Motto na dziś

    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 28.02.10, 05:22

      Czerwone banany dojrzewają. Owoce chlebowców pękają. Rozwiązłe muszki bzyczą bezmyślnie w powietrzu nasiąkniętym zapachem owoców.


      ***


      Red bananas ripen. Jackfruits burst. Dissolute bluebottles hum vacuously in the fruity air.


      (A. Roy)
      • musz-ka23 Re: Motto na dziś 28.02.10, 18:12

        Żółta osa bzycząca o szybę niebezpiecznym bzzzz.
        Mrugnięcie okiem nie dowierzającej jaszczurki.

        /A. Roy/

        ;)
    • gdytyjeszczenamucheptapta family values 02.03.10, 16:03

      Lou Reed, Sex With Your Parents (Motherfucker)


      I was thinking of things that I hate to do
      SEX WITH YOUR PARENTS
      Things you do to me or I do to you, baby
      SEX WITH YOUR PARENTS

      Something fatter or uglier than Rush Rambo
      Something more disgusting than Robert Dole
      Something pink that climbs out of a hole
      And there it was - SEX WITH YOUR PARENTS

      I was getting so sick of this right wing republican shit
      These ugly old man scared of young tit and dick
      So I try to think of something that made me sick
      And there it was - SEX WITH YOUR PARENTS

      Now these old fucks can steal all they want
      And they can go and pass laws saying you can't say what you want
      And you can't look at this and you can't look at that
      And you can't smoke this and you can't snort that
      And me baby - I got statistics - I got stats
      These people have been to bed with their parents

      Now I know you're shocked but hang and have a brew
      If you think about it for a minute you know that it's true
      They're ashamed and repelled and they don't know what to do
      They've had sex with their parents
      When they looked into their lovers eyes they saw - mom
      In the name of the family values we must ask whose family
      In the name of the family values we must ask - Senator

      It's has been reported that you have had
      Illegal congress with your mother, - SEX WITH YOUR PARENTS
      ah, Senator
      An illegal congress by proxy is a
      Pigeon by any other name, - SEX WITH YOUR PARENTS

      Senators you polish a turd
      Here in the big city we got a word
      For those who would bed their beloved big bird
      And make a mockery of our freedoms
      Ah, without even using a condom
      Without even saying "no"
      By god we have a name for people like that
      It's - hey motherfucker


      __________________



      Happy Birthday, Lou!





      www.loureed.com/00/index.html
      • Gość: slonikuszatek Re: family values IP: *.internetdsl.tpnet.pl 02.03.13, 20:41
        Witam Wszystkich, chciałbym Was zapytać gdzie kupujecie srebrną biżuterię? Konkretnie chodzi mi o bransoletki. Szukam kolorowych bransoletek, takich jak znalazłam na www.stylowo.biz.pl Jakie sa inne Wasze propozycje?
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 04.03.10, 08:15


      Jenny said when she was just about five years old
      you know my parents are gonna be the death of us all
      Two TV sets and two Cadillac cars
      well you know ain't gonna help me at all
      not just you ....

      Then one fine morning, she turns on a New York station
      she doesn't believe what she hears at all
      Ooohhh, she started dancin' to that fine fine music
      you know her life was saved by rock 'n' roll
      yeah, rock 'n' roll


      (Lou Reed)



      www.youtube.com/watch?v=403hBJcmyMQ
    • musz-ka23 Re: Motto na dziś 04.03.10, 23:29

      Ludzie nieustannie się zmieniają, a wraz z nimi zmieniają się ich
      potrzeby i pragnienia.
      Nie można wylądować na stałe w jednym punkcie o nazwie
      ,,szczęście". Człowiek nie potrafi bowiem skupić uwagi dłużej
      niż mucha domowa. Czy znacie wiele much, które osiągnęły
      wieczne szczęście i siedzą wieczorami w domu?

      /J.Carroll, Szklana zupa/
    • gdytyjeszczenamucheptapta Prawdziwa zdrada 05.03.10, 00:25

      H ma jeszcze trójkę braci, ale nie byli zainteresowani opieką.
      - Odwrócili się ode mnie od razu, gdy było wiadomo, że wózek. Do szpitala nie przychodzili, nie dali grosza na leczenie.


      (z artykułu Bożeny Aksamit "Pół ciasteczka z marihuaną", GW 2010-03-02)




      Prawdziwa zdrada (a nie jakieś tam włożenie na chwilę czegoś tam w coś tam).



      www.youtube.com/watch?v=upWUuByQLxQ

    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 05.03.10, 07:19

      Nie wiem, jak znalazłem się na pryczy. Byłem ledwie żywy. Słońce szumiało mi w
      głowie. Żeby opanować senność, zapaliłem papierosa. Nie smakował mi. Chciałem go
      zgasić i kiedy odruchowo spojrzałem na moją rękę kierującą się w stronę podłogi,
      zobaczyłem, że chciałem go zgasić na głowie leżącego pod pryczą węża.
      Zamarłem. Zdrętwiałem do tego stopnia, że zamiast szybko cofnąć rękę z żarzącym
      się papierosem, trzymałem ją nadal nad głową węża. W końcu jednak zdałem sobie
      sprawę z sytuacji: byłem więźniem śmiercionośnego gada. Wiedziałem jedno: nie ma
      mowy, żeby się ruszyć. Rzuci się i ugryzie. Była to kobra egipska, szarożółta,
      leżała na glinianej podłodze zwinięta w regularny kłębek. Jej jad szybko
      przynosi śmierć, a w naszej sytuacji - bez żadnych leków, w miejscu, z którego
      do szpitala mógł być dzień drogi - byłaby to śmierć niechybna. Być może w tym
      momencie kobra znajdowała się w stanie jakiejś katalepsji (podobno typowy dla
      tych gadów stan bezczucia i letargu), bo nie ruszała się, leżała nieruchomo.
      Boże Święty, co robić? - myślałem gorączkowo, zupełnie już oprzytomniały.
      - Leo - szepnąłem głośno - Leo, wąż!
      Leo był wewnątrz wozu, właśnie wyjmował bagaże. Milczeliśmy, nie wiedząc, jak
      postąpić, a nie było czasu, bo jeśli kobra przebudzi się z katalepsji, zaraz
      rzuci się do ataku. Ponieważ nie mieliśmy żadnej broni, żadnej maczety, nic,
      postanowiliśmy, że Leo zdejmie z wozu jeden kanister i będziemy nim próbowali
      zadusić kobrę. Był to pomysł ryzykowny, ale zaskoczeni tą nieoczekiwaną sytuacją
      nie umieliśmy nic innego wymyślić. Coś trzeba było robić. Nasza bezczynność
      dawała inicjatywę kobrze.
      Mieliśmy ze sobą kanistry z angielskiego demobilu, duże, o mocnych, wystających
      kantach. Leo, który był potężnym mężczyzną, wziął jeden z nich i zaczął skradać
      się do chatki. Kobra nic, leżała nieruchomo. Leo, trzymając za uchwyty kanister,
      uniósł go w górę i czekał. Stojąc tak, obliczał, przymierzał, celował. Leżałem
      nieruchomo na pryczy, napięty, gotowy. I wtedy, nagle, w sekundzie Leo,
      trzymając przed sobą kanister, rzucił się całym ciężarem na węża. W tym momencie
      ja z kolei przygniotłem kolegę swoim ciałem. Były to sekundy, w których ważyło
      się nasze życie - wiedzieliśmy o tym. Ale właściwie pomyśleliśmy o tym później,
      bo w momencie, kiedy kanister, Leo i ja runęliśmy na węża - wnętrze chatki
      zamieniło się w piekło.
      Nigdy nie przypuszczałem, że w jakimś stworzeniu może być tyle siły. Tyle
      strasznej, monstrualnej, kosmicznej siły. Sądziłem, że krawędź kanistra przetnie
      węża łatwo, ale gdzie tam! Szybko uświadomiłem sobie, że mamy pod spodem nie
      węża, ale stalową, rozedrganą, rozwibrowaną sprężynę, której ani złamać, ani
      skruszyć nie sposób. Kobra rzucała się i biła w podłogę z taką rozszalałą
      wściekłością i furią, że wewnątrz lepianki zrobiło się ciemno od kurzu. Biła
      ogonem z taką energią i siłą, że gliniana podłoga kruszyła się i rozpryskiwała,
      oślepiając nas tumanami pyłu. W pewnym momencie pomyślałem ze zgrozą, że nie
      damy rady, że gad wyśliźnie się nam i obolały, ranny, rozjuszony, zacznie nas
      kąsać. Jeszcze mocniej przygniotłem kolegę. Ten pojękiwał, leżąc piersiami na
      kanistrze, nie miał czym oddychać.
      Wreszcie, ale trwało to długo, całą wieczność, uderzenia kobry zaczęły tracić
      impet, wigor, częstotliwość. - Popatrz -odezwał się Leo - krew. - W istocie,
      szczeliną podłogi, przypominającej teraz porozbijane naczynie gliniane, sączyła
      się powoli wąska strużka krwi. Kobra słabła, słabły też drgania kanistra, które
      czuliśmy cały czas i którymi dawała nam znać o swoim bólu i nienawiści, drgania
      trzymające nas w ciągłym przerażeniu i panice. Ale teraz, kiedy było już po
      wszystkim, kiedy stanęliśmy z Leo na nogi, a kurz w lepiance zaczął rzednąć i
      opadać i kiedy spojrzałem znowu na tę wsiąkającą szybko strużkę krwi, zamiast
      zadowolenia i radości, poczułem w sobie pustkę, a nawet więcej - poczułem
      smutek, że to serce, które leżało na samym dnie piekła, w którym przedziwnym
      zbiegiem okoliczności byliśmy jeszcze przed chwilą wszyscy, że to serce
      przestało bić.

      Ryszard Kapuściński, Heban
      • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 06.03.10, 15:48

        Jest gdzieś w "Hebanie" taka scena: Kapuściński i jego towarzysz podróży
        odkrywają w chacie, w której przyszło im nocować, dużego jadowitego węża. Nie
        mam egzemplarza pod ręką, może to była kobra, może coś innego. Z jakiegoś powodu
        muszą tego węża uśmiercić. Jako broni używają kanistra z benzyną. Przyciskają
        nim gada i próbują go zmiażdżyć. Obaj leżą na kanistrze i usiłują zimnokrwiste
        bydlę rozetrzeć na miazgę. Wąż nie daje za wygraną, czują, jak wciąż się pręży i
        próbuje uwolnić. Chwilami dźwiga i blaszany pojemnik, i dwa ludzkie ciała i
        jeszcze chwila, a wyrwie się i zaatakuje.

        Dla mnie ta scena, te kilkanaście zdań, to jest najlepsza rzecz, jaką
        Kapuściński napisał. Myślę "Kapuściński" i widzę walkę z wężem. Nie dbam o to,
        czy wszystko wymyślił, czy tak było w istocie. Może i nie było. Wszak pomysł, by
        wejść w bezpośrednie zwarcie z czymś jadowitym jak diabli i szybkim jak
        błyskawica, jest pomysłem co najmniej ryzykownym. Ale obraz skręcającego się
        gadziego ciała, które potrafi unieść w walce dwóch dorosłych mężczyzn jest
        absolutnym zwycięstwem literatury. W wyobraźni szukam odgłosów, jakie mogły
        wydawać suche łuski trące o blachę kanistra.

