gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 03.12.10, 23:20 Pewna ciotka Urszuli wyszła za wuja Josego Arcadia Buendii i urodziła syna, który przez całe życie nosił niezwykle luźne spodnie i umarł z upływu krwi, przeżywszy czterdzieści dwa lata w stanie absolutnego dziewictwa, bo przyszedł na świat i chodził do końca swych dni z ogonkiem chrząstkowym w kształcie korkociągu, zakończonym kępką włosów. Był to świński ogon, którego nigdy nie widziała żadna kobieta i którego utratę nieszczęśnik przypłacił życiem, gdy pewien zaprzyjaźniony rzeźnik odrąbał mu go tasakiem. José Arcadio Buendia z beztroską swych dziewiętnastu lat rozstrzygnął problem jednym zdaniem: „Nic mi nie przeszkadza, jeśli będę miał prosięta, byle umiały mówić". Tak więc pobrali się, a wesele z orkiestrą i fajerwerkami trwało trzy dni. Gabriel García Márquez, Sto lat samotności (przełożyły Grażyna Grudzińska i Kalina Wojciechowska) *** Una tía de Úrsula, casada con un tío de José Arcadio Buendía tuvo un hijo que pasó toda la vida con unos pantalones englobados y flojos, y que murió desangrado después de haber vivido cuarenta y dos años en el más puro estado de virginidad porque nació y creció con una cola cartilaginosa en forma de tirabuzón y con una escobilla de pelos en la punta. Una cola de cerdo que no se dejó ver nunca de ninguna mujer, y que le costo la vida cuando un carnicero amigo le hizo el favor de cortársela con una hachuela de destazar. José Arcadio Buendía, con la ligereza de sus diecinueve años, resolvió el problema con una sola frase: «No me importa tener cochinitos, siempre que puedan hablar.» Así que se casaron con una fiesta de banda y cohetes que duró tres días. Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 04.12.10, 23:39 Znowu zaczęła jeść ziemię. Pierwszy raz zrobiła to raczej przez ciekawość, przekonana, że obrzydliwy smak będzie najlepszym lekarstwem na pokusę. Istotnie nie mogła znieść smaku ziemi w ustach. Ale próbowała znowu pod wpływem wzrastającego niepokoju i z wolna odzyskała apetyty przodków, umiłowanie pierwotnych minerałów i nieskrępowaną satysfakcję pożywienia z przedhistorycznej epoki. Wrzucała garście ziemi do kieszeni, żeby potem żuć ją ziarnko po ziarnku, tak by nikt nie zauważył, z mieszanym uczuciem błogości i furii, w tym samym czasie, gdy uczyła swoje przyjaciółki najtrudniejszych ściegów lub rozmawiała z innymi mężczyznami, którzy nie zasługiwali na to, by dla nich jeść wapno ze ścian. Garście ziemi przybliżały ją w pewien sposób do tego jedynego mężczyzny zasługującego na takie poniżenie, tak jakby ziemia, po której on stąpał w swoich wykwintnych lakierkach w innym miejscu świata, przekazywała jej jego ciężar i ciepło w tym smaku minerałów, który zostawiał gorycz w ustach i zapewniał spokój w sercu. (Sto lat samotności) Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 04.12.10, 23:52 Volvió a comer tierra. La primera vez lo hizo casi por curiosidad, segura de que el mal sabor sería el mejor remedio contra la tentación. Y en efecto no pudo soportar la tierra en la boca. Pero insistió, vencida por el ansia creciente, y poco a poco fue rescatando el apetito ancestral, el gusto de los minerales primarios, la satisfacción sin resquicios del alimento original. Se echaba puñados de tierra en los bolsillos, y los comía a granitos sin ser vista, con un confuso sentimiento de dicha y de rabia, mientras adiestraba a sus amigas en las puntadas más difíciles y conversaba de otros hombres que no merecían el sacrificio de que se comiera por ellos la cal de las paredes. 'Los puñados de tierra hacían menos remoto y más cierto al único hombre que merecía aquella degradación, como si el suelo que él pisaba con sus finas botas de charol en otro lugar del mundo, le transmitiera a ella el peso y la temperatura de su sangre en un sabor mineral que dejaba un rescoldo áspero en la boca y un sedimento de paz en el corazón. (Cien años de soledad) Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 05.12.10, 00:41 Do ostatniej chwili swego pobytu na ziemi nie miała pojęcia, że jej nieodwracalny los zakłócającej spokój samicy co dzień przynosi komuś zgubę. Ilekroć ukazywała się w jadalni wbrew rozkazom Urszuli, doprowadzała do rozpaczy cudzoziemców. Zbyt oczywiste było, że jest zupełnie naga pod zgrzebną koszulą, i nikt nie mógł zrozumieć, że jej idealna i zgolona czaszka nie jest wyzwaniem i że nic występnego ani prowokującego nie ma w sobie bezwstyd, z jakim odkrywała uda, żeby się ochłodzić, czy satysfakcja okazywana przy oblizywaniu palców po jedzeniu. Czego nigdy nie wiedział nikt z rodziny, a z czego od razu zdali sobie sprawę obcy, to że Piękna Remedios wytwarzała wokół siebie jakąś aurę niepokoju, atmosferę burzy, wyczuwalną jeszcze w parę godzin po jej przejściu. Mężczyźni doświadczeni w rozkoszach miłości, kosztowanych na całym świecie, twierdzili, że nigdy nie doznawali takich dreszczy, jakie wywoływał w nich naturalny zapach Pięknej Remedios. Na ganku z begoniami, w salonie, w każdym zakątku domu można było dokładnie określić miejsce, w którym przebywała, i czas, jaki minął od chwili, gdy stamtąd odeszła. Był to ślad trwały, nieomylny, którego nikt w domu nie mógł rozróżnić, gdyż od dawna połączył się z innymi codziennymi zapachami, ale obcy odróżniali go natychmiast. Dlatego też tylko oni rozumieli, że młody dowódca straży zmarł z miłości, a rycerz przybyły z dalekich stron stoczył się na dno rozpaczy. Nieświadoma burzliwej atmosfery, w jakiej się porusza, ani nieznośnego stanu wewnętrznej katastrofy, jaki wywołuje swoim przejściem, Piękna Remedios traktowała mężczyzn obojętnie, bez najmniejszej złośliwości, i do reszty burzyła ich spokój swymi niewinnymi kaprysami. Kiedy Urszula kazała jej jadać w kuchni razem z Amarantą, żeby nie widywali jej goście, poczuła się swobodniej, bo wreszcie przestała jej ciążyć wszelka dyscyplina. Było jej wszystko jedno, gdzie jada, i to nie w ustalonych godzinach, lecz według wskazań własnego apetytu. Czasami wstawała na obiad o trzeciej rano, spała przez cały dzień, i w tym odwróconym układzie rzeczy żyła kilka miesięcy, dopóki jakiś przypadkowy incydent nie przywołał jej z powrotem do porządku. Kiedy była w lepszym nastroju, wstawała o jedenastej rano, zamykała się na dwie godziny w łazience zupełnie naga, zabijając w tym czasie skorpiony i usiłując się otrząsnąć z ciężkiego i długiego snu. Potem wydrążoną tykwą czerpała wodę z basenu i oblewała nią całe ciało. Była to czynność tak długotrwała, tak drobiazgowa i obfitująca w uroczyste sytuacje, że ktoś, kto jej nie znał, mógłby pomyśleć, że oddaje się zasłużonej adoracji własnego ciała. Dla niej jednakże ten samotny obrządek nie miał w sobie nic ze zmysłowości i był po prostu sposobem zabicia czasu, zanim poczuje głód. Pewnego dnia, kiedy zaczynała się kąpać, ktoś spośród przybyszów uniósł obluzowaną dachówkę i znieruchomiał z zapartym tchem, podziwiając wspaniałość jej nagich kształtów. Ona zobaczyła jego zrozpaczone oczy poprzez otwór w dachu i nie odczuła wstydu, tylko przestrach. - Ostrożnie - krzyknęła - spadnie pan. - Chcę tylko patrzeć na panią - szepnął intruz. - No dobrze - odpowiedziała - ale proszę uważać, bo dach jest spróchniały. Twarz mężczyzny skamieniała w jakimś bolesnym osłupieniu, jak gdyby toczył głuchą walkę przeciw swym pierwotnym impulsom, nie chcąc zniszczyć mirażu. Piękna Remedios myślała, że cierpi ze strachu, żeby strop się nie rozleciał, i skończyła się kąpać prędzej niż zwykle, żeby go nie narażać na dalsze niebezpieczeństwo. Oblewając się wodą ze zbiornika powiedziała, że martwi ją ten zły stan dachu, bo warstwa liści zgniłych od deszczu z pewnością jest przyczyną gnieżdżenia się skorpionów w łazience. Cudzoziemcowi jej szczebiot wydał się zachętą i gdy zaczęła się namydlać, uległ pokusie, żeby posunąć się dalej. - Ja panią namydlę - szepnął. - Dziękuję za dobre chęci - odpowiedziała - ale zupełnie wystarczają mi moje dwie ręce. - Choćby tylko plecy - błagał intruz. - To zbyteczne - odpowiedziała. - Kto kiedy widział, żeby ludzie mydlili sobie plecy? Później, kiedy się wycierała, on błagał ją z oczami pełnymi łez, żeby została jego żoną. Odpowiedziała mu szczerze, że nigdy nie wyjdzie za mąż za mężczyznę, który stracił już całą godzinę i wyrzekł się obiadu tylko po to, żeby zobaczyć kąpiącą się kobietę. W końcu, kiedy włożyła suknię, mężczyzna stwierdził naocznie, że istotnie, jak wszyscy podejrzewali, nie nosi nic pod spodem. To było więcej, niż mógł znieść - czuł się napiętnowany na zawsze rozpalonym żelazem tej tajemnicy. Wyjął jeszcze dwie dachówki, żeby dostać się do wnętrza łazienki. - To bardzo wysoko - uprzedziła go przestraszona - zabije się pan. Przegniły strop rozleciał się z groźnym trzaskiem i mężczyzna ledwie zdążył krzyknąć z przerażenia, zanim rozbił sobie czaszkę i umarł bez jęku na cementowej podłodze. Cudzoziemcy, którzy dosłyszeli hałas w jadalni i pospieszyli, żeby wynieść trupa, poczuli na jego skórze dławiący zapach Pięknej Remedios. Całe jego ciało było nim tak nasiąknięte, że z rozbitej czaszki popłynęła nie krew, lecz bursztynowa oliwa przesycona tym tajemnym aromatem, i wtedy zrozumieli, że zapach Pięknej Remedios torturuje mężczyzn nawet po śmierci, dopóki nie rozsypią się kości. Nie skojarzyli mimo wszystko tego straszliwego wypadku z dwoma innymi, nie znając tamtych dwóch mężczyzn, którzy umarli przez Piękną Remedios. Trzeba było jeszcze jednej ofiary, żeby obcy przybysze, i wielu spośród dawnych mieszkańców Macondo, uwierzyli w legendę, że to, czym emanuje ciało Remedios, nie jest miłością, lecz śmiercią. (Sto lat samotności) Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 05.12.10, 00:54 Hasta el último instante en que estuvo en la tierra ignoró que su irreparable destino de hembra perturbadora era un desastre cotidiano. Cada vez que aparecía en el comedor, contrariando las órdenes de Úrsula, ocasionaba un pánico de exasperación entre los forasteros. Era demasiado evidente que estaba desnuda por completo bajo el burdo camisón, y nadie podía entender que su cráneo pelado y perfecto no era un desafío, y que no era una criminal provocación el descaro con que se descubría 105 muslos para quitarse el calor, y el gusto con que se chupaba Tos dedos después de comer con las manos. Lo que ningún miembro de la familia supo nunca, fue que los forasteros no tardaron en darse cuenta de que Remedios, la bella, soltaba un hálito de perturbación, una ráfaga de tormento, que seguía siendo perceptible varias horas después de que ella había pasado. Hombres expertos en trastornos de amor, probados en el mundo entero, afirmaban no haber padecido jamás una ansiedad semejante a la que producía el olor natural de Remedios, la bella. En el corredor de las begonias, en la sala de visitas, en cualquier lugar de la casa, podía señalarse el lugar exacto en que estuvo y el tiempo transcurrido desde que dejó de estar. Era un rastro definido, inconfundible, que nadie de la casa podía distinguir porque estaba incorporado desde hacía mucho tiempo a los olores cotidianos, pero que los forasteros identificaban de inmediato. Por eso eran ellos los únicos que entendían que el joven comandante de la guardia se hubiera muerto de amor, y que un caballero venido de otras tierras se hubiera echado a la desesperación. Inconsciente del ámbito inquietante en que se movía, del insoportable estado de íntima calamidad que provocaba a su paso, Remedios, la bella, trataba a los hombres sin la menor malicia y acababa de trastornarlos con sus inocentes complacencias. Cuando Úrsula logró imponer la orden de que comiera con Amaranta en la cocina para que no la vieran los forasteros, ella se sintió más cómoda porque al fin y al cabo quedaba a salvo de toda disciplina. En realidad, le daba lo mismo comer en cualquier parte, y no a horas fijas sino de acuerdo con las alternativas de su apetito. A veces se levantaba a almorzar a las tres de la madrugada, dormía todo el día, y pasaba varios meses con los horarios trastrocados, hasta que algún incidente casual volvía a ponerla en orden. Cuando las cosas andaban mejor, se levantaba a las once de la mañana, y se encerraba hasta dos horas completamente desnuda en el baño, matando alacranes mientras se despejaba del denso y prolongado sueño. Luego se echaba agua de la alberca con una totuma. Era un acto tan prolongado, tan meticuloso, tan rico en situaciones ceremoniales, que quien no la conociera bien habría podido pensar que estaba entregada a una merecida adoración de su propio cuerpo. Para ella, sin embargo, aquel rito solitario carecía de toda sensualidad, y era simplemente una manera de perder el tiempo mientras le daba hambre. Un día, cuando empezaba a bañarse, un forastero levantó una teja del techo y se quedó sin aliento ante el tremendo espectáculo de su desnudez. Ella vio los ojos desolados a través de las tejas rotas y no tuvo una reacción de vergüenza, sino de alarma. -Cuidado -exclamó-. Se va a caer. -Nada más quiero verla -murmuró el forastero. -Ah, bueno -dijo ella-. Pero tenga cuidado, que esas tejas están podridas. El rostro del forastero tenía una dolorosa expresión de estupor, y parecía batallar sordamente contra sus impulsos primarios para no disipar el espejismo. Remedios, la bella, pensó que estaba sufriendo con el temor de que se rompieran las tejas, y se bañó más de prisa que de costumbre para que el hombre no siguiera en peligro. Mientras se echaba agua de la alberca, le dijo que era un problema que el techo estuviera en ese estado, pues ella creía que la cama de hojas podridas por la lluvia era lo que llenaba el baño de alacranes. El forastero confundió aquella cháchara con una forma de disimular la complacencia, de modo que cuando ella empezó a jabonarse cedió a la tentación de dar un paso adelante. -Déjeme jabonarla -murmuró. -Le agradezco la buena intención -dijo ella-, pero me basto con mis dos manos. -Aunque sea la espalda -suplicó el forastero. -Sería una ociosidad -dijo ella-. Nunca se ha visto que la gente se jabone la espalda. Después, mientras se secaba, el forastero le suplicó con los ojos llenos de lágrimas que se casara con él. Ella le contestó sinceramente que nunca se casaría con un hombre tan simple que perdía casi una hora, y hasta se quedaba sin almorzar, sólo por ver bañarse a una mujer. Al final, cuando se puso el balandrán, el hombre no pudo soportar la comprobación de que en efecto no se ponía nada debajo, como todo el mundo sospechaba, y se sintió marcado para siempre con el hierro ardiente de aquel secreto. Entonces quitó dos tejas más para descolgarse en el interior del baño. -Está muy alto -lo previno ella, asustada-. ¡Se va a matar! Las tejas podridas se despedazaron en un estrépito de desastre, y el hombre apenas alcanzó a lanzar un grito de terror, y se rompió el cráneo y murió sin agonía en el piso de cemento. Los forasteros que oyeron el estropicio en el comedor, y se apresuraron a llevarse el cadáver, percibieron en su piel el sofocante olor de Remedios, la bella. Estaba tan compenetrado con El cuerpo, que las grietas del cráneo no manaban sangre sino un aceite ambarino impregnado de aquel perfume secreto, y entonces comprendieron que el olor de Remedios, la bella, seguía torturando a los hombres más allá de la muerte, hasta el polvo de sus huesos. Sin embargo, no relacionaron aquel accidente de horror con los otros dos hombres que habían muerto por Remedios, la bella. Faltaba todavía una víctima para que los forasteros, y muchos de los antiguos habitantes de Macondo, dieran crédito a la leyenda de que Remedios Buendía no exhalaba un aliento de amor, sino un flujo mortal. (Cien años de soledad) Odpowiedz Link Zgłoś
musz-ka23 Remedios i Rebeka 07.12.10, 23:45 Dom wypełniła miłość. Aureliano wyrażał ją w wierszach, które nigdy nie miały ani początku, ani końca. Pisał je na chropowatych pergaminach podarowanych mu przez Melquiadesa, na ścianach łazienki, na skórze swoich rąk i wszędzie ukazywała się przeistoczona Remedios: Remedios w sennym powietrzu godzin sjesty, Remedios w milczącym oddechu róż, Remedios w tajemnym korowodzie nocnych motyli, Remedios w zapachu chleba o świcie, Remedios wszędzie i Remedios na zawsze. Rebeka oczekiwała na miłość o czwartej po południu haftując przy oknie. Wiedziała, że muł pocztowy przybywa co dwa tygodnie, ale ona oczekiwała go przez cały czas, przekonana, że zjawi się przez pomyłkę jakiegokolwiek innego dnia. Stało się coś wręcz przeciwnego - kiedyś muł nie przybył przewidzianego dnia. Oszalała z rozpaczy Rebeka wstała o północy i jadła garście ziemi z ogrodu z samobójczą żarłocznością, płacząc z bólu i wściekłości, żując młode dżdżownice i raniąc sobie dziąsła skorupkami ślimaków. Wymiotowała aż do wschodu słońca. Pogrążona w stanie gorączkowej prostacji, straciła przytomność, a serce jej otworzyło się w bezwstydnym szale. /Sto lat samotności/ Odpowiedz Link Zgłoś
musz-ka23 Re: Motto na dziś 08.12.10, 00:59 Love is real, real is love, Love is feeling, feeling love, Love is wanting to be loved. Love is touch, touch is love, Love is reaching, reaching love, Love is asking to be loved. Love is you, You and me, Love is knowing, We can be. Love is free, free is love, Love is living, living love, Love is needing to be loved. John Lennon www.youtube.com/watch?v=2GmVajkqLNU Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 10.12.10, 16:09 - Jestem przygotowany na każda próbę, której zechce mnie poddać Jehowa - zapewnił. - Tu nie chodzi o Boga, tylko o pana - sprowadził go na ziemię sędzia. - O pańskie żądze, lubieżności, niskie instynkty. (M.V. Llosa, Ciotka Julia i skryba) *** -Estoy preparado para cualquier prueba a que quiera someterme Jehová -aseguró. -No se trata de Dios sino de usted -lo regresó a la tierra el magistrado-. De sus apetitos, de su lujuria, de su libido. Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 11.12.10, 19:38 Z tobą mam romanse hawajskie, w trakcie których tańczysz dla mnie przy ukulele podczas pełni księżyca, a na biodrach i kostkach u nóg wiszą ci dźwięczne kółeczka jak u Dorothy Lamour. A także romanse azteckie, w trakcie których składam cię w ofierze miedzianym, chciwym bogom, pierzastym wężom, na szczycie piramidy z rdzawych kamieni, gdy wokoło gęstnieje nieprzebyta dżungla. A także romanse eskimoskie w zimnych igloo rozświetlonych pochodniami z tłuszczu wielorybiego, i norweskie, podczas których kochamy się przypięci do nart, spadając z prędkością stu kilometrów na godzinę ze stoku góry najeżonej totemami pokrytymi pismem runicznym. (Zeszyty don Rigoberta) *** Contigo tengo amores hawaianos en que bailas para mí el ukelele en noches de luna llena, con sonajas en las caderas y los tobillos, imitando a Dorothy Lamour. Y amores aztecas, en que te sacrifico a unos dioses cobrizos y ávidos, serpentinos y emplumados, en lo alto de una pirámide de piedras herrumbrosas, en torno a la cual pulula la selva impenetrable. Amores esquimales, en fríos iglús iluminados con antorchas de grasa de ballena, y noruegos, en que nos amamos enganchados sobre el esquí, despeñándonos a cien kilómetros por hora por las faldas de una montaña blanca erupcionada de tótems con inscripciones rúnicas. Odpowiedz Link Zgłoś
musz-ka23 Niuniusiu, gołąbeczki już w piekarniczku ;) 12.12.10, 20:03 Wiem, że lubisz jeść malutko i zdrowiuśko, ale smaczniutko, jestem więc gotowa w każdziutkiej chwili dogodzić ci t a k ż e przy stoliku. Raniutko pójdę na rynek i kupię świeżusieńkie mleczko, ciepluteńki jeszcze chlebuś i soczyściutką pomarańczkę. I obudzę cię śniadankiem na tacce, pachnącym kwiatuszkiem i całuskiem. "Masz tu soczek bez pesteczek, grzaneczki z dżemikiem z truskaweczek i kawusię z mleczkiem bez cukru, mój paniczyku". Na obiadek tylko sałateczka i jogurcik, tak jak lubisz. Umyję listeczki sałatki, żeby aż błyszczały, a pomidorki pokroję artystycznie, czerpiąc natchnienie z obrazeczków w twojej bibliotece. Przybiorę je oliwką, occikiem, kropeleczkami mojej ślinki i - zamiast sosiku - własnymi łezkami. Wieczorkami dzionek w dzionek coś innego (mam jadłospisiki twoich specjalików na caluśki roczek, nie powtórzę się ani raziku). Bulweczki z suszonym mięskiem, cedzona fasolka z wody, pieczoneczka, ziemniaczki z serkiem i oliweczkami na zimniutko, placuszki, zraziki z polędwiczki i żeberek, befsztyczek górski, zapiekaneczka rybna w soczku pomarańczowym, cymesik z krewetek lub krewetki po limsku, ryżyk z kaczuszką, rizotteczko, naleśniczki pikantne, papryczki faszerowane, zupka czosnkowa z kurką. Ale lepiej chyba przerwę, bo narobię ci apetyciku. A, i oczywiście kieliszeczek czerwonego winka albo chłodniuśkie piwko, do wyboru. Na deser - racuszki babuni, beziki po limsku, naleśniczki z miodem, wafelki, pączuszki, bączki przeoryszy, marcepaniki, obwarzaneczki, lodziki serowe, miodowniczki, nugaciki pani Pepy, kaszka kukurydziana na fioletowo i ciasteczka figowe z twarożkiem. Przyjmiesz mnie jako twoją kuchareczkę? Jestem czyściutka, bo biorę kąpiółkę co najmniej dwa razy dziennie. Nie używam gumeczki do żucia, nie palę papierosków, nie mam włosków pod paszkami, a rączki i stopki mam równie śliczniutkie, jak cycuszki i pupcię. Będę pracowac tyle, ile potrzeba, żeby zadowolić twoje podniebionko i twój brzuszek. Jeśli to konieczne, będę cię też ubierać, rozbierać, namydlać, golić, obcinać paznokietki i wycierać, kiedy zrobisz kupkę. Nocą będę cię grzać moim ciałkiem, żebyś nie zmarzł w łóżeczku. Oprócz przygotowywania twoich posiłeczków będę twoją przyjaciółeczką, twoim piecykiem, twoją maszynką do golenia, twoimi cążeczkami i twoim papierkiem toaletowym. Przyjmiesz mnie, paniczyku? Twojuśka, twojuśka, twojuśka Kuchareczka o ślicznych stópkach /Zeszyty don Rigoberta/ Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Niuniusiu, gołąbeczki już w piekarniczku ;) 13.12.10, 06:23 Ya sé que te gusta comer poquito y sanito, pero riquito, y estoy preparadita para complacerte también en la mesita. En la mañanita iré al mercado y compraré la lechecita más fresquita, el pancito recién horneadito y la naranjita más chaposita. Y te despertaré con la bandejita del desayuno, una florcita fragante y un besito. «Aquí está su juguito sin pepitas, sus tostaditas con mermeladita de fresita y su cafecito con leche sin azuquítar, señorcito.» Para tu almuercito, sólo una ensaladita y un yogurcito, como te gusta. Lavaré las lechuguitas hasta que brillen y cortaré los tomatitos artísticamente, inspirándome en los cuadritos de tu biblioteca. Los aderezaré con aceitito, vinagrito, gotitas de mi salivita y, en vez de salcita, mis lagrimitas. En las nochecitas, cada día una de tus preferencias (tengo menucitos para un añito, sin repetirse ni una sola vececita). Olluquitos con charquicito, frejolitos colados, pepiancito, causita, caucaucito, sequito de lomito y de chabelito, bistecito a la chorrillana, cevichito de corvina, chupecito de camarones o a la limeña, arrocito con patito, arrocito tapadito, tacutacucito, rocotitos rellenitos, ajicito de gallina. Pero, mejor paro, para no abrirte el apetito. Y, por supuesto, tu vasito de vinito tinto o una cervecita bien heladita, a escoger. De postre, los guargüeritos de la abuelita, suspiritos a la limeña, frituritas con miel, sopaipillitas, buñuelitos, peditos de monja, mazapancitos, rosquillitas, quesito helado, melcochitas, turroncitos de doña Pepa, mazamorrita morada y pastelitos de higo con requesoncito. ¿Me aceptas como tu cocinerita? Soy limpiecita, pues por lo menos dos veces al día me doy un bañito. No masco chiclecitos, ni fumo cigarritos, ni tengo vellitos en las axilas y mis manitas y patitas son tan perfectas como mis tetitas y mi pompis. Trabajaré todas las horas que haga falta para tener bien contentitos a tu paladar y a tu pancita. Si hace falta, también te vestiré, desvestiré, jabonaré, afeitaré, cortaré las uñitas y limpiaré cuando hagas el dos. En las noches, te abrigaré con mi cuerpito para que en la camita no tengas friecito. Además de hacer tus comiditas, seré tu valecito, tu estufita, tu maquinita de afeitar, tu tijerita y tu papelito higiénico. ¿Me aceptas, señorcito? Tuyita, tuyita, tuyita, La cocinerita sin juanetes (Los cuadernos de don Rigoberto) Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 13.12.10, 06:52 Z galerii posypały się granaty, podobne do brunatnych kamieni padały z suchym stukiem na krzesła parteru i na scenę i za chwilę już się z nich wznosiły spirale dymu. W ciągu kilku sekund powietrze zbielało, stało się ostre, gęsty, piekący opar zasłaniał walczące ciała. Rosnąca wrzawa, tarzający się ludzie, stukot łamanych krzeseł, odgłosy kaszlu, i Trifulcio przestał się bić. Poczuł, że ramiona mu opadają, łańcuch wyśliznął mu się z rąk, nogi się pod nim ugięły, a oczy, poprzez piekący obłok, zdołały dostrzec postacie ludzi, uciekających ze sceny z chustkami przy twarzy, i wtedy dołączyli się faceci z opaskami i zatkawszy sobie nosy zbliżyli się do niego takimi ruchami, jakby płynęli. Nie mógł wstać, walił się pięścią w pierś, otwierał usta tak szeroko, jak tylko mógł. Nie czuł uderzeń, które zaczęły się sypać na niego. Powietrza, dusił się jak ryba, Tomasa, zdołał jeszcze pomyśleć. - Oślepiło mnie - powiedział Ludovico. - A najgorsze, że się dusiłem, bracie. Zacząłem strzelać w powietrze. Nie zdawałem sobie sprawy, że to granaty z gazem, myślałem, że mnie podpalają tamci z tyłu. - Gazy łzawiące w zamkniętym lokalu, wielu zabitych, dziesiątki rannych - powiedział senator Landa. - Czy trzeba więcej, Fermin? Tego Bermúdez nie wytrzyma, choćby miał siły za dziesięciu. - I zaraz skończyła mi się amunicja - powiedział Ludovico. - Nie mogłem otworzyć oczu. Czułem, jak mi łeb pęka, i upadłem nieprzytomny. Ilu ich tam na mnie wskoczyło, mówię ci, Ambrosio. - Doszło do jakichś incydentów, don Cayo - powiedział prefekt. - Owszem, zdaje się, że im rozpędzili ten mityng. Ludzie uciekali z teatru przerażeni. - Policja zaczęła wkraczać do teatru - powiedział Molina. - Trochę strzelali. Nie, jeszcze nie wiem, czy są zabici, don Cayo. - Nie wiem, jak długo to trwało, ale jak otworzyłem oczy, ten dym wciąż jeszcze był - powiedział Ludovico. - Czułem się, jakbym umarł, albo jeszcze gorzej. Cały we krwi, mówię ci, Ambrosio. No i patrzę, a tu ten pies Hipólito. - No i co, pewnie też kopał tego twojego od pary? - zaśmiał się Ambrosio. - Albo zaczął im lizać tyłki. Popatrz, to z niego wcale nie taki chojrak, jakeśmy myśleli. - Chodź tu, pomóż - krzyknął Ludovico. - Nic, jakby mnie nie znał. Kopał tego Murzyna, a tu nagle mnie zobaczyli ci inni, co tak szaleli razem z nim, i jak mi się nie zwalą na kark. Znowu kopniaki, znowu pałki. I wtedy, Ambrosio, zemdlałem po raz drugi. - Niech policja oczyści wszystkie ulice, panie prefekcie - powiedział Cayo Bermúdez. - Nie pozwólcie na żadną manifestację, zatrzymajcie wszystkich liderów Koalicji. Czy ma pan