Dodaj do ulubionych

pokolenie bez literatury...?

09.06.05, 23:10
na początek historia bojaźń i drzenie budząca:
niedawno odwiedzili nas znajomi moich rodziców wraz z córką liczącą sobie lat
około piętnastu. dziewczę spacerując po domu natknęło się na moją skromną
osobę oddającą się lekturze. z politowaniem zapytało mnie dlaczgo ja się tak
intensywnie uczę. zdziwiona zapytałam, czy ksiazka oznacza od razu naukę? czy
nie moze być tak, ze czytam sobie, ot, dla przyjemności?
odpowiedź upewniła mnie, ze dziewczyna w ogóle takiej mozliwości nie bierze
pod uwagę.
następnie rozmowa zeszła na temat moich studiów (polonistyka) i mojej
ewentualnej przyszłości nauczycielskiej. stwierdziłam, ze to szlachetne
powołanie nie jest jednak dla mnie, bo panicznie boję się walki z tabunami
młodziezy, która nie czyta lektur, a zaledwie bryki. zanim zdązyłam dokończyć
rozległ się okrzyk zdumienia: JAK TO??? WYMAGAŁABYŚ CZYTANIA LEKTUR???

i tutaj, drodzy forumowicze opadły mi ręce, zabrakło mi słów i w ogóle
opanowały mnie myśli z gatunku przygnębiających.

więc proszę- pokrzepcie mnie, pocieszcie. czy to naprawdę jest tak, ze rośnie
nam pokolenie, dla którego ksiązka to przedmiot egzotyczny? u którego mozliwa
styczność ze słowem pisanym budzi przerazenie? które w ogóle nie bierze pod
uwagę mozliwości dbrowolnego czytania?
czy moze traiłam po prostu na wyjątkowy okaz?
jak to jest? czy dzisiejsze nastolatki jeszcze w ogóle czytają ksiązki?

ps. przepraszam za brak litery z z kropką, moja klawiatura się na nią obraziła. :)
Obserwuj wątek
      • pomme Re: pokolenie bez literatury...? 10.06.05, 08:30
        Zgadzam się moja szwagierka lat ze 22-23 potrafi do nas przyjechać na kilka dni
        i marudzić w ten deseń: "ale nudy, czytac mi sie nie chce, w telewizji nic nie
        ma..." Załamka. Myslę,że z wyjatkiem bardzo obowiązkowych lektur nic nie
        przeczytała.
        A propos filologii, kiedy byłam studentką nie wyobrażałam sobie zadnia egzaminu
        bez przeczytania choćby kilku najwiekszych dzieł epoki. Niektórzy natomiast,
        nie tyle co sobie to wyobrazali, ale nawet udawało im się zdać...
        • braineater Re: pokolenie bez literatury...? 10.06.05, 08:41
          Ja tak tylko chciałbym stwierdzić, że o "naszych rocznikach", czyli jak sądzę
          +/- 20-30 latków, bo taka chyba tu jest średnia wieku, tez tak mówili. I co
          najśmieszniejsze - mieli absolutną rację. Tyle, że jak spojrzycie wokół, to
          jednak ktos te ksiązki czyta i ktoś tu te stokilkanaście tysięcy postów na
          tematy okołoliterackie wpisał.
          A czytanie zawsze było czynnością, przepraszam za wulgaryzm, 'elitarną' i
          lekko 'snobistyczną', więc, tak w moich oczach, niewiele się zmienia od lat.
          Oczywiście, można rączeta załamywać, slozy z ócz ronić nad upadkiem
          czytelnictwa i organizować w sumie sympatyczne, lecz kompletnie nieskuteczne,
          akcje typu bookcrossing, Czytelmania czy Cała Polska czyta dzieciom, tyle, że
          to porawia samopoczucie jedynie organizatorom i wydawcom. A prawda jest taka,
          albo ja ją taką widzę, że dla sporej grupy ludzi, ksiązka przestała byc
          podstawowym źródłem informacji, chociażby ze względu na bardzo powolny
          interfejs uzytkownika i spore problemy z wyszukaniem tylko istotnych
          informacji - tu o wiele lepiej sprawdza się sieć i multimedia. A że ludzie nie
          czytają dla przyjemności? Może po prostu mają inne przyjemności i po co ich
          zmuszac do czegoś co ich nie bawi i średnio im pasuje.
          I to bynajmniej nie jest nowe średniowiecze czy nagły nawrót analfabetyzmu,
          tylko normalna zmiana mediów.

          Pozdrowienia:)
          • maga_ Re: pokolenie bez literatury...? 10.06.05, 09:11
            braineater, to nie było co prawda pocieszenie ale racjonalizacja lęków jak
            najbardziej ;) wymienię bojaźń i drzenie na lekki niepokój ;)

            Tyle, ze ta zmiana mediów nie pozostaje niestety bez wpływu. Moja przyszła
            teściowa pracuje całe zycie jako przedszkolanka (stanowi wspaniały archetyp
            miłej pani z przedszkola :) ) i uświadomiła mnie, ze od paru lat nie czyta się
            juz w przedszkolu dzieciom. Nie czyta się, bo dzieci nie potrafią juz sobie
            wyobrazać treści. Nie umieją się skupić i juz. Kilkoro nadąza, ale większość
            grupy nie.
            Bajki mogą jedynie oglądać.
            I to jest groźne. Ja naprawdę nie lubię narzekania na "nasze czasy",
            kultywowania mitu "poćciwych przodków" i mówienia "ach, ta dzisiejsza młodziez"
            (wolałabym zostawić to sobie na starość ;) ), ale na myśl, ze te przedszkolaki
            nie będą potrafiły słuchać, wyobrazać sobie, ze przejdą przez zycie z amputowaną
            wyobraźnią, to jednak robi się straszno.
            Wszelkie akcje chyba tu tez niewiele pomogą, ale właściwie co robić- wziąć trzy
            głębokie oddechy i czekać...?

            pozdrawiam
          • padma Re: pokolenie bez literatury...? 10.06.05, 09:12
            Niestety, muszę się zgodzić, ze to dotyczy także naszego pokolenia... Ja
            również pracuję na filologii i nie tylko moi studenci nie czytają, ale również
            sporo z moich kolegów i koleżanek z pracy. Co więcej, kiedy ostatnio czytałam
            Moby Dicka, nadrabiając dawne zaległości, koleżanka wykładająca literaturę
            amerykańską (sic!) wyraziła swoje ogromne zdziwienie, że ktokolwiek może to
            dobrowolnie czytać...
            A z drugiej strony, moja ciotka, matka sześcioletniego chłopca, sama czytająca
            od czasu do czasu, na fali akcji Cała Polska czyta dzieciom zaczęła temuż
            chłopcu czytać codziennie, anjpierw 20 minut, a potem ich to zaczęło wciągać i
            na przykład ostatnio całe Opowieści z Narni przeczytali a dziecko się czytania
            jako głównej rozrywki domaga:) Bywają więc wyjątki:) Oby mi się z moim
            dzieckiem udało:)
          • velika Re: pokolenie bez literatury...? 10.06.05, 09:12
            Sama zaliczam się do pokolenia o którym mówisz i niestety masz rację. większość
            moich znajomych(jestem świeżo po maturze) nie splamiła w liceum swoich rąk
            książką. Ja i 3 osoby z mojej klasy (4 na 32!) lubimy czytać, ale dla większości
            jest to po prostu marnowanie czasu. Niestety jest teraz tyle rozrywek- TV,
            komputer, wszystko podane jak na dłoni, że czytanie jest dla nastolatków po
            prostu męczące. Gra komputerowa czy serial daje im więcej rozrywki, a książki
            kojarzą im się z nudnymi lekturami, do których czytania byli zmuszani. Myślę że
            dużą rolę odgrywa tu wychowanie. Jeśli dziecku od najmłodszych lat nie będzie
            się podsuwać ciekawych książek, to niestety później nie będzie samo próbowało
            czytać. Książka dla wielu jest synonimem kujoństwa i kojarzy się tylko i
            wyłącznie ze szkołą.
            • Gość: daria13 Re: pokolenie bez literatury...? IP: *.medical / *.crowley.pl 10.06.05, 10:26
              Jeśli średnią wieku piszących tu osób jest +/- 20-30 lat, to, przeraszam za
              określenie, jesteście w tzw. wieku rozrodczym:). Co za tym idzie,
              prawdopodobnie prędzej czy później dzieci mieć będziecie i tylko od Was zależy,
              czy będą one czytały, czy nie. Oczywiście dzisiaj więcej wysiłku wymaga od
              rodziców zachęcenie dzieci do czytania, bo kiedyś miały one znacznie mniejszą
              ofertę i po książkę sięgały z braku innych rozrywek, więc było łatwiej. Dzisiaj
              musimy trochę na siłę nakłaniać je do czytania, ale wtedy wszystko zależy od
              naszej determinacji, od dawania dobrego przykładu a nade wszystko od
              odpowiedniego doboru lektur. Ja w wieku wczesnego czytelnictwa uwielbiałam
              Tomki, a moich to zupełnie nie bierze, ale za to Harry Potter to jest coś!
              Potem szukamy czegoś podobnego, a potem niepostrzeżenie podsuwamy takiego
              Pretcheta, a od Pretcheta to już mały krok do bardziej ambitnych pozycji. Dużo
              czytać dzieciom małym, potem podsuwać pozycje dostosowane do ich upodobań i
              wieku, nie zrażać się chwilową niechecią i dużo z nimi gadać, nawet opowiadać o
              książkach czytanych aktualnie przez Was, z odpowiednim entuzjazmem, a to
              przecież nie powinno przychodzić Wam z trudem. Ja w kółko opowiadam, jak
              uwielbiam tego Marqueza i ostatnio moja młoda (lat niecałe 14) przeczytała z
              zachwytem Sto lat samotności, a jakiego szpanu zadała w klasie, kiedy zrobiła
              na polskim prezentację ulubionej książki! Nawet polonistkę wprawiła w
              zdumienie, no i 6 dostała!
              Jeśli my wszyscy, znaczy miłośnicy książek, zaszczepimy tę miłość dzieciom, co
              nie jest łatwe, ale możliwe i zachęcimy do tego naszych bliższych i dalszych
              znajomych, to istnieje pewna szansa na poprawę sytuacji. To się chyba nazywa
              praca od podstaw.
              Ależ ze mnie niepoprawna optymistka:)
              Pozdrowienia:)
                • beatanu Re: pokolenie bez literatury...? 10.06.05, 10:40
                  maga_ napisała:
                  > zaludnijmy świat przyszłymi czytelnikami czytelnikami!!! ;)

