cały i zdrów z Europy, mamusia tak mnie powitała: –
        Czujesz?
        Co? – chociaż bierze moją rękę i przyciąga ją do swojego ciała. – Mamo...
        – Nie przybyło mi nawet dwa kilo – mówi – od twojego urodzenia. Czujesz? – pyta
        i przytyka moje sztywne palce do krągłości swoich bioder, które są całkiem niezłe...
        No i te pończochy. Minęło przeszło dwadzieścia lat (cała zabawa powinna się
        była dawno skończyć!), ale mamusia nadal przypina sobie pończochy w obecności
        synka. Teraz jednak on już dba o to, żeby odwrócić wzrok, kiedy flaga wjeżdża
        łopocząc na maszt – i to nie tylko z troski o swoje zdrowie psychiczne. Spójrzmy
        prawdzie w oczy, odwracam wzrok nie tyle z własnego powodu, ile z powodu tego
        biedaka, mojego ojca! Ale co ojciec naprawdę woli? Gdyby raptem ich dorosły
        synalek rzucił się z mamusią na dywan w salonie, jak by tatuś zareagował?
        Oblałby wiadrem wrzątku szalejącą, obłąkaną parę? Wyciągnąłby swój nóż czy tez
        wyszedłby do drugiego pokoju oglądać telewizję, dopóki nie skończą?
        – Dlaczego odwracasz wzrok...? – pyta rozbawiona matka, wyrównując szwy. –
        Myślałby kto, że jestem młodą dziewczyną, myślałby kto, że nie podcierałam ci
        pupy i nie całowałam twojego dyndaska przez tyle lat. Patrzcie go... – to już do
        ojca, w razie gdyby nie zwracał dostatecznej uwagi na rozgrywający się właśnie
        spektakl – patrzcie, zachowuje się, jak gdyby jego sześćdziesięcioletnia matka
        była królową piękności.

        (Kompleks Portnoya)
        • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 05.01.10, 03:40
          It is early in the afternoon, spring of the year Four. Flowers are standing up
          in purple stalks in the patch of dirt outside our building. With the windows
          flung open the air in the apartment is fragrant, soft with the season-and yet
          electric too with my mother's vitality: she has finished the week's wash and
          hung it on the line; she has baked a marble cake for our dessert tonight,
          beautifully bleeding– there's that blood again! there's that knife again!–
          anyway expertly bleeding the chocolate in and out of the vanilla, an
          accomplishment that seems to me as much of a miracle as getting those peaches to
          hang there suspended in the shimmering mold of jello. She has done the laundry
          and baked the cake; she has scrubbed the kitchen and bathroom floors and laid
          them with newspapers; she has of course dusted; needless to say, she has
          vacuumed; she has cleared and washed our luncheon dishes and (with my cute
          little assistance) returned them to their place in the milchiks cabinet
          in the pantry– and whistling like a canary all the morning through, a tuneless
          melody of health and joy, of heedlessness and self-sufficiency. While I crayon a
          picture for her, she showers– and now in the sunshine of her bedroom, she is
          dressing to take me downtown. She sits on the edge of the bed in her padded bra
          and her girdle, rolling on her stockings and chattering away. Who is Mommy's
          good little boy? Who is the best little boy a mommy ever had? Who does Mommy
          love more than anything in the whole wide world? I am absolutely punchy with
          delight, and meanwhile follow in their tight, slow, agonizingly delicious
          journey up her legs the transparent stockings that give her flesh a hue of
          stirring dimensions. I sidle close enough to smell the bath powder on her
          throat– also to appreciate better the elastic intricacies of the dangling straps
          to which the stockings will presently be hooked (undoubtedly with a flourish of
          trumpets). I smell the oil with which she has polished the four gleaming posts
          of the mahogany bedstead, where she sleeps with a man who lives with us at night
          and on Sunday afternoons. My father they say he is. On my fingertips, even
          though she has washed each one of those little piggies with a warm wet cloth, I
          smell my lunch, my tuna fish salad. Ah, it might be cunt I'm sniffing. Maybe it
          is! Oh, I want to growl with pleasure. Four years old, and yet I sense in my
          blood – uh-huh, again with the blood – how rich with passion is the moment, how
          dense with possibility. This fat person with the long hair whom they call my
          sister is away at school. This man, my father, is off somewhere making money, as
          best he is able. These two are gone, and who knows, maybe I'll be lucky, maybe
          they'll never come back... In the meantime, it is afternoon, it is spring, and
          for me and me alone a woman is rolling on her stockings and singing a song of
          love. Who is going to stay with Mommy forever and ever? Me. Who is it who
          goes with Mommy wherever in the whole wide world Mommy goes? Why me, of
          course. What a silly question—but don’t get me wrong, I’ll play the game!

          Who had a nice lunch with Mommy, who goes downtown like a good boy on the bus
          with Mommy, who goes into the big store with Mommy... and on and on and on... so
          that only a week or so ago, upon my safe return from Europe, Mommy had this to
          say —
          "Feel."
          "What?"—even as she takes my hand in hers and draws it toward her
          body—"Mother—"
          "I haven't gained five pounds," she says, "since you were born. Feel," she says,
          and holds my stiff fingers against the swell of her hips, which aren't bad . . .
          And the stockings. More than twenty-five years have passed (the game is supposed
          to be over!), but Mommy still hitches up the stockings in front of her little
          boy. Now, however, he takes it upon himself to look the other way when the flag
          goes fluttering up the pole—and out of concern not just for his own mental
          health. That's the truth, I look away not for me but for the sake of that poor
          man, my father! Yet what preference does Father really have? If there in the
          living room their grown-up little boy were to tumble all at once onto the rug
          with his mommy, what would Daddy do? Pour a bucket of boiling water on the
          raging, maddened couple? Would he draw his knife— or would he go off to
          the other room and watch television until they were finished? "What are you
          looking away– ?" asks my mother, amused in the midst of straightening her seams.
          "You'd think I was a twenty-one-year-old girl; you'd think I hadn’t wiped your
          backside and kissed your little tushy for you all those years. Look at him”
          —this to my father, in case he hasn't been giving a hundred percent of his
          attention to the little floor show now being performed– "look, acting like his
          own mother is some sixty-year-old beauty queen."