już listę ofiar? Są zabici? - Ocknąłem się, a tu ciągle ten sam koszmar - powiedział Ludovico. - Teatr już był prawie pusty. Wszystko potrzaskane, wszędzie krew, ten mój Murzyn od pary w kałuży krwi. Twarzy to już zupełnie nie miał ten staruch, tak go zrobili. A naokoło leżeli faceci i kaszleli. - Tak, wielka manifestacja na Placu Broni, don Cayo - powiedział Molina. - Prefekt rozmawia teraz z komendantem. Chyba to się na nic nie zda, don Cayo. Tam są tysiące ludzi. - Bałwan z pana, proszę ich natychmiast rozpędzić - powiedział Bermúdez. - Czy pan nie rozumie, że po tym, co się stało, sprawa robi się groźna? Proszę mnie połączyć z komendantem. I zaraz oczyścić ulice, Molina. - Potem weszli policjanci, a jeden, jak mnie tam zobaczył, to jeszcze mnie kopnął - powiedział Ludovico. - Jestem oficerem śledczym, jestem na etacie. Wreszcie zobaczyłem gębę Chińczyka Moliny. Wynieśli mnie przez awaryjne drzwi. Potem znów zemdlałem i obudziłem się dopiero w szpitalu. W całym mieście był już wtedy strajk. - Sytuacja się pogarsza, don Cayo - powiedział Molina. - Wyrywają kamienie z bruku, w całym śródmieściu barykady. Policja nie rozpędzi takiej manifestacji. - Tu musi wkroczyć wojsko, don Cayo - powiedział prefekt. - Ale generał Alvarado mówi, że tylko na rozkaz ministra wojny rzuci do akcji swoje oddziały. - W szpitalu, w tym samym pokoju leżał jeden gość od senatora - powiedział Ludovico. - Ze złamaną nogą. Od niego wiedziałem, co się działo w Arequipie, okropnie mi to działało na nerwy. Bałem się, bracie. - W porządku - powiedział Cayo Bermúdez. - Załatwię, żeby generał Llerena dał rozkaz. - Dam nogę, na ulicy bezpieczniej niż w szpitalu - powiedział Téllez. - Nie chcę, żeby mnie tak zrobili jak Martineza albo jak Murzyna. Znam tu jednego, nazywa się Urquiza. Poproszę, żeby mnie przechował u siebie w domu. - Nic nie będzie, tutaj nie wejdą - powiedział Ludovico. - I co z tego, że jest strajk generalny. Wojsko da im radę. - A gdzie to wojsko, jakoś go nie widać? - powiedział Téllez. - Jakby się uparli, żeby nas załatwić, to mogą tu wejść jak do własnej chałupy. W szpitalu nie ma ani jednego policjanta. - Nikt nie wie, że tu jesteśmy - powiedział Ludovico. - A gdyby nawet, to i co. Pomyślą, że jesteśmy z Koalicji, że jesteśmy ofiarami. - Nie, bo nas tutaj nie znają - powiedział Téllez. - Zaraz się połapią, że jesteśmy przyjezdni. Dziś wieczór wieję do Urquizy. Mam gips, ale mogę chodzić. - Całkiem zgłupiał z tego strachu, bo w teatrze zabili dwóch jego kumpli - powiedział Ludovico. - Żądają zdjęcia ministra spraw wewnętrznych, mówił, wejdą tutaj i nas powieszą na latarniach. Co tu się dzieje, do jasnej cholery? - To prawie rewolucja - powiedział Molina. - Ludność opanowała ulice, don Cayo. Musieliśmy wycofać nawet ludzi ze służby ruchu, boby ich obrzucili kamieniami. Dlaczego ciągle nie ma rozkazu dla wojska, don Cayo? - No, a tamci, proszę pana? - powiedział Téllez. - Coście zrobili z Martinezem i z tym starym? - Nie martw się, już pochowani - powiedział Molina. - Ty jesteś Téllez, tak? Szef zostawił ci w prefekturze forsę, jak tylko będziesz mógł chodzić, wrócisz autobusem do Ica. - Pochowani? A dlaczego tutaj, proszę pana? - powiedział Téllez. - Martínez miał w Ica żonę i dzieci, Trifulcio jakichś krewniaków w Chincha. Dlaczego tutaj, jak jakie psy. Tutaj nikt nigdy nie przyjedzie na ich grób, proszę pana. - Hipólito? - powiedział Molina. - Wyjechał do Limy, wcale nie zważał na moje rozkazy. Prosiłem, żeby został do pomocy, a on zwiał. Tak, wiem, Ludovico, że w teatrze zachował się jak łobuz. Ale ja prześlę depeszę Lozanowi i zgnoją tego chłystka. - Spokojnie, Molina - powiedział Cayo Bermúdez. - Spokojnie, ze szczegółami, po kolei. No więc jaka jest sytuacja. - Sytuacja jest taka, że policja nie może utrzymać porządku, don Cayo - powiedział prefekt. - Jeszcze raz panu powtarzam. Jeżeli wojsko nie przyjdzie z pomocą, może tu dojść do Bóg wie czego. - Sytuacja? - powiedział generał Llerena. - To bardzo proste, Paredes. Przez głupotę Bermúdeza znaleźliśmy się między młotem a kowadłem. Nawarzył piwa, a teraz chce, żeby wojsko zaprowadziło porządek, chce użyć siły. - Użyć siły? - powiedział generał Alvarado. - Nie, panie generale. Jeżeli wepchnę moje oddziały, będzie więcej zabitych niż w pięćdziesiątym roku. Wszędzie barykady, uzbrojeni ludzie i całe miasto przystąpiło do strajku. Uprzedzam pana, że poleje się krew. (Rozmowa w "Katedrze") Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 13.12.10, 07:08 Las granadas cayeron desde la galería como un puñado de piedras pardas, rebotaron con golpes secos sobre las sillas de la platea y las tablas del escenario, y al instante comenzaron a elevarse espirales de humo. En pocos segundos la atmósfera se emblanqueció, endureció, y un vapor espeso y ardiente fue mezclando y borrando los cuerpos. El griterío creció, ruido de cuerpos que rodaban, de sillas que se rompían, toses, y Trifulcio dejó de pelear. Sentía que los brazos se le escurrían, la cadena se desprendió de sus manos, las piernas se le doblaron y sus ojos, entre las nubes quemantes, alcanzaron a divisar las siluetas del escenario que huían con pañuelos contra las bocas, y a los tipos de los brazaletes que se habían juntado y, tapándose la nariz, se le acercaban como nadando. No se pudo incorporar, se golpeaba el pecho con el puño, abría la boca todo lo que podía. No sentía los palazos que habían empezado a descargar sobre él. Aire, como un pescado, Tomasa, atinó todavía a pensar. -Me quedé ciego -dijo Ludovico-. Y lo peor el ahogo, hermano. Empecé a disparar a la loca. No me daba cuenta que eran granadas, creí que me habían quemado por atrás. -Gases lacrimógenos en un local cerrado, varios muertos, decenas de heridos -dijo el senador Landa-. No se puede pedir más ¿no, Fermín? Aunque tenga siete vidas, Bermúdez no sobrevive a esto. -Se me acabaron las balas en un dos por tres -dijo Ludovico-. No podía abrir los ojos. Sentí que me partían la cabeza y caí soñado. Cuántos me caerían encima, Ambrosio. -Algunos incidentes don Cayo -dijo el Prefecto-. Parece que les destrozaron el mitin, eso sí. La gente está saliendo despavorida del Municipal. -La guardia de asalto ha comenzado a entrar al teatro -dijo Molina-. Ha habido tiros adentro. No, no sé todavía si hay muertos, don Cayo. -No sé cuanto rato pasó, pero abrí los ojos y el humo seguía -dijo Ludovico-. Me sentía peor que muerto. Sangrando por todas partes, Ambrosio. Y en eso vi al perro de Hipólito. -¿Pateando a tu pareja él también? -se rió Ambrosio-. O sea que los engatuzó. No había resultado tan cojudo como creíamos. -Ayúdame, ayúdame -gritó Ludovico-. Nada, como si no me conociera. Siguió pateando al negro, y de repente los otros que estaban con él me vieron y me cayeron encima. Otra vez las patadas, los palazos. Ahí me desmayé de nuevo, Ambrosio. -Que la policía despeje todas las calles, Prefecto -dijo Cayo Bermúdez-. No permita ninguna manifestación, detenga a todos los líderes de la Coalición. ¿Ya tiene lista de víctimas? ¿Hay muertos? -Como despertar y seguir viendo la pesadilla -dijo Ludovico-. El teatro ya estaba casi vacío. Todo roto, sangre salpicada, mi pareja en medio de un charco. Ni recuerdo de cara le dejaron al viejo. Y había tipos tirados, tosiendo. -Sí, una gran manifestación en la Plaza de Armas, don Cayo -dijo Molina-. El Prefecto está con el Comandante ahora. No creo que convenga, don Cayo. Son miles de personas. -Que la disuelvan inmediatamente, idiota -dijo Cayo Bermúdez-. ¿No se da cuenta que la cosa va a crecer con lo ocurrido? Póngame en contacto con el Comandante. Que despejen las calles ahora mismo, Molina. -Después entraron los guardias y uno todavía me pateó, viéndome así -dijo Ludovico-. Soy investigador, soy del cuerpo. Por fin vi la cara del Chino Molina. Me sacaron por una puerta falsa. Después me volví a desmayar y sólo desperté en el hospital. Toda la ciudad estaba en huelga ya. -Las cosas están empeorando, don Cayo -dijo Molina-. Han desempedrado las calles, hay barricadas por todo el centro. La guardia de asalto no puede disolver una manifestación así. -Tiene que intervenir el Ejército, don Cayo --dijo el Prefecto-. Pero el general Alvarado dice que sólo sacará la tropa si se lo ordena el Ministro de Guerra. -Mi compañero de cuarto era uno de los tipos del senador -dijo Ludovico-. Una pierna rota. Me daba noticias de lo que iba pasando en Arequipa y me malograba los nervios. Tenía un miedo, hermano. -Está bien -dijo Cayo Bermúdez-. Voy a hacer que el general Llerena dé la orden. -Me escaparé, la calle es más segura que el hospital -dijo Téllez-. No quiero que me pase lo que a Martínez, lo que al negro. Conozco a uno que se llama Urquiza. Le pediré que me esconda en su casa. -No va a pasar nada, aquí no van a entrar -dijo Ludovico-. Qué tanto que haya huelga general. El Ejército les meterá bala. -¿Y dónde está el Ejército que no se ve? -dijo Téllez-. Si se antojan