                  Nareszcie jest szansa na to, że zwiększy się w Polsce, niepokojąco od lat
                  słabiutki przyrost naturalny :)

                  A tak zupełnie poważnie, to zgadzam się z Darią, praca od podstaw i jeszcze raz
                  praca od podstaw. Tylko, że akurat teraz moje nastoletnie córki odstawiły
                  książki totalnie (po latch pochłaniania lektur nie tylko obowiązkowych!) i
                  czasami zaczynam się niepokoić, co dalej...

                  Ale optymistką jestem w dalszym ciągu :)))

              • braineater Re: pokolenie bez literatury...? 10.06.05, 10:40
                Zachęcanie zachęcaniem ale przede wszystkim to nalezałoby zamknąc wszystkie
                szkoły i dzieciaki przestawić na indywidualne nauczanie, z doborem lektur
                dostosowanym do potrzeb i zainteresowań dziecka.
                Nie ma po prostu drugiej instytucji, która robi większą krzywdę ksiązkom, niż
                szkoła. To już nawet TV jest bardziej rozwijająca niż kontakt (uwaga -
                UOGóLNIAM, nie czepiam się nikogo szczególnego i wierzę, że są osoby wyłamujące
                się z tego schematu)z zdesperowana polonistką, która za 800 pln na miesiąc,
                musi wmówić grupie dzieci, które mają to kompletnie gdzieś, że ksiązki, których
                nienawidziła przez całe studia i przez które miała 3 poprawki ze staropolskiej,
                są ciekawe, ważne, interesujące.
                Własnej niechęci do ksiązek nie da się ukryć, to wylezie zawsze a większośc
                znanych mi polonistek/tów zaraz po studiach przestaje czytać cokolwiek lub
                ogranicza się do znajomości list bestsellerów. I tworzy się zaklęty krąg -
                kretyński kanon lektur szkolnych, kompletnie olewający to uczyciel i uczniowie,
                którym się cięzko dziwić, że ich to w ogóle nie rusza.
                Niestety, dopóki pieczę nad promocją literatury będą sprawowały szacowne
                utytułowane grona, które o dzieciach wiedzą tyle, co zobaczą w programach typu
                Teleranek, ta sytuacja sie nie zmieni.
                Na szczęscie - jest forum:), są znajomi i szeptana trędi propaganda, która
                przynajmniej w niektórych kręgach, wymusza sięgnięcie po ksiązkę, bo inaczej
                rózne snobistyczne grupki, uznają nas za buroka z którym nie ma o czym gadać. I
                tak najlepiej przenosi się wirus czytania.:P

                Pozdrowienia:)
                • franula Re: pokolenie bez literatury...? 10.06.05, 11:05
                  ofiarowałam koleżance na urodziny książkę. koleżanka studiuje na polonistyce
                  doweidziaąlm się że koleżanka zrosiła mókj prezent łzami gdyż ma tyle czytania
                  obowiązkowego że na nieobowiązkowe nie może już patrzeć w związku z czym
                  zrobiłam jej przykrość.
                  może troche off topic ale nie moge wyjśc ze zdumienia choc bylo to już parę lat
                  temu...
                      • braineater W.D.R. 10.06.05, 12:17
                        another_story napisała:

                        > Naprawdę jest tak okropnie? To ja się jeszcze może zastanowię...
                        >

                        Jesli mogę cos doradzić, to zdecydowanie nie byłaby to polonistyka, tylko
                        kulturoznawstwo ze specjalizacją literaturoznawczą zwaną też gdzieniegdzie
                        kultura literacką. Odpada ci przy tym cały bagaz niepotrzebnego badziewia
                        typu... (tu juz każdy sobie wpisze swoje:) a za to dostajesz mocne podstawy
                        wiedzy z innych dziedzin kultury, typu teatr, film itp.
                        Oczywiście wszytko tez zalezy od wykładowców i uniwersytetu
                        Pozdrowienia:)
                        • another_story Re: W.D.R. 10.06.05, 12:48
                          Hm, wiesz, moim nieśmiałym marzeniem jest komparatystyka na UJ. Co prawda
                          obowiązuje tu tzw. kanon polonistyczny (czyli Dantyszki i inne "Nadobne
                          Paskwaliny" i tak by mnie nie ominęły), ale podobno zdobywa się też sporo
                          ciekawszej wiedzy. Koleżanka jest na drugim roku i znajduje się w stanie
                          permanentnego zachwytu nad kierunkiem :). Oczywiście, zawsze istnieje opcja, że
                          mnie nie przyjmą, ale to już inna historia...
                          Pozdrawiam.
                          • vilya1 Re: W.D.R. 11.06.05, 14:00
                            A no bo komparatystyka na UJ o tyle jest nietypowa, że tu naprawdę, w
                            przeciwieństwie do innych specjalizacji na polonistyce, zostaje mnóstwo czasu
                            na lektury własne. :D Albo drogą eliminacji - nie będę czytać wszystkich
                            oświeceniowych bzdur, za to poczytam sobie eseje Przybylskiego o
                            Mandelsztamie. :)
                            Tylko przed sesją bywają problemy. ;)
                            Pozdrawiam
                        • Gość: mk Re: W.D.R. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.07.05, 23:43
                          zgodziłabym się z Braineaterem, tyle że kulturoznawstwo jako drugi kierunek
                          (idealnie łączy się z polonistyką). A poza tym jest możliwość układania planu
                          wg. własnych potrzeb i zainteresowań. Sama tak robię i nie narzekam. A na
                          filologii polskiej korzystasz tak samo, jak na innych kierunkach (jesli chcesz,
                          oczywiście); najważniejsze, żeby chodzić na odpowiednie zajęcia do odpowiednich
                          osób.
                      • Gość: polonistka Re: pokolenie bez literatury...? IP: *.aster.pl 14.06.05, 22:11
                        Nie jest okropnie! Okropnie mają ci, którym ten kierunek nie odpowiada i nie są
                        nim zainteresowani. Na tych studiach da się czytać. W końcu na tym one
                        polegają - nielubiący nie mają tam czego szukać. Fakt pozostaje faktem, że
                        poznawanie literatury od podszewki i rozdrabnianie książki na częśći pierwsze
                        nie zawsze sprawia przyjemność, ale przynajmniej daje gruntowną wiedzę o
                        prawdziwym i poważnym pisarstwie.
                      • Gość: Admete Re: pokolenie bez literatury...? IP: *.zetosa.com.pl 23.06.05, 22:00
                        Nie mam pojęcia jak jest teraz, ale siedem lat temu, gdy kończyłam studia na
                        UJ, wszyscy lektury czytali, a poza tym pochłaniali stosy książek, które
                        lekturami nie były. Do tej pory mam kontakt z wieloma przyjaciółmi ze studiów i
                        ciągle wymieniami się informacjami o tym, co warto przeczytać. Pracuję w szkole
                        i niestety nie zarabiam tak dużo, bym mogła kupować tyle książek, na ile mam
                        ochotę ( nadal śni mi się po nocach, ze wchodze do duzej ksiegarni np. do
                        Empiku i kupuję KAŻDĄ książkę, która mnie zainteresuje...:-) ), bo moja pensja
                        mi na to nie pozwala. Na szczęście moi przyjaciele to pasjonaci literatury i
                        dzięki Poczcie Polskiej możemy wymieniać się książkami, nawet jeśli mieszkamy
                        daleko od siebie. Żartujemy nawet, że mamy Bibliotekę Wysyłkową.
                        Co do młodzieży i dzieci w szkołach. Nie zawsze dobór lektur jest szczęśliwy -
                        ale też nie mozna rezygnować z pewnych podstaw, tylko dlatego, że są trudne.
                        Uczniowie nie czytają - to też w zasadzie prawda. W zasadzie, bo zawsze znajdą
                        się osoby, które czytać uwielbiają. I właśnie dla takich osób warto uczyć -
                        resztę trzeba wyposażyć w zasób pewnej wiedzy ogólnej i umiejętności, które
                        mogą ułątwić im życie i dać orientację w świecie. Zawsze znajduję w klasach,
                        które uczę dzieciaki lubiące czytać - dla takich osób moja biblioteka ( choć
                        skromna ) zawsze stoi otworem. Osobiście nie wyobrażam sobie życia bez ksiażek -
                        zwykle mam przy sobie jedną - nawet jeśli mogę czytać tylko na przystanku
                        czekając na autobus.
                        Dodam tylko jeszcze, że dużo więcej czytają dziewczęta - chłopców lubiących
                        czytać ( wieku gimnazjalnym ) spotykam sporadycznie. Jedna z moich uczennic
                        pojechała ze mną na polonistyczny konkurs wojewódzki i tam ze zdziwieniem
                        stwierdziła, że wśród uczestników jest kilkunastu chłopców - było to dla niej
                        niepojęte, bo w szkole w której uczę, chłopcy nie czytają prawie nic.
                    • maga_ Re: pokolenie bez literatury...? 10.06.05, 12:02
                      No, to chyba inną polonistykę studiuję, albo w innych kręgach polonistycznych
                      przebywam. ;)
                      Ja zaobserwowałam raczej regułę polegającą na stosowaniu wszelkich mozliwych
                      akrobacji mających na celu doczytanie i tego co z kanonu i tego, co zupełnie
                      poza studiami chce się połknąć. i zapewniam, ze da się.
                      ale mozliwe, ze są i takie przypadki... tylko, co z nimi będzie jak studia się
                      skończą i nikt juz stosownej listy lektur nie podsunie? ojejku. ;)
                      pozdrawiam.
                      • anulex Re: pokolenie bez literatury...? 12.06.05, 13:06
                        tylko, co z nimi będzie jak studia się
                        > skończą i nikt juz stosownej listy lektur nie podsunie? ojejku. ;)