          (Portnoy's Complaint)
    • blind_as_a_bat Re: Motto na dziś 04.01.10, 08:38
      W literaturze jest dużo seksu i nie ma dzieci; w życiu – na odwrót

      => David Lodge
      • blind_as_a_bat Re: Motto na dziś 05.01.10, 07:51
        Uogólnienie to śmierć dla sztuki. Boskie natchnienie żyje w szczegółach => Arthur Miller
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 05.01.10, 21:45

      – Wiesz, Aleks, że oni czczą Żyda? Ta ich cała nadęta religia opiera się na czci dla kogoś, kto był wówczas znany jako Żyd. Jak ci się podoba ich głupota? Jak ci się podoba to mydlenie ludziom oczu? Jezus Chrystus, którego ogłaszają wszem i wobec Bogiem, był w istocie Żydem! I chociaż sama myśl o tym dosłownie mnie wpędza do grobu, nikt już na to nie zwraca uwagi.
      Że był Żydem jak ty czy ja, że wzięli sobie Żyda i dopiero po jego śmierci zrobili z niego Boga, a potem, i to mnie naprawdę doprowadza do szału, potem te parszywe dranie odwracają kota ogonem, i kto trafia na pierwsze miejsce ich listy prześladowań?
      Kto pada ofiarą mordów i nienawiści, pozostaje w ich łapskach przez dwa tysiące lat? Żydzi Ci sami, którzy dali im na dobry początek ukochanego Jezusa! Zapewniam cię, Aleks, że do końca życia nie usłyszysz większego steku bzdur i obrzydliwych bredni niż religia chrześcijańska. I na tym właśnie polega wiara tych niby to ważniaków!


      ***


      "They worship a Jew, do you know that, Alex?
      Their whole big-deal religion is based on worshiping someone who was an established Jew at that time.
      Now how do you like that for stupidity? How do you like that for pulling the wool over the eyes of the
      public? Jesus Christ, who they go around telling everybody was God, was actually a Jew! And this fact,
      that absolutely kills me when I have to think about it, nobody else pays any attention to. That he was a
      Jew, like you and me, and that they took a Jew and turned him into some kind of God after he is
      already dead, and then-and this is what can make you absolutely crazy-then the dirty bastards turn
      around afterwards, and who is the first one on their list to persecute? who haven't they left their hands
      off of to murder and to hate for two thousand years? The Jews! who gave them their beloved Jesus to
      begin with! I assure you, Alex, you are never going to hear such a mishegoss of mixed-up crap and
      disgusting nonsense as the Christian religion in your entire life. And that's what these big shots,
      so-called, believe!"

      (Portnoy's Complaint)




      • musz-ka23 Re: Motto na dziś 06.01.10, 00:24

        Skoro już jestem zbyt ważny, żeby przestąpić próg synagogi choćby na
        kwadrans – bo o nic więcej nie prosi – mógłbym okazać przynajmniej
        tyle szacunku, aby się przebrać tego dnia w porządne ubranie i nie
        urządzać kpin z siebie, rodziny i swojej religii.
        – Przykro mi – mamroczę, pokazując mu (jak zwykle, kiedy do
        mnie mówi) plecy – ale ta religia wcale nie musi być moja tylko
        dlatego, że jest twoja.
        – Coś ty powiedział? Odwróć się, mój panie, chcę usłyszeć z
        twoich ust grzeczną odpowiedź.
        – Nie jestem wierzący – mówię i posłusznie odwracam się do
        niego o jakiś ułamek stopnia.
        – Nie jesteś, hę?
        – Nie mogę.
        – Niby dlaczego? Jesteś ulepiony z innej gliny? Spójrz mi w
        oczy! Jesteś z innej gliny?
        – Nie wierzę w Boga.
        – Wyskakuj z tych drelichów, Aleks, i włóż porządne ubranie.
        – To nie są drelichy, tylko levisy.
        – Dziś jest Rosz Haszana, Aleks, a ty paradujesz w
        kombinezonie! Włóż zaraz krawat, marynarkę, porządne spodnie, czystą
        koszulę, masz wyglądać jak człowiek. I buty, mój panie, półbuty. –
        Ta koszula jest czysta...
        – Za dużo sobie pozwalasz, ważniaku. Masz dopiero
        czternaście lat, i możesz mi wierzyć, że nie zjadłeś wszystkich
        rozumów. Wyskakuj z tych mokasynów! Kogo ty, do diaska, udajesz,
        jakiegoś Indianina?
        – Posłuchaj, nie wierzę w Boga i nie wyznaję żydowskiej
        religii... ani żadnej innej. To wszystko kłamstwa.
        – Ach tak?
        – Nie będę udawał, że te święta coś dla mnie znaczą, skoro
        nie znaczą! I tylko o to mi chodzi!
        – Może nic nie znaczą, bo nic o nich nie wiesz, ważniaku. Co
        ty wiesz o historii Rosz Haszana? Podaj mi choć jeden fakt. Albo
        dwa. Co ty wiesz o historii narodu żydowskiego, żebyś miał prawo
        nazywać tę religię, która przez dwa tysiące lat była wystarczająco
        dobra dla ludzi znacznie mądrzejszych i znacznie starszych od
        ciebie, żebyś miał prawo nazywać kłamstwem to cierpienie i rozdarcie
        serca!
        – Nie ma niczego takiego jak Bóg i nigdy nie było, przykro
        mi, ale w moim słowniku to się nazywa kłamstwem.
        – Kto w takim razie stworzył świat, co, Aleks? – pyta z
        pogardą w głosie. – Według ciebie pewno sam się po prostu stworzył.
        – Aleks – odzywa się moja siostra – tatuś cię tylko prosi,
        skoro nie chcesz z nim iść, żebyś się przebrał...
        – Ale po co? – wrzeszczę. – Dla czegoś, co nigdy nie
        istniało? Dlaczego nie każecie mi się przebrać dla jakiegoś
        ulicznego kota albo dla jakiegoś drzewa... bo one przynajmniej
        istnieją – Nie odpowiedziałeś mi na pytanie, wykształcony mądralo –
        mówi ojciec. – Chcesz zmienić temat. Kto stworzył świat i ludzi?
        Nikt?
        – Właśnie! Nikt!
        – No, tak – przygaduje ojciec. – Inteligentna odpowiedź.
        Cieszę się, że nie chodziłem do szkoły średniej, jeżeli tam uczą
        takich rzeczy.
        – Aleks – prosi mnie siostra czule, jak zwykle czule, bo też
        już się trochę łamie – może byś tylko włożył porządne buty...
        – Wiesz co, Hanna, jesteś tyle samo warta co on! Skoro Bóg
        nie istnieje, co mają do tego buty!

