Moje wspomnienie literacko-wszystkoświętne....

01.11.04, 00:27
Tak mi się jakoś przypomniało. Bo choć Wszystkich Świętych nie święcę - tłoku
ani imprez masowych nie znoszę, to trzeba czasem w biegu dnia codziennego
przystanąć i pomyśleć o tych co ich już nie ma. Sa tylko, coraz ulotniej jak
blaknące stare fotografie, w naszej pamięci.
Jak myślę o moim zmarłym ojcu, to pamiętam jak w każde piątkowe popołudnie
chodziliśmy razem do tzw. biblioteki publicznej, pożyczać książki na cały
przyszły tydzień. Chłopięciem małoletnim naonczas byłem, i fakt ów (kontakt z
katalogami, fiszkami, grzebanie po półkach) niesłychanie mnie wbijał w dumę.
Ojciec pożyczał sobie jakieś wspomnienia wojenne (straszny był militarysta -
amator), ja jakieś Curwoody i przygodowe.. POtem wracaliśmy szarymi ulicami
osiedlowym z naręczem książek obłożonych estetycznie w szary papier pakowy,
ubrani w szare paltociki, aby potem w sobotę i niedziele pożerać owe wyroby
literackie.
Mam nadzieję, że mój ojciec, człowiek niezwykłej poczciwości i dobrego serca,
ma obecnie dostęp do największej biblioteki militarystycznej, pełnej
wspomnień generałów rozmaitych dzielnych, a sympatyczne anielice -
bibliotekarki wypożyczą mu znowu więcej książek niż przewiduje limit....
Pozdrawiam was wszystkich - KrisK
    • okrent9 Re: Moje wspomnienie literacko-wszystkoświętne... 01.11.04, 01:43
      Oj, dr.krisk... tak mnie coś za gardło chwyciło... przypomniałam sobie moją
      babcię... nie była "wysoko kształcona", bo jako starszą siostrę młodszych
      braci "przeznaczono" ją niejako do opieki nad nimi. Kiedy już pokładli się spać
      a ona ogarnęła domostwo, zacerowała, co tam było do zacerowania, oporządziła
      dobytek, sięgała po szkolne książki i zeszyty swoich braciszków i po nocach
      chłonęła łacińskie słówka, których pewnie nigdy w życiu nie musiała potem
      użyć... ot tak, z głodu wiedzy. Książki były dla niej czymś niezwykłym,
      oburzała się na nas, wnuki, jeśli przyłapała nas na "nieszanowaniu"
      podręczników czy egzemplarzy szkolnych lektur... Książek nie kupowała, bo
      uważała je za luksus, a te podarowane czy pożyczone przed podjęciem lektury
      starannie opakowywała. Starała się nawet nie "gwałcić" książek jeszcze nie
      całkiem "rozczytanych", to znaczy nie otwierała ich na płask, bo mogłyby się
      przełamać, tylko delikatnie, tak, że okładki znajdowały sie podczas czytania
      pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, pomimo że wiązało się to z pewną
      niewygodą. Zwłaszcza pod koniec życia, kiedy babcia ogłuchła prawie całkiem i
      nie mogła już czerpać przyjemności z oglądania telewizji, a potem na dodatek
      cierpiała na bezsenność, prosiła mnie nieraz, żebym znalazła jej jakąś ksiażkę
      do czytania. Do dziś mam poczucie, że nigdy nie udało mi się dostarczyć jej
      książki idealnej. Szukała w nich czegoś, a zawsze miałam wrażenie, że i tym
      razem nie znalazła. Dziękowała mi, oddawała przeczytane, i prosiła o coś
      nowego, a kiedy pytałam, i jak tam? odpowiadała, że tak, owszem, tak, dobra
      książka, tak, można było przeczytać... Ale w jej oczach i na jej twarzy zawsze
      był zawód; czegoś zawsze tym książkom brakowało... Czasem wspominała mi jakieś
      weselsze fragmenty, albo takie, które wydawały jej się absurdalne, ale chyba
      żadna powieść jako całość jej nie zadowoliła. Ileż ja się nakombinowałam, co by
      jej tu podsunąć... myślałam, że raczej coś obyczajowego, i żeby troszkę o
      miłości było, i o rodzinie na pewno, i o pracy, o dobrych ludziach, którzy
      pomagają innym... i żeby nie za grube było, bo ona przecież nie może całymi
      dniami czytać, bo i oczy się męczą, no i zajęć tyle... Tak trudno było mi
      utrafić z książkami dla niej... Przypomina mi się, że bardzo podobali jej
      się "Trzej panowie w łódce", pomimo, że uznała, że to "ot takie tam głupoty"...
      ale ona szukała czegoś poważnego, bo przecież życie to poważna sprawa... i żal
      mi, że w tych książkach, które jej podsuwałam, widocznie nigdy nie znalazła
      dość powagi, i żal mi, że nigdy nie znalazła w żadnej życia takiego, jakie
      znała, swojego życia opisanego, z odpowiedzią na końcu, bo chyba jakiejś
      odpowiedzi i rozwiązania tego swojego życia ciągle poszukiwała w tych
      książkach...

      Pozdrawiam melancholijnie...

      okrent
      • ada08 Re: Moje wspomnienie literacko-wszystkoświętne... 01.11.04, 08:45
        Marysia. Była siostrą mojej babci.

        Pradziadkowie mieli ośmioro dzieci i wszystkie udane z wyjątkiem
        Marysi. Bo Marysia urodziła się od razu jakaś dziwna i nie taka
        jak trzeba. W dodatku gdy miała dwa lata zachorowała na zapalenie
        opon mózgowych, a wojna była i nie było jak leczyć. Marysia
        przeżyła i nawet rozwijała się fizycznie, ale umysłowo zatrzymała
        się na poziomie dwuletniego dziecka.

        Marysia była w rodzinie kochana i ona nas kochała. Rozpoznawała
        nas po twarzach i pamiętała nasze imiona, cieszyła się na nasz
        widok.

        Ale najbardziej kochała Marysia książki, chociaż nie umiała
        czytać. Zawsze miała książkę w roztrzęsionej ręce. Przeważnie
        była to jakas ksiązka z obrazkami. Marysia wpatrywała się w
        obrazki i coś do siebie szeptała, kiwała się nad ksiązką,
        popatrywała w sufit i coś sobie opowiadała.

        A czasem podchodziła Marysia do półek z ksiązkami i brała sobie
        jakąś bez obrazków. Wtedy wpatrywała się w litery i pokładała się
        ze śmiechu :-)

        Bardzo lubiłam Marysię.
        Miała piękne czarne włosy, długie zdrowe włosy.
        a.

        • okrent9 Re: Moje wspomnienie literacko-wszystkoświętne... 01.11.04, 21:10
          :) Piękne wspomnienie.
    • Gość: as Re: Moje wspomnienie literacko-wszystkoświętne... IP: *.dsl.emhril.ameritech.net 01.11.04, 21:21
      Ach, jestesmy wszyscy nastawieni melancholijnie dzisiaj.... ;^)
Pełna wersja