                        Odpowiem. Mimo ze na moim wydziale czyta sie mniej niz na polonistyce, czasem
                        nie mam sily ani ochoty na nic poza lekturami obowiazkowymi. Jak przychodza
                        wakacje i listy obowiazkowych lektur juz nikt nie podsuwa, masowo pochlaniam
                        ksiazki. Watpie, zeby po skonczeniu studiow sytuacja miala sie jakos
                        dramatyucznie zmienic.
                    • popea1 Re: pokolenie bez literatury...? 11.06.05, 16:47
                      Tam nikt nic nie czyta, o
                      > iel tego nei ma na liscie lektur i profesor nie kazał.

                      Pewnie dlatego, że przy 150 ksiązkach obowiązkowych do przeczytania w ciągu roku
                      akademinckiego nie zostaje już duzo czasu na lektury spoza kanonu. Szczególnie,
                      gdy na egzaminie padaja pytania typu: jaki zapach poczuł Wokulski w domu pani
                      Stawskiej?-uwierz: ja nie miałam (przez pierwsze 4 lata) czasy na prywatne
                      lektury. Całe szczęście teraz już mam.....
                      • Gość: Zdanka Re: pokolenie bez literatury...? IP: *.4web.pl 12.06.05, 13:33
                        Ale takiego pytania, nie zada żaden inteligentny profesor, więc wniosek który z
                        tego wynika, brzmi nastepujaco:
                        - Profesor zadający takie pytanie jest idiotą, bo powinien zapytać, np. jakie
                        podobieństwa i róznice charakteryzują "Lalkę" w stosunku do dowolnie przez
                        ciebie wybranej powieści realistycznej XIX wieku.
                        I to pytanie rozwija. Wspomniane przez ciebie - kojarzy mi się z malowaniem
                        szlaczków. Polonistyki nie tworzą tylko wykladowcy - przynajmniej w połowie za
                        uwstecznienie tego kierunku winni są studenci, którzy wyskoczyliby oknem z
                        grzecznosci, jakby ktoś kazal.
                        • Gość: Zdanka Re: pokolenie bez literatury...? IP: *.4web.pl 12.06.05, 13:37
                          Zapomniałam dodac - dowolnej europejskiej powieści realistycznej XIX wieku.
                          Spotkałam na kopy polonistek, ktore nie rozumiały , " o czym ja do nich
                          rozmawiam", bo mówiłam np. o Genecie czy Bataille`u...Sorry, ale uwazam
                          polonistykę za jednen z najbardziej uwsteczniających kierunków studiów -
                          przerost nonsensu nad sensem. A teraz można się ze mną kłócić:)
                          • maga_ Re: pokolenie bez literatury...? 12.06.05, 18:17
                            pewnie, ze mozna i ja się kłócić będę ;)
                            zalezy chyba po prostu gdzie i jaka polonistyka. no i kto wykłada. polonistyka w
                            poznaniu jest, niestety jako jedyna, wyposazona w przedmiot o nazwie "kultura
                            europejska" (trwa niestety za krótko). wydaje mi się, ze on właśnie ma
                            zapobiegać takiemu właśnie zamknięciu się.
                            poza tym polonistyka poznańska poza programem obowiązkowym opiera się na
                            systemie fakultetów(nie wiem jak to wygląda na innych uczelniach), które kazdy
                            wybiera sam (a wybór jest ogromny- w tym roku od języka perswazji po wykład
                            "czart, czay czarownice", poprzez film, muzykę rockową itd.) więc jeśli ktoś
                            naprawdę chce się rozwijać- znajdzie takie fakultety (czy to wykłady czy
                            konwersatoria), które mu w tym pomogą.
                            wykładowcy jak to wykładowcy- są gorsi, ale są tez wspaniałe osobowości, które
                            wymagają duzo, ale tez rozbudzają pasje i stawiają na indywidualne intelektualne
                            poszukiwania studentów.
                            tak naprawdę zresztą kazdy kierunek studiów moze dać tylko to, co student sam z
                            niego weźmie. chodzi o to, zeby nie przyjmować niczego, co piszą w podręczniku
                            albo mówią na zajęciach jako prawdę objawioną, tylko samodzielnie nad tym
                            myśleć, polemizować jeśli ma się inne zdanie (dobry wykładowca to taki, który na
                            sensowną polemikę pozwala) oraz interesować się czymś poza studiami.
                            więc tu chyba duzo zalezy od studenta, danej polonistyki wykładowców itd.
              • asia_z Re: pokolenie bez literatury...? 10.06.05, 14:32
                zgadzam sie w całej rozciągłości z przedmówczynia :)

                niestety nie tylko czytanie odchodzi w zapomnienie, ale i zwykla zabawa!
                ostatnio usłyszałam od mojej zrozpaczonej córki (lat 6), ze woli pojsc do
                kolezanki niz zaprosic ją do nas, bo u nas nie mozna ogladac filmow ani grac na
                kompie, i ze w ogole u nas innym dzieciom jest nudno. ręce opadły.

                i nie wiem juz, moze jestem zbyt stara i passe, ze czytam co wieczor na
                dobranoc lub chociaz puszczam bajki do sluchania? moze unieszczesliwiam moje
                dzieci, bo nie znają najnowszych przygod scoobydoo i nie pozwalam im ogladac
                bajek, ktore sa wg. mnie okrutne? organizuje urodziny z zabawami w domu, a nie
                w pizzeri?

                moze ja po prostu, w wieku lat 30, kompletnie zdziadziałam i nie mam swieżego
                spojrzenia na otaczajaca rzeczywistość?
                hm?
                pozdrawiam :))
                a.
              • sol_bianca Re: pokolenie bez literatury...? 13.06.05, 09:55
                > uwielbiam tego Marqueza i ostatnio moja młoda (lat niecałe 14) przeczytała z
                > zachwytem Sto lat samotności, a jakiego szpanu zadała w klasie, kiedy zrobiła
                > na polskim prezentację ulubionej książki! Nawet polonistkę wprawiła w
                > zdumienie, no i 6 dostała!

                To fajnie i Młodej gratuluję :)
                Ale tak mi się skojarzyło: jak byłam w jej wieku, też mieliśmy prezentacje na
                polskim, i chciałam zrobić o "Edenie" Lema. Nauczycielka się nie zgodziła
                twierdząc, że "to nie jest książka dla dzieci".
              • Gość: mama Re: pokolenie bez literatury...? IP: *.olsztyn.mm.pl 14.06.05, 19:53
                > Jeśli średnią wieku piszących tu osób jest +/- 20-30 lat, to, przeraszam za
                > określenie, jesteście w tzw. wieku rozrodczym:). Co za tym idzie,
                > prawdopodobnie prędzej czy później dzieci mieć będziecie i tylko od Was
                zależy,
                >
                > czy będą one czytały, czy nie.

                Ze sobie westchne: eeeeech...Mam dziesiecioletniego syna. Nauczyl sie czytac w
                wieku ok. 5 lat. Wyrastal na modelowego mola ksiazkowego - Harry`ego Pottera
                zaczal czytac w zerowce, "Wladce pierscieni" rok pozniej z wypiekami na twarzy,
                w ogole och, ach, ech. Potrafil sie rozplakac kiedy kazalam mu gasic swiatlo i
                isc juz spac, grozba zakazania wieczornej lektury powodowala, ze kolacja
                znikala z talerza w tempei ekspresowym a pokoj byl wysprzatany na blysk. Tak
                bylo kiedys.