        /Kompleks Portnoya/
        • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 06.01.10, 01:33

          Even if I consider myself too much of a big shot to set foot inside a synagogue for fifteen minutes—which is all he is asking—at least I should have respect enough to change into decent clothes for the day and not make a mockery of myself, my family, and my religion.
          "I'm sorry," I mumble, my back (as is usual) all I will offer him to look at while I speak, "but just
          because it's your religion doesn't mean it's mine."
          "What did you say? Turn around, mister, I want the courtesy of a reply from your mouth."
          "I don't have a religion," I say, and obligingly turn in his direction, about a fraction of a degree.
          "You don't, eh?"
          “I can’t.”
          "And why not? You're something special? Look at me! You're somebody too special?"
          "I don't believe in God."
          "Get out of those dungarees, Alex, and put on some decent clothes."
          "They're not dungarees, they're Levis."
          "It's Rosh Hashanah, Alex, and to me you're wearing overalls! Get in there and put a tie on and a jacket on and a pair of trousers and a clean shirt, and come out looking like a human being. And shoes, Mister, hard shoes."
          "My shirt is clean—"
          "Oh, you're riding for a fall, Mr. Big. You're fourteen years old, and believe me, you don't know everything there is to know. Get out of those moccasins! What the hell are you supposed to be, some kind of Indian?"
          "Look, I don't believe in God and I don't believe in the Jewish religion—or in any religion. They're all lies."
          "Oh, they are, are they?"
          "I'm not going to act like these holidays mean anything when they don't! And that's all I'm saying!"
          "Maybe they don't mean anything because you don't know anything about them, Mr. Big Shot. What do you know about the history of Rosh Hashanah? One fact? Two facts maybe? What do you know about the history the Jewish people, that you have the right to call their religion, that's been good enough for people a lot smarter than you and a lot older than you for two thousand years —that you can
          call all that suffering and heartache a lie!"
          "There is no such thing as God, and there never was, and I'm sorry, but in my vocabulary that's a lie."
          "Then who created the world, Alex?" he asks contemptuously. "It just happened, I suppose, according to you."
          "Alex," says my sister, "all Daddy means is even if you don't want to go with him, if you would just change your clothes—"
          "But for what?" I scream. "For something that never existed? Why don't you tell me to go outside and change my clothes for some alley cat or some tree—because at least they exist!"
          "But you haven't answered me, Mr. Educated Wise Guy,”' my father says. "Don't try to change the issue. Who created the world and the people in it? Nobody?"
          "Right! Nobody!"
          "Oh, sure," says my father. "That's brilliant. I'm glad I didn't get to high school if that's how brilliant it makes you."
          "Alex," my sister says, and softly—as is her way—softly, because she is already broken a little bit too—"maybe if you just put on a pair of shoes—"
          "But you're as bad as he is, Hannah! If there's no God, what do shoes have to do with it!"

          (Portnoy's Complaint)
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 06.01.10, 01:43

      Tam, gdzie kończy się obowiązek, dyscyplina i posłuszeństwo – och, taką, taką właśnie lekcję dostaję rokrocznie w święto Pesach od matki razem z mace braj – nie sposób niczego przewidzieć.


      ***


      When duty, discipline, and obedience give way—ah, here, here is the message I take in each Passover with my mother's matzoh brei—what follows, there is no predicting.


      (Portnoy's Complaint)
      • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 06.01.10, 02:21

        – Tu policja. Portnoy, jesteś otoczony. Lepiej wyjdź i spłać społeczeństwu dług.
        – Niech się społeczeństwo wypcha, panie władzo!
        – Liczę do trzech, masz wyjść z rękami do góry, ty wściekły psie, bo inaczej my tam wejdziemy do ciebie z bronią. Raz.
        – Strzelaj, ty łajdacka glino, to do chu.ja niepodobne.
        Oderwałem metkę od materaca...
        – Dwa.
        – Ale póki żyłem, żyłem z rozmachem !
        Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaachach!!!!!


        ***


        "This is the police speaking. You're surrounded, Portnoy. You better come on out and pay your debt to society." "Up society's ass, Copper!" "Three to come out with those hands of yours up in the air. Mad Dog, or else we come in after you, guns blazing. One." "Blaze, you bastard cop, what do I give a shit? I tore the tag off my mattress—" "Two." "—But at least while I lived, I lived big!"
        Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaahhhh!!!!!



        (Portnoy's Complaint)
        • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 06.01.10, 02:31
          errata

          jest:

          Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa

          ma być:

          Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
          aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
          aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaachach!!!!!



          tekst oryginalny

          jest:


          Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa


          ma być:

          Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
          aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
          aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
          aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaahhhh!!!!!




    • blind_as_a_bat Re: Motto na dziś 06.01.10, 01:53
      Nie wiem, co to poezja,
      nie wiem, po co i na co,
      wiem, że czasami ludzie
      czytają wiersze i płaczą.

      Władysław Broniewski
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 07.01.10, 07:47

      A ty, brzmi ukryta aluzja, kiedy się wreszcie ożenisz? W Newark i okolicach to
      pytanie jest najwyraźniej na ustach wszystkich mieszkańców: KIEDY ALEKSANDER
      PORTNOY PRZESTANIE BYĆ TAKIM EGOISTĄ I OBDARZY WNUKAMI SWOICH WSPANIAŁYCH RODZICÓW?
      – No i co – pyta ojciec, a łzy już mu się zbierają w kącikach oczu – no i co,
      ważniaku – pyta za każdym razem, kiedy się widzimy – masz jakąś dziewczynę na
      oku? Wybacz, że cię pytam, jestem tylko twoim ojcem, ale ponieważ nie będę żył
      wiecznie, przypominam ci, na wypadek, gdybyś zapomniał, że zostałeś jedynym
      spadkobiercą nazwiska rodowego, może byś więc dopuścił mnie do tej tajemnicy.
      Tak, wstydu nie ma ten Aleks P., jedyny uczeń ze swojego rocznika szkolnego,
      który nie pozwolił dotąd mamusi i tatusiowi zostać dziadkami. Wszyscy wokół
      żenią się z porządnymi Żydówkami, mają dzieci, kupują domy i (używając słów
      ojca) "zapuszczają korzenie", inni synowie przekazują następnemu pokoleniu
      nazwisko rodowe, a on ugania się za ci...mi. I to na domiar złego za ci.pami
      Aryjek! Ugania się, wącha, liże, posuwa, a przede wszystkim myśli o nich.
      Dzień i noc, w pracy i na ulicy – ma trzydzieści trzy lata i wciąż chodzi po
      ulicy z wybałuszonymi oczami. Aż dziw bierze, że żadna taksówka nie rozjechała
      go na marmoladę, zważywszy, ile razy w porze obiadowej przechodzi główne arterie
      Manhattanu. Trzydzieści trzy lata, a wciąż gapi się i snuje fantazje na temat
      każdej dziewczyny, która zakłada nogę na nogę naprzeciw niego w metrze! Nadal
      przeklina się w duchu za to, że nie odezwał się do bujnych cycków, które jechały
      z nim sam na sam windą dwadzieścia pięć pięter w górę! Potem przeklina się za
      coś wręcz przeciwnego! Bo zdarza mu się zaczepiać na ulicy panienki z dobrych
      domów, i chociaż odkąd pokazał się w telewizji w porannym niedzielnym programie,
      jego twarz nie jest całkiem nie znana oświeconej części publiczności – nawet
      jeżeli właśnie idzie na proszony obiad do aktualnej narzeczonej – zdarzyło mu
      się kilka razy wymamrotać:
      – Może by pani poszła ze mną do domu?
      Dziewczyna naturalnie się nie zgadza. Naturalnie zaczyna krzyczeć: – Odczep się
      ode mnie, ty łobuzie! – Lub odpowiada szorstko: – Dziękuję, ale mam własny miły
      dom, gdzie czeka na mnie mąż.
      Na co on się naraża, ten głupiec! Ten idiota! Ten ścichapęk! Ten
      zboczeniec. Po prostu nie umie – nie chce – opanować ognia w
      kutasie, gorączki w głowie, wiecznie płonącej żądzy czegoś nowego, szalonego,
      czegoś nie do pomyślenia, i jeśli podobna to sobie wyobrazić, czegoś, o czym
      nikomu się nie śniło. Jeżeli chodzi o pizdę, żyje w stanie, który ani się
      zasadniczo nie zmienił, ani nie wysublimował od czasu, kiedy jako piętnastoletni
      chłopak wstając z ławki w klasie, musiał za każdym razem chować wzwód pod
      kołonotatnikiem dużego formatu. Każda napotkana dziewczyna ma przecież
      (kapelusze z głów!) między nogami prawdziwą pizdę! Niesłychane! Niebywałe! Nadal
      dręczy go uporczywa, ekscytująca myśl, że patrząc na dziewczynę, patrzy się na
      kogoś, kto w stu procentach ma taką pizdę! Wszystkie, co do jednej, mają pod
      sukienkami pizdy
      ! Tylko pier.dolić! I, panie doktorze, Wysoki Sądzie, czy
      jak tam do pana mówić – nieważne, ile ten nieszczęsny drań użyje, bo i tak
      zawsze marzy o jutrzejszej dupie, nawet kiedy pompuje dzisiejszą!
      Czyżbym przesadzał? Wrabiam się tylko po to, żeby się sprytnie pochwalić? A
      może to przechwałki? Czy istotnie uważam swoje nienasycenie i jurność za dopust
      losu, czy raczej za osiągnięcie? I jedno, i drugie? Niewykluczone. A może to
      tylko eskapizm? Przynajmniej nie jestem tuż po trzydziestce uwięziony w
      małżeństwie z jakąś miłą kobitką, której ciało przestało mnie tak naprawdę
      interesować... przynajmniej nie muszę co wieczór chodzić do łóżka z kimś, kogo,
      szczerze mówiąc, pier.dolę z obowiązku, a nie z namiętności. Przygnębiający
      koszmar, który dręczy przed snem wielu ludzi... Z drugiej strony, muszę
      przyznać, że z pewnego punktu widzenia i w mojej sytuacji jest coś
      przygnębiającego. Oczywiście nie sposób mieć wszystkiego, tyle wiem, ale chętnie
      poszukam odpowiedzi na pytanie: Czy ja mam cokolwiek? Jak długo jeszcze będę
      przeprowadzał te eksperymenty z kobietami? Jak długo jeszcze będę rypał dziury,
      które się nawiną – najpierw tę, a kiedy mi się znudzi, tamtą... i tak dalej.
      Kiedy to się skończy? Tylko czemu miałoby się skończyć! Żeby zadośćuczynić ojcu
      i matce? Żeby się zastosować do norm? Dlaczego, do diaska, miałbym się tak
      bronić przed tym, co przed laty zaszczytnie nazywano stanem kawalerskim?
      Przecież, sam pan widzi, o nic tu innego nie chodzi, tylko o stan kawalerski.



      (Kompleks Portnoya)
      • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 07.01.10, 08:11

        And you, the implication is, when are you going to get married already? In
        Newark and the surrounding suburbs this apparently is the question on
        everybody's Ups: WHEN IS ALEXANDER PORTNOY GOING TO STOP BEING SELFISH AND GIVE
        HIS PARENTS, WHO ARE SUCH WONDERFUL PEOPLE, GRANDCHILDREN? "Well," says my
        father, the tears brimming up in his eyes, "well," he asks, every single time
        I see him
        , "is there a serious girl in the picture. Big Shot? Excuse me for
        asking. I'm only your father, but since I'm not going to be alive forever, and
        you in case you forgot carry the family name, I wonder if maybe you could let me
        in on the secret."
        Yes, shame, shame, on Alex P., the only member of his graduating class who
        hasn't made grandparents of his Mommy and his Daddy. While everybody else has
        been marrying nice Jewish girls, and having children, and buying houses, and (my
        father's phrase) putting down roots, while all the other sons have been
        carrying forward the family name, what he has been doing is—chasing cunt. And
        shikse cunt, to boot! Chasing it, sniffing it, lapping it, shtupping it,
        but above all, thinking about it. Day and night, at work and on the
        street—thirty-three years old and still he is roaming the streets with his eyes
        popping. A wonder he hasn't been ground to mush by a taxicab, given how he makes
        his way across the major arteries of Manhattan during the lunch hour.
        Thirty-three, and still ogling and daydreaming about every girl who crosses her
        legs pposite him in the subway! Still cursing himself for speaking not a word to
        the succulent pair of tits that rode twenty-five floors alone with him in an
        elevator! Then cursing himself for the opposite as well! For he has been known
        to walk up to thoroughly respectable-looking girls in the street, and despite
        the fact that since his appearance on Sunday morning TV his face is not entirely
        unknown to an enlightened segment of the public—despite the fact that he may be
        on his way to his current mistress' apartment for his dinner—he has been known
        on one or two occasions to mutter, "Look, would you like to come home with me?"
        Of course she is going to say "No." Of course she is going to scream,
        "Get out of here, you!" or answer curtly, "I have a nice home of my own, thank
        you, with a husband in it." What is he doing to himself, this fool! this idiot!
        this furtive boy! This sex maniac! He simply cannot—will
        not—control the fires in his putz, the fevers in his brain, the desire
        continually burning within for the new, the wild, the unthought-of and, if you
        can imagine such a thing, the undreamt-of. Where cunt is concerned he
        lives in a condition that has neither diminished nor in any significant way been
        refined from what it was when he was fifteen years old and could not get up from
        his seat in the classroom without hiding a hard-on beneath his three-ring
        notebook. Every girl he sees turns out (hold your hats) to be carrying around
        between her legs– a real cunt. Amazing! Astonishing! Still can't get over the
        fantastic idea that when you are looking at a girl, you are looking at somebody
        who is guaranteed to have on her– a cunt! They all have cunts! Right under their
        dresses! Cunts– for fucking! And, Doctor, Your Honor, whatever your name is– it
        seems to make no difference how much the poor bastard actually gets, for he is
        dreaming about tomorrow's pussy even while pumping away at today's!
        Do I exaggerate? Am I doing myself in only as a clever way of showing off? Or
        boasting perhaps? Do I really experience this restlessness, this horniness, as
        an affliction – or as an accomplishment? Both? Could be. Or is it only a means
        of evasion? Look, at least I don't find myself still in my early thirties locked
        into a marriage with some nice person whose body has ceased to be of any genuine
        interest to me– at least I don't have to get into bed every night with somebody
        who by and large I fuck out of obligation instead of lust. I mean, the
        nightmarish depression some people suffer at bedtime... On the other hand, even
        I must admit that there is maybe, from a certain perspective, something a little
        depressing about my situation, too. Of course you can't have everything, or so I
        understand – but the question I am willing to face is: have I anything? How much
        longer do I go on conducting these experiments with women? How much longer do I
        go on sticking this thing into the
        holes that come available to it– first this hole, then when I tire of this hole,
        that hole over there... and so on. When will it end? Only why should it
        end! To please a father and mother? To conform to the norm? Why on earth should
        I be so defensive about being what was honorably called some years ago, a
        bachelor? After all, that's all this is, you know– bachelorhood.
      • musz-ka23 Re: Motto na dziś 07.01.10, 23:08
        - Tak, dobrze, wszystko będzie dobrze, przysięgam - powiedział, a
        potem zapewnił ją, że zastosuje technikę, o której słyszał na
        Wyspach Aleuckich, a która nazywa się przerywaną. Zaufaj mi tylko -
        błagał ją. - Po prostu mi zaufaj.
        A ona, niestety tak bardzo chciała mu zaufać...i zaufała.

        /Philip Roth, Kiedy była dobra/
        • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 10.01.10, 07:40

          musz-ka23 napisała:

          > - Tak, dobrze, wszystko będzie dobrze, przysięgam - powiedział, a
          > potem zapewnił ją, że zastosuje technikę, o której słyszał na
          > Wyspach Aleuckich, a która nazywa się przerywaną. Zaufaj mi tylko -
          > błagał ją. - Po prostu mi zaufaj.
          > A ona, niestety tak bardzo chciała mu zaufać...i zaufała.



          Wiesz, Córcia, rób jak uważasz, ale uważaj jak robisz, hehe :P
          • musz-ka23 Re: Motto na dziś 11.01.10, 22:04

            gdytyjeszczenamucheptapta napisał:

            > Wiesz, Córcia, rób jak uważasz, ale uważaj jak robisz, hehe :P

            Tatusiu, i z kim, hehe :)


            www.youtube.com/watch?v=5utaap1CFKI

    • musz-ka23 Re: Motto na dziś 09.01.10, 12:43

      Słoń Trąbalski

      Był sobie słoń wielki - jak słoń.
      Zwał się ten słoń Tomasz Trąbalski.
      Wszystko, co miał, było jak słoń!
      Lecz straszny był Zapominalski.

      Słoniową miał głowę i nogi słoniowe,
      I kły z prawdziwej kości słoniowej,
      I trąbę, którą wspaniale kręcił,
      Wszystko słoniowe - oprócz pamięci.

      Zaprosił kolegów słoni na karty
      Na wpół do czwartej.
      Przychodzą - ryczą: "Dzień dobry, kolego!"
      Nikt nie odpowiada,
      Nie ma Trąbalskiego.
      Zapomniał! Wyszedł!

      Miał przyjść do państwa Krokodylów
      Na filiżankę wody z Nilu:
      Zapomniał! Nie przyszedł!

      Ma on chłopczyka i dziewczynkę,
      Miłego słonika i śliczną słoninkę.
      Bardzo kocha te swoje słonięta,
      Ale ich imion nie pamięta.
      Synek nazywa się Biały Ząbek,
      A ojciec woła: "Trąbek! Bombek!"
      Córeczce na imię po prostu Kachna,
      A ojciec woła: "Grubachna! Wielgachna!"

      Nawet gdy własne imię wymawia,
      Gdy się na przykład komuś przedstawia,
      Często się myli Tomasz Trąbalski
      I mówi: "Jestem Tobiasz Bimbalski".

      Żonę ma taką - jakby sześć żon miał!
      (Imię jej: Bania, ale zapomniał),
      No i ta żona kiedyś powiada:
      "Idź do doktora, niechaj cię zbada,
      Niech cię wyleczy na stare lata!"

      Więc zaraz poszedł - do adwokata.
      Potem do szewca i rejenta.
      I wszędzie mówi, że nie pamięta!

      "Dobrze wiedziałem, lecz zapomniałem,
      Może kto z panów wie czego chciałem?"

      Błąka się, krąży, jest coraz później,
      Aż do kowala trafił, do kuźni.
      Ten chciał go podkuć, więc oprzytomniał,
      Przypomniał sobie to co zapomniał!

      Kowal go zbadał, miechem podmuchał,
      Zajrzał do gardła, zajrzał do ucha,
      Potem opukał młotem kowalskim
      I mówi: "Wiem już, panie Trąbalski!
      Co dzień na głowę wody kubełek
      oraz na trąbie zrobić supełek".
      I chlust go wodą! Sekundę trwało
      I w supeł związał trąbę wspaniałą!

      Pędem poleciał Tomasz do domu.
      Żona w krzyk: "Co to?!" - "Nie mów nikomu!
      To dla pamięci!" - "O czym?" - "No ... chciałem..."
      - "Co chciałeś?" - "Nie wiem! Już zapomniałem!"

      /J. Tuwim/
    • musz-ka23 Re: Motto na dziś 10.01.10, 01:05

      Dziecię i dzbanuszek

      Mała dziecina łakoma i chciwa,
      Jak to często w świecie bywa,
      Nigdy na tem nie przestała.
      Co Mama dała.

      Były dwa jabłka, trzeciego żąda;
      Były trzy gruszki, za czwartą spogląda;
      Dano cukierków, to zawsze za mało;
      Dano pierniczek, dziecię ciastka chciało.

      Raz mu w dzbanuszek wsypano orzechy.
      Ach co to było uciechy!
      Dziecina rączkę w wąską szyję wkłada,
      I wszystkieby zabrać rada.
      Ale niestety! wyciągnąć nie może.

      Dziecię w płacz. W takim razie i płacz nie pomoże.
      Szarpie. Wszystko na próżno: i orzeszków nie ma,
      I dzbanuszek rączkę trzyma.
      Ktoś się wreszcie zlitował, i dał rady zdrowe:

      "Nie bądź, kochanku, chciwym, weź tylko połowę;
      Wyjmiesz rączkę, orzeszki wybierzesz po troszę.
      A pomnij w dalszym wieku tak czerpać rozkosze."

      /Stanisław Jachowicz/
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 10.01.10, 07:36

      Ludzie są dobrzy, jeśli będą wiedzieli (że trzeba pomóc), pomogą.

      (Costa-Gavras)


      www.wosp.org.pl/
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 11.01.10, 10:44

      Czy, twoim zdaniem, taki wielki łowca jeleni ze strzelbą zapada się w fotel, kiedy się go złapie na grzechu przeciw szóstemu przykazaniu, zalewa się łzami i błaga żonę o przebaczenie? Przebaczenie za co? Bo w końcu na czym to polega? Włożyłeś gdzieś kutasa, poruszałeś nim w przód i w tył, aż coś ci z przodu wytrysnęło. No i co takiego, Jake? Jak długo to wszystko trwało, żebyś znosił takie przekleństwa z jej ust, wciąż się poczuwał do winy, obwiniał i nienawidził samego siebie!


      ***


      Do you think one of those big-shot deer hunters with a gun collapses in a chair when he gets caught committing the seventh and starts weeping and begging his wife to be forgiven?—forgiven for what? What after all does it consist of? You put your dick some place and moved it back and forth and stuff came out the front. So, Jake, what's the big deal? How long did thewhole thing last that you should suffer such damnation from her mouth—such guilt, such recrimination and self-loathing!


