musz-ka23 Re: Motto na dziś 26.05.11, 13:27 Żadna sprawa, choćby niewinna i sprawiedliwa, nie przekreśli mojej solidarności z matką, która jest największą sprawą, jaką znam na ziemi. A. Camus, Notatniki, Zeszyt VIII Odpowiedz Link Zgłoś
musz-ka23 Re: Motto na dziś 27.05.11, 23:25 Żyła w niewiedzy wszystkiego - prócz cierpienia i cierpliwości - i z tą samą łagodnością znosi dziś ból fizyczny. Istoty, których nie tknęły ani gazety, ani radio, ani żadna technika. Takie były przed stu laty i nie zmienił ich ani trochę kontekst społeczny. Podobno byłam niecierpliwa. Nie? To dobrze. /A. Camus, Notatniki, Zeszyt IX/ Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 28.05.11, 09:22 Intelektualista tchórzy, jeśli tylko pisaniem wyraża swój udział w sprawie publicznej. Niemoc pokrywa gadulstwem. Jedynie ryzyko usprawiedliwia myśl. A. Camus, Notatniki, Zeszyt VIII, sierpień 1954 - lipiec 1958 *** L'intellectuel par fonction, et quoi qu'il en ait, et surtout s’il se mêle par l'écrit seulement des affaires publiques, vit comme un lâche. Il compense cette impuissance par une surenchère verbale. Seul le risque justifie la pensée. Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 29.05.11, 10:28 Kiedy niewolnik chwyta za broń i płaci życiem, jego następca staje się panem i uciska. Kiedy uciskany, po raz pierwszy w historii świata, będzie władał sprawiedliwie, nastąpi koniec i zarazem początek wszystkiego. A. Camus, Notatniki, Zeszyt VIII *** Quand l'esclave prend les armes et donne sa vie, il règne à son tour en maître et il opprime. Mais quand un opprimé pour la première fois dans l'histoire du monde régnera par la justice, sans opprimer à son tour, tout sera fini et tout commencera enfin. Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 31.05.11, 13:27 W r o c ł a w - Drobny deszcz. Kościoły i kominy fabryk. Tragizm tego miasta. A. Camus, Notatniki, Zeszyt I, maj 1935 - wrzesień 1937 *** Breslau - Bruine. Églises et cheminées d'usine. Tragique qui lui est particulier. Notatka z lipca 1937 r. W tamtym czasie zapewne cały Wrocław był "ozdobiony" hitlerowskimi emblematami. Można się na nie natknąć także i dziś, niestety. Na przykład w Parku Szczytnickim, wizytowanym codziennie przez wielonarodowe tłumy (zwłaszcza o tej porze roku). img855.imageshack.us/img855/4739/dsc00099y.jpg Odpowiedz Link Zgłoś
musz-ka23 Re: Motto na dziś 01.06.11, 02:14 Powrót dzieci. Catherine boi się zasnąć, bo boi się umrzeć (boli ją w piersiach). Czy lęk, który torturuje dzieci, nie jest największym zgorszeniem? /A. Camus, Notatniki, Zeszyt VIII/ Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 02.06.11, 19:24 "Wszystko co nie jest martwe lub białe, jest Vietcongiem". pl.wikipedia.org/wiki/Masakra_w_My_Lai Odpowiedz Link Zgłoś
musz-ka23 Re: Motto na dziś 06.06.11, 23:13 - Drogi przyjacielu - powiedział - pan nie od dziś uważa, że jestem pyszny. Jestem pyszny. Ale nie zawsze i nie wobec każdego. Z panem, na przykład, nie potrafię. Malan odwrócił spojrzenie, co było u niego oznaką wzruszenia. - Wiem - powiedział - ale dlaczego? - Dlatego że pana kocham - odparł Cormery spokojnie. Malan przysunął sobie salatarkę z owocami. - Dlatego - mówił dalej Cormery - że kiedy byłem bardzo młody, bardzo głupi i bardzo samotny (pamięta pan, w Algierze), pan zwrócił się ku mnie i otworzył przede mną drzwi do wszystkiego, co kocham na tym świecie. - Och, był pan zdolny. - Z pewnością. Ale nawet najzdolniejszym trzeba przewodnika. Tego, kogo życie postawiło na twojej drodze, powinieneś zawsze kochać i szanować, nawet jeśli to był przypadek. Tak myślę. Albert Camus, Pierwszy człowiek /przełożyła Joanna Guze/ Odpowiedz Link Zgłoś
musz-ka23 Re: Motto na dziś 07.06.11, 02:59 "Znałem człowieka - powiedział - który po trzydziestu latach pożycia z żoną..." Cormery czekał zaciekawiony. Za każdym razem, kiedy Malan zaczynał od słów: "Znałem człowieka, który... przyjaciela, który... Anglika, który ze mną podróżował...", można było mieć pewność, że chodzi o niego samego. "Znałem człowieka, który nie lubił ciastek, podobnie jak jego żona. Otóż po dwudziestu latach zaskoczył ją w cukierni i zdał sobie sprawę, że żona chodzi do cukierni kilka razy w tygodniu, żeby opychać się eklerami z kremem kawowym. Myślał, że żona nie znosi słodyczy, gdy ona uwielbiała eklery z kremem kawowym". - A więc - powiedział Cormery - nie znamy nikogo. /Pierwszy człowiek/ Odpowiedz Link Zgłoś
musz-ka23 Re: Motto na dziś 08.06.11, 04:10 FATAMORGANA fatamorgana przypomnienie strumień srebrzysty lśniące kamienie zamglona cisza w słońcu maślanym - niezapominajki są to kwiatki z bajki Kora Jackowska ~~~~~~~~~~ Serdeczności i najlepsze życzenia dla Solenizantki! Odpowiedz Link Zgłoś
musz-ka23 Re: Motto na dziś 11.06.11, 06:25 Co rano, kiedy wychodzę na taras, trochę jeszcze oszołomiony snem, czeka mnie śpiew ptaków, który już przedtem wszedł w mój sen, by wyzwolić jakąś ukrytą radość. /A. Camus, Notatniki, Zeszyt VIII/ www.youtube.com/watch?v=Y3Vgwcbkqk8 Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 14.06.11, 21:46 Polemika jako element abstrakcji. Za każdym razem, gdy trzeba uznać człowieka za wroga, zamienia się go w abstrakcję. Odsuwa się go. Nie chce się już wiedzieć, że śmieje się zaraźliwie. Stał się s y l w e t k ą. A. Camus, Notatniki, Zeszyt V *** La polémique - comme élément de l'abstraction. Chaque fois que l'on a décidé de considérer un homme comme ennemi, on le rend abs-trait. On l'éloigne. On ne veut plus savoir qu'il a un rire éclatant. Il est devenu une silhouette. Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 15.06.11, 03:34 W przemocy widzieć odcięcie, zbrodnię - to znaczy przyjąć, że wiąże się z nią odpowiedzialność osobista. Inaczej jest ona z nakazu i mieści się w porządku - prawa albo metafizycznym. Nie jest już odcięciem. Wymyka się sprzeczności. Paradoksalnie prowadzi do wygody. Przemoc stała się wygodna. A. Camus, Notatniki, Zeszyt V *** Garder à la violence son caractère de rupture, de crime - c'est-à-dire ne l'admettre que liée à une responsabilité personnelle. Autre-ment elle est par ordre, elle est dans l'ordre - ou la loi ou la métaphy-sique. Elle n'est plus rupture. Elle élude la contradiction. Elle repré-sente paradoxalement un saut dans le confort. On a rendu la violence confortable. Odpowiedz Link Zgłoś
musz-ka23 Re: Motto na dziś 16.06.11, 23:23 Noc wysoko w Vaucluse. Droga mleczna schodzi aż do gniazd świateł w dolinie. Wszystko się miesza. Wsie są w niebie i konstelacje w górach. /A. Camus, Notatniki, Zeszyt VI/ Odpowiedz Link Zgłoś
musz-ka23 Re: Motto na dziś 17.06.11, 01:19 Córka garncarza Dibutadesa, która kochała pewnego chłopca, nakreśliła ostrzem cień jego profilu na ścianie. Jej ojciec, widząc rysunek, odkrył styl ornamentacyjny waz greckich. Miłość jest u początku wszystkich rzeczy. /A. Camus, Notatniki, Zeszyt III/ Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 20.06.11, 19:43 Jacques, idąc za skrzypcowymi zygzakami brata, śpiewał Ramonę - "Ramona, twe ciało pręży się i gnie", albo: "Tańcz, o moja Dżalmé, co wieczór kocham cię", wreszcie, żeby pozostać przy Wschodzie, "Chińskie noce upojne, noce czarowne, noce cudowne..." Niekiedy żądano piosenki bardziej realistycznej, specjalnie dla babki. Jacques wykonywał wówczas: "A więc to ty, któryś przysięgał mi, że wielka miłość ma nie zazna nigdy zła". A. Camus, Pierwszy człowiek Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 22.06.11, 10:43 Spostrzegłem ze zdziwieniem, że te ogromne włosy, jak szczerozłoty czepiec, że te włosy drżą leciutko, a ona chowa twarz w ich gęstwinie. - No nie, Nadzieżdo, tak nie można. Dlaczego płaczesz? Objąłem ją, przyciągnąłem do siebie. - Sama nie wiem - chlipnęła. - Taka jestem rozstrojona. Pocałowałem w policzek, gdzie biegła ścieżka łez. - Kocham ciebie. Pokochałem w ciągu godziny, na przestrzeni całej epoki, ostatniej ery mojej ziemskiej nieskończoności. Wierzysz mi? Kiwnęła posłusznie głową. Czułem jej gorący ciężar w swoich rękach. Tak było wiele razy. Jak było wiele nocy, świtów, przedwieczorów. Ale teraz zdawało mi się, że trzymam ciało pobłogosławione przez opatrzność, magiczne ciało kobiety, o którym śni się całe życie. Ciało dziewczęce i kobiece, ciało-przygoda, ciało-schronienie. Po prostu pierwszy raz ogarnęła mnie jakaś przejmująca tęsknota do młodej kobiety zespolonej ze mną siostrzanym, a może tylko ludzkim uściskiem. Jednym słowem objął mnie nie znany dotąd nastrój rzewności i niepokoju, błogiej ulgi i niedobrych przeczuć. Wzmagała się ta muzyka orkiestry dętej za oknem i rosło we mnie chaotyczne pożądanie. A ona tuliła się do mnie coraz silniej, jakby chciała przygnieść do przezroczystej ściany nieuniknionego. Więc poszukałem jej w tym habicie i znalazłem nieoczekiwanie frędzliste prześwity i stwierdziłem, że jest naga pod tym szalem-poncho. Coś chciałem pomyśleć przytomnie na ten temat, ale nie zdążyłem, bo ujrzałem przed sobą łagodne wzgórza jej piersi i wydało mi się, że pierwszy raz w życiu widzę piękne piersi kobiece i zadziwiłem się ogromnie, i z kojącą rozkoszą ułożyłem głowę w cienistej przełęczy między tymi piersiami. Gdzieś tam w tyle mojej głowy kołatała przyćmiona świadomość uczestnictwa w magicznym obrzędzie i ów popłoch, owa zaćma, ta gorączka, która towarzyszy mi zawsze w tych grzesznych chwilach, cały dwuznaczny animalizm sczezł w melodii naszych bezładnych szeptów oraz pocałunków. Potem chciałem wejść w nią i nie mogłem. Zaskoczony, walczyłem z jej oporem, ale to nie był jej opór, bo ona chciała mnie, to był opór jej bezgrzeszności. Wreszcie wdarłem się w gorącą, przejmującą ciemność. - O Boże - szepnęła. I w tym momencie odezwał się przeraźliwie telefon nad naszymi głowami. A wydał mi się jak rechot pneumatycznego młota. Stał ukryty zdradziecko na parapecie okiennym i alarmował nas z całych swoich mechanicznych sił. Zamarłem, ona również ucichła. Dzwonek rzęził nad nami nagląco, z pretensją, z potępieniem. - Odbierzcie telefon! - krzyknął chory z drugiego pokoju. Wstałem, okryłem ją tym habitem, a ona zasłoniła twarz ramieniem tak porażająco pięknym, jakiego nigdy dotąd nie widziałem. Rzeczywiście, zgięta w łokciu ręka młodej kobiety wydała mi się w tamtej chwili jakąś bolesną doskonałością. Nie odrywając wzroku od tych zdumiewających owalów oprawnych w przejrzyste złotawe cienie, podniosłem ciężką niczym wiosło słuchawkę. A włosy Nadzieżdy, czerwonawe, ogromnie żywe i zachłanne włosy rozsypały się po ordynarnym szarym kocu tego szpitalnego albo więziennego łóżka. Tadeusz Konwicki, Mała Apokalipsa Odpowiedz Link Zgłoś
musz-ka23 Re: Motto na dziś 23.06.11, 12:44 Fala czułości i litości, która nagle wypełniła mu serce, nie była tym, co kieruje pamięć syna ku zmarłemu ojcu, ale współczuciem mężczyzny dla skrzywdzonego, zamordowanego dziecka - czymś, co nie należy do naturalnego porządku rzeczy; i prawdę mówiąc, nie było tu w ogóle żadnego porządku, a tylko szaleństwo i chaos, skoro syn jest starszy od ojca. Czas rozpadał się wokół niego, gdy stał tak nieruchomo pomiędzy grobami, których już nie widział; lata utraciły swój ład i bieg - wielkiej rzeki zmierzającej do kresu. /A. Camus, Pierwszy człowiek/ Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 24.06.11, 11:57 Obok, w szafce, leży czysty papier. Nitrogliceryna współczesnego literata, proszek narkotyczny obolałego indywiduum. Można zanurzyć się w płytką, białą czeluść stronicy, schować się przed sobą i przed prywatnym wszechświatem, który już niedługo eksploduje i sczeźnie. Można tę biel bezbronną zbrukać złą krwią, wściekłym jadem, cuchnącą flegmą - a tego nikt nie lubi, nawet sam autor. Można na tę biel bezmyślną wysączyć słodycz sztucznej zgody, ambrozję fałszywej otuchy, ckliwy syrop pochlebstwa - a to wszyscy lubią, nawet sam autor. (Mała Apokalipsa) Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 25.06.11, 20:11 Kolka przywołał kelnera. Był to mroczny brunet w poplamionym kitlu. Czekał wściekle z ołówkiem przytkniętym do bloczka paragonowego. - Wziąłbym ragoût - rzekłem niepewnie - ale z czego to ragoût? - Ja nie wiem. Mnie to nie obchodzi. Jest w karcie ragoût i dobrze. Co, mam do kuchni chodzić i zaglądać do garnków? - podniecał się kelner. - Pan jest zdenerwowany. - Chciałem go udobruchać. - Pana to dziwi? Wszyscy żrą, a ja pracuję. - To proszę ragoût . - Wszystko? Bo nie będę kilka razy podchodził. - Dziękuję. Wszystko. (Mała Apokalipsa) Odpowiedz Link Zgłoś
musz-ka23 Re: Motto na dziś 26.06.11, 01:54 Wydarzyło się to faktycznej osobie, a jestem nią ja. Chciałem złapać pociąg. Było to w kwietniu 1976 roku, w Cambridge w Wielkiej Brytanii. Zostało jeszcze trochę czasu do odjazdu pociągu. Poszedłem po gazetę, by porozwiązywać krzyżówkę, po kawę i paczkę herbatników. Usiadłem przy stoliku. Opiszę wam scenerię – jest niezwykle ważne, abyście bardzo wyraźnie ją ujrzeli. A więc tu mamy stolik, tu gazetę, filiżankę z kawą, herbatniki. Naprzeciwko mnie siedzi mężczyzna, całkiem przeciętny gość w biznesowym garniturze, z teczką. Nic nie wskazywało na to, aby miał zrobić cokolwiek dziwnego. A jednak zrobił: nagle pochylił się do przodu, wziął do ręki herbatniki, rozerwał opakowanie, wyjął jednego i zjadł. Muszę powiedzieć, że z takiego typu rzeczami my Brytyjczycy bardzo źle sobie radzimy. W naszej historii, naszym wychowaniu, naszej edukacji nie ma nic, co uczyłoby nas, jak zachować się w stosunku do kogoś, kto w biały dzień kradnie nam herbatniki. Wiadomo, co by się stało, gdyby rzecz miała miejsce na dworcu South Central w Los Angeles. Natychmiast rozpoczęłaby się strzelanina, zjawiłyby się helikoptery, CNN, rozumiecie... w końcu zrobiłem to, co zrobiłby każdy czerwonokrwisty Brytyjczyk: zignorowałem wydarzenie. Gapiłem się w gazetę, wziąłem łyk kawy, próbowałem zrozumieć artykuł, w tekst którego się wpatrywałem, nie byłem jednak w stanie nic pojąć, z wyjątkiem powtarzania w myśli: „Co mam robić?”. W końcu uznałem: „Trudno, muszę coś zrobić”. Próbując z całych sił nie zauważać, że w tajemniczy sposób paczka została otwarta, wyjąłem herbatnik. Pomyślałem sobie: „To go uspokoi”. Nie uspokoiło, bowiem po chwili powtórzył to, co przedtem. Wziął następny herbatnik. Ponieważ za pierwszym razem nic nie powiedziałem, za drugim jakby trudniej było podnieść temat: „Przepraszam bardzo, trudno tego nie zauważyć, ale...”. Nic by to nie dało. Zjedliśmy całą paczkę. Było w niej co prawda tylko osiem herbatników, ale sprawa zdawała się trwać wieczność. On brał herbatnik, ja brałem herbatnik, on brał herbatnik. Kiedy skończył, wstał i odszedł. Wymieniliśmy pełne znaczenia spojrzenia, po czym poszedł sobie, ja zaś głęboko odetchnąłem i opadłem ciężko na oparcie krzesła. Wkrótce podstawiono pociąg, dopiłem kawę, wstałem i podniosłem gazetę, pod którą leżały moje herbatniki. Tym, co szczególnie lubię w tej opowieści, jest wrażenie, że gdzieś po Anglii przez ostatnie ćwierć wieku krąży całkowicie przeciętny facet, który ma do opowiedzenia identyczną historię – tyle tylko, że brakuje jej puenty. Douglas Adams - Herbatniki Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 26.06.11, 23:56 ‘Cookies’ by Douglas Adams This actually did happen to a real person, and the real person was me. I had gone to catch a train. This was April 1976, in Cambridge, U.K. I was a bit early for the train. I’d gotten the time of the train wrong. I went to get myself a newspaper to do the crossword, and a cup of coffee and a packet of cookies. I went and sat at a table. I want you to picture the scene. It’s very important that you get this very clear in your mind. Here’s the table, newspaper, cup of coffee, packet of cookies. There’s a guy sitting opposite me, perfectly ordinary-looking guy wearing a business suit, carrying a briefcase. It didn’t look like he was going to do anything weird. What he did was this: he suddenly leaned across, picked up the packet of cookies, tore it open, took one out, and ate it. Now this, I have to say, is the sort of thing the British are very bad at dealing with. There’s nothing in our background, upbringing, or education that teaches you how to deal with someone who in broad daylight has just stolen your cookies. You know what would happen if this had been South Central Los Angeles. There would have very quickly been gunfire, helicopters coming in, CNN, you know. . . But in the end, I did what any red-blooded Englishman would do: I ignored it. And I stared at the newspaper, took a sip of coffee, tried to do a clue in the newspaper, couldn’t do anything, and thought, what am I going to do? In the end I thought, Nothing for it, I’ll just have to go for it, and I tried very hard not to notice the fact that the packet was already mysteriously opened. I took out a cookie for myself. I thought, That settled him. But it hadn’t because a moment or two later he did it again. He took another cookie. Having not mentioned it the first time, it was somehow even harder to raise the subject the second time around. “Excuse me, I couldn’t help but notice . . .” I mean, it doesn’t really work. We went through the whole packet like this. When I say the whole packet, I mean there were only about eight cookies, but it felt like a lifetime. He took one, I took one, he took one, I took one. Finally, when we got to the end, he stood up and walked away. Well, we exchanged meaningful looks, then he walked away, and I breathed a sigh of relief and sat back. A moment or two later the train was coming in, so I tossed back the rest of my coffee, stood up, picked up the newspaper, and underneath the newspaper were my cookies. The thing I like particularly about this story is the sensation that somewhere in England there has been wandering around for the last quarter-century a perfectly ordinary guy who’s had the same exact story, only he doesn’t have the punch line. (from “The Salmon of Doubt: Hitchhiking the Galaxy One Last Time”) Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 27.06.11, 10:23 Odchodzili w dół po schodach podtrzymując się nawzajem niczym dwaj święci, niczym Cyryl i Metody. A ja przecież pamiętałem Rysia z dawnych lat, kiedy byliśmy młodzi. Pamiętam taką szaloną pijacką noc w jakimś dworze pod Warszawą i wspólny nocleg pokotem na słomie. Rysio był wtedy ni to krytykiem, ni to filmologiem i leżał obok, a między nami była pijana dziewczyna, której już potem nigdy nie spotkałem. Leżeliśmy półprzytomni na moim zielonym, brezentowym płaszczu, który rozesłałem usłużnie, dziewczyna pojękiwała przez ciężki pijacki sen, Rysio coś przy niej manipulował posapując chrapliwie z raptownej chuci, więc ona odwróciła się twarzą do mnie, a plecami do Rysia. Czułem teraz jej wilgotny, senny oddech na moim policzku. Rysio nie zrezygnował, nieprzytomny, ale robotny, gmerał coś tam przy niej, szarpał jej odzież, podkładał się pod jej bezwładne ciało dysząc histerycznie. A potem, kiedy już zapadałem w malignę, Rysio widać dopiął swego, bo zaskuczał raptownie, zaszamotał się w skotłowanej słomie. Ona, nieświadoma ekstazy sąsiada, owiewała mnie lekkim, spokojnym oddechem. Dopiero rano, kiedy w kacu zbieraliśmy się wszyscy z tej wiejskiej pościeli, naciągnąłem na grzbiet swój brezentowy płaszcz, machinalnie włożyłem rękę do kieszeni i ze zgrozą przekonałem się, że to moja kieszeń w ciemnościach nocnych stała się ofiarą namiętności Rysia, że moją kieszeń kochał młodzieńczą, zajadłą miłością, może nawet pierwszą miłością. (Mała Apokalipsa) Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 28.06.11, 21:39 Weszliśmy do kina razem z tym psem, co się przybłąkał, i z Tadziem, który dźwigał mój kanister. A tu w hallu wielki jubel, otwarcie wystawy obrazów byłego ministra kultury i członka Komitetu Centralnego. Całe pracowite życie strawił na gnojeniu artystów i ściganiu znędzniałej sztuki, teraz, kiedy przeszedł na rentę, pozazdrościł raptem swoim ofiarom i sam się wziął do malowania. Seans się już zaczął, ale grupki wielbicieli muzy eks-ministra jeszcze się tłoczą wokół jarmarcznych obrazków, a na każdym blejtramie goła panienka z wyretuszowaną pruderyjnie cipką, raz rączki założone za głowę, raz uniesione do góry, raz podtrzymujące wylizany biuścik. I tytuły wykoncypowane podczas bezsennych ministerialnych nocy: "Marzenie", "Przeczucie", "Zew zmysłów". Sam autor krząta się z kieliszeczkiem w dłoni koło swoich gości, lubieżnie zerka na jakieś wymizerowane panienki, które nie dostały się na seans. A ci goście to również byli dostojnicy: generałowie Bezpieczeństwa, sekretarze wojewódzcy, naczelnicy cenzury, wiceministrowie. Oni także weszli już w skład elity artystycznej. Piszą pamiętniki i powieści sensacyjne, uprawiają korzenioplastykę, komponują szlagiery, rzeźbią popiersia zmarłych kolegów. A swoje dzieci, te, co nie chciały kariery politycznej, umieścili w szkołach artystycznych. Reżym ma więc już własną sztukę. Jest samowystarczalny. Sam tworzy rzeczywistość i sam ją odzwierciedla w sztuce. (Mała Apokalipsa) Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 29.06.11, 10:36 - Uwaga! Będzie się rozbierać! - krzyknął człowiek z białą brodą pokazując telewizor. Podeszliśmy bliżej aparatu, dziewczyna przesunęła regler potencjometru, żeby wzmocnić głos. Na dużym ekranie staroświeckiego telewizora widać było prezydium akademii. Pośrodku siedzieli: nasz sekretarz oraz ten radziecki o azjatyckich rysach i trzymali się za ręce. Nad nimi widniała ogromna rzymska liczba XL, pod spodem biegło hasło po polsku i po rosyjsku: "Zbudowaliśmy socjalizm!" Właśnie za plecami prezydium zdążał ku mównicy kolejny prelegent i od razu rozpoznałem w nim znajomego dygnitarza, który mieszkał naprzeciwko mego domu. Szedł niespiesznie ku trybunie ozdobionej gwiazdą, jeszcze nie gwiazdą radziecką, ale już trochę do niej podobną. - Towarzysz Kobiałka - odezwał się podniecony człowiek z tapczanu. - Ja go obserwuję od wielu miesięcy. Zobaczycie, dziś się rozbierze. Sala zjazdowa ucichła i my wstrzymaliśmy oddech. To było straszne fatum, niepojęta zaraza, nieokiełznana epidemia ogarniająca całą partię. Nikt, jak dotychczas, nie umiał jej zapobiec. Wszystkim spędzała sen z powiek, przyspieszała bicie serca i zarazem obezwładniała. Uczestników i obserwatorów. Bezpieczniaków i reakcjonistów. Mój towarzysz Kobiałka doszedł do trybuny trzymając przed sobą, jak alibi, stertę kartek z przemówieniem. Wielkimi, cierpiącymi oczami spojrzał w sufit, a potem przeniósł wzrok na salę i powoli, ledwo dostrzegalnie zaczął rozchylać usta w ohydnym, nieprzyzwoitym, przerażającym uśmiechu. - Nie! Nie! - ktoś krzyknął nieludzkim głosem na zjazdowej sali. Ale towarzysz Kobiałka, jakby powodowany przez nieziemskie siły, zakolebał się przy mównicy i wolno, przeciągając tę czynność, rozdarł maszynopis przemówienia na cztery części i upuścił je niefrasobliwie, a one sfrunęły z agresywnym pośpiechem na pierwsze rzędy delegatów i w tych właśnie rzędach powstał zaraz jakiś dziwny, histeryczny szloch. Towarzysz Kobiałka otworzył usta, chwilę dręczył milczeniem zastygłą w złym przeczuciu salę, a potem odezwał się dźwięcznie i mocno: - Towarzysze zdrajcy! Towarzyszki świnie! W tym momencie wystąpiły gwałtowne zakłócenia. Białe pręgi przecięły ekran, coś zazgrzytało, obraz pojawiał się i znikał, jakby ktoś go chciał wyłączyć i z jakichś powodów nie mógł wyłączyć. Więc towarzysz Kobiałka ukazywał się na krótką chwilę i zaraz znikał. A kiedy się pojawiał, poruszał gwałtownie ustami, ale nic nie było słychać, bo fonia jednak dała się wyłączyć. Więc towarzysz Kobiałka wygłaszał swoje nieme przemówienie, swoją mowę oskarżycielską, do której się szykował przez ćwierćwiecze, swoje credo układane przez wiele nie przespanych nocy, swoją spowiedź wynoszoną w zaschniętym gardle przez wszystkie padoły upokorzeń, więc krzyczał niemym głosem towarzysz Kobiałka, a sala umarła na kilka sekund w nadprzyrodzonym letargu. Wreszcie, jak we śnie, ktoś podniósł się wolno ze strapontena, ktoś inny oderwał się od ściany, jakieś ręce trochę błagalnie, a trochę drapieżnie wyciągnęły się z nieruchomej ściany prezydium i wtedy obraz powrócił do normalnej życiowej prędkości. Towarzysz Kobiałka, ciągle krzycząc bez głosu, zdjął marynarkę i rzucił ją na schody okryte purpurą, rozwiązał krawat, powiesił go na mikrofonie, nie rozpinając guzików, zdarł z siebie białą uroczystą koszulę i na koniec zaczął ściągać spodnie. Ale agenci byli już blisko. On zaplątał się w opadającym przyodziewku, zachwiał się niebezpiecznie, oni dopadli go, chwycili za ręce i nogi, powlekli za plecami prezydium w kulisy. A on szarpał się, wywijał im z rąk, pluł pianą na wszystkie strony, wierzgał nogami, rzucał głową niczym epileptyk i tak zniknął za pąsową kotarą, mignąwszy jeszcze śnieżnymi gałkami z importu radzieckiego. (Mała Apokalipsa) Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 29.06.11, 10:39 Errata jest: gałkami ma być: gatkami Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 30.06.11, 08:31 Mój testament. Moje hojne zapisy dla bliźnich. Beznadziejna epoka w dziejach. Nie, nie epoka. Chwila, sekunda, jakich zdarzyło się wiele. Było życie przed nami, będzie życie po nas. Raz lepsze, raz gorsze. Może jutro lepsze. Wystarczy jeden niedostrzegalny wstrząs, drobne tąpnięcie w misternym wszechświecie psychologii współczesnych, w tym gigantycznym banku zbiorowej wrażliwości. Epidemie złego samopoczucia, powszechnej depresji, totalnej niewiary - nagle przychodzą i nagle znikają jakby zmiecione życiodajnym wiatrem słonecznym. Źle trafiliśmy, nie do tego przedziału w nieskończonym ciągu czasu albo istnienia. Ciało mamy zwierzęce, lecz aspiracje boskie. Hormony przekroczyły bariery postawione im przez biologię, przez prawa świata zwierząt. Hormony nasze produkują enzymy głodów nie do zaspokojenia, marzeń nie do zrealizowania, tęsknot nie do zagłuszenia. I ja w samym gąszczu, z wielką pustą głową, ze wzdętym sercem bez krwi, z rozrzedzoną duszą antymaterii. Zmęczony sobą i swoim czasem. Zmęczony ograniczeniem, niemocą, niepojmowaniem. Ja - przeciętna statystyczna Wielkiego Rachunku. Co zapisać żywym oprócz nie spłaconych długów? Wielkie testamenty intelektualne idą do archiwów nie doczytane do końca. Podniebne apele moralne stają się słowami piosenek. Więc moja czułość chyłkiem pomyka ku tym różnym ofermom, nieudałotom, fajtłapom. Chciałbym szepnąć im na ucho dobrą radę, chciałbym ich skrzepić słowem otuchy, zagrzać do oporu wobec przeznaczenia. Słuchajcie, bracia biedacy. Podejdźcie bliżej i nadstawcie ucha, bo powiem znowu o sprawach wstydliwych, których lepiej żeby nie było, a które przecież są. Chodźcie tutaj, niedorajdy, co się męczycie po nocach z żonami i kochankami. Czytałem wasze listy w rubrykach porad seksuologicznych. Skarżycie się, że małżonki i konkubiny niezadowolone, że narzekają, że wyśmiewają. Pytacie, oblani straszliwym rumieńcem hańby męskiej, jak to przedłużyć, jak nad tym panować, jak doprowadzić do szczęśliwego końca. A chcielibyście, moje szybkie zajączki, błyskawiczne króliki, przynajmniej w nocnej ciszy zaimponować męskością, charakterem, sukcesem? Więc zapytajcie mnie, lubieżnego starca. Nie szukajcie ratunku u seksuologów, którym żony rypią wszyscy koledzy i znajomi. Przede wszystkim doradzam upór i wytrwałość. Nie ma mocnych w tej konkurencji, są tylko wytrwali i pracowici. Trzeba się starać o każdej porze, z rana i po obiedzie, wieczorem i o świtaniu, a los w jakimś momencie sowicie wynagrodzi. Na tym polu, polu właściwie bitewnym, jest tak, że sukces rodzi sukces. Że pierwsze zwycięstwo powoduje łańcuch następnych zwycięstw. Jak w każdej sztuce, i tu obowiązuje adeptów rzetelna pokora. Osobnik skromny, nie liczący na łatwy sukces, przygotowany na doraźne klęski ma więcej szans od typka zadufanego, egocentrycznego, żądnego natychmiastowych laurów. Pokorni i robotni wynieśli na wyżyny trudną sztukę miłości. Pięknym czasem do podejmowania ryzyka jest czas kaca, zmiękczonego już, złagodniałego kaca wieczornego. O tej porze leniwej, podszytej metafizycznym lękiem, wielu przeciętnych z natury zawodników osiągało wielkie wyniki. Wódka jest kapryśna i nieobliczalna. Kac łaskawy, dobroduszny i dopingujący. Ta sztuka różni się od innych tym, że nie toleruje efekciarstwa, pyszałkowatych popisów i zwykłej hucpy. Nie wolno startować dla popisu, żeby się pochwalić czy zaimponować. Jeśli nie musisz, nie zaczynaj. Jeśli możesz uniknąć starcia, unikaj. Tylko pojedynki nieuniknione, którym błogosławią niebiosa, wieńczy powodzenie. Chciałbym tu przytoczyć przepis mojego przyjaciela Zdzisława M. Jest to metoda sprawdzona naukowo i na ogół niezawodna. Otóż Zdzisio udzielił następującej rady swojemu koledze aktorowi, znanemu z pośpiechu w tych rzeczach: "Żeby nad sprawą panować, musisz głowę czymś zająć, myśleć o abstrakcji. Na przykład dobrze jest powtarzać w pamięci jakiś tekst. Tobie, jako aktorowi, przyjdzie to bez trudności. Który tekst, stosunkowo długi, mógłbyś sobie cichcem recytować?" "Może Pana Tadeusza?" - spytał nieśmiało aktor. "Bardzo dobrze - pochwalił Zdzisio. - Dwanaście ksiąg. Dobry dystans". Po tygodniu spotykają się przypadkiem. "No i co" - pyta Zdzisio. "Szło doskonale, ale przy «gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała» wypadło mi słówko, zapomniałem tekstu - rzecze aktor. - No i katastrofa". Ćwiczmy więc przede wszystkim pamięć. (Mała Apokalipsa) Odpowiedz Link Zgłoś
gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 01.07.11, 10:03 Przeleciał po zardzewiałym parapecie deszcz na długich, cienkich nogach. (Mała Apokalipsa) Odpowiedz Link Zgłoś
musz-ka23 Re: Motto na dziś 02.07.11, 09:19 Zimno. Przelatujący wiatr uderzył pięścią o szybę. T. Konwicki, Kalendarz i klepsydra Odpowiedz Link Zgłoś