                Od roku nie przeczytal ani jednej ksiazki poza lekturami szkolnymi. Ni stad ni
                zowad stwierdzil, ze czytanie jest nudne. I, cholera jasna psiakrew, nie mam
                pomyslow na zmiane jego nastawienia :(
                • Gość: daria13 Re: do mamy:) IP: *.medical / 80.51.246.* 15.06.05, 09:20
                  A czy droga mama czyta razem z synkiem? Bo jeśli niestety nie masz na to czasu,
                  lub ochoty,a wiadomo, że niewielu rówieśników syna czyta, to dziecko nie ma z
                  kim porozmawiać o przeczytanych lekturach i zwyczajnie przestaje to być już dla
                  niego frajdą. Być może generalizuję i nie mam racji, ale mówię to na podstawie
                  obserwacji własnych dzieci i wiem, że gdybym im nie podsuwała odpowiednich
                  lektur i nie dyskutowała potem o nich, nie osiągnęłabym takich efektów, o
                  jakich pisałam wcześniej. Z pewnością nie jest to łatwe, bo o ile z 14-latką
                  łatwiej mi jest czytać wspólnie i nieraz zdażyło się, że to ona zachęciła mnie
                  do lektury dla mnie jak najbardziej interesującej, o tyle nie jest łatwo zmusić
                  się do lektur dziesięciolatka, ale są one z reguły nie tak długie, czyta się je
                  bardzo szybko, a ile dyskusji można potem przeprowadzić! Bardzo ważny jest też
                  odpowiedni dobór książek. Mały nie jest w stanie pójść do bibliteki i
                  samodzielnie wybrać odpowiednią, biblitekarka, jeśli jest starszego pokolenia,
                  też nie zawsze umie doradzić. Mogę Ci polecić książki, które ostatnio
                  najbardziej zaciekawiły mojego dziesięciolatka: to Molly Moon ze swoją księgą
                  hipnotyzmu, dwie części do tej pory wydane w Polsce i Amor z ulicy Rozkosznej,
                  pozycja, o której dowiedziałam się niedawno z forum. Jeśli Twój syn trafi na
                  naprawdę ciekawe pozycje, jest szansa, że znów wróci do czytania. Jestem o tym
                  przekonana!
                  Ostatnia rada: raczej nic na siłę, ale może samej przeczytać, a potem
                  opowiadać, jaka to świetna, wciągająca książka i że nie masz, z kim o niej
                  pogadać, taki mały podstęp:) Ogólnie dużo rozmawiać o książkach z odpowiednim
                  zaangażowaniem. To działa!
                  Pozdrawiam i radzę się nie zrażać:)
            • another_story Re: pokolenie bez literatury...? 10.06.05, 10:36
              > Myślę że dużą rolę odgrywa tu wychowanie.

              A może predyspozycje psychiczne? Mnie nikt specjalnie do czytania nie zachęcał,
              ale kiedy już sięgnęłam po pierwszą, drugą, trzecią... książkę, odkryłam w tym
              niesamowitą przyjemność. Ja też jestem (a raczej byłam, hurra!) tegoroczną
              maturzystką, no i w sumie również zauważam, że ludzie nie pałają przeważnie
              namiętnością do słowa pisanego. Ale nie dramatyzujmy. Czytelnicy znajdą się
              zawsze, bo wynika to z charakteru pewnej części ludzkości ;).

              Swoją drogą, lektury szkolne też nie są tu bez winy. Moja 10-letnia siostra
              miała niedawno czytać "Kajtkowe przygody". Ja bardzo przepraszam, ale katowanie
              dzieci czymś takim powinno być karalne.

                • Gość: Zdanka Re: pokolenie bez literatury...? IP: *.4web.pl 10.06.05, 11:01
                  Chciałam jeszcze dodać, ze przez to, że nikt nic nie czyta pierwsze roczniki
                  na studiach są wciąż głupsze...W ogóle jaiś totalny debilizm w narodzie się
                  panoszy - ostatnio człowiek na korepetycjach zapytał mnie , co to jest
                  epilepsja. Jak mu odpowiedziałam, że padaczka , to zapytał co to jest padaczka.
                  Jak powiedziałam, że taka choroba , która objawia sie atakami drgawek, ale
                  wystepuje frazami, nieciągle, i nie ma nic wpólnego z chorobą sw. Wita czyli
                  plasawicą, o której coś wyczytał na historii - to dostał głupawki, ze św. Wit
                  był chory na pląsy i tańce...Kurcze, jakby chociaż gość był zabawny, ale jego
                  dowcipy są z takim urokiem wygłaszane, że przypominają cegły spadające z
                  nieba;///
                  • braineater Z pamiętnika korepetytora:) 10.06.05, 11:09
                    - no dobra, to dziś sobie porozmawiamy o Żeromskim
                    - k..., ja p...ole nie wmówisz mi, ze ten bełkot ktoś jeszce czyta. Nie możemy
                    tego zrobic ze ściągi?
                    - No ale ze ściągi, to ani języka ani stylu...
                    - a po co mi to? przeciez pytają tylko o to 'co autor miał na mysli' i czy
                    Baryka jest moim wzorem...

                    I tak jest średnio co roku, od lat kilku i naprawdę nie mam sumienia, żeby im
                    wmówić, że powinni przeczytać te wiekopomne dzieła, bo maja zupełną rację, że
                    tego nie czytają.
                    I nie chodzi tu tylko o Żeromskiego, zeby nie było:)

                    Pozdrowienia:)
                    • Gość: Zdanka Re: Z pamiętnika korepetytora:) IP: *.4web.pl 10.06.05, 11:25
                      Ja na samym początku, od razu mówię, ze ksiązka, o której będziemy rozmawiać
                      to badziew :)I tak oto przynajmniej na wstępie zgadzam się z
                      korepetytowanym:) O większym idiocie niz Judym nie słyszałam.Miał objawienia
                      rozdartych sosen, ktore nakazywały mu totalnie spieprzyć sobie życie osobiste:)
                      I tak jest niestety przy większości tzw. lektur:) Ale miałam też delikwenta,
                      który na dzień dobry zazyczył sobie omawiać dwudziestolecie tylko i wyłącznie
                      pod kątem Witkacego, a konkretniej "Narkotykw" ...Z wyglądu sadząc chciał
                      dopisać dalszą część:)
            • opel_2009 Re: pokolenie bez literatury...? 14.06.05, 19:51
              chodze do raczej "dobrego liceum". jestem zorientowany na historie OWS i angielski takze tym przedmiotom posiwęcam najwiecej czasu. najczesciej siedze nad tymi ksiazkami do 1-2 czasem dluzej i nie powiecie mi ze przesadzam, bo naprawde jest co robic. natomiast z innych przedmniotów nie robie nic.
              jednak coedziennie wieczorem staram sie jeszcze wziasc ksiazke i poczytac czasem nie udaje sie zbyt duzo ale zawsze to cos. czesto czytam w autobiusie, na wolnej lekcji itd. gdy przychodze w piatek do domu i tak sie sklada ze nigdzie nie wychodze tez czytam.
              dla mnie w czytaniu najwazniejsze jest rozwiajanie zainteresowan, ksiazka ma do tego najlepsza ksiazke.wielu moich kolegow czyta ale bardzo rzadko ze wzgledu na natlok zajec.

              uwazam jednak ze mlodziez pod wzgledem czytania "stoi lepiej". od dawna nie widziałem w bibliotece osobnika w wieku 30-50 poza dokształcajacymi sie nauczycielami :(
      • nologininfo Re: pokolenie bez literatury...? 15.06.05, 12:21
        AlexAnderson:"nie tylko, że rośnie takie pokolenie, ale tego rodzaju
        "analfabeci" idą na studia filologiczne" -za to możesz podziękować przełożonym
        egzaminującym i przyjmującym taki "amatorów" lektury,nieprawdaż? Zresztą, skoro
        polonistyka specjalizuje sie, tj. liczy na napływ osób chcących zostać
        dziennikarzami lub nauczycielami (nie mam o nich najlepszego zdania, to prawda,
        jeszcze dziś pamiętam jak przed wykładem jedna z przyszłych nauczycielek
        wypowiedziała znamienne zdanie:"Dostojewski to idiota"-pyszne, nieprawdaż?) cel,
        którym jest znajomość literatury staje sie bezwartościowym ,bo nie gwarantuje
        pracy(cały ten pragmatyzm zabija sens czytania).
        tyle, smutne to może, ale prawdziwe.
    • akondze Re: pokolenie bez literatury...? 10.06.05, 12:04
      Hmmm... a jakby spojrzeć na czytanie z punktu widzenia brodacza ewolucjonisty...
      Ciekawe jak się ma czytanie w odniesieniu do przetrwania gatunku - czy czytanie
      jest czynnością sprzyjającą przekazywaniu swoich genów, czy też odwrotnie -
      można by ją potraktować jako czynność recesywną... ;)

      Chodzi oczywiście o czytanie książek (ściśle beletrystyki), czyli czynność
      bezpośrednio nieużyteczną z pragmatycznego punktu widzenia, pomijając
      jej funkcje odpoczynkowo-relaksacyjne...

      Pojawiło się sporo nowych mediów - telewizja parę dekad temu, teraz od niedawna
      komputery, sieć...
      Ciekawe co będzie później...
      Współcześni nastolatkowie w większości nie za bardzo orientują się w książkach,
      ale za to bardzo dobrze są obeznani w innych czynnościach - serfowanie w
      internecie, obsługa skomplikowanych urządzeń elektronicznych, chociażby
      telefonów komórkowych z coraz to nowymi gadżetami, trzaskanie w skomplikowane
      nieraz gierki komputerowe... to wszystko też wymaga zaangażowania różnych
      zmysłów i myślenia - jakkolwiek by na to nie patrzeć...