      (Portnoy's Complaint)





      fotoforum.gazeta.pl/zdjecie/1735938,2,137,picasso-minotaur.html
      • musz-ka23 Re: Motto na dziś 11.01.10, 22:12

        List do żony

        Kochanie, Ty po lasach brodzisz
        A tu z kiciusiem Twoim klapa,
        Twój kiciuś nie ma już w czym chodzić,
        Zużył bielizny cały zapas,
        Całkiem dziurawe ma skarpetki,
        Boso kuśtyka po ogródku,
        Patrzy na dalie i nagietki
        A serce żre mu robak smutku.
        Ty sobie bawisz w Marienbadach
        W Sobótkach, względnie w Obornikach,
        I nie wiesz co Twój kiciuś jada,
        Jakie paskudztwa czasem łyka,
        Jak mu nie służy kalarepka
        Jakie mu brzuszek robi harce
        Gdy je spleśniałe skórki z chlebka,
        Coś zostawiła je w spiżarce,
        Czasami kiciuś w łóżku leży
        Gorzko przeklina swoją dolę
        Patrząc na brudny stos talerzy
        Wyrastający wzwyż na stole,
        Popatrzy, pośpi i popłacze,
        Zabeczy jak zabłąkana owca:
        — O Miła, kiedy Cię zobaczę?
        Wróć z tej Ostendy czy z Wągrowca!
        Zjaw się, zaceruj dziury w spodniach,
        Spraw by znów wszystko zajaśniało,
        Nie zdradzam Cię już od tygodnia
        Zupełnie mi się odechciało,
        Karty nie bawią mnie i goście,
        Inne rozkosze teraz wolę -
        Ot, chciałbym sobie przewlec pościel,
        Raz spróbowałem. Nie wydolę.
        Kochanie moje, wróć z Lidzbarku,
        Porzuć Hawaje, Dardanele,
        Możesz mi nawet dać po karku,
        Lecz weź mnie znów pod kuratelę!!!
        Przyjedź, pocałuj czółko łyse,
        Zrób obiad, spodniom przywróć kancik....
        Kiciuś już nie chce być tygrysem.
        ...chce być kiciusiem swojej pańci...!!!

        /Andrzej Waligórski/

    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 14.01.10, 11:18

      His mother had died at eighty, his father at ninety. Aloud he said to them, "I'm
      seventy-one. Your boy is seventy-one." "Good. You lived," his mother replied,
      and his father said, "Look back and atone for what you can atone for, and make
      the best of what you have left."

      Roth, Everyman
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 16.01.10, 07:55

      I tell you what:
      some people got everything;
      Some people got nothing.

      Bob Marley


      one.org/international/actnow/haiti/index.html?rc=haitipaste
      www.youtube.com/watch?v=lbXTSgKdDmE
      • musz-ka23 Re: Motto na dziś 17.01.10, 12:23

        Tego, co powinno być - nie ma. Króluje
        odstępstwo. Nie da się mu zapobiec. O dziwo,
        zawsze staje się tak, jak stać się nie miało,
        a nie staje się tak, jak być miało.

        /P. Roth, Amerykańska sielanka/
    • musz-ka23 Re: Motto na dziś 19.01.10, 08:42

      Tego dnia na obszarze całego stanu
      odbyło się pięćset podobnych pogrzebów,
      rutynowych, zwyczajnych jeśli nie liczyć trzydziestu
      sekund osobliwego występu synów – oraz podjętej przez
      Howiego próby wskrzeszenia za pomocą drobiazgowych
      szczegółów niewinnego świata z czasów przed
      wynalezieniem śmierci, wskrzeszenia życia wiecznego
      w stworzonym przez ojca raju, raju o wymiarach
      pięć na czternaście metrów, sprytnie zamaskowanego
      pod szyldem staroświeckiego sklepu jubilera – pogrzebów
      równie nieciekawych, lub ciekawych, jak ten.
      Ale właśnie ta pospolitość, ta kolejna akceptacja faktu
      śmierci, jest tak porażająca.

      /P. Roth, Everyman/
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 20.01.10, 07:00

      -...to tyś się pieprzył na prawo i lewo ze studentkami!
      - Nie pieprzyłem się na prawo i lewo ze studentkami...
      - Peter, przecież cię przyłapałam na gorącym uczynku z tą dziewczyną z warkoczykami!
      - Ale to nie jest na prawo i lewo , Maureen!



      Roth, Mój wiek męski
    • musz-ka23 Re: Motto na dziś 23.01.10, 23:57

      - Dlaczego ci wszyscy przyjaciele są w miarę zadowoleni,
      podczas gdy ja jestem taka nieszczęśliwa?
      - A skąd wiesz, że są zadowoleni? Nic nie wiesz, dopóki
      nie zobaczysz, jaki jest układ ich stóp w łóżku.

      /P. Roth, Oszustwo/
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 25.01.10, 23:49

      Merry przyszła na świat z wrzaskiem i nigdy wrzeszczeć nie przestała.

      (Roth, Amerykańska sielanka)

    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 26.01.10, 12:05

      Człowiek jest jak czołg wyposażony w mózg. Myli się co do ludzi, jeszcze zanim ich spotka, jeszcze kiedy planuje spotkanie; potem myli się w trakcie spotkania; a na koniec wraca do domu, opowiada o spotkaniu osobie trzeciej i myli się po raz kolejny. Ponieważ inni z reguły mylą się tak samo co do nas, cały proces komunikacji jest jedną wielką fatamorganą, wypraną z realizmu, porażającą farsą błędnej percepcji.


      ***


      You might as well have the brain of a tank. You get them wrong before you meet them, while you're anticipating meeting them; you get them wrong while you're with them; and then you go home to tell somebody else about the meeting and you get them all wrong again. Since the same generally goes for them with you, the whole thing is really a dazzling illusion empty of all perception, an astonishing farce of misperception.