        Andrzej Stasiuk
      • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 10.04.10, 09:49

        No sé cómo, acabé tumbado en un camastro. Apenas me sentía vivo. El sol zumbaba
        en mi cabeza. Encendí un cigarrillo para vencer el sueño. No me gustó su sabor.
        Quería apagarlo y cuando mecánicamente seguí con la vista mi mano dirigiéndose
        hacia el suelo, vi que estaba a punto de apagarlo en la cabeza de una serpiente
        que se había aposentado debajo del camastro.
        Me quedé helado. Petrificado hasta tal punto que, en lugar de retirar a toda
        prisa la mano con el cigarrillo humeante, la seguía sosteniendo encima de la
        cabeza del bicho. Al final, sin embargo, me di cuenta de la situación: un
        mortífero reptil me había hecho su prisionero. Tenía presente una cosa: ni un
        solo movimiento, ni el más leve. Podría saltar y pegarme un mordisco. Era una
        cobra egipcia, de color gris y amarillo, y aparecía perfectamente enroscada
        sobre el suelo de arcilla. Su veneno no tarda en causar la
        muerte, y en nuestra situación -sin medicinas y en un lugar que podía hallarse a
        un día de camino del hospital más próximo- esa muerte habría sido inevitable. A
        lo mejor en aquel momento la cobra se encontraba en un estado cataléptico (dicen
        que el estado de insensibilidad y letargo es típico de estos reptiles), pues no
        se movía ni un ápice. «¡Dios santo!, ¿qué hacer», pensé febrilmente, ya del todo
        consciente.
        —Leo —susurré lo más alto posible—, Leo, ¡una serpiente!
        Leo estaba en el coche, en aquel momento sacaba el equipaje. Nos quedamos mudos,
        sin saber qué hacer, y no había tiempo que perder: no ignorábamos que la cobra,
        cuando se despierta de su catalepsia, enseguida se lanza al ataque. Puesto que
        no llevábamos ningún arma, ni siquiera un machete, nada, decidimos que Leo
        bajaría del coche un bidón con gasolina y que con él intentaríamos aplastar la
        cobra. Era una idea arriesgada pero, sorprendidos por una situación tan
        nesperada, no se nos ocurrió nada mejor. Algo teníamos que hacer. El no actuar
        por nuestra parte habría dado la iniciativa a la cobra.
        Nuestros bidones, procedentes del desmantelamiento inglés, eran grandes y
        estaban provistos de unos bordes poderosos y afilados. Leo, que era un hombre
        muy fuerte, cogió uno de ellos y, en silencio,
        empezó a caminar hacia la casa. La cobra no reaccionó; seguía inmóvil. Leo,
        sosteniendo el bidón por las asas, lo levantó y pareció quedarse a la
        expectativa. Mientras permanecía en aquella actitud de espera, hacía cálculos,
        tomaba medidas y fijaba el objetivo. Yo, tenso y preparado, seguía en el
        camastro sin mover
        un solo músculo. De repente, en una fracción de segundo, Leo se lanzó con todo
        su peso, y el del bidón, sobre la serpiente. Yo, a mi vez, en ese mismo instante
        me tiré sobre el cuerpo de mi compañero. Eran unos segundos en que se decidía
        nuestra vida; lo sabíamos. Aunque en realidad pensamos en ello más tarde, pues
        en el momento en que el bidón, Leo y yo nos abalanzamos sobre la serpiente, el
        interior de la choza se convirtió en un infierno.
        Nunca hubiera pensado que un animal pudiera poseer tanta fuerza. Una fuerza
        terrible, monstruosa y cósmica. Había creído que el borde del bidón cortaría el
        cuerpo del reptil sin ninguna dificultad, pero ¡qué
        va! No tardé en darme cuenta de que teníamos debajo de nosotros no una serpiente
        sino un muelle de acero que temblaba y vibraba, y que no había manera de doblar
        ni de romper. Enfurecida, la cobra pegaba
        unos golpes tan violentos contra el suelo que, al llenarse de polvo, la choza se
        volvió oscura. Agitaba la cola con tanta energía y fuerza que el suelo de barro
        se desmigajaba y los añicos, que volaban por los aires en todas direcciones, nos
        cegaban con densas nubes de polvo. En un momento pensé, aterrorizado, que no
        podríamos con ella, que se nos escabulliría y que, adolorida, herida y furiosa,
        empezaría a mordernos. Aplasté con más fuerza a mi compañero. Éste, con el pecho
        pegado al bidón y sin poder respirar, sólo emitía suaves gemidos.
        Finalmente -aunque la cosa duró un rato muy largo: toda una eternidad-, los
        golpes de la cobra empezaron a perder su ímpetu, vigor y frecuencia. «Mira»,
        dijo Leo, «sangre.» En efecto, por una grieta del suelo, que ahora recordaba un
        recipiente de barro roto, se deslizaba despacio un reguero de sangre. La cobra
        estaba cada vez más débil, como también más débiles se habían vuelto las
        sacudidas del bidón que no dejamos de percibir ni por un momento y con los que
        ella nos hacía saber de su dolor y odio, unas sacudidas que nos tenían sumidos
        en constante estado de pavor y pánico. Pero entonces, cuando todo hubo
        terminado, cuando Leo y yo nos pusimos de pie y el polvo de la choza había
        empezado a bajar y se volvía cada vez más ralo, cuando miré hacia aquel reguero
        de sangre que desaparecía de prisa absorbido por el barro, en lugar de
        satisfacción y alegría sentí que me invadía una sensación de vacío, más aún, de
        tristeza, por aquel corazón que yacía en el mismo fondo del infierno, ese
        infierno que por una extraña serie de casualidades habíamos compartido todos
        hacía tan sólo unos instantes, porque aquel corazón había dejado de latir.

        (Ébano)
        • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 10.04.10, 09:54

          I don't know how I found myself on one of the bunks. I was half dead. My head
          was pounding from the sun. To overcome drowsiness, I lit a cigarette. It didn't
          taste good. I wanted to put it out, and when I looked at my hand, which was
          reaching instinctively for the ground, I saw that I was about to extinguish the
          cigarette on the head of a snake lying under the bed.
          I froze. Froze to such a degree that instead of quickly pulling back my hand, I
          left it suspended, cigarette burning, over the snake's head. Slowly, the reality
          of my position dawned on me: I was the prisoner of a deadly reptile. I knew one
          thing for certain: I could not move a muscle, because then the snake would
          attack. It was an Egyptian cobra, yellowish gray, neatly coiled on the floor.
          Its venom brings death quickly, and in our situtation—with no medicines, and the
          nearest hospital probably a day's driving away—death would be inevitable. It was
          possible that at that very moment the cobra was in a state of light catalepsy (a
          condition of numbness and lethargy apparently typical of these reptiles),
          because it did not stir. My God, what should I do? I thought feverishly, by now
          completely wide awake.
          „Leo,” I whispered loudly. „Leo, a snake!”
          Leo had been in the car, getting our luggage out. We stared at each other
          silently, not knowing how to proceed. Yet time was running out: Were the cobra
          to awaken, it would probably attack instantly. Because we had no weapons of any
          kind, not even a machete, we decided that Leo would get a metal canister from
          the car and with it we would try to crush the cobra. It was a risky plan, but it
          was all we could come up with. We had to do something. Our inaction was giving
          the snake an advantage. The canisters, from old British army supplies, were
          large, with sharp, protruding edges. Leo, who was a powerful man, grabbed one
          and started to creep toward the hut. The cobra was still just lying there,
          motionless. Leo, grasping the canister by its handles, lifted it up and waited.
          He was calculating, positioning himself, aiming. I lay still as stone on the
          bunk, tense, ready. And then suddenly, in a split second, Leo, holding the
          canister before him, threw his entire weight upon the snake. At which moment I
          too fell with my whole body on top of him. In these seconds, our lives hung in
          the balance—we knew this. Actually, we only thought of it later, for the instant
          the canister, Leo, and I came down on top of the snake, the interior of the hut
          exploded.
          I never suspected there could be so much power within a single creature. Such
          terrifying, monstrous, cosmic power. I had assumed that the canister's edge
          would easily cut through the snake—nothing of the kind! I now saw we had beneath
          us not a snake, but a throbbing, vibrating steel spring, impossible to either
          break or crush. The cobra was thrashing and pounding the ground with such
          demented fury that the hut's interior grew dark from the dust. Under the
          powerful blows of its tail, the clay floor was crumbling and scattering,
          blinding us with clouds of debris. At one point it suddenly occurred to me with
          horror that we wouldn't manage, that the reptile would slip out from under us
          and, in pain, wounded, enraged, would start to bite us. I pressed down even
          harder on my friend. He was groaning, his chest crushed against the canister,
          unable to breathe. Finally, but this took a long time, an eternity, the cobra's
          blows started to lose their impetus, vigor, frequency. „Look,” Leo said.
          „Blood.” Indeed, into a crevice along the floor, which now resembled a shattered
          clay dish, a narrow trickle of blood was slowly seeping. The cobra was
          weakening, and the vibrations of the canister, which we felt the whole time and
          by means of which the snake signaled us about her pain and her hatred,
          vibrations that terrified and panicked us, were also diminishing. But now, when
          it was all over, when Leo and I rose and the dust began to settle and thin out
          and I gazed down again at the narrow ribbon of blood being quickly absorbed,
          instead of satisfaction and joy I felt an emptiness inside, and something else
          as well: I felt sad that that heart, which inhabited the very pit of hell we had
          all shared through a bizarre coincidence only a moment ago, that that heart had
          stopped beating.

          (The Shadow of the Sun, My African Life)
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 06.03.10, 15:42

      Formalnie, ale tylko formalnie, kolonializm panuje w Afryce od czasu konferencji w Berlinie (1883-85), na której kilka państw Europy (głównie Anglia i Francja, a także Belgia, Niemcy i Portugalia) podzieliło między siebie cały kontynent - aż do czasu wyzwolenia się Afryki w drugiej połowie XX wieku. Faktycznie jednak penetracja kolonialna zaczęła się znacznie wcześniej, bo już w XV wieku, i rozkwitała przez następnych pięćset lat. Najbardziej haniebną i brutalną fazą tego podboju był trwający ponad trzysta lat handel niewolnikami afrykańskimi. Trzysta lat obław, łapanek, pościgów i zasadzek, organizowanych, często z pomocą afrykańskich i arabskich wspólników, przez białych ludzi. Miliony młodych Afrykanów zostało wywiezionych - w koszmarnych warunkach, upychani w lukach statków -za Atlantyk, aby tam w pocie czoła budować bogactwo i potęgę Nowego Świata.
      Afryka - prześladowana i bezbronna - została wyludniona, zniszczona, zrujnowana. Opustoszały całe połacie kontynentu, jałowy busz zarósł kwitnące i słoneczne krainy. Ale najbardziej bolesne i trwałe ślady pozostawiła ta epoka w pamięci i świadomości Afrykanów: wieki pogardy, upokorzenia i cierpień wytworzyły w nich kompleks niższości i gdzieś w głębi serca osadzone poczucie krzywdy.
      W momencie kiedy wybucha II wojna światowa, kolonializm przeżywa apogeum. Jednakże przebieg tej wojny, jej symboliczna wymowa w rzeczywistości zapoczątkowały klęskę i koniec tego systemu.
      Jak i dlaczego tak się stało? Wiele wyjaśni krótka wyprawa do mrocznej krainy myślenia w kategoriach rasy. Otóż centralnym tematem, esencją, rdzeniem stosunków między Europejczykami i Afrykanami, główną formą, jaką te stosunki przybierają w epoce kolonialnej, jest różnica ras, koloru skóry. Wszystko, każda relacja, zależność, konflikt przekłada się na język pojęć: Biały - Czarny; przy czym, oczywiście, Biały jest lepszy, wyższy, silniejszy niż Czarny. Biały to - sir, master, sahib, bwana kubwa, niekwestionowany pan i władca, zesłany przez Boga, aby rządził Czarnymi. Wpajano Afrykaninowi, że Biały jest nietykalny, niezwyciężony, że Biali stanowią jednolitą, zwartą siłę. To była ideologia podpierająca system kolonialnej dominacji, ideologia, która gruntowała przekonanie, że wszelkie jego kwestionowanie czy kontestacja nie mają żadnego sensu.
      I nagle Afrykanie, których werbowano do armii brytyjskiej i francuskiej, widzą, że w tej wojnie, w której uczestniczą w Europie, Biały bije Białego, że strzelają do siebie, że jedni drugim burzą miasta. Jest to rewelacja, zaskoczenie, szok. Żołnierze afrykańscy w armii francuskiej widzą, że ich władczyni kolonialna - Francja - jest pokonana i podbita. Żołnierze afrykańscy w armii brytyjskiej widzą, jak stolica imperium - Londyn -jest bombardowana, widzą Białych ogarniętych paniką, Białych, którzy uciekają, o coś proszą, płaczą. Widzą Białych obdartych, głodnych, wołających o chleb. A w miarę, jak posuwają się na wschód Europy i razem z białymi Anglikami biją białych Niemców, napotykają to tu, to tam kolumny odzianych w pasiaki białych ludzi, ludzi-szkielety, ludzi-strzępy.
      Wstrząs, jakiego doznawał Afrykanin, kiedy obrazy wojny Białych przesuwały się przed jego oczyma, był tym silniejszy, że mieszkańcom Afryki (poza małymi wyjątkami, a w wypadku np. Konga belgijskiego - bez wyjątku) nie wolno było do Europy, czy w ogóle poza ich kontynent, jeździć. O życiu Białych mogli sądzić tylko na podstawie luksusowych warunków, jakie mieli Biali w koloniach.
      Jeszcze i to: mieszkaniec Afryki, w połowie XX wieku, nie ma żadnych źródeł informacji poza tym, co powie mu sąsiad albo szef wioski czy kolonialny administrator. Wie on więc o świecie tyle, co sam zobaczy w najbliższej okolicy albo co usłyszy od innych w czasie wieczornej pogwarki przy ognisku.

      (Heban)
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 07.03.10, 09:42

      Handel niewolnikami: trwa czterysta lat, zaczyna się w połowie XV wieku, a kończy? Oficjalnie - w drugiej połowie XIX wieku, ale bywa też, że później, np. w Nigerii Północnej dopiero w 1936 roku. Ten handel zajmuje centralne miejsce w dziejach Afryki. Miliony (różnie liczą: 15-30 milionów ludzi) porwano i wywieziono w strasznych warunkach za Atlantyk. Szacują, że w czasie takiej podróży (trwała ona dwa—trzy miesiące) wymierała z głodu, duchoty i pragnienia blisko połowa niewolników, czasem ginęli na statku wszyscy. Ci, co przeżyli, pracowali później na plantacjach trzciny cukrowej i bawełny w Brazylii, na Karaibach, w Stanach Zjednoczonych, budując bogactwo tamtej półkuli. Handlarze niewolników (głównie Portugalczycy, Holendrzy, Anglicy, Francuzi, Amerykanie, Arabowie i ich afrykańscy wspólnicy) wyludnili kontynent i skazali go na apatyczną wegetację: jeszcze w naszych czasach duże połacie tego lądu były opustoszałe i zamienione w pustynię. Afryka do dziś nie podniosła się z tego nieszczęścia, z tego koszmaru.
      Ale handel niewolnikami miał także swoje zgubne skutki psychologiczne. Zatruł wśród mieszkańców Afryki stosunki międzyludzkie, rozkrzewił nienawiść, rozmnożył wojny. Silniejsi starali się obezwładnić słabszych i sprzedać ich na targu, królowie handlowali poddanymi, zwycięzcy -jeńcami, sądy - skazanymi.
      A także handel ów zostawił w psychice Afrykanina skazę może najgłębszą i boleśnie trwałą- kompleks niższości: ja, Czarny, to znaczy ten, którego Biały handlarz, okupant, oprawca może porwać z domu lub z pola, zakuć w dyby, zagnać na statek, wystawić na sprzedaż, potem pędzić batogiem do upiornej harówki.
      Ideologią handlarzy niewolników był pogląd, że Czarny to nie-człowiek, że ludzkość dzieli się na ludzi i podludzi i że z tymi ostatnimi można zrobić, co się chce, najlepiej - wykorzystać ich pracę, a potem unicestwić. W notatkach i zapiskach tych handlarzy wyłożona jest (co prawda w prymitywnej formie) cała późniejsza ideologia rasizmu i totalitaryzmu, z jej tezą-rdzeniem, że Inny - to wróg, więcej - to nie-człowiek. Cała ta filozofia obsesyjnej pogardy i nienawiści, podłości i zdziczenia, nim zainspirowała budowę Kołymy i Oświęcimia, została wieki wcześniej sformułowana i zapisana przez kapitanów „Marthy" i „Progresso", „Mary Ann" czy „Rainbow" w ich kabinach, kiedy patrząc przez okno na lasy palmowe i rozgrzane plaże, czekali w swoich statkach, uczepionych wysp Sherbro, Kwale czy Zanzibar, na załadunek kolejnej partii czarnych niewolników.
      W tym handlu, właściwie planetarnym, bo brały w nim udział Europa, obie Ameryki, wiele krajów Bliskiego Wschodu i Azji - Zanzibar jest smutną, czarną gwiazdą, ponurym adresem, przeklętą wyspą. W jej stronę ciągną latami, ba, wiekami, karawany niewolników świeżo pojmanych we wnętrzu kontynentu, w Kongu i Malawi, w Zambii, Ugandzie i Sudanie. Często powiązani sznurami, żeby nie zbiegli, służą zarazem jako tragarze - niosą do portu, na statki cenny towar - tony kości słoniowej, oleju palmowego, skór dzikich zwierząt, drogich kamieni, hebanu.
      Przewiezieni łodziami z lądu na wyspę są wystawiani na targu - na sprzedaż. Targ nazywa się Mkunazini i jest to położony niedaleko mojego hotelu plac, na którym stoi dziś katedra anglikańska. Ceny - różne: od jednego dolara za dziecko, do dwunastu - za młodą, piękną dziewczynę. Dość drogo, skoro w Senegambii Portugalczycy dostawali za jednego konia - dwunastu niewolników.
      Najzdrowszych i najsilniejszych pędzą następnie z Mkunazini do portu: to blisko, kilkaset metrów. Stąd, na statkach specjalnie przeznaczonych do przewozu niewolników, popłyną albo do Ameryki, albo na Bliski Wschód. Ciężko chorych, za których nikt nie chciał dać nawet kilku centów, kiedy kończy się ruch na targu - wyrzucają na kamienisty brzeg: tu zjadają ich grasujące stadami dzikie psy. Natomiast ci, którym uda się z czasem wyzdrowieć i nabrać sił, zostaną na Zanzibarze i jako niewolnicy będą pracować u Arabów - właścicieli wielkich plantacji drzew goździkowych i palm kokosowych. Wielu wnuków tych niewolników weźmie udział w rewolucji.

      (Heban)
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 07.03.10, 11:16

      ...gdzie chrześcijaństwo i islam jeszcze nie zadomowiły się na dobre, bogactwo imion nadawanych ludziom było nieskończone. W tym wyrażała się poezja dorosłych, którzy nadawali swoim dzieciom imiona w rodzaju Rześki Poranek (jeżeli urodziło się o świcie) lub Cień Akacjowa (jeżeli przyszło na świat pod drzewem akacji). W społeczeństwach, które nie znały pisma, utrwalano za pomocą imion ważniejsze wydarzenia z dawnej lub aktualnej historii. Jeżeli dziecko urodziło się, kiedy Tanganika uzyskała niepodległość, nazywano je Niepodległość (w języku swahili - Uhuru).

      (Heban)



      www.youtube.com/watch?v=5CwHsEF2Tuc
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 07.03.10, 11:19

      Często widzimy dwóch (albo więcej) ludzi stojących na ulicy i zanoszących się
      śmiechem. Nie oznacza to, że opowiadają sobie dowcipy. Oni się po prostu witają.
      Natomiast jeżeli śmiechy zamilkną- to albo zakończył się akt powitania i można
      przejść do meritum rozmowy, albo, zwyczajnie, spotykający się ucichli, żeby
      zmęczonym trzewiom dać przez chwilę odpocząć.

      (Heban)

    • musz-ka23 Re: Motto na dziś 07.03.10, 16:32

      Moją pierwszą podróż odbyłem do Indii, Pakistanu
      i Afganistanu w 1956 roku, a więc już od ponad
      czterdziestu lat podróżuję do tych krajów. Mieszkałem
      w nich bez przerwy przez ponad dwadzieścia lat - nie
      można przecież poznać innych cywilizacji i kultur przy
      okazji trzydniowej lub tygodniowej wizyty. Kiedy zacząłem pisać
      o tych miejscach, gdzie większość ludzi
      żyje w nędzy, zdałem sobie sprawę, że to jest właśnie
      ten temat, któremu chcę się poświęcić. Pisałem również
      z powodów etycznych, między innymi dlatego, że ubodzy
      na ogół są cisi. Nędza nie płacze, nędza nie ma głosu.
      Nędza cierpi, ale cierpi w milczeniu. Nędza się nie
      buntuje. Z buntem biedaków spotkacie się tylko wtedy,
      gdy żywią oni jakieś nadzieje - buntują się, kiedy
      wierzą, że uda się coś poprawić. Na ogół się mylą, lecz
      tylko nadzieja jest w stanie poderwać ludzi do działania.
      A główną cechą świata, w którym od zawsze panuje
      nędza, jest brak nadziei. Jeśli jesteś biednym rolnikiem
      w jakiejś zagubionej hinduskiej wiosce, wówczas nie ma
      dla ciebie nadziei. Ludzie wiedzą to doskonale.
      Wiedzą od niepamiętnych czasów.
      Ci ludzie nigdy się nie zbuntują, więc potrzebują kogoś,
      kto za nich przemówi. To jeden z obowiązków moralnych,
      jakie spoczywają na tych, którzy piszą o tej nieszczęśliwej
      części rodziny ludzkiej. Bo oni są naszymi braćmi
      i siostrami. Lecz, na nieszczęście, są braćmi i siostrami, którzy żyją w nędzy.
      Którzy nie mają głosu.

      /R. Kapuściński, Autoportret reportera/
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 08.03.10, 19:05

      Brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki, caaaaaałooowaaaałbyyyymm!



      ______


      Pozdrowienia z BydLądka zasyłają Wódek z Wyd-muszką :P
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 15.03.10, 18:28

      Ludzie Północy. Czy pomyśleliśmy, że ludzie Północy stanowią na naszej planecie wyraźną mniejszość? Kanadyjczycy i Polacy, Litwini i Skandynawowie, część Amerykanów i Niemców, Rosjanie i Szkoci, Lapończycy i Eskimosi, Ewenkowie i Jakuci - lista nie jest tak bardzo długa. Nie wiem, czy obejmuje ona w sumie więcej niż pięćset milionów ludzi: mniej niż dziesięć procent mieszkańców globu. Natomiast ogromna większość żyje w cieple, całe życie grzeje się w słońcu. Zresztą człowiek narodził się w słońcu, jego najstarsze ślady znaleziono w ciepłych krajach. Jaki klimat panował w biblijnym raju? Panowało wieczne ciepło, wręcz upał, tak że Ewa i Adam mogli chodzić nago i nawet w cieniu drzewa nie czuli, żeby było im chłodno.

      (Heban)
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 16.03.10, 08:01

      Poszliśmy na spacer. Zaraz jednak spacer okazał się dość kłopotliwy. Bo tu na
      widok idącego mężczyzny kobiety usuwają się z drogi i klękają. Klęcząc na obu
      kolanach, czekają, aż on nadejdzie. Zwyczaj nakazuje, aby je pozdrowił. One,
      odpowiadając, pytają — co mają dla niego uczynić? Jeżeli powie, że nic,
      poczekają, aż odejdzie, wstaną i pójdą w swoją stronę. Siedzieliśmy później z
      Cuthbertem na ławce przed jego domem i sceny powtórzyły się: przechodzące
      kobiety podchodziły do nas, klękały i w milczeniu czekały. Bywało, że mój
      gospodarz zajęty rozmową nie zwracał na nie uwagi. Nie poruszone klęczały nadal.
      Wreszcie pozdrawiał je i życzył dobrej drogi, wtedy wstawały i bez słowa
      odchodziły. Mimo że był już wieczór, ciągle panowało gorąco, w powietrzu wisiała
      jakaś duszna, rozgrzana ociężałość. Ukryte w głębokich zakamarkach nocy
      natarczywie i donośnie grały świerszcze.

      (Heban)


    • musz-ka23 Re: Motto na dziś 16.03.10, 23:48

      Każdy ma swoją własną mapę świata. Inną mapę ma
      dziecko, inną dorosły. Inną ma Tybetańczyk, który nigdy
      nie opuścił swoich gór, a inną mieszkaniec Manhattanu
      zamknięty w kanionach swojego miasta. Stąd częste trud-
      ności w porozumiewaniu się, gdyż mówiąc o świecie mamy
      przed oczyma różne jego mapy, obrazy, wizje.

      /R. Kapuściński, Lapidarium II/
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 17.03.10, 01:04

      Istnieje pewna jedność świata, wspólne mechanizmy, zachowania, postawy
      niezależne od różnic obyczajowych, koloru skóry, języka. Kiedy opisuję jeden
      model, to tak, jakbym mówił o wszystkich podobnych. Czytelnicy w różnych krajach
      dopasowują się do tej modelowej sytuacji. Moje książki nie były wydawane w
      Związku Radzieckim. W Maroku Cesarz jest zakazany, chociaż nigdy mi nie
      przyszło do głowy pisać o Hasanie. Gdy piszę, że na ulicy w Lagos walają się
      pijacy, to słyszę, że u nas w Siemiatyczach też pijacy się przewracają. Będąc w
      Lagos, nie myślałem o Siemiatyczach.



      R. Kapuściński, Autoportret reportera
      • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 17.03.10, 01:09

        Interesują mnie sprawy, które - jak mi się wydaje - mają walor uniwersalny. Dopiero potem czytelnicy czy krytycy mówią: aha, to jest o tym, a tamto o tamtym.

        (Autoportret reportera)
        • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 17.03.10, 01:12

          Cały humanizm naszego pisania leży właśnie w wysiłku przekazywania prawdziwego
          obrazu świata, a nie kolekcji stereotypów - jest to jednym z zadań literatury,
          sztuki, kultury w ogóle.

          (Autoportret reportera)
    • musz-ka23 Re: Motto na dziś 18.03.10, 12:06


      Zło zła polega na tym, że zło absorbuje siły dobra: do-
      bro musi koncentrować się na zwalczaniu zła, w tej walce
      zużywa swoją energię i nie może pójść dalej, rozwinąć
      skrzydeł do samodzielnego lotu, stać się twórcze, pomna-
      żać najlepsze wartości. Stąd zapobieganie złu jest takie
      ważne - pozwala oszczędzać energię dobra.

      /Lapidarium/
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 19.03.10, 19:35

      Panuje zresztą straszny upał i nie da się długo chodzić: nie ma czym oddychać,
      nogi słabną, cała koszula mokra. Właściwie po godzinie takiej włóczęgi ma się
      wszystkiego dosyć. Pozostaje tylko jedno pragnienie: gdzieś usiąść, koniecznie
      usiąść w cieniu, najlepiej pod wiatrakiem. W takich chwilach myśli się: czy
      mieszkańcy Północy wiedzą, jakim skarbem jest to szare, zgrzebne, wiecznie
      zachmurzone niebo, które ma jednak wielką, cudowną zaletę - nie ma na nim słońca?

      (Heban)
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 20.03.10, 16:56

      Jestem wielkim zwolennikiem cytatów i myślę, że wart uwagi jest pogląd Waltera Benjamina, iż księga cytatów byłaby najdoskonalszą książką. Kiedy zgłębiamy jakąś dziedzinę wiedzy, dostrzegamy, że została już na jej temat napisana masa książek. W każdej książce jest co najmniej jedna fascynująca myśl. Normalny czytelnik nie będzie do tej myśli docierał, bo tych książek nie przeczyta. Uważam, że obowiązkiem człowieka, który poświęcił się jakiejś dziedzinie, jest wynajdywanie tych pereł. Normalnie są one zagubione gdzieś w masie trzystu stron druku, a wydobyte - odżywają, nabierają blasku.

      (Autoportret reportera)




      kapuscinski.info/index.php5
    • musz-ka23 Re: Motto na dziś 21.03.10, 07:52

      Ryszard Kapuściński - Śnieg

      idąc słyszysz śpiew butów
      nagły promień słońca
      który umknął chmurom
      przemienia się w ptaka



      en.wikipedia.org/wiki/World_Poetry_Day
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 22.03.10, 09:27

      Starszy pan
      podnosi do góry
      zaśliniony palec

      bada
      skąd wieje

      następnie
      ustawia się zgodnie z kierunkiem wiatru
      i odlatuje

      niewysoko
      niedaleko


      (R. Kapuściński)
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 22.03.10, 09:43

      Codziennie zaczynam pisać od nowa. To jest katorga. W sensie dosłownym, bo po napisaniu jednej strony mogę wyżymać koszulę z potu. Codziennie czuję się jak debiutant. Książka, która została już wydana, przestaje być moją książką. Wszystko trzeba zaczynać od początku. To, co dotąd napisałem, wcale nie pomaga, raczej ciąży.


      Piszę ręcznie, podobnie jak większość moich kolegów. Moim zdaniem, rytm prozy wymaga ręcznego pisania. Wydaje mi się mało prawdopodobne, żeby porządną prozę można było napisać na komputerze.


      Staram się pisać codziennie. Jeśli uda mi się jednego dnia napisać stronę, uważam, że to był dobry dzień. Najczęściej zapisuję ćwierć lub połowę stronicy. A często bywa, że nie napiszę nic. Pożegnałem się kiedyś z moim przyjacielem profesorem Andrzejem Garlickim, mówiąc: „Spieszę się, bo muszę pisać". „Ty, pisać? - zdziwił się. - Przecież ty już wszystko napisałeś".
      Jeżeli nie wyłączę telefonu, nie mogę pracować. Dostaję wiele telefonów z propozycjami. Żeby przyjechać do Tokio, Strasburga, Bydgoszczy. Przyjmuję tylko nikły procent zaproszeń. Do tego dostaję tysiące listownych próśb o rekomendacje, napisanie wstępu, zrecenzowanie tego, co inni napisali. Wstyd się przyznać, ale dawno nie byłem w kinie, teatrze, na koncercie. Wstaję około szóstej i nie wiem, za co się brać. Jestem niewolnikiem swojej sytuacji.

      (Autoportret reportera)
    • musz-ka23 Re: Motto na dziś 22.03.10, 23:43


      ZAPIS PEWNEJ IDEI

      O tak
      trwało długo
      zanim nauczyłem się myśleć o człowieku
      jako o człowieku
      zanim odkryłem ten sposób myślenia
      nim poszedłem tą drogą
      w tym zbawczym kierunku
      i mówiąc o człowieku albo rozmyślając o nim
      przestałem zadawać pytania
      czy jest biały czy czarny
      anarchista czy monarchista
      czciciel mody czy stęchlizny
      swój czy obcy
      a zacząłem pytać
      co w nim jest z człowieka

      i czy jest

      a także pytałem czy być człowiekiem to coś oczywistego
      co dzieje się samo przez się czy też trzeba ciągle do tego
      zmierzać nakłaniać się stale wzbudzać w sobie chęć
      bycia człowiekiem

      i odtąd zacząłem szukać go
      w jego odrębności
      w jego wyłączności
      chciałem się zbliżyć
      przede wszystkim zbliżyć się do niego w sobie
      wewnątrz siebie samego
      pragnąłem aby we mnie istniał
      bez nalepek oznak chorągiewek
      bez tomahawka
      bez pióropusza

      żeby odrzucił blaszaną trąbkę

      /R. Kapuściński/
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 23.03.10, 08:08

      Jak pan mówi, że to jest Putin z Miedwiediewem, to ja naprawdę uważam... To jak bym powiedziała, że pańska koncepcja prezydentury, to jest Afryka.

      (Hanna Gronkiewicz-Waltz do Andrzeja Olechowskiego)



      www.tvp.pl/publicystyka/polityka/tomasz-lis-na-zywo/wideo/bronislaw-komorowski-hanna-gronkiewiczwaltz-i-andrzej-olechowski-22032010/1407975



      ***



      Afryka jest co prawda biedna, ale jest to normalny świat. Jest tam oczywiście kilka tragicznych punktów, w których dzieją się straszne rzeczy. Media na tym się koncentrują, kreując w ten sposób nieprawdziwy obraz całego kontynentu.


      (Autoportret reportera)
    • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 23.03.10, 08:15

      Wielkie centra medialne traktują informację jako towar, a nie jako nośnik
      prawdy. W wyniku tego obraz Trzeciego Świata jest bardzo zniekształcony: albo
      zupełnie pomija się kraje tamtego obszaru, albo - co jest taktyką znacznie
      bardziej szkodliwą - przedstawia się je w najczarniejszych barwach. I tak
      otrzymujemy informacje z piekła rodem: w Bangladeszu są tylko powodzie; w
      Afganistanie nieustannie niszczy się buddyjskie stupy; w Rwandzie mają miejsce
      ciągłe masakry ludności; w Pakistanie trwa bezkarny handel narkotykami itd.
      Odbiorca spreparowanych w ten sposób informacji ulega złudzeniu,
      że żyje w doskonałym świecie, nowej utopii, którą otaczają zewsząd wrogie jej
      siły. Trzeci Świat staje się dla niego źródłem zagrożeń. Tworzy się u niego
      odruch obronny: „Muszę się odgrodzić od tego zbrodniczego świata - myśli - po co
      mam pomagać czy płacić tym bandytom? Niech ci ludzie wezmą się wreszcie do
      roboty, niech założą spółki, podłączą się do Internetu, kupią telefony
      komórkowe, niech wreszcie przestaną walczyć ze sobą i angażować się w podejrzane
      interesy". Tutaj trafiamy na kolejne złudzenie: postęp techniczny nie prowadzi w
      sposób automatyczny ani do dobrobytu (co ludziom po Internecie, jeśli nie mają
      prądu?), ani do wprowadzenia zachodnich rozwiązań. Modernizacja może służyć
      także fundamentalizmowi, „antywesternizacji". (Być może pierwsza potwierdziła to
      spostrzeżenie polityka Piotra Wielkiego, który wykorzystał technikę wojenną
      Holendrów i Anglików do umocnienia carskiego despotyzmu).


      (Autoportret reportera)
      • gdytyjeszczenamucheptapta Re: Motto na dziś 23.03.10, 08:19

        Oglądając telewizję, mamy prawo myśleć, że na świecie głównym problemem jest
        terroryzm, różni fundamentaliści, handel narkotykami i wszelka zorganizowana
        przestępczość. To nie jest prawda. Głównym problemem świata jest to, że dwie
        trzecie ludzkości żyje w biedzie, na pograniczu głodu, bez szansy zmiany tego
        stanu. Dawniej świat był podzielony na Wschód i Zachód, demokrację i
        totalitaryzm. Dziś mamy podział na biednych i bogatych. Ta różnica rośnie.
        Wchodzimy w XXI wiek jako rodzina ludzka bardzo podzielona. Dwieście
        sześćdziesiąt osiem osób na świecie posiada majątek równy majątkowi połowy
        ludzkości. Tego nie potrafimy zmienić. Zbyt wielkie siły pracują na to, żeby ten
        podział utrzymać, a nawet pogłębić. Ale o tym nie dowiemy się z dziennika.
        Manipulacja polega na tym, że się problem biedy spycha do egzotyki. Są specjalne
        kanały, jak Discovery, Travel, czyli kanały turystyczne. Tam została zepchnięta
        bieda. „Jak się pojedzie na Bahama, to się znajdzie biedną wioskę". Bieda to
        atrakcja turystyczna.


        (Autoportret reportera)
Pełna wersja