de lincharnos, pueden entrar aquí como a su casa. Ni siquiera hay un guardia en el hospital. -Nadie sabe que estamos acá -dijo Ludovico-. Y aunque supieran. Creerán que somos de la Coalición, que somos víctimas. -No, porque aquí no nos conocen -dijo Téllez-. Se darán cuenta que vinimos de afuera. Esta noche me voy donde Urquiza. Puedo caminar, a pesar del yeso. -Estaba medio tronado de susto, por lo que habían matado a sus dos compañeros en el teatro -dijo Ludovico-. Piden la renuncia del Ministro de Gobierno, decía, entrarán y nos colgarán de los faroles. ¿Pero qué es lo que está pasando, carajo? -Está pasando casi una revolución -dijo Molina-. El pueblo se adueñó de la calle, don Cayo. Hemos tenido que retirar hasta los agentes de tránsito para que no los apedréen. ¿Por qué no llega la orden para que actúe el Ejército, don Cayo? -¿Y ellos, señor? -dijo Téllez-. ¿Qué han hecho con Martínez, con el viejo? -No te preocupes, ya los enterramos -dijo Molina-. ¿Tú eres Téllez, no? Tu jefe te ha dejado plata en la Prefectura para que regreses a Ica en ómnibus, apenas puedas caminar. -¿Y por qué los han enterrado aquí, señor? -dijo Téllez-. Martínez tiene mujer e hijos en Ica, Trifulcio tiene parientes en Chincha. Por qué no los mandaron allá para que los enterraran las familias. Por qué aquí, como perros. Nadie va a venir a visitarlos nunca, señor. -¿Hipólito? -dijo Molina-. Tomó su colectivo a Lima a pesar de mis órdenes. Le pedí que se quedara a ayudarnos y se largó. Sí, ya sé que se portó mal en el teatro, Ludovico. Pero voy a pasar un parte a Lozano y lo voy a joder. -Cálmese, Molina -dijo Cayo Bermúdez-. Con calma, con detalles, vaya por partes. Cuál es la situación, exactamente. -La situación es que la policía ya no está en condiciones de restablecer el orden, don Cayo -dijo el Prefecto-. Se lo repito una vez más. Si no interviene el Ejército aquí va a pasar cualquier cosa. -¿La situación? -dijo el general Llerena-. Muy simple, Paredes. La imbecilidad de Bermúdez nos ha puesto entre la espada y la pared. Las embarró y ahora quiere que el Ejército arregle las cosas con una demostración de fuerza. -¿Demostración de fuerza? -dijo el general Alvarado-. No, mi general. Si saco la tropa, habrá más muertos que el año cincuenta. Hay barricadas, gente armada, y los huelguistas son toda la ciudad. Le advierto que correría mucha sangre. (Conversación en La Catedral) Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 14.12.10, 23:52 - Kto ma broń, niech rzuci na podłogę - powiedział niski mężczyzna w kapeluszu i niebieskim krawacie. - Ręce do góry. Zrewidujcie ich. - Jesteśmy studentami - powiedział Washington. - Właśnie się... Ale jeden z policjantów pchnął go i Washington urwał. Obmacali ich od stóp do głów i kazali wyjść gęsiego, z rękami do góry. Na ulicy czekało dwóch żandarmów z kaemami i cała gromada gapiów. Rozdzielili ich, Santiago został wepchnięty do samochodu razem z Hektorem i Solórzano. Siedzieli stłoczeni, tuż przy sobie, śmierdziało potem spod pach. Kierowca mówił coś do małego mikrofonu. Samochód ruszył: Puente de Piedra, Tacna, ulica Wilsona, aleja España. Zatrzymali się przed bramą prefektury, jeden z tajniaków poszeptał ze strażnikami i kazali wysiadać. Korytarz pełen otwartych drzwi, jakieś biurka, policjanci i faceci w cywilu, w samych koszulach, schody, następny korytarz, jakby dopiero co zlany wodą, otworzyły się drzwi, wchodzić tutaj, zamknięto i trzask przekręcanego klucza. Mały pokoik, który wyglądał jak poczekalnia notariusza, i tylko jedna ławka pod ścianą. Milczeli, patrząc na popękane mury, na wyświeconą podłogę, na jarzącą się żarówkę. - Dziesiąta - powiedział Santiago. - Zrzeszenie na pewno w tej chwili obraduje. - Jeżeli wszyscy inni nie siedzą już tutaj - powiedział Hektor. Czy rano ukaże się wzmianka i stary dowie się o tobie z gazet? Wyobrażałeś sobie tę bezsenną noc w domu, Zavalita, łzy matki, bieganinę, telefony, wizyty, rozplotkowaną Teté, komentarze Chispasa. Tak, paniczu, w domu było wtedy istne piekło, mówi Ambrosio. A Carlitos: pewnie sobie wyobrażałeś, że z ciebie drugi Lenin. Krępy osiłek nagle nabierał rozmachu i kopał: przede wszystkim czułem strach, Carlitos. Wyciągnął papierosy i podsunął tamtym. Palili wszyscy trzej bez słowa, jednocześnie zaciągając się i wypuszczając dym. Właśnie zadeptywali pety, kiedy zgrzytnął zamek: - Który z was jest Santiago Zavala? - powiedział ktoś od drzwi, twarz była nieznana. Santiago wstał. - W porządku, proszę siadać. Twarz zniknęła, ponowny zgrzyt klucza. - To znaczy, że jesteś notowany - szepnął Hektor. - To znaczy, że ciebie pierwszego wypuszczą - szepnął Solórzano. - I zaraz polecisz na zebranie Zrzeszenia. Niech narobią hałasu. O Llaque i Washingtona, oni są najbardziej zagrożeni. - Zwariowałeś? - powiedział Santiago. - Dlaczego mieliby mnie wypuścić przed wami? - Ze względu na twoją rodzinę - powiedział Solórzano z uśmieszkiem. - Więc pamiętaj, powiesz, żeby protestowali, niech narobią hałasu. - Moja rodzina nie kiwnie palcem - powiedział Santiago. - Zwłaszcza jak się dowiedzą, że należę... - Nigdzie nie należysz - powiedział Hektor. - Zakarbuj to sobie raz na zawsze. - Może teraz, jak tylu nas przymknęli, inne uczelnie też się ruszą - powiedział Solórzano. Siedzieli na ławce, rozmawiali popatrując na przeciwległą ścianę albo na sufit. Hektor wstał, zaczął spacerować tam i z powrotem, mówił, że mu nogi zdrętwiały. Solórzano postawił kołnierz i wsunął dłonie do kieszeni: zimno, nie? (Rozmowa w "Katedrze") *** -El que esté armado tire el arma al suelo, -dijo un hombre bajito, de sombrero y corbata azul-. manos arriba. Regístrenlos. -Somos estudiantes -dijo Washington-. Estamos. . . Pero un guardia lo empujó y se calló. Los palmotearon de pies a cabeza, los hicieron salir en fila, con las manos en alto. En la calle había dos guardias con metralletas y un grupo de mirones. Los dividieron, a Santiago lo empujaron a un patrullero junto con Héctor y Solórzano. Estaban muy apretados en el asiento, olía a sobaco, el que manejaba estaba hablando por un pequeño micrófono. El auto arrancó: el Puente de Piedra, Tacna, Wilson, la avenida España. Paró ante las rejas de la Prefectura, un soplón cuchicheó con los centinelas, y les ordenaron bajar. Un corredor con puertecitas abiertas, escritorios, policías y tipos de civil, en mangas de camisa, una escalera, otro corredor que parecía baldeado, una puerta que se abría, entren ahí, se cerraba y el ruidito de la llave. Un cuarto pequeño, que parecía una antesala de notario, con una sola banca apoyada contra la pared. Estuvieron callados, observando las paredes cuarteadas, el suelo brilloso, el foco de luz fluorescente. -Las diez -dijo Santiago-. La Federación debe estar reuniéndose. -Si todos los otros delegados no están también aquí -dijo Héctor. ¿Saldría mañana la noticia, se enteraría el viejo por los periódicos? Imaginabas la noche desvelada de la casa, Zavalita, el llanto de la mamá, el revoloteo y las carreras al teléfono y las visitas y los chismes de la Teté en el barrio y los comentarios del Chispas. Sí, esa noche la casa se había vuelto un loquerío, niño, dice Ambrosio. Y Carlitos: te sentirías un Lenin. Y de repente un mestizo retaco tomaba impulso y pateaba: sobre todo miedoso, Carlitos. Sacó cigarrillos, alcanzó para los tres. Fumaron sin hablar, chupando y botando el humo al mismo tiempo. Habían pisoteado los puchos cuando escucharon el ruidito de la llave: -¿Quién es Santiago Zavala? -dijo desde la puerta una cara nueva. Santiago se paró-. Está bien, siéntese nomás. La cara se hundió, el ruidito otra vez. -Quiere decir que estás fichado -susurró Héctor. -Quiere decir que te van a soltar primero -susurró Solórzano-. Vuela a la Federación. Que hagan bulla. Por Llaque y por Washington, ellos son los más jodidos. -¿Estás loco? -dijo Santiago-. ¿Por qué me van a soltar primero? -Por tu familia -dijo Solórzano, con una risita-. Que protesten, que hagan bulla. -Mi familia no va a mover un dedo -dijo Santiago-. Más bien, cuando sepan que ando metido en esto. . . -No andas metido en nada -dijo Héctor-. No te olvides de eso. -Tal vez ahora, con esta redada, las otras universidades hagan algo -dijo Solórzano. Se habían sentado en la banca, hablaban mirando la pared del frente o el techo. Héctor se paró, comenzó a andar de un extremo a otro, dijo que se le habían dormido las piernas. Solórzano se subió las solapas y metió las manos a los bolsillos: ¿friecito, no? Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 15.12.10, 01:58 Ogród, matka, pocałunki, jej zalana łzami twarz. No widzisz, wariacie, no widzisz, jak można być takim wariatem? Nawet kucharka i pokojówka przybiegły, i jeszcze te rozgorączkowane okrzyki Teté: powrót syna marnotrawnego, mówię ci, Carlitos, gdybym przesiedział w kiciu nie kilka godzin, ale cały dzień, to by mnie chyba witali z orkiestrą. Chispas przechylił się przez poręcz schodów: ale nam napędziłeś strachu, stary. Usiedli w salonie, wszyscy go otoczyli, señora Zoila burzyła mu czuprynę i całowała w czoło. Chispas i Teté umierali z ciekawości: w więzieniu? w prefekturze? A czy widział złodziei, morderców? Stary usiłował się porozumieć z Pałacem, ale prezydent już spał, wiesz, chudy, no więc stary zadzwonił do prefekta policji i co mu nagadał, nie masz pojęcia, mądralo. Jajka i kakao, powiedziała do kucharki señora Zoila, i jeżeli jeszcze zostało, to kawałek tego cytrynowego tortu. Nie, nic mu nie zrobili, mamo, to była pomyłka, mamo. - Jaki szczęśliwy, że go wsadzili, jaki bohater - powiedziała Teté. - Teraz to już naprawdę trudno będzie z tobą wytrzymać. - W „El Comercio” ukaże się podobizna mądrali - powiedział Chispas. - Więzienny numer i twoja bandycka gęba. - Ale jak to jest? Co oni robią, jak kogoś aresztują? - powiedziała Teté. - Rozbierają cię i nakładają pasiak, a na nogi kajdany - powiedział Santiago. - W lochach jest pełno szczurów i ani odrobiny światła. - Idź, jaki dowcipny - powiedziała Teté. - No powiesz wreszcie czy nie. - Sam widzisz, głuptasie, sam widzisz, tak chciałeś na San Marcos - powiedziała señora Zoila. - Od przyszłego roku przeniesiesz się na Katolicki, prawda? Obiecaj mi. I już wtedy nie będziesz politykował, dobrze? Tak, przyrzekłem ci, mamo. Nigdy, mamo. Była już druga, kiedy poszli do łóżek. Santiago rozebrał się, włożył piżamę, zgasił lampkę nocną. W całym ciele czuł gorączkę, nie miał na nic siły. - I potem już nigdy nie starałeś się spotkać z tymi z Cahuide? - powiedział Carlitos. Naciągnął prześcieradło po szyję, a sen uciekł od niego i zmęczenie utkwiło w plecach. Okno było otwarte, świeciły gwiazdy. - Llaque trzymali dwa lata, Washingtona deportowali do Boliwii - powiedział Santiago. - Innych wypuścili po dwóch tygodniach. Coś go gnębiło, coś czaiło się jak złodziej skradający się w mroku, myśli, wyrzuty sumienia, zazdrość, wstyd. Nienawidzę cię, tato, nienawidzę cię, Jacobo, i ciebie, Aida. Okropnie chciało mu się palić i nie miał papierosów. (Rozmowa w "Katedrze") *** El jardín, la mamá, besos, su cara con lágrimas, no veía loco, no veía por ser tan loco, hasta la cocinera y la sirvienta estaban ahí, y los grititos excitados de la Teté: el regreso del hijo pródigo, Carlitos, si en vez de horas hubiera estado adentro un día me hubieran recibido con banda de música. El Chispas se despeñaba por las escaleras: qué susto nos pegaste, hombre. Lo sentaron en la sala, lo rodearon, la señora Zoila le alborotaba el pelo y lo besaba en la frente. El Chispas y la Teté se morían de curiosidad: ¿a la Penitenciaría, a la Prefectura, había visto ladrones, asesinos? el viejo trató de hablar con Palacio pero el Presidente estaba durmiendo, flaco, pero llamó al Prefecto y le había dicho incendios, supersabio. Unos huevos fritos, le decía la señora Zoila a la cocinera, una leche con cocoa y si queda ese pastel de limón. No le habían hecho nada mamá, había sido una equivocación mamá. -Está feliz que lo metieran preso, se siente un héroe -dijo la Teté-. Ahora sí, quién te va aguantar. -Vas a salir retratado en "El Comercio" -dijo el Chispas-. Con tu número y una cara de hampón. -¿Qué es, cómo es; qué te hacen cuando estás preso? -dijo la Teté. -Te desvisten, te ponen un uniforme rayado y grillos en los pies -dijo Santiago-. Los calabozos están llenos de ratas y no tienen luz. -Calla truquero -dijo la Teté-. Cuenta, cuenta cómo es. -Ya ves, loquito, ya ves tanto querer ir a San Marcos -dijo la señora Zoila-. ¿Me prometes que el otro año te pasarás a la Católica? ¿Que nunca más te meterás en política? Te prometía mamá, nunca mamá. Eran las dos cuando se fueron a acostar. Santiago se desnudó, se puso el piyama, apagó la lamparilla. Sentía el cuerpo embotado, mucho calor. -¿Nunca más buscaste a los de Cahuide? -dijo Carlitos. Se subió la sábana hasta el cuello y el sueño huyó y el cansancio se agolpó en la espalda. La ventana estaba abierta y se veían algunas estrellas. -A Llaque lo tuvieron preso dos años, a Washington lo desterraron a Bolivia -dijo Santiago-. A los otros los soltaron quince días después. Un malestar como un ladrón rondando en la oscuridad, piensa, remordimientos, celos, vergüenza. Te odio papá, te odio Jacobo, te odio Aída. Sentía unas terribles ganas de fumar y no tenía cigarrillos. Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 19.12.10, 23:49 Ludzie powtarzali chórem Wolność. (Rozmowa w "Katedrze") www.tokfm.pl/Tokfm/1,102433,8842566,_Koniec_z_Gulagiem____Manifestanci_dotarli_na_Plac_.html Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 20.12.10, 00:07 - Cały kraj ma już dosyć tych nadużyć Bermudeza, generale Llerena - powiedział senator Arevalo. - Zamieszki w Arequipe to tylko próbka tego, co może się dziać w całym kraju, jeśli nie uwolnimy się od tego człowieka. Wojsko ma teraz świetną okazję, aby pozyskać sympatię narodu, panie generale. (Rozmowa w "Katedrze") twitter.com/search?q=%23electby Odpowiedz Link Zgłoś
musz-ka23 Motto na dziś :))) 21.12.10, 22:13 gdytyjeszczenamucheptapta nie chce napisać: "Wyznaję wierność i jestem pasterzem z Portugalii". /Ciotka Julia i skryba/ Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś :))) 10.01.11, 13:53 musz-ka23 napisała:> > gdytyjeszczenamucheptapta nie chce napisać: > > "Wyznaję wierność i jestem pasterzem z Portugalii". Nie tyle nie chce, co nie może (bo jest stajennym - z Hiszpanii :)) www.youtube.com/watch?v=v0Avp2Z9XS4&feature=fvw Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 10.01.11, 13:58 Kobieta mimochodem zerknęła na Josego Arcadia i z jakimś patetycznym ferworem przyjrzała się jego wspaniałemu drapieżnikowi w porze wypoczynku. - Chłopcze - zawołała - niechaj Bóg ci go strzeże! (Sto lat samotności) Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 10.01.11, 14:10 Sin proponérselo, la mujer miró a José Arcadio y examinó con una especie de fervor patético su magnifico animal en reposo. -Muchacho -exclamó-, que Dios te la conserve. (Cien años de soledad) Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 11.01.11, 13:28 Istotnie, padli ofiarą zarazy. Urszula, która znała od swej matki lecznicze właściwości ziół, przygotowała wywar z tojadu i zmusiła wszystkich do wypicia, ale nie udało im się zasnąć i przez cały dzień śnili na jawie. W tym stanie trzeźwej halucynacji widzieli nie tylko obrazy ze swoich własnych snów, ale przekazywali je sobie nawzajem: jedni widzieli to, co się śniło drugim. Było tak, jakby dom zapełnił się gośćmi. *** Habían contraído, en efecto, la enfermedad del insomnio. Úrsula, que había aprendido de su madre el valor medicinal de las plantas, preparó e hizo beber a todos un brebaje de acónito, pero no consiguieran dormir, sino que estuvieron todo el día soñando despiertos. En ese estada de alucinada lucidez no sólo veían las imágenes de sus propios sueños, sino que los unos veían las imágenes soñadas por los otros. Era como si la casa se hubiera llenado de visitantes. (Cien años de soledad) Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 12.01.11, 06:06 1 Czy udałoby mi się spotkać Magę? Tyle razy, gdy szedłem przez rue de Seine, wystarczało mi pochylić się nad łukiem wychodzącym na Quai Conti, aby - zaledwie szarooliwkowe światło, które unosi się nad rzeką, pozwoliło mi odróżnić jakieś formy - jej szczupła sylwetka od razu rysowała się na Pont des Arts, czasem przechodząca z jednej strony na drugą, czasem oparta o żelazną barierę, pochylona nad wodą. I wydawało się tak naturalne przejść na drugą stronę ulicy, wejść na stopnie mostu, na jego smukły kontur, zbliżyć się do Magi uśmiechającej się bez zdziwienia, przekonanej, tak jak i ja, że przypadkowe spotkanie jest czymś najmniej przypadkowym w naszym życiu i że tylko ci wyznaczają sobie rendez-vous, którzy pisują do siebie na liniowanym papierze, a pastę do zębów wyciskają od samego końca tubki. Ale teraz nie byłoby jej na moście. Jej delikatna twarz o przezroczystej cerze pochylałaby się ku starym portalom w dzielnicy Marais, może gawędziłaby ze sprzedawczynią frytek lub pogryzała parówki na Boulevard Sébastopol. Zresztą doszedłem aż do mostu, ale Magi nie było. Teraz nie znajdowała się na mojej drodze, a jakkolwiek znaliśmy nasze adresy paryskich pseudostudentów, każdą pocztówkę uchylającą okienko Bracque'a, Ghirlandaia, Maxa Ernsta pośród tanich gipsowych ozdób i krzykliwych tapet, nie szukaliśmy się w naszych mieszkaniach. Woleliśmy spotykać się na mieście, na tarasie kawiarni, w klubie filmowym lub też wspólnie pochylać się nad kotem na byle podwórzu Quartier Latin. Chodziliśmy nie szukając się, ale wiedząc, że chodzimy po to, żeby się znaleźć. Och, Maga, w każdej kobiecie, która była do ciebie podobna, niby ogłuszająca cisza wzbierało jakieś wyostrzone krystaliczne oczekiwanie, klęsnące pośród smutku, jak mokry parasol, który się składa. Tak, właśnie jak parasol, Maga. Julio Cortázar, Gra w klasy (przełożyła Zofia Chądzyńska) *** ¿Encontraría a la Maga? Tantas veces me había bastado asomarme, viniendo por la rue de Seine, al arco que da al Quai de Conti, y apenas la luz de ceniza y olivo que flota sobre el río me dejaba distinguir las formas, ya su silueta delgada se inscribía en el Pont des Arts, a veces andando de un lado a otro, a veces detenida en el pretil de hierro, inclinada sobre el agua. Y era tan natural cruzar la calle, subir los peldaños del puente, entrar en su delgada cintura y acercarme a la Maga que sonreía sin sorpresa, convencida como yo de que un encuentro casual era lo menos casual en nuestras vidas, y que la gente que se da citas precisas es la misma que necesita papel rayado para escribirse o que aprieta desde abajo el tubo de dentífrico. Pero ella no estaría ahora en el puente. Su fina cara de translúcida piel se asomaría a viejos portales en el ghetto del Marais, quizá estuviera charlando con una vendedora de papas fritas o comiendo una salchicha caliente en el boulevard de Sébastopol. De todas maneras subí hasta el puente, y la Maga no estaba. Ahora la Maga no estaba en mi camino, y aunque conocíamos nuestros domicilios, cada hueco de nuestras dos habitaciones de falsos estudiantes en París, cada tarjeta postal abriendo una ventanita Braque o Ghirlandaio o Max Ernst contra las molduras baratas y los papeles chillones, aun así no nos buscaríamos en nuestras casas. Preferíamos encontrarnos en el puente, en la terraza de un café, en un cine-club o agachados junto a un gato en cualquier patio del barrio latino. Andábamos sin buscarnos pero sabiendo que andábamos para encontrarnos. Oh Maga, en cada mujer parecida a vos se agolpaba como un silencio ensordecedor, una pausa filosa y cristalina que acababa por derrumbarse tristemente, como un paraguas mojado que se cierra. Justamente un paraguas, Maga (...). (Rayuela) Odpowiedz Link Zgłoś
musz-ka23 Re: Motto na dziś 16.01.11, 18:56 Ty – wódkę za wódką w bufecie... Oczami po sali drewnianej – i serce ci wali (Czy pamiętasz?) Orkiestra powoli opada przycicha Powiada, że zaraz (Czy pamiętasz, jak ze mną...?) Już znalazł twój wzrok moje oczy Już suniesz – po drodze zamroczy – Już zaraz za chwilę... (Czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś?...) Podchodzisz na palcach i naraz nad głową Grzmotnęło do walca Porywasz – na życie na śmierć – do tańca Grande Valse Brillante Czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś walca Z panną, madonną, legendą tych lat Czy pamiętasz, jak ruszył świat do tańca Świat, co w ramiona ci wpadł Wylękniony bluźnierca dotulałeś do serca W utajeniu kwitnące te dwie Unoszone gorąco, unisono dyszące Jak ja cała, w domysłach i mgle... I tych dwoje nad dwiema, co też są, lecz ich nie ma Bo rzęsami zakryte, wnet zakryte i w dół Jakby tam właśnie były i błękitem pieściły Jedno tę, drugie tę, pół na pół Gdy przez sufit przetaczasz Nosem gwiazdy zahaczasz Gdy po ziemi młynkujesz, to udajesz siłacza Wątłe mięśnie naprężasz, pierś cherlawą wytężasz Będę miała atletę i huzara za męża A tu noga ugrzęzła, drzazga w bucie uwięzła Bo ma dziurę w podeszwie mój pretendent na męża Ale zawsze się wyrwie – i już wolny, odeszło I walcuje, szurając odwiniętą podeszwą www.youtube.com/watch?v=CmY6i1uZQnE Serdeczne życzenia wszystkiego najlepszego z okazji Urodzin, Pani Ewo! Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 16.01.11, 23:34 Przyłączam się do życzeń: najlepszego - dla Najlepszej! www.youtube.com/watch?v=2c4P5WWwl14 Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Z cyklu: młodzi (względnie), zdolni, obiecujący :) 20.01.11, 12:26 SCENA 78 WN. BIUROWIEC #3/HOL/KLATKA SCHODOWA - DZIEŃ Luksusowo urządzony hol starej kamienicy, przerobionej na biurowiec. Marmurowe ławy, pozłacane kandelabry, odnowione reliefy. Na ścianie tablice z nazwami firm rezydujących w budynku. W górę, przez kilka pięter, aż do szklanego zadaszenia, wiją się spiralnie białe schody. PRZYTŁUMIONY TRZASK DRZWI. Do wnętrza wchodzi - ubrany jak poprzednio - WALDEN (UWAGA: widać go z góry, w dalekim planie). Zaczyna wspinać się po schodach. Gdy dociera do pierwszego piętra, słychać PRZENIKLIWY KRZYK, przechodzący w SKOWYT. Krzyczy prawdopodobnie mężczyzna, ale głos brzmi nienaturalnie wysoko. WALDEN patrzy w głąb jednego z korytarzy - nikogo. Drugi korytarz - też nic. Nagle, z HUKIEM otwierają się jakieś drzwi. Tuż obok WALDENA przebiega ZIEMKIEWICZ (ok. 60-ki, bardzo szczupły, w garniturze, na głowie mocno siwiejąca "pożyczka"). Z obłędem w oczach, wielkimi susami, mknie po schodach na górę. Ściga go trzech mężczyzn, dwóch młodszych - JAPISZON #1 (tłustawy, chłopięca grzywka, krawat, koszula z krótkim rękawem, bez marynarki) i JAPISZON #2 (ubrany jak JAPISZON #1) oraz jeden starszy - URZĘDAS (czerwony na twarzy, dyszący, spocony, w kompletnym garniturze - marynarka rozpięta). ZIEMKIEWICZ zatrzymuje się na moment, z kieszeni spodni dobywa długopis, ciska nim w JAPISZONA #2 (nie trafia), wbiega na kolejne piętro. Przeskakuje po kilka stopni na raz - odklejona od łysej czaszki "pożyczka" powiewa w pędzie - prześladowcy są jednak coraz bliżej: nienawistni, wściekli, zasapani. WALDEN patrzy na tę galopadę z rosnącym niepokojem. Obok niego przystają trzy - równie zaniepokojone - URZĘDNICZKI (w różnym wieku), któraś zakrywa dłonią usta. Za nimi - jeszcze dwóch czy trzech GAPIÓW. ZIEMKIEWICZ w biegu ściąga z siebie marynarkę, rzuca nią w JAPISZONA #1. Ten, nie wiadomo czemu, zaczyna RZĘZIĆ i machać rękami - jakby spadł na niego jakiś groźny stwór (a nie zwykła, letnia marynarka). ZIEMKIEWICZ zatrzymuje się na półpiętrze, dźga palcem powietrze, wskazując goniących. ZIEMKIEWICZ (krzyczy) Trzydzieści lat tu przepracowałem! Wy chu.je! ZIEMKIEWICZ biegnie dalej. WALDEN, URZĘDNICZKI i GAPIE podchodzą do barierki, zadzierają głowy. ZIEMKIEWICZ przystaje po raz kolejny, błyskawicznie opuszcza spodnie do kolan. Jedną ręką trzyma je w garści, drugą robi zamach i rzuca czymś w JAPISZONA #2 (zgroza na twarzy tegoż). Gówno mija go "o włos" - rozpryskuje się na białej ścianie, tuż poniżej kandelabra. JĘK PRZERAŻENIA wśród URZĘDNICZEK i GAPIÓW, niektórzy krzywią się ze wstrętem, odwracają wzrok. Starsza, siwiejąca URZĘDNICZKA zakrywa dłońmi twarz - chyba płacze. ZIEMKIEWICZ ponawia atak, tym razem pocisk sięga celu - koszula JAPISZONA #2 zabarwia się nieprzyjemnym brązem. Uśmiech mściwej satysfakcji na twarzy ZIEMKIEWICZA. Trafiony JAPISZON #2 prycha z odrazą. Chce kontynuować pogoń, ale wpada w poślizg i upada. Wydobywa z siebie PŁACZLIWY JĘK, chwyta się za łokieć, z wyrzutem patrzy na uciekającego. Tymczasem ZIEMKIEWICZ jest już na ostatnim piętrze. Rozgląda się w popłochu, rozpaczliwie szuka wyjścia z matni: żadnych korytarzy, gdzieś w głębi dostrzega pancerne, metalowe drzwi. Szarpie klamkę - zamknięte. Dopada barierki, głęboko przechyla się nad nią, z desperacją patrzy w dół. Znów ODGŁOSY PRZERAŻENIA wśród URZĘDNICZEK i GAPIÓW. URZĘDAS (dychawicznie) Panie Ziemkiewicz, co pan! ZIEMKIEWICZ, gotów do samobójczego skoku, zdążył już przerzucić jedną nogę za barierkę. Spogląda tępo na URZĘDASA. Tę chwilę wahania desperata wykorzystuje JAPISZON #1. Rzuca się na ZIEMKIEWICZA, obala go na posadzkę, kładzie się na nim, chwyta za ręce, przytrzymuje; sapie przy tym z wysiłku i nerwowo mruga oczami. URZĘDAS i JAPISZON #2 też już są na górze. Chaotycznie i niewprawnie usiłują obezwładnić ZIEMKIEWICZA, który miota się, szarpie i SKOWYCZE. Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 21.01.11, 15:24 Klub wiedział, że raz puszczona w ruch Babs zmieniała się w katapultę, już się to nieraz zdarzało; pozostawało jedynie czekać, aż czas zrobi swoje, żaden płacz nie jest wieczny, wdowy powtórnie wychodzą za mąż. Nie było rady, pijana Babs oscylowała wśród klubowych płaszczy i szalików, wracała z przedpokoju, chciała załatwiać porachunki z Oliveirą - moment świetnie wybrany, żeby wymyślać mu od inkwizytorów, tłumacząc płaczliwie, że w swoim pieskim życiu nie spotkała nikogo podlejszego, bezduszniejszego, większego skur.wysyna, sadysty, kata, rasisty niezdolnego do najelementarniejszej przyzwoitości, śmierdziela, gów.niarza, ohydnego syfilityka. Epitety, które napełniły rozkoszą Perica i Etienne'a, sprzecznymi zaś uczuciami pozostałych, włącznie z adresatem. *** El Club sabía que Babs lanzada era Babs catapulta, otras veces ya había ocurrido; única solución, la rueda en torno a la redactora de actas y encargada del buffet, a la espera de que el tiempo cumpliera su obra, ningún llanto es eterno, las viudas se casan de nuevo. Nada que hacer, Babs borracha ondulaba entre los abrigos y las bufandas del Club, retrocedía desde el pasillo, quería arreglar cuentas con Oliveira, era el momento justo de decirle a Oliveira lo de inquisidor, de afirmar lacrimosamente que en su perra vida había conocido a alguien más infame, desalmado, hijo de puta, sádico, maligno, verdugo, racista, incapaz de la menor decencia, basura, podrido, montón de mierda, asqueroso