reptar
03.04.02, 10:03
Niektóre ksišżki czyta się dla fabuły - to Harry Potter, powie�ci Kinga, Joe Alex. Czytamy je, żeby się czego� dowiedzieć (np. kto zabił, jak to się skończy, przeleci jš czy nie przeleci). W tych ksišżkach ostatnia strona jest magnesem; zdarza się, że fałszywym, ale przycišga realnie, skłania do czytania na czas. Joego Alexa potrafię łyknšć na jedno posiedzenie.
Ale sš też inne ksišżki, takie, od których nie oczekujemy finezyjnego zapajęczynienia intrygi. Jak jest, też dobrze, ale równie dobrze może to być lynchowski galimatias, bo czyta się je przede wszystkim dla niesamowitego �wiata wykreowanego niesamowitym językiem. W takich ksišżkach wcišgajš nas nawet wštki, o których nigdy by�my nie pomy�leli, że nas wcišgnš (ze względu na nieinteresujšcy nas temat). "Tytusa Groana" Peake'a czy "Okręg Sinistra" Bodora czytałem delektujšc się słowem. Ostatnia strona była gilotynš odcinajšcš mnie od wnętrza ksišżki. Ostatnie strony takich ksišżek czytam wolno, jak najwolniej, chcšc opó�nić egzekucję.
Czy kto� widzi w tym spostrzeżeniu sens? Je�li wiecie, o czym piszę, podrzućcie, proszę, parę tytułów z tej drugiej półki.