      Roth, American Pastoral

      (przełożyła Jolanta Kozak)
    • musz-ka23 Re: Motto na dziś 26.01.10, 23:40
    • musz-ka23 Re: Motto na dziś 26.01.10, 23:47

      W cudzołóstwie niesprawiedliwe jest między innymi
      to, że porównujesz kochanka z mężem, ale nigdy nie
      widzisz kochanka w tych strasznych, przygnębiających
      sytuacjach, kiedy awanturuje się z powodu jarzyn lub
      przypalonej grzanki, kiedy zapomina zadzwonić w jakiejś
      sprawie, lub kogoś naciąga. Ludzie świadomie nie
      dopuszczają do tego, aby podobne rzeczy pojawiały się
      w pozamałżeńskim związku. To są uogólnienia wynikające
      z moich ograniczonych, bardzo ograniczonych, prawie
      nieistniejących doświadczeń. Myślę jednak, że tak
      właśnie się dzieje, bo w przeciwnym razie żyliby w ciągłej
      nerwówce. Chyba, że ktoś lubi dwa zestawy domowych
      konfliktów - mógłby wtedy lawirować między jednym a
      drugim.
      - Tak, przy kochanku czy kochance życie codzienne
      staje się nieważne. To choroba Emmy Bovary. W pierwszym
      przypływie kobiecej namiętności każdy kochanek jest dla
      niej Rudolfem.

      /P. Roth, Oszustwo/
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 27.01.10, 11:07

      - Pamiętam tamtą jazdę, Joy Helpern. Nie byłaś dla mnie łaskawa.
      - A teraz wyglądam jak Spencer Tracy - roześmiała się.

      (Amerykańska sielanka)
      • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 27.01.10, 11:10

        "I remember that hayride, Joy Helpern. You weren't as kind on that hayride as
        you might have been."

        "And now I look like Spencer Tracy," she said, breaking into laughter.
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 28.01.10, 16:58

      Pomyśleć, że gość uporządkowany jak talia kart trafia nagle do całkiem innej gry. Kompletnie nieprzygotowany na rychły cios. Skądże miał wiedzieć – on, ze swoją starannie skalibrowana dobrocią – że stawka życia w posłuszeństwie jest aż tak wysoka? Do posłuszeństwa uciekamy się wszak po to, by o b n i ż y ć tę stawkę. Piękna żona. Piękny dom. On sam – czarodziej biznesu. Zdolny kustosz ojcowskiej schedy. Żył pełnią życia, realizując swoją prywatną wizję raju. Tak żyją ludzie sukcesu. Wzorowi obywatele. Czują się wybrańcami losu. Żywią wdzięczność. Pan Bóg uśmiecha się do nich z wysokości. Problemy? – oni umieją się przystosować. Do czasu: nagle wszystko się zmienia. Już nikt się nie uśmiecha z wysoka. I jak tu się przystosować? Jak, kiedy nie zostało się stworzonym do życia, w którym zdarzają się awarie, a co dopiero rzeczy niemożliwe? Czy w ogóle istnieją ludzie stworzeni do obcowania z niemożliwym? Do obcowania z tragedią i niepojętym absurdem cierpienia? Nie ma takich ludzi. Tragedia człowieka, który nie został stworzony do tragedii – to tragedia każdego człowieka.


      ***


      A guy stacked like a deck of cards for things to unfold entirely differently. In no way prepared for what is going to hit him. How could he, with all his carefully calibrated goodness, have known that the stakes of living obediently were so high? Obedience is embraced to lower the stakes. A beautiful wife. A beautiful house. Runs his business like a charm. Handles his handful of an old man well enough. He was really living it out, his version of paradise. This is how successful people live. They're good citizens. They feel lucky. They feel grateful. God is smiling down on them. There are problems, they adjust. And then everything changes and it becomes impossible. Nothing is smiling down on anybody. And who can adjust then? Here is someone not set up for life's working out poorly, let alone for the impossible. But who is set up for the impossible that is going to happen? Who is set up for tragedy and the incomprehensibility of suffering? Nobody. The tragedy of the man not set up for tragedy—that is every man's tragedy.

      (American Pastoral)
    • musz-ka23 Re: Motto na dziś 28.01.10, 22:41

      I'd just be the catcher in the rye, and all. I know it's crazy, but that's the
      only thing I'd really like to be. I know it's crazy.

      J. D. Salinger (*)

    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 31.01.10, 23:56

      Początek dnia, schyłek stulecia, Cricklewood Broadway. Pierwszego stycznia 1975
      roku, godzina 6.27. Ubrany w sztruksowy garnitur Alfred Archibald Jones siedział
      z twarzą wspartą na kierownicy w wypełnionym spalinami samochodzie cavalier
      musketeer estate, żywiąc w duchu nadzieję, że nie będzie osądzony zbyt surowo. A
      właściwie leżał krzyżem, z opuszczoną szczęką i rozrzuconymi ramionami, niczym
      jakiś upadły anioł; w dłoniach ściskał swoje wojskowe odznaczenia (w lewej) i
      akt ślubu (w prawej), postanowił bowiem zabrać z sobą świadectwa swych porażek.


      ***


      Early in the morning, late in the century, Cricklewood Broadway. At 06.27 hours
      on 1 January 1975, Alfred Archibald Jones was dressed in corduroy and sat in a
      fume-filled Cavalier Musketeer Estate face down on the steering wheel, hoping
      the judgement would not be too heavy upon him. He lay forward in a prostrate
      cross, jaw slack, arms splayed either side like some fallen angel; scrunched up
      in each fist he held his army service medals (left) and his marriage licence
      (right), for he had decided to take his mistakes with him.


      Zadie Smith, White Teeth
      (przełożył Zbigniew Batko)
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 01.02.10, 00:10

      Z małżeństwem Archiego było zupełnie jak z kupowaniem butów, które w domu
      okazują się za ciasne. Dla zachowania pozorów godził się na to.


      ***


      Archie's marriage felt like buying a pair of shoes, taking them home and
      finding they don't fit. For the sake of appearances, he put up with them.




      (White Teeth)
Pełna wersja