      Chodzi po prostu o to, że osoby te realizują się w zupełnie innych polach -
      uważanych przez wyznawców czytelnictwa jako mniej wymagających itd... tylko czy
      słusznie? Nie wiem i nie mam pojęcia...

      Czytanie (dla przyjemności) jest rozrywką nieco coraz bardziej niszową (chociaż
      nadal sporo bardziej popularną niż np. filatelistyka ;) - większość ludzi
      traktuje to jako zło konieczne, przez które należy przebrnąć w szkole i później
      dać sobie z tym spokój.

      Czy więc jest ono dla odpowiedniego rozwoju człowieka absolutnie konieczne?
      Raczej chyba nie.

      Ale z drugiej strony literatura jest częścią kultury, a kultura jest pewną
      podwaliną na której opierają się społeczeństwa.

      Kultura nie chroni jednak przed prymitywnymi ruchami - atawizmy zawsze się
      włączą w odpowiednich okolicznościach.
      Kraj Goethego, Wagnera i wielu innych twórców wysokiej kultury stworzył
      przecież krematoria... a jak wiadomo historia lubi się powtarzać...

      Ludzie wykształceni literacko równie łatwo mogą się zamienić w bestie jak też i
      zwykli prostacy i analfabeci... co więcej mogą być jeszcze gorsi.

      Czytanie wcale nie czyni człowieka lepszym.
      Tak jak i osoby nieczytające wcale nie są gorsze.
      Może mają nieco prostszy proces myślowy, ale skoro sobie jakoś w życiu radzą,
      to widocznie to wystarcza.

      Czytanie należy traktować jako hobby, czy dla niektórych pracę opierającą się
      na tym, że inne osoby się tym interesują albo są zmuszone się 'zainteresować'...
      Hobby, które - dla polepszenia własnego nastroju czy samooceny - można ulokować
      gdzieś w jednej trzeciej (albo jak ktoś nieskromny, to może wyżej) od czubka
      piramidy 'elitarności' ....ale tylko jako takie pozostaje...
      Nie ma państwa Platona, w którym nadrzędną funkcję pełnią filozofowie czy inni
      myśliciele...
      Więc może nie jest to - powyżej pewnej poprzeczki wyznaczonej standardami
      szkolnymi - aż tak bardzo potrzebna umiejętność...

      No ale niekoniecznie należy na to patrzeć z punktu widzenia użyteczności sensu
      stricto.

      • Gość: blue.berry Re: pokolenie bez literatury...? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.06.05, 15:00
        >Współcześni nastolatkowie w większości nie za bardzo orientują się w książkach,
        > ale za to bardzo dobrze są obeznani w innych czynnościach - serfowanie w
        > internecie, obsługa skomplikowanych urządzeń elektronicznych, chociażby
        > telefonów komórkowych z coraz to nowymi gadżetami, trzaskanie w skomplikowane
        > nieraz gierki komputerowe... to wszystko też wymaga zaangażowania różnych
        > zmysłów i myślenia - jakkolwiek by na to nie patrzeć...

        ja jestem juz po 30-stce. zawsze zaczytywalam sie ksiazkami. dzis czytam o
        wiele mniej ale glownie wynika to z braku czasu i sily (praca komputerowa dosc
        nadwyreza oczy). czytanie ksiazek jako najmilsza forma spedzania wolnego czasu
        jakos nie przeszkodzila mi w rownoleglym obeznaniu w innych czynnosciach
        (internet, obsluga czy nawet trzaskanie w gierki:)))) problem polega na tym ze
        tak naprawde z tych umiejetnosci niewiele wynika. ktos, kogo interesuje
        literatura, interesuje tez zazwyczaj dobre kino, teatr, sztuka. a wszystko to
        prowadzi do jakiegos ogolnego poziomu zycia.
        ja osobiscie moge to obserwowac na mojej rodzinie gdzie 16letnia pannica prawie
        w ogole nie czyta, a z lektura szkolna zmaga sie toczac pot i lzy. niestety
        brak checi czytania przeklada sie na ogolny rozwoj. mimo sporego potencjalu (i
        poukladane w glowie i zdolne toto) z wiekiem mam wrazenie przestaje sie
        interesowac czymkolwiek oprocz posiedzenia sobie na gadu gadu. dla odmiany
        12letni mlodzieniec - fan czytania (ma za soba juz np trylogie Tolkiena)
        wygrywa rowno w olimpiadach, trzaska w gry, jezdzi na wycieczki krajoznawcze,
        pisze opowiadania fantasy a i w szachy przytnie. az milo popatrzec. a
        generalnie potencjal rodzinny obiecywal cos wrecz przeciwnego tz ze pannica
        bedzie oczytana a mlodzieniec nie:)
    • Gość: MM Re: pokolenie bez literatury...? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.06.05, 12:25
      rosnie takie pokolenie ze strach sie bac. nie to co wspolczesni 30-40-50-..
      latkowie, dla ktorych dzien bez ksiazki to dzien stracony..........
      ejze, czytanie ksiazek to rozrywka jak kazda inna, jedni lubia czytac, inni
      grac w sapera ,a jeszcze inni wedkowac. ja lubie i czytam, moja siostra nie
      lubi i nie czyta i nie widze problemu
      stawiasz osobe pochlaniajaca grochole, najwieksza powiesc XXI wieku- kod da
      vinci itp ponad pasjonatow gry w pilke?
      co do korepetycji....:) nie wiem kto oze chodzi na korki z polskiego, ale na
      pewno nikt blyskajacy inteligencja- to nie jest przedmiot zbyt wymagajacy,
      bywanie na co drugiej lekcji zwykle wystarcza by zdac, a jak ktos bardzje
      ambitny to moze sobie przeczytac notatki z lekcji i nawet probowac sie co nieco
      nauczyc:) korki to chyba dla uspokojenia sumienia [starych] ze sie cos robi
      pozdro :)
        • scoutek Re: pokolenie bez literatury...? 10.06.05, 12:51
          moim zdaniem to kwestia domu, czyli tego jak maja nasi rodzice.... obserwuje to
          na przykladach wielu i zwykle ta teoria sie sprawdza.... jesli rodzice naleza
          do "czytajacych" to predzej czy pozniej lapie sie bakcyla ....i tak juz
          zostaje...
          nalog czytelniczy utrwala jeszcze trafienie na "swoja" ksiazke, czyli taka,
          ktora po raz pierwszy wywiera na nas wielkie niezatarte wrazenie, taka, od
          ktorej nie moglismy sie oderwac... potem to juz po prostu sie czyta....
          • emusia Re: pokolenie bez literatury...? 10.06.05, 18:42
            Oj, nie powiedziałabym. Moi rodzice są dosyć czytaci, tzn ojciec troche mniej,
            mama pochłania książki jedną za drugą. ja nauczyłam się czytać w wieku lat 4 i
            od tej pory rzadko kiedy z książką się rozstaje :) nawet rozmawiając na gg
            czytam książkę czekając aż osoba,z którą rozmawiam odpisze, albo czekając aż
            super szybkie forum GW otworzy kolejne podstrony :)
            natomiast moja młodsza siostra, wychowana w tym samym domu, z tymi samymi
            wzorcami i w ten sam sposób co ja, przygodę z książką zakończyła na książce o 3
            kotkach, która miała 20 stron, przy czym pół każdej zajmował obrazek. czytałam
            jej na głos anwet harrego pottera (a miała już 10 lat wtedy), że może to ją
            chwyci, ale młoda tylko szukała okazji żeby wrwać się z tego piekła, jakim było
            słuchanie mojego czytania.
            tak więc wychowanie chyba nie sprawia, że ktoś będzie czytającym cyz nie. z tym
            sie chyba trzeba urodzić.
    • Gość: andzia w "Ferdydurke"... IP: 81.15.212.* 10.06.05, 12:27
      jest taki fragment, kiedy to profesor Pimko wypowiada nazwisko - Norwid. Na to
      Zuta Młodziakówna: Norwid? Kto to Norwid?
      cytuję z pamięci
      no tak, to "tylko" powieść, ale chyba miała jakieś zakorzenienie w rzeczywistości?

      to znaczy, że już dawniej bywało, oj bywało wesoło z czytaniem
      niestety
    • tanczacy.z.myslami A czy są w ogóle dobre książki dla młodzieży? 10.06.05, 12:49
      maga_ napisała:

      > więc proszę- pokrzepcie mnie, pocieszcie. czy to naprawdę jest tak, ze rośnie
      > nam pokolenie, dla którego ksiązka to przedmiot egzotyczny? u którego mozliwa
      > styczność ze słowem pisanym budzi przerazenie? które w ogóle nie bierze pod
      > uwagę mozliwości dbrowolnego czytania?

      Owszem.
      Ale jest jeszcze jedna odmiana tego plemienia: osoby, które mają książki, ale po
      to, żeby stały na półce i dobrze wyglądały: np. książki JPII tudzież inne
      figurujące na listach bestsellerów

      I jeszcze wariacja na temat w/w plemienia:
      Jakiś czas temu natknąłem się, bodajże w w-wskiej księgarni "Atlas" na coś
      dziwnego plastikowego i zapytałem panią ekspedientkę co to takiego? jakaś
      specyficzna obwoluta na ksiażkę? specyficzna podkładka na biurko? Pani
      wyjaśniła, że to po prostu (sic!) plastik wytłoczony w kształt grzbietów i
      okładek encyklopedii i słowników, który to plastik klienci nabywają droga kupna,
      aby go wstawić między półki poziome w regale, gdzie będzie wyśmienicie udawał
      prawdziwe książki. Zakładam, że do tych klientów przychodzą w gości znajomi,
      którzy nie maja zwyczaju sięgania do słownika lub encyklopedii po wiedzę.
      Szczęka mi stuknęła o podłogę księgarni...

      > czy moze traiłam po prostu na wyjątkowy okaz?
      > jak to jest? czy dzisiejsze nastolatki jeszcze w ogóle czytają ksiązki?

      W mojej bibliotece w dziale literatury dla dzieci i młodziezy ciągły ruch, więc
      może nie jest tak źle... Tylko ile razy można wypożyczać Pottera i Siesicką??

      > ps. przepraszam za brak litery z z kropką, moja klawiatura się na nią obraziła.
      > :)
      Odwróć klawiaturę klawiszami do dołu i potrząśnij nią energicznie parę razy w
      różnych płaszczyznach. Po pozbyciu się okruszków kropka prawdopodobie zadziała :)

      Prosiłbym raczej o refleksje i odpowiedzi na pytanie postawione przeze mnie w
      temacie.
      • braineater Re: A czy są w ogóle dobre książki dla młodzieży? 10.06.05, 12:56
        A kto powiedział, że 'młodzież' czytać powinna ksiązki dla młodzieży?
        A czy w kanonie lektur są takie - bo mnie się zdaje, że nie za bardzo.
        Niech po prostu szkoła pozwoli im czytać literaturę współczesną i da im klucze
        do tego by ową literaturę zrozumieć, a nie non stop straszy patriotycznymi
        truchłami. Ja wiem, że znajomośc dziedzictwa, że tradycja, że bóghonorojczyzna,
        ale to już nie jest pokolenie, które byłoby owymi wartościami zainteresowane.
        Więc lepiej by było, by czytali chociażby tego Pottera, czy Lemony Snicket, niz
        po raz kolejny przejmowali sie Wandą co nie chciała i Tadeuszem, co nie mógł...
        Pozdrowienia:)
      • another_story Re: A czy są w ogóle dobre książki dla młodzieży? 10.06.05, 12:57
        > plastik wytłoczony w kształt grzbietów i
        > okładek encyklopedii i słowników, który to plastik klienci nabywają droga
        > kupna,
        > aby go wstawić między półki poziome w regale, gdzie będzie wyśmienicie udawał
        > prawdziwe książki.

        Ciarki mi przeszły po plecach. I to bynajmniej nie dlatego, że właśnie wylałam
        herbatę :(.
        • Gość: Zdanka Re: A czy są w ogóle dobre książki dla młodzieży? IP: *.4web.pl 10.06.05, 13:29
          A mnie to nie dziwi. Widziałam u kogoą taką Kalevalę i w zyciu bym nie wpadla
          na to, ze to plastik, gdybym nie wyciągnęła łapy i nie wyjęła jej z półki ze
          sowami:
          -O masz, Kalevalę, szukałam tego kiedyś...

          No i właściwie, to ja byłam tym plastikiem zażenowana, natomiast mieszkająca
          tam obywatelka - wręcz przeciwnie...Wystrój mieszkania - coś jak sprzęt
          alpinistyczny dobrej klasy u gościa, który najdalej był na Kasprowym kolejką...
          • Gość: lavinka Re: A czy są w ogóle dobre książki dla młodzieży? IP: 194.29.130.* 10.06.05, 13:51
            Wybaczcie mi szczerość, ale jestem z innej pólki. Swojego czasu czytałam bardzo
            dużo-dom mam zawalony koszmarnymi ilosciami książek,których nikt nie czyta...
            Znudziło mi się. Lektury szkolne są mało " zyciowe" a przeciętny człowiek nie
            ma szans identyfikowac się z Mickiewiczem i Slowackim. Zresztą dziś książka
            jako taka nie jest niezbędna-ani w znalezieniu pracy, ani w nauce. Świat
            poszedł do przodu, nie ma na to rady. Intelektualiści, którzy nie potrafia
            nawet kranu we własnym domu naprawić pewnie tego nie zrozumieją, ale nie mam
            też ochoty nikogo przekonywać. To bez znaczenia czy ktoś czyta czy nie. Po co
            czytać, jeśli nie sprawia nam to żadnej przyjemności (lub przestało)?
            Ważne czy jest się dobrym człowiekiem i czy nie krzywdzi się innych swoja
            ignorancją i brakiem tolerancji dla ludzi ,którzy ciężko pracują.

            lav
            • maga_ Re: A czy są w ogóle dobre książki dla młodzieży? 10.06.05, 14:07
              popłakałam się ze śmiechu na informację o ksiązkowych atrapach :))
              to ja juz wolę tych, co nie czytają i uczciwie się przyznają. jakoś to bardziej
              "honornie" :)

              inna sprawa to konieczność zrobienia zdecydowanych porządków na szkolnej liście
              lektur. jeśli zamieszczone tam ksiązki nie są bogoojczyźniane, to są
              przygnębiające. (czyli- albo "Bagnet na broń" albo "Nasza szkapa"). I tym
              sposobem nikogo się do czytania nie przekona. Tylko, ze mam wrazenie, ze tutaj
              się nic nie zmieni.

              Co do przydatności literatury: Czapliński napisał gdzieś, ze literatura ma
              słuzyć poszerzeniu normalności i języka słuzącego do opisywania tej normalności.
              Zapobiegać ubiernieniu. Nie mówię, ze nie-czytelnik będzie gorszym człowiekiem.
              Ale czytelnik będzie miał szerszą gamę mozliwych reakcji na rzeczywistość.
              Większą potrzebę reagowania (przyznajmniej intelektualnego) równiez. I nie
              będzie zarazony paskudnym zarazkiem bezrefleksyjności. Moze ja jestem
              idealistką, ale ja wierzę, ze literatura naprawdę zmienia ludzi na lepsze.

              ps. wszelkie potrząsania i akrobacje z literaturą nie zmieniły faktu, ze litera
              z z kropką nadal nie chce zaistnieć :)
            • kotmaurycy Re: A czy dobrze zrozumiałem? 13.06.05, 14:06
              Gość portalu: lavinka napisał(a):
              > Intelektualiści, którzy nie potrafia
              > nawet kranu we własnym domu naprawić pewnie tego nie zrozumieją, ale nie mam
              > też ochoty nikogo przekonywać. To bez znaczenia czy ktoś czyta czy nie. Po co
              > czytać, jeśli nie sprawia nam to żadnej przyjemności (lub przestało)?
              > Ważne czy jest się dobrym człowiekiem i czy nie krzywdzi się innych swoja
              > ignorancją i brakiem tolerancji dla ludzi ,którzy ciężko pracują.

              Czy dobrze zrozumiałem, że ci co czytają książki, nie umieją naprawić kranu i
              nie pracują ciężko? Czy dobrze zrozumiałem, że ubolewanie nad stanem
              czytelnictwa to brak tolerancji dla nie czytających?
            • Gość: młoda_21 Re: A czy są w ogóle dobre książki dla młodzieży? IP: 195.187.253.* 15.06.05, 13:25
              Pierwszy raz w życiu odpisuję na jakikolwiek post, ale ruszyło mnie to co
              napisała "lavinka". "To bez znaczenia czy ktoś czyta czy nie". No, faktycznie,
              what's the problem? Co tam analfabetyzm funkcjonalny, w sumie po co rozumieć to
              co się czyta. No i jak brakuje tamatów to zawsze można porozmawaić o pogodzie i
              stanie polskich dróg-takie głebokie tamaty i jakie pole do popisu!
              "Ważne czy jest się dobrym człowiekiem i czy nie krzywdzi się innych swoja
              ignorancją i brakiem tolerancji dla ludzi ,którzy ciężko pracują." Nad tą
              ignorancją to radziłabym pomyśleć tak w kontekście własnej wypowiedzi.
              Kończąc złośliwą uwagą stwierdzam, iż wolę rozmawaić z intelektualistą, który
              nie wie, gdzie się montuje uszczelkę jak mu cieknie kran, niż kimś, kto
              myśli,że Rimbaud, to postać grana przesz Stlone!!!!!

          • Gość: Klea Re: A czy są w ogóle dobre książki dla młodzieży? IP: *.chello.pl 10.06.05, 19:11
            A propos atrap, nie wytrzymam i zacytuję:

            "Można by w tej mierze użyć jednego sposobu (a to niech w sekrecie zachowają,
            co im nastręczę): szafy gdy będą wzniosłe, na wyższych przepierzeniach mogą na
            wzór ksiąg oprawić drzewa i okryć równie jak i prawdziwe dzieło złocistą skórą;
            ale naówczas nie radziłbym mieć schodków przystawionych, żeby się fortel nie
            odkrył. Czy papier drukowany, czyli drewno proste, skoro go nikt w rękę nie
            bierze, równy skutek przynoszą, a tańszy kloc niżeli papier."
            Ignacy Krasicki

            Klea
            nawiasem mówiąc polonistka, i to taka co czyta :)
    • autumna a moja koleżanka bibliotekarka mówi... 10.06.05, 14:23
      że z tym czytaniem nie tak źle. Właśnie będzie bronić magisterkę z tematu "Rola baśni w życiu dziecka" - praca na bazie ankiet o Harrym Potterze wypełnianych przez młodych czytelników; miała tego cały stos, bo dzieciaki rwały się do wypełniania. No i akcję "Cała Polska..." chwali - mówi, że do czytelni dziecięcej zaczęło jednak zachodzić więcej rodziców po książki dla pociech.
      • Gość: Hubi Re: a moja koleżanka bibliotekarka mówi... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.06.05, 14:48
        Popieram Autumne! Pozytywow szukac nalezy...

        Akcje typu "Cala Polska czyta" chocby i 1 proc. ludziskow nawrocila, to i tak
        warto!

        A z moich obserwacji - w autobusach i tramwajach coraz wiecej ludzi czytajacych
        widac...I zaznaczam, nie ma wsrod nich prawie nikogo z pokolenia 40-50-
        60...Prawda, mlodzi czesto nic procz Fantasy nie znaja...czesto jest to
        Grochola czy inny Coelho..ale i tak dobrze... Lepszy rydz...
      • Gość: gb Re: a moja koleżanka bibliotekarka mówi... IP: *.tpn.pl 10.06.05, 14:49
        Wszystkim czytającym chciałbym polecić drugą część "Nauki w świecie Dysku"
        Prattcheta i spółki. Nasze życie to nic innego jak opowieść. Czytana,
        opowiadana, spisywana i czytana na nowo.
        Nie można nikogo zmusić do "polubienia" czytania, traktowanie czytania jako
        elitarnego hobby też nie jest wyjściem. Do czytania potrzeba jest wyobraźnia.
        Niestety nadmiar telewizji, internetu, programów "symulujących" rzeczywistość
        powoduje, że zamiast sobie coś wyobrazić dziecko/młody człowiek/dorosły woli
        obejrzeć...Podobny problem można zaobserwować z klockami. Czy w dobie dominacji
        LEGO (które skądinąd są fantastyczną zabawką) często rodzice kupują dziecio
        dawne klocki drewniane...
        czytanie to nałóg, obowiązek, przyjemność - to życie :)
        pozdrawiam
        gb
    • Gość: Ania Gralak Ksiązka pomaga!! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.06.05, 14:45
      A ja czytam książki!!! Może niektórzy mnie za to nielubią, uważaja mnie za
      dziwczake , ale ja nie mam zamiaru z tego rzeygnowac. Kazda książka, nawet
      głupia ma swój sens i przeznaczenie - tak kiedyś powiedziała moja polonistka z
      podstawówki i wiecie co ja sie tego trzymam... każda książka posiada jakis
      punkt widzenia na jakąś sprawe i ja wcale nie musze sie z tym śwaitopoglądem
      innej osoby zgadzac, ale warto poznawac inne opinie..... warto być
      wszecgstronnym!!!!
    • dagny1001 Re: pokolenie bez literatury...? 10.06.05, 15:58
      Mam wrażenie, że nie rozumiecie wagi problemu. W czytaniu nie chodzi wyłącznie
      o przyjemność. Czytanie rozwija intelignecję i zdolność rozumienia świata.
      Jeśli młodzież nie czyta, wyrośnie z niej pokolenie półgłówków, niezdolnych do
      aktywnego i rozumnego uczestnictwa w społeczeństwie i w demokracji. Nie będzie
      elity narodu, bez której naród, czyli my wszyscy, upadnie. Już dziś widać tego
      syndromy (popularność Leppera itp.)
      • braineater Oj 10.06.05, 16:08
        a to to już jest nadmierna fetyszyzacja literatury, przypadłośc skądinąd mi nie
        obca, ale baaardzo szkodliwa.
        Dzisiejsza młodzież, (naprawdę zaczynam czuć się staro) nie jest skazana, tak
        jak my byliśmy, na żmudną benedyktyńska pracę, wyszukiwania istotnych
        informacji w zakurzonych tomiszczach, ma dużo skuteczniejsze i szybsze metody -
        sieć. I brak literatury w zyciu wcale nie musi negatywnie wpłynąc na rozwój
        intelektualny, tudziez na kasandrycznie przez Ciebie wieszczoną
        półgłówkowatośc. Jest całe mnóstwo inteligentnych ludzi, którzy nie skalali się
        lekturą i wcale im z tego powodu w życi nie jest gorzej - po prostu mają inne
        priorytety, inne zainteresowania. A taki ksiązkowy faszyzm - 'nie czytasz, toś
        gupi', to własnie, niestety kolejny argument przeciw czytaniu i mocno do niego
        zniechecający. Czytanie musi wynikac z potrzeby własnej, nawet jeśli
        motywowanej jakims społecznym snobizmem, nie z przymusu. To tak jak z marchewką
        z dziecinnych potrawek - przez cąłe dzieciństwo wmawaino mi, że ta marchewa
        jest pyszna, zdrowa i niezbędna do rozwoju mego - no i do dzisiaj jej
        nienawidze. Także odrobina dystansu tez się przydaje.
        • dagny1001 Re: Oj 10.06.05, 16:22
          Ależ ja nie postuluję, żeby kogokolwiek zmuszać. Wiem, że to przynosi odwrotny
          skutek, po prostu się martwię. Istnienie internetu i dostępność informacji nie
          zwalnia z konieczności dbania o rozwój intelektualny, nadal trzeba umieć z tych
          informacji korzystać. Sorry, że się tak wymądrzam, ale taka jest prawda. I nie
          twierdzę, że ci, którzy nie czytają, mają w życiu gorzej. Oni może nie, ale my
          jako społeczeństwo tak - przez nich i ich nieczytające, ogłupione telewizją
          dzieci.
          • another_story Re: Oj 10.06.05, 16:37
            Miałam w klasie kolegę, który właściwie nic nie czytał, a mimo to nie brakowało
            mu nigdy inteligencji czy trafności sądów. To, że ktoś nie wie, kim był
            Chateaubriand, niekoniecznie stanowi czynnik dyskwalifikujący...
        • Gość: Zdanka Re: Oj IP: *.4web.pl 10.06.05, 16:36
          Nie o to chodzi. Bo wcale nie chodzi o czytanie beletrystyki,;chyba najmniej
          właśnie chodzi o beletrystykę. Chodzi o czytanie czegokolwiek - w ogóle o
          umiejętność czytania i rozumienia, nawet tego , co się wyczytało w internecie.
          Bo inaczej zaczynają się dziać takie cuda, jak to "szewc bez butów chodzi " , o
          którym ktoś wyżej napisał i w które swięcie wierzę:) Czyli takie eksponaty +
          prace magisterskie pisane na zamówienie + kto może, to wyjeżdza i za 20 lat
          mamy naprawde ciekawy kraj...
            • dagny1001 Re: Oj 10.06.05, 17:02
              No nie, ręce opadają. Właśnie to miałam m.in. na myśli, wieszcząc upadek całego
              społeczeństwa. Skoro nawet ludzie czytający i odwiedzający forum Książki robią
              takie rzeczy...
                    • braineater Re: Oj 10.06.05, 17:41
                      Pisze prace za kasę, bo po pierwsze potrafię to robić, w odróżnieniu np od
                      wbijania gwoździ czy naprawy samochodu, po drugie, to jest naprawdę opłacalne
                      zajęcie, po trzecie, nadal mnie to bawi, po czwarte, przy pisaniu takich prac
                      sporo się nauczyłem, szczególnie pisząc teksty z dziedzin o których nie mam
                      zielonego pojęcia, po piate jest na to zapotrzebowanie, po szóste, jeśli ja
                      tego nie napiszę, to napisze to ktoś inny.
                      A jeśli spodziewałas się jakiś szczególnych wyrzutów sumienia, to przykro mi
                      nie mam takowych - tak jak człowiek, który robi karabiny, raczej równiez się
                      nie zastanawia nad ilościa potencjalnych ofiar. A że to be i niemohalne? No
                      cóz, ktos musi byc świnią:)
                      Pozdrowienia:)
                      • Gość: Zdanka Re: Oj IP: *.4web.pl 10.06.05, 18:46
                        No i ktoś wreszcie ładnie napisał za mnie to, co myslę na ten temat :) Oprócz
                        tego, ze jednoczesnie myślę też-----> m.in . z zapotrzebowania na owe prace i
                        typologii ludzi, którzy ich szukają, ze głupiejemy jako społeczeństwo, ale to
                        już coś z zupełnie innej beczki i na inny temat:)
                          • Gość: Zdanka Re: Oj IP: *.4web.pl 11.06.05, 10:19
                            A nie przyszło Ci do głwy, ze do zgłupienia społeczeństwa już wystarczajaco
                            przyszyniło się prywatne szkolnictwo wyzsze, gdzie nawet za licencjat płacisz
                            900PLN do kieszeni promotora, który widział cię dwa razy w zyciu na oczy?
                            • Gość: dagny Re: Oj IP: *.devs.futuro.pl 11.06.05, 10:25
                              No oczywiście, że tak. Ale ci piszący za kasę też są winni - w nieporównanie
                              mniejszym stopniu, ale jednak. Zrozum, nie chcę nikogo potępiać, ja kiedyś też
                              się zastanawiałam nad takim stosobem zarobku. Ale przemyślałam to, i o to
                              jedynie apeluję - o refleksję. To nie jest ok. Nie można zwalać winy na system,
                              jeśli samemu się w nim uczestniczy.
                              • maga_ Re: Oj 11.06.05, 10:57
                                A mój przyjaciel zarabia pisaniem prac na opłacenie sobie akademika. I jak to
                                rozpatrywać? To potrafi, więc tym zarabia. Jakby umiał lepić garnki to by
                                zarabiał lepieniem garnków. Ale umie pisać prace. Zabawne jest to, ze pisze
                                prace dla studentów roku trzeciego, samemu będąc na drugim. :)
                                Ci ludzie, którym pisze prace są na tyle dojrzali, ze potrafią juz zdecydować
                                czy odpowiada im kac po zaliczeniu takiej pracy czy nie. A właściwie- albo są
                                dojrzali i pracę napiszą albo dojrzali nie są i ją komuś zlecą.
                                Ale kogoś kto im napisze znajdą zawsze.
                                Więc od strony piszących się tego nie zreformuje.
                                • Gość: dagny Re: Oj IP: *.devs.futuro.pl 11.06.05, 11:10
                                  Kochani, postawa osób zamiawiających takie prace nie ma tu nic do rzeczy.
                                  Argument - jak ja nie napiszę, to zrobi to kto innny - nie zwalnia nikogo z
                                  osobistej odpowiedzialności za napisanie takiej pracy. Każdy człowiek sam
                                  odpowiada za swoje czyny - i ci, którzy kupują, ale również tak samo ci, którzy
                                  piszą.
                                  Napisałaś - to potrafi, więc tym zarabia. Czy tak samo usprawiedliwisz
                                  złodzieja, prostytutkę czy handlarza narkotyków? Oczywiście bez obrazy, nie
                                  chcę broń Boże porównywać Twojego przyjaciela do tych "profesji", tylko wykazać
                                  bałamutność tego argumentu.
                                • Gość: Zdanka Re: Oj IP: *.4web.pl 11.06.05, 11:11
                                  Takich paradoksów jest bardzo wiele:)))))))))...Zresztą to coś jak folklor
                                  ludowy w Polsce - chyba nie ma na swiecie drugiego takiego państwa, gdzie na
                                  kazdym kroku człowiek spotyka takie cuda...Japończyk by u nas umarł chyba...
                                  • maga_ Re: Oj 11.06.05, 11:26
                                    piszący pracę robi krzywdę tylko tym, którzy go osobiście o tę krzywdę
                                    poprosili- oni się nie rozwiną na własne zyczenie.
                                    dobrze by było po prostu gdyby to w zamawiających wykształcił się mechanizm
                                    zwykłego wstydu. przed sobą, przed osobą, która ocenia pracę, przed osobą, u
                                    której się zamawia, przed wszystkimi którzy go zapytają "a jak ci poszła twoja
                                    praca roczna/maturalna/magiserska/licencjacka?".
                                    nawet gdyby wszyscy piszący prace za pieniądze zawzięli się i nie pisali, to
                                    zmieni to skutek, a nie przyczynę- bo potencjalny zamawiający będzie się
                                    złościł, ze nie ma u kogo zamówić, ale nie zrozumie, ze takie kupowanie prac, to
                                    wstyd i (jak śpiewa Jachimek) złooooo :)
                                    tu trzeba sprawić, zeby kupującym było głupio. a nie jest.
                                    (a ja spotkałam się z praktyką wynajmowania sobie zastępcy na egzamin pisemny.
                                    to mi się jakoś jeszcze bardziej w głowie nie mieści- tyle z tym kłopotu, ze juz
                                    nie łatwiej się po prostu nauczyć??? :) )
                                    • Gość: dagny Re: Oj IP: *.devs.futuro.pl 11.06.05, 13:07
                                      Nie tylko - robi też krzywdę tym, którzy uczciwie zdobyli tytuł magistra, a na
                                      rynku pracy mogą być potraktowani tak samo jak oszuści. Poza tym takie praktyki
                                      obniżają ogólną wartość i prestiż tytułów naukowych, ośmieszają studia i
                                      uczelnie oraz - przede wszystkim - godzą w społeczne poczucie sprawiedliwości i
                                      uczciwości. Tym bardziej, że wszyscy o tym wiedzą, mówią o tym głośno i nikt
                                      się tego nie wstydzi. Wszyscy, którzy przykładają rękę do tego oszustwa, są w
                                      jakiś sposób winni. Co gorsza, to zatacza coraz szersze kręgi - piszesz o
                                      zastępcy na egzamin, ostatnio słyszy się o kupowanych maturach ustnych itp.
                                      Zgroza. Nie usprawiedliwiajmy tego.
                                      • braineater Re: Oj 11.06.05, 17:00
                                        Gość portalu: dagny napisał(a):

                                        > Nie tylko - robi też krzywdę tym, którzy uczciwie zdobyli tytuł magistra, a
                                        na
                                        > rynku pracy mogą być potraktowani tak samo jak oszuści. Poza tym takie
                                        praktyki
                                        >
                                        > obniżają ogólną wartość i prestiż tytułów naukowych, ośmieszają studia i
                                        > uczelnie oraz - przede wszystkim - godzą w społeczne poczucie sprawiedliwości
                                        i
                                        >
                                        > uczciwości.

                                        Droga Dagny, Twoje wątpliwości moralne są jak najbardziej własciwe, tylko
                                        wymierzone w niewłasciwe osoby. Jako człowiek uczestniczący w sytemie
                                        akademickim, mogę ci powiedzieć, że Twoje obawy o osmieszenie wartości uczciwie
                                        zdobytych tytułów, czy też prestizu studiów wyższych są baaaardzo spóźnione, bo
                                        oprócz policji, polityki i prezydenta Kaczyńskiego trudno znaleźć bardziej
                                        skompromitowaną instytucje życia społecznego.

                                        Nie chce tu usprawiedliwiac siebie, że pisze i na tym zarabiam, bo nie mam moim
                                        zdaniem czego usprawiedliwiać, nie chcę takze usprawiedliwiac tych, co owe
                                        prace zamawiają, bo oni moga się sami usprawiedliwić, ale podejrzewam, że maja
                                        to głeboko gdzieś, ale chcę zaznaczyć jeden fakt - gros winy lezy własnie po
                                        stronie systemu edukacyjnego. Promotorzy, którzy na seminaria magisterskie
                                        przyjmują 120 osób, seminaria odbywające się raz na kwartał, studenci, którzy
                                        nie mając szans na stypendium pracują w pełnym wymiarze godzin, by móc na
                                        studia zarobic, debilny program państwowy, ukierunkowany na to, by swiatu
                                        pokazać, że w Polsce mamy tylu a tylu magistrów, doktorów i innych, czyli
                                        presja na ilośc. Najlepiej dotowane sa te uczelnie, które wykazują sie
                                        ilością 'przerobionych studentów', a nie np liczbą cytowań prac badawczych
                                        powstałych na danym wydziale. Do tego dochodzi jeszce generalnie skostniały
                                        program kształcenia (tu mówie tylko o moim wydziale, bo byc może gdzie indziej
                                        jest lepiej)oparty na tekstach sprzed 30 i więcej lat, podawanych jako
                                        najświeższe najnowsze nowości.

                                        I tak, człowiek, który dostanie kartkę z proponowanymi tematami prac mgr. od
                                        promotora - tak, temat twojej pracy, też możesz sobie wybrac z okreslonego
                                        zakresu zagadnień, które akurat interesują twój macierzysty zakład [dygresja -
                                        ze 100 kilku osób na moim roku, po pięciu latach studiów, tylko 4 miały swój
                                        własny temat - reszta dawaj propozycje z kartki], wybierze sobie temat, o
                                        którym wie, że jest doń całe morze opracowań i do którego napisania wystarczy
                                        tylko sprawne uzywanie ctrl+C i ctrl+V. I tak powstaja prace magisterskie,
                                        których nikt nie czyta (łacznie z promotorem, bo komu by się chciało czytac po
                                        raz setny to samo tylko w innym układzie graficznym), które z mety, jesli
                                        zachowane zostaną niepisane reguły ilości przypisów na stronę, sa oceniane na
                                        ocenę dobrą i które nie wnosza kompletnie nic w rozwój nauki, ale za to
                                        Ministerstwo Odmózdżania i Sportu, może sie popisać statystykami i wyciągac
                                        kolejne pieniądze z budżetu państwa.

                                        I tak kółko się zamyka, wszyscy sa usatysfakcjonowani, Uczelnie bo rosnie
                                        im 'prestiż', studenci bo maja swoje upragnione tytuły i pan Minister, bo
                                        przynajmniej Prezydent nań nie nakrzyczy, że Polaki głupi naród i uczyć się nie
                                        chcą.

                                        Tak więc, po rozważeniu wszystkich tych argumentów, znanych mi z autopsji
                                        zarówno ze strony konsumenta jak i producenta 'wiedzy' i doszedłszy do wniosku,
                                        że jest to totalne szambo, po prostu powziąłem decyzję, że skoro wszyscy
                                        zarabiaja na handlu łajnem, to czemu ja mam czuc sie lepszy i ponadto, miast po
                                        prostu zakasać rekawy i po szyje wejśc w te szambo, by zarobić troche kasy. Ot
                                        i tyle światopogladowofilozoficznych motywacji do pisania prac za kogoś.
                                        Pozdrowienia:)
                                        • mietowe_loczki Re: Oj 11.06.05, 23:22
                                          Jestem przerażona, że można tak bez wstydu i zażenowania pisać o popełnianym
                                          przestępstwie jakim jest pisanie pracy magisterskiej na zamówienie, szukać
                                          przeróżnych wytłumaczeń, dