butter_fly
17.07.04, 20:56
Hartmut Gagelmann ‘Kaj znów się śmieje’
Iskry, Warszawa 1988
Wstęp
‘Będzie to bardzo upośledzone dziecko’. Gdybym był kobietą w ciąży, zdanie
takie z pewnością nie na żarty by mnie przeraziło. Ale nie byłem kobietą w
ciąży. Byłem beztroskim dziewiętnastoletnim studentem, który odmówił służby
wojskowej. Kiedy powiedziano do mnie przytoczone na wstępie słowa, odbywałem
już służbę zastępczą, pracując z dziećmi upośledzonymi. Tyle, że nie było to
dla mnie coś zastępczego, tylko raczej głębokie doświadczenie, którego nic w
moim życiu nie może zastąpić. Temu doświadczeniu na imię w pierwszym rzędzie
Kaj.
Kiedy go wtedy spotkałem, miał dziesięć lat. Przez te dziesięć lat
nie powiedział ani jednego słowa; albo nie potrafił, albo nie chciał. Nie
chciał też jeść. Przez dziesięć lat odżywiano go sztucznie lub karmiono
siłą. Ale za to bardzo dużo krzyczał i płakał. Wielu ludziom, którzy chcieli
się nim zająć, powyrywał włosy, niejednemu podrapał do krwi twarz i ręce.
Zdzierał tapety ze ścian i firanki z okien. Kiedy narobił w spodnie, zjadał
to, rozmazywał sobie po twarzy, po ścianach pokoju.
Takiego cię poznałem, Kaj. Wypaliłeś swoje imię w mojej duszy.
Stanąłeś na mojej drodze jak góra, o której myślałem, że jest nie do
pokonania. Wiedliśmy ze sobą straszliwą wojnę. Nieraz krew leciała ci z nosa,
często moja twarz i ręce krwawiły rozorane twoimi paznokciami. Obaj wiele się
napłakaliśmy, ty w ciągu dnia, zanim wreszcie zasnąłeś z wyczerpania około
północy, a ja nocą, kiedy już nie wiedziałem, jak zniosę następny dzień, jak
zniosę ciebie.
Ale wygrałeś tę wojnę, bo zmusiłeś mnie bym cię zrozumiał i pokochał.
Któregoś dnia wypowiedziałeś moje imię, trudno mi było je zrozumieć, ale
domyśliłem się, że chodzi ci o mnie. Zacząłem drżeć na całym ciele, bo
przecież wiedziałem, że ty nie mówisz – nie robiłeś tego przez całe dziesięć
lat swojego życia. Ale zacząłeś mówić. Pewnego dnia przestałeś robić w
spodnie i do łóżka. Pewnego dnia zacząłeś sam jeść. I pewnego razu wyraziłeś
chęć pójścia ze mną, kiedy musiałem odejść, a nie mogłem cię zabrać ze sobą.
Przyszedłeś dla mnie na świat jak moje własne dziecko, ale miałeś już
wtedy dziesięć lat. I musiałem pozwolić ci odejść jak własnemu synowi, bo nie
byłeś moim synem. Tylko kawałek szliśmy razem tę twoją trudną drogą. Ale na
tym krótkim odcinku zdążyłeś zostać moim własnym dzieckiem, człowiekiem,
którego kochałem i do dziś najbardziej kocham.
Nie byłeś taki, jaki powinien być w moim wyobrażeniu człowiek. Byłeś
tak zupełnie inny, że niczego w tobie nie umiałem pojąć. Tak długo plułeś mi
jedzeniem w twarz, tak długo wydzierałeś mi garściami włosy, tak długo jadłeś
własny kał, aż wreszcie zrozumiałem, że ty też jesteś człowiekiem. Że za
pomocą rąk i nóg krzyczysz o miłość.
Pokazałeś mi, że to ja jestem upośledzony, ponieważ przychodzę z
gotowymi wyobrażeniami o tym jak powinien zachowywać się człowiek. [...]
Zmusiłeś mnie bym powiedział ‘tak’, bym pogodził się z myślą, że istnieje
Kaj, który zachowuje się jak zwierzę. I dopiero wówczas otwarłeś mi drzwi do
swojej duszy.
[...]
_________________________________________________
hmmm... polecam