y sifilítico. Noticias acogidas con delicia infinita por Perico y Etienne, y expresiones contradictorias por los demás, entre ellos el recipientario. (Rayuela) Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 22.01.11, 17:27 7 Dotykam twoich ust, palcem dotykam brzegu twoich ust, rysuję je tak, jakby wychodziły spod mojej ręki, jakby po raz pierwszy twoje usta miały się otworzyć, i wystarczy, bym zamknął oczy, aby zmazać to wszystko i zacząć od nowa; za każdym razem tworzę usta, których pragnę, usta wybrane pośród wszystkich, w absolutnej wolności przeze mnie wybrane, aby moja ręka narysowała je na twojej twarzy, a które przez niezrozumiały dla mnie przypadek dokładnie odpowiadają twoim ustom, uśmiechającym się pod moimi palcami. Patrzysz na mnie, patrzysz na mnie z bliska, jeszcze bardziej z bliska, oczy powiększają się, zbliżają do siebie, nakładają jedno na drugie, cyklopi patrzą sobie w oczy łącząc oddechy, usta odnajdują się i łagodnie walczą gryząc się w wargi, leciutko opierając języki o zęby, igrają wśród tego terenu, gdzie przelewa się tam i z powrotem powietrze, pachnące starymi perfumami i ciszą. Wtedy moje ręce zanurzają się w twoich włosach, pieszczą powoli głąb twych włosów, podczas gdy całujemy się, jakbyśmy mieli usta pełne kwiatów czy też ryb o szybkich ruchach, o świeżym zapachu. I jeżeli całujemy się aż do bólu - jest to słodycz, a jeżeli dusimy się w krótkim, gwałtownym, wspólnie schwyconym oddechu - ta sekundowa śmierć jest piękna. Jedna tylko jest ślina, jeden zapach dojrzałego owocu, kiedy czuję, jak drżysz koło mnie niby księżyc odbijający się w wodzie. (Gra w klasy) *** 7 Toco tu boca, con un dedo toco el borde de tu boca, voy dibujándola como si saliera de mi mano, como si por primera vez tu boca se entreabriera, y me basta cerrar los ojos para deshacerlo todo y recomenzar, hago nacer cada vez la boca que deseo, la boca que mi mano elige y te dibuja en la cara, una boca elegida entre todas, con soberana libertad elegida por mí para dibujarla con mi mano en tu cara, y que por un azar que no busco comprender coincide exactamente con tu boca que sonríe por debajo de la que mi mano te dibuja. Me miras, de cerca me miras, cada vez más de cerca y entonces jugamos al cíclope, nos miramos cada vez más de cerca y los ojos se agrandan, se acercan entre sí, se superponen y los cíclopes se miran, respirando confundidos, las bocas se encuentran y luchan tibiamente, mordiéndose con los labios, apoyando apenas la lengua en los dientes, jugando en sus recintos donde un aire pesado va y viene con un perfume viejo y un silencio. Entonces mis manos buscan hundirse en tu pelo, acariciar lentamente la profundidad de tu pelo mientras nos besamos como si tuviéramos la boca llena de flores o de peces, de movimientos vivos, de fragancia oscura. Y si nos mordemos el dolor es dulce, y si nos ahogamos en un breve y terrible absorber simultáneo del aliento, esa instantánea muerte es bella. Y hay una sola saliva y un solo sabor a fruta madura, y yo te siento temblar contra mí como una luna en el agua. Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 13.03.11, 01:10 "Gra w klasy", rozdział 7, czyta Julio Cortázar: www.youtube.com/watch?v=UvQOzyVW5JQ&feature=related Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 26.01.11, 21:42 TYPOWY DIALOG HISZPAŃSKI Lopez. Przez rok okrągły mieszkałem w Madrycie. Było to w okolicach roku pańskiego 1925. Perez. W Madrycie? Ależ właśnie wzmiankowałem wczoraj doktorowi Garcia... Lopez. Od 1925 do 1926 byłem profesorem literatury przy uniwersytecie. Perez. Mówiłem mu: „Człowieku, każdy, kto kiedykolwiek mieszkał w Madrycie, będzie to pamiętał do śmierci”. Lopez. Na katedrze specjalnie dla mnie stworzonej, ażebym mógł wykładać literaturę. Perez. Właśnie, właśnie. Wczoraj, dokładnie wczoraj, mówiłem do doktora Garcia, z którym od dawien dawna się przyjaźnię... Lopez. Oczywiście, jeżeli się tam żyło dłużej niż rok, łatwo jest zdać sobie sprawę z faktu, że poziom studiów pozostawia wiele do życzenia. Perez. To syn Paco Garcia, tego, który był ministrem handlu i hodował byki. Lopez. Dosłownie hańba, niech mi pan wierzy, jedna wielka hańba. Perez. Jasne, człowieku, szkoda słów. A więc doktor Garcia... (Gra w klasy) *** DIALOGO TIPICO DE ESPAÑOLES López.— Yo he vivido un año entero en Madrid. Verá usted, era en 1925, y... Pérez.— ¿En Madrid? Pues precisamente le decía yo ayer al doctor García... López.— De 1925 a 1926, en que fui profesor de literatura en la Universidad. Pérez.— Le decía yo: «Hombre, todo el que haya vivido en Madrid sabe lo que es eso.» López.— Una cátedra especialmente creada para mí para que pudiera dictar mis cursos de Literatura. Pérez.— Exacto, exacto. Pues ayer mismo le decía yo al doctor García, que es muy amigo mío... López.— Y claro, cuando se ha vivido allí más de un ano, uno sabe muy bien que el nivel de los estudios deja mucho que desear. Pérez.— Es un hijo de Paco García, que fue ministro de Comercio, y que criaba toros. López.— Una vergüenza, créame usted, una verdadera vergüenza. Pérez.—Sí, hombre, ni qué hablar. Pues este doctor García... Odpowiedz Link Zgłoś
musz-ka23 Re: Motto na dziś 27.01.11, 22:52 To jest ta trudność dzisiejszych czasów: ideały, marzenia, piękne oczekiwania jeszcze się nie zdążą rozwinąć, a już zostają trafione i totalnie zniszczone przez najbardziej przerażającą rzeczywistość. Anne Frank - Dziennik Odpowiedz Link Zgłoś
mala200333 Re: Motto na dziś 28.01.11, 03:22 `Wielkość narodu i jego postęp moralny można poznać po tym w jaki sposób obchodzi się on ze swymi zwierzętami.' - Mahatma Gandhi Odpowiedz Link Zgłoś
musz-ka23 Re: Motto na dziś 30.01.11, 19:26 To, co jest ważne, a co usiłowałem przekazać, to gest afirmacji, przeciwstawiający się fali pogardy i strachu, afirmacji dotyczącej tego, co najbardziej słoneczne, najbardziej witalne w człowieku: jego erotycznego i radosnego pragnienia, jego wyzwolenia od wszelkich tabu, jego żądania godności dla wszystkich, na jakiejś, już uwolnionej od codzienności kłów i dolarów, ziemi. Julio Cortázar - Książka dla Manuela Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 02.02.11, 23:31 82 MORELLIANA Czemu to piszę? Nie myślę jasno, niemalże w ogóle nie myślę. Strzępy, zrywy, fragmenty, wszystko to szuka swojej formy, wtedy w grę wchodzi rytm i zaczynam pisać w tym rytmie, pisać dla niego, to on mnie popycha, a nie to, co nazywamy myślą i co tworzy prozę zarówno literacką, jak wszelką inną. Z początku jest tylko jakiś zamęt, który można zdefiniować wyłącznie za pomocą słów; z tego zamętu wyruszam i jeżeli to, co chcę wypowiedzieć (czy też to, co samo chce się wypowiedzieć), ma dosyć siły, natychmiast rozpoczyna się swing, rytmiczne kołysanie, które wynosi mnie na powierzchnię, wszystko rozświetla, łączy ów zamęt i tego, który jest jego ofiarą, w jakiejś trzeciej instancji, jasnej i niejako fatalnej: zdanie, akapit, stronica, rozdział, książka. To kołysanie, ten swing, w którym zamęt nabiera form, jest dla niego jedynym dowodem tego, że jest on potrzebny, albowiem gdy tylko ustaje, widzę, że nie mam nic więcej do powiedzenia. Jest również jedyną nagrodą za moją pracę: czuć, że to, co napisałem, jest niby grzbiet kota pod pieszczotą naelektryzowany i miarowo się wyginający. W ten sposób przez pisanie schodzę w głąb wulkanu, zbliżam się do Matek, łączę się ze środkiem - niech się dzieje co chce. Pisać - to rysować moje mandala i równocześnie obserwować je, stwarzać oczyszczenie w chwili oczyszczania się; ot i zajęcia biednego białego szamana w nylonowych gatkach. (Gra w klasy) *** 82 Morelliana. ¿Por qué escribo esto? No tengo ideas claras, ni siquiera tengo ideas. Hay jirones, impulsos, bloques, y todo busca una forma, entonces entra en juego el ritmo y yo escribo dentro de ese ritmo, escribo por él, movido por él y no por eso que llaman el pensamiento y que hace la prosa, literaria u otra. Hay primero una situación confusa, que sólo puede definirse en la palabra; de esa penumbra parto, y si lo que quiero decir (si lo que quiere decirse) tiene suficiente fuerza, inmediatamente se inicia el swing, un balanceo rítmico que me saca a la superficie, lo ilumina todo, conjuga esa materia confusa y el que la padece en una tercera instancia clara y como fatal: la frase, el párrafo, la página, el capítulo, el libro. Ese balanceo, ese swing en el que se va informando la materia confusa, es para mí la única certidumbre de su necesidad, porque apenas cesa comprendo que no tengo ya nada que decir. Y también es la única recompensa de mi trabajo: sentir que lo que he escrito es como un lomo de gato bajo la caricia, con chispas y un arquearse cadencioso. Así por la escritura bajo al volcán, me acerco a las Madres, me conecto con el Centro —sea lo que sea. Escribir es dibujar mi mandala y a la vez recorrerlo, inventar la purificación purificándose; tarea de pobre shamán blanco con calzoncillos de nylon. Odpowiedz Link Zgłoś