Dodaj do ulubionych

Epilog do "Samotnosci w sieci".Ma ktos z Was?

IP: *.36.11.vie.surfer.at 07.10.04, 10:12
Kochani!Potrzebuje epilog "Samotnosci w sieci"Wisniewskiego.Podrzucilam
ksiazke mezowi ale niestety nie moge znalezc zakonczenia,kiedys bylo w
sieci,na stronie Wisniewskiego-teraz niestety nie ma.Moze ktos z WAs moglby
przeslac mi jakiegos linka z tym zakonczeniem.
Z gory dziekuje.
Obserwuj wątek
    • Gość: Była fanka JW Re: Epilog do "Samotnosci w sieci".Ma ktos z Was? IP: *.spray.net.pl / *.spray.net.pl 07.10.04, 11:43
      Linka nie mam, mam kopię. :)

      Dlaczego post-epilog?
      Bowiem istniał juz w mojej wyobraźni przed prologiem.
      Był tam od pierwszego słowa "S@motnosci...", które wstukałem z klawiatury
      mojego komputera. Nie było tam jeszcze ani drugiego rozdziału ani środka ani
      epilogu. Ale był post-epilog. Wymyśliłem go w Berlinie, na Dworcu Lichtenberg
      na lawce o pólnocy 18 sierpnia 1998 roku, gdy czekalem na pociag do
      Frankfurtu/Menem. Nie umiescilem go w manuskrypcie "Samotnosci..", który
      wyslalem do wydawnictw "Czarne" i "Prószynski i S-ka" poniewaz wydawalo mi sie
      wowczas, ze nie jest potrzebny tej ksiazce. Ale teraz, 3 miesiace po
      wydaniu "Samotnosci.." i po kilkuset eMailach, mam uczucie, ze sie mylilem.
      Dlatego spisalem te mysli z 18.08.1998 i zgodzilem sie na ich opublikowanie.
      TO NIE JEST ZADNE ALTERNATYWNE ZAKONCZENIE. TO JEST "15 MINUT POZNIEJ"


      15 minut później

      ON: Z kieszeni marynarki wyjął plik niebieskich banknotów. Wszystkie jakie
      miał. Jeden schował z powrotem do kieszeni, a resztę położył obok popielniczki
      z tlącym się cygarem. Ostrożnie, aby nie strącić popiołu, podniósł je i
      zanurzył ustnik w winie, po czym zaciągnął się głęboko. Wypuścił powoli dym,
      podniósł kieliszek do ust, zamknął oczy - jak robią to ludzie przy pocałunku -
      i w skupieniu delektował się smakiem. Przy pocałunku zamyka się oczy, aby
      wzmocnić inne zmysły; on też chciał teraz intensywniej poczuć smak. Chciał ten
      smak zabrać ze sobą. Na zawsze. Francuski Cabernet Sauvignon rocznik 1996. Na
      pożegnanie.
      Wypił wino, zostawiając trochę na dnie kieliszka. Żarzący się koniec cygara
      zanurzył w resztce. Zgasło z sykiem. Kieliszkiem przycisnął banknoty do blatu.
      Wstał i bez słowa ruszył do wyjścia.
      Ogromne, obite czarnym welwetem drzwi, sterowane kamerą na podczerwień,
      rozsunęły się i zamknęły za nim. Zapadła cisza. Natalie Cole zniknęła wraz z
      trzaskiem elektrycznej zapadki w drzwiach i teraz śpiewała o miłości tylko dla
      tych, co zostali w barze. Jasność, cisza i chłód hotelowego holu otrzeźwiły go.
      Czuł się jak tuż po przebudzeniu, kiedy pamięta się jeszcze w szczegółach sen i
      chciałoby się do niego jak najszybciej powrócić. Pamiętał, że gdy był
      dzieckiem, czasami mu się to udawało. Wracał do snu w miejscu, gdzie go z niego
      wyrwano i śnił dalej.
      Ale to było dawno. Teraz powrócił do świata. Zupełnie innego świata.
