dr.krisk
17.06.04, 23:15
Miało byc dzisiaj o zupełnie innej książce, już obmyśliłem sobie jak napisać
kolejny głupi felietonik z sobą samym w roli głównej... a tu radio doniosło
że zmarł Jacek Kuroń. I zaraz mi się zrobiło zupełnie markotnie, odpłynęła
gdzieś moja grafomańska (broch! to dla ciebie!) radość pisania.
Na półce w korytarzu, koło encyklopedii i słownika wyrazów obcych stoi sobie
dośc tandetnie wydana książka Jacka Kuronia "Wiara i wina". Z podtytułem: "Do
i od komunizmu". Dlaczego akurat tam - a bo postawiłem :) Czytałem ją kilka
razy, zawsze zwracając uwagę na inne rzeczy. Najbardziej ciekawiło mnie, od
urodzenia chyba będącego zrezygnowanym pesymistą, skąd u Kuronia ten
imperatyw wiecznego działania. Nie żebym zazdrościł, o nie, wręcz przeciwnie!
Zreszta pamiętam, jak okrutnie wyborcy obeszli się z Kuroniem podczas wyborów
prezydenckich.... Kuroń jako swój chłop rozdający zupę - może być. Ale na
prezydenta? Za mało kraśny, za mało reprezentacyjny.
Siedzę sobie więc, smutnie patrzę na książkę, i myślę, że Kuroń był dla
Polaków jak papież: wszyscy go kochali, nikt go nie słuchał...
Tak to jest.
KrisK