      Bo bar był przecież zupełnie innym światem. Zdał sobie nagle sprawę, że każdy
      bar w jego życiu był jak inny świat. Ale to nic oryginalnego. W barach
      odgrywano przecież całe dramaty, w barach likwidowano lub powoływano do życia
      państwa, nie dbając o zamieszkujące je narody, w barach Trocki i Lenin, kiedy
      jeszcze nie byli na tyle poróżnieni, aby przestać ze sobą rozmawiać, przy
      wódce, samogonie i zakąskach przygotowali rewolucję październikową. To w barze
      w Getyndze, na poplamionej musztardą serwetce dwudziestotrzyletni Heisenberg
      udowodnił pijanym kolegom fizykom, że można być w kilku miejscach jednocześnie
      pod warunkiem, że da się to opisać kwantowo. Co oni natychmiast zrozumieli i z
      tego zachwytu zamówili osiem butelek Beaujolais Primeur, bo to był akurat
      trzeci czwartek listopada. A wiele lat później Heisenberg za te wzory na
      barowej serwetce dostał Nobla. Zasada nieoznaczoności, ta genialna idea z
      pogranicza fizyki i mistyki rozpisana na matematyczny wzór ze stałą Plancka
      obok plamy z musztardą! Sam widział tę serwetkę w muzeum w Getyndze. To w
      paryskich barach Toulouse–Lautrec malował od ręki portrety prostytutek,
      przyjmując zapłatę najpierw w karafkach, a potem już w gąsiorach wina. Zdarzało
      się, że należność za jeden obraz zdążył wypić, nim namalował kolejny. To do
      baru w Monterey na wybrzeżu Pacyfiku w Kalifornii codziennie przez kilka
      miesięcy przychodził Steinbeck, aby na brązowym papierze do pakowania ryb pisać
      swoją słynną powieść "Ulica Nadbrzeżna". To przecież w barze, albo czymś
      podobnym, Hemingway, a potem Hitler, a także Cortazar, a jeszcze Hłasko, a
      jeszcze Bergman...
      Tak, w barach powstawały i rozpadały się całe kawałki cywilizacji.
      Może właśnie dlatego ludzie chodzą do baru, zamiast kupić osiem razy taniej
      wino lub piwo w sklepie na rogu i wypić je przed telewizorem, siedząc na
      wygodnej kanapie, z kotem śpiącym spokojnie w nogach. Ale jeśli nawet pić przed
      telewizorem, to lepiej jednak pić to wino przed telewizorem w barze. Bo bary
      bardzo szybko się dostosowały i wstawiły telewizory na półki pod sufitami. Żeby
      było jak w domu. Ludzie najchętniej pili przed telewizorem właśnie w barach.
      Osamotnieni tak ostatecznie, że wpatrując się niewidzącym wzrokiem w ekrany
      podwieszone nad szafami z kieliszkami lub kolorowymi butelkami, pili do
      reporterów meczów koszykówki, piłki nożnej lub rugby, albo do tych teatralnie
      podnieconych i wyszminkowanych na nienaturalną opaleniznę młodych analityków
      giełdowych z Wall Street. Podnosili jak w letargu kieliszki i pili, gdy
      wygrywała jakaś drużyna, której nazwy tak naprawdę nawet nie chcieli znać, lub
      pili do najnowszej wartości wskaźnika Dow-Jones na giełdzie w Nowym Jorku. Była
      im zupełnie obojętna, tyle że stanowiła bardzo dobry powód, aby nie pić
      samotnie w domu.
      Czasami jednak lepiej – dla wszystkich – byłoby zostać w domu. Wiedział to od
      rozmowy z pewną barmanką ze wschodniej części Stanów Zjednoczonych.
      Wysłali go z wykładem na kongres w Columbus, Ohio. Nikt z instytutu nie chciał
      jechać. Wszyscy byli tak zajęci przygotowaniami do Bożego Narodzenia, że
      kongres w Columbus, Ohio, tuż przed świętami wyglądał na karę za lenistwo lub
      pierwsze ostrzeżenie przed nadchodzącym zwolnieniem. "A pan przecież, chyba się
      nie mylę, nie czyni żadnych wielkich przygotowań, prawda?" – zapytał go szef
      któregoś ranka tak niby przypadkiem, przy automacie do kawy w kuchni. Prawda.
      On nie "czynił żadnych przygotowań". Po prostu starał się przetrwać od 23
      grudnia do Nowego Roku. To nie wymagało żadnych przygotowań. Wigilia w biurze
      przy komputerze nie wymaga żadnych przygotowań. Wystarczy jak co dzień
      przyjechać do pracy. Dopiero wieczorem trzeba uważać. Najlepiej siedzieć przy
      wyłączonym świetle, aby strażnik nie zauważył. Niby wolno. Ale tak jakoś głupio
      się tłumaczyć.
      Poleciał. Dwa lata temu. Na początku grudnia. Jeszcze przed Nią. Wcale nie
      chciał tam lecieć, bo w Columbus, Ohio, nawet maj działa depresyjnie, nie
      mówiąc już o listopadzie i grudniu. Bo Columbus, Ohio, to po prostu miasto,
      które powstało tylko po to, aby gdzieś można było wybudować kolejnego
      McDonalda. Pamięta, że w pierwszy wieczór po nużącym kongresowym dniu poszedł
      do baru przy głównej ulicy. Najbardziej rozświetlony neonami budynek w okolicy.
      Bar miał współny parking z McDonaldem.
      Wszedł do zadymionej, gwarnej sali. Usiadł w rogu na stołku, który pozostawał
      wolny, choć cały bar był zapchany ludźmi do ostateczności. Dokładnie
      naprzeciwko telewizora, w którym szedł czarno-biały film z Fredem Astairem. Po
      kilku minutach zauważył, że mężczyźni patrzą na niego ze nieukrywanym
      zdziwieniem. Kobiet nie było, tylko barmanka w szarym kostiumie, sportowych
      granatowych butach i z różową poplamioną apaszką na szyi. Wyglądała na 60 lat.
      W większości amerykańskich barów, w których bywał, za barem stali mężczyźni
      albo bardzo młode kobiety. Najpierw przyglądał się barmance. W elipsie
      przestrzeni wyznaczonej przez bar niemalże biegała, przyjmując zamówienia,
      napełniając szklanki i kieliszki kolorowymi płynami, wystukując sumy w kasie.
      Miał wrażenie, że wszyscy w barze są jej dobrymi znajomymi. W pewnym momencie,
      podając mu kolejny kieliszek, zatrzymała się i powiedziała:
      - Wie pan, że na tym miejscu nikt nie siedział od osiemnastu dni?
      Spojrzał na nią, zaciekawiony.
      - Bo widzi pan, w czwartek osiemnaście dni temu usiadł tutaj nasz Michael. W
      pana wieku, a może młodszy, tylko bardziej łysy. On miał sklep z gazetami,
      zaraz przy ratuszu. Dobrze mu się wiodło.
      • Gość: Była fanka JW tu ciąg dalszy IP: *.spray.net.pl / *.spray.net.pl 07.10.04, 11:44
        Dobrze mu się wiodło. Bardzo dobrze. Ostatnio dostał licencję na prowadzanie
        tego najnowszego totalizatora. Tylko on w Columbus dostał tę licencję.
        Osiemnaście dni temu przyszedł jak każdego wieczoru, usiadł na tym miejscu i
        zamówił dwie whisky bez lodu. Przyniosłam mu szkocką, bo przecież wiedziałam,
        on najbardziej lubi szkocką. To było trochę dziwne, bo on nigdy nie zamawiał
        dwóch kolejek od razu. Dobrze go znałam. Przychodził tutaj codziennie, odkąd
        pracuję. Od jedenastu lat. Postawił je obie przed sobą. Wypił pierwszą. Potem
        podniósł drugą, wypił szybko do połowy, wyjął pistolet, strzelił do ekranu z
        tym gościem od sportu na NBC. Dopił whisky, odstawił szklankę, serwetką wytarł
        dokładnie do sucha miejsce przy szklance, z kieszeni swojej skórzanej kurtki -
        bo wie pan, on chodził w tej okropnej staromodnej kurtce nawet latem - wyjął
        niebieską kopertę i położył przy szklance. Potem włożył lufę pistoletu w usta i
        pociągnął za cyngiel. Oderwało mu trzy czwarte głowy. Tą resztką uderzył o
        ścianę, tak na wysokości pana ramienia, i opadł na blat. Siedział tak, zanim
        przyjechała policja. Wzięli tę kopertę. Chciałam ją zabrać przed nimi, ale krew
        zalała ją całkowicie. A ja, wie pan, boję się krwi i pająków. Samotny był,
        mówili potem, i zwariował. Ale ja w to nie wierzę. Prawie wszyscy w tym barze
        są samotni, a przecież nikt się nie zabija. Na pewno miał jakieś długi.
        Patrzył na nią nie rozumiejąc, dlaczego opowiada mu o odstrzelonej głowie
        kogoś, kto według niej miał długi. Szczególnie że on doskonale wiedział, że
        Michael nie z powodu długów strzelił w telewizor, a potem w swoją głowę. I w
        tym momencie ona, jak gdyby czując jego zdziwienie, dodała:
        - Mówię to panu, żeby pan nie myślał, że my tutaj w Columbus nie lubimy obcych.
        Po prostu ludzie nie zbliżają się do tego miejsca, odkąd Michael to zrobił.
        Myślą, że to miejsce jest napiętnowane. A ja myślę, że po prostu stąd
        najłatwiej trafić w telewizor.
        Uśmiechnęła się do niego, postawiła kolejną kreskę na okrągłej serwetce
        pod kieliszkiem i odeszła.

        Tak, bary to niezwykłe miejsca. Tutaj często wszystko się zaczyna i tak jak w
        Columbus, Ohio, czasami także kończy. To właśnie w barach pełnych ludzi rodzi
        się samotność i poczucie, że prawdziwe życie jest gdzie indziej. I ten bar,
        który właśnie został za jego plecami, był taki. Tak naprawdę tylko dla tego
        baru w hotelu Mercure przyjechał tutaj z dworca Berlin Zoo. Bo to właśnie tutaj
        byli pierwszy raz na wyciągnięcie ręki. Tutaj zobaczył po raz pierwszy odbicie
        jej ust. Na wizytówce. Ale już wtedy nawet to odbicie na tekturce należało do
        innego mężczyzny. Światła hotelowego holu oślepiły go w pierwszej chwili.
        Przeszedł po marmurowej posadzce do recepcji.
        - Mogłaby mi pani zamówić taksówkę do dworca Berlin Lichtenberg? - powiedział,
        ściszając głos.
        Recepcjonistka spała skulona w skórzanym fotelu obok komputera. Obudzona,
        podniosła kołnierz granatowej marynarki munduru i wyciągnęła go tak mocno, jak
        tylko się dało, pod brodę. Miała prawie czarne włosy, których kosmyk przykrywał
        kącik jej ust. Lewą dłonią przeniosła go za ucho, odsłaniając przy tym czoło.
        Wpatrywał się przez chwilę w to czoło jak urzeczony. To Jej czoło z tamtej nocy
        w Paryżu. Ten sam kształt, ta sama wypełniona włosami trójkątna wypustka po
        prawej stronie. Dotykał tego miejsca palcami. A potem językiem. A rano, kiedy
        jeszcze spała, wpatrywał się w to miejsce i masował delikatnie opuszkami
        palców. Pamięta, że obudziła się, wzięła jego dłoń między swoje i tak splecione
        ścisnęła udami. Wyszeptała: "Jakub, bo ty jesteś taki inny. Jak gdyby Bóg
        zagapił się przy tobie na chmurę i dał ci wszystkiego więcej. Więcej smutku. I
        więcej szczęścia. Wszystko masz wrażliwsze. I słuch, i wzrok, i skórę. Tak
        inaczej dotykasz, jak gdybyś chciał wyczuć każdą moją molekułę i zapamiętać na
        zawsze. A potem opiszesz mi to wszystko tak pięknie w e-mailu i ja się tym
        zachwycę. Bo ty jesteś taki inny, Jakub. Po prostu inny. Jakubku, słyszysz
        mnie?"
        Pamięta, że gdy ona tak szeptała, on wpatrywał się z uwagą w to miejsce na jej
        czole. Zawsze miał jakieś ulubione miejsce na twarzy kobiety, którą kochał. U
        Natalii był to prawy kącik ust.
        - Przepraszam pana - powiedziała recepcjonistka, nieudolnie maskując
        zakłopotanie. - Nawet nie zauważyłam, kiedy zasnęłam. To pewnie przez tę
        książkę - wskazała grubą czerwoną książkę ze znakiem paragrafu na obwolucie.
        - Nic się nie stało. Ma pani śliczne czoło - powiedział, uśmiechając się do
        niej. - Czy mogłaby pani zamówić mi taksówkę?
        - Oczywiście.
        Uśmiechnęła się, podnosząc słuchawkę. Podała nazwę hotelu i zanotowała na
        skrawku papieru numer, przedyktowany najprawdopodobniej przez dyspozytora.
        Podając mu karteczkę, powiedziała:
        - Taksówki stają przy południowym wjeździe na parking. Jak pan wyjdzie z
        hotelu, to proszę skręcić w lewo, a następnie przejść na ukos przez parking do
        bariery przy bramie wjazdowej. Nasi goście mają w tej firmie specjalne zniżki.
        Niech pan da kierowcy kartkę z tym numerem. On to uwzględni w rachunku.

        - Tak, oczywiście - odpowiedział, zaciskając papier w dłoni. Specjalna zniżka
        na dworzec Lichtenberg...
        Nieoczekiwanie wstała z fotela, stanęła przed nim, poprawiła włosy, znów
        odsłaniając czoło i zapatrzyła się w jego oczy. Opuścił głowę.
        - To ja już pójdę - powiedział cicho.
        Za drzwiami skręcił w lewo. Wyłożona kamienną kostką alejka podjazdowa do
        hotelu łączyła się przy klombie z wąską ścieżką prowadzącą do parkingu.
        Dokładnie po przekątnej kwadratowego placu zobaczył oświetloną stróżówkę przy
        bramie wjazdowej.
        - Spała w niej starsza kobieta, ułożywszy głowę wprost na blacie biurka. Nie
        zauważyła go, gdy przechodził. Nie budził jej, schylił się i przeszedł pod
        barierą zamykającą wjazd. Po prawej stronie, w połowie na chodniku, w połowie
        na jezdni stała taksówka. Wsiadł.
        - Dzień dobry. Dworzec Berlin Lichtenberg - powiedział, rozpinając marynarkę.
        Kierowca nie poruszył się.
        - Lichtenberg, dworzec - powtórzył głośniej.
        Kierowca nadal siedział bez ruchu. W pewnym momencie przechylił się do radia
        przy taksometrze i nie odwracając głowy powiedział cicho:
        - Bardzo pana przepraszam, ale ja nie jeżdżę do Lichtenbergu. Zamówię panu inną
        naszą taksówkę. To nie potrwa dłużej niż trzy minuty. Przepraszam pana.
        Załatwię, aby pan pojechał bezpłatnie.
        - Jak to, nie jeździ pan do Lichtenbergu ? - zapytał zaskoczony.
        Kierowca zaczął naciskać klawisze radiostacji, zapalił światło w szoferce i
        odwrócił się, aby wyciągnąć podwieszony pod sufitem kwadratowy mikrofon.
        - Boże... to pan...
        Światło padło na jego twarz.
        "Płakać trzeba w spokoju. Tylko wtedy ma się z tego radość". Jakby to było
        wczoraj. "Płakać trzeba w spokoju...". To on. Te same oczy.
        Kierowca wpatrywał się w niego z ręką opartą o sufit. – To przecież pan...
        Jakub... to pan... Szukałem pana. Przychodziłem na ten pociąg przez pół roku.
        Bałem się, ale przychodziłem. Chciałem pana przeprosić. Za to, że tak wtedy
        odszedłem, bez słowa. Przychodziłem co noc. Ale pana nie było. Potem wzięli
        mnie do kliniki i nie mogłem przychodzić, ale na przepustkach przychodziłem. I
        potem, latem, Christiane, ona była ze mną w tej samej klinice, powiedziała mi,
        że ludzie często są tylko raz w życiu na jakimś dworcu i że nie mam więcej tam
        chodzić, bo zawsze wracam taki nerwowy. Nie wierzyłem jej, ale nie chciałem
        mieć z nią problemu, to nie chodziłem. Ale wiedziałem, że pan przyjedzie.
        Wiedziałem. Bo ja chcę pan przeprosić, że wtedy tak odszedłem bez słowa. Nie
        powinienem tak odejść. Nie powinienem. Bo pan tyle dla mnie zrobił. A
        Christiane mówi, że pan był jak taki anioł i że każdy ma takiego anioła, i że
        to żadna wielka rzecz. Bo każdemu należy się taki anioł. I że mi też się
        należy. Bo ja jestem niby dobry człowiek.
        I ona mi wmawia, że może pana tak naprawdę nie było i mi się to wszystko tylko
        po pijanemu wyd
        • Gość: Była fanka JW tu końcówka IP: *.spray.net.pl / *.spray.net.pl 07.10.04, 11:46
          I ona mi wmawia, że może pana tak naprawdę nie było i mi się to wszystko tylko
          po pijanemu wydawało. Bo ja wtedy dużo piłem. Ale ona się nie zna. Ona nigdy
          nie była na Lichtenbergu. Nigdy. Na Lichtenberg nie przychodzą żadne anioły. Po
          prostu nie. I ja pana chcę przeprosić, że tak wtedy odszedłem bez słowa.
          Przerwał na chwilę. Zgasił światło i mówił dalej:
          - Bo pan mnie wyciągnął spod tego pociągu, a ja tak odszedłem bez słowa. Tak
          się nie robi. Po prostu nie. I ja tak przychodziłem na Lichtenberg, aby panu
          podziękować. Najpierw za ten pociąg, a potem to już bardziej za Christiane.
          Dziękuję panu. Powiem jej, że to żaden anioł. Że to pan. I że już nie będę
          nerwowy.
          Zamilkł.
          Jakub w ciemności wyszukał jego dłoń i ścisnął ją mocno. Trwali tak krótką
          chwilę. Potem otworzył drzwi taksówki, wysiadł i wrócił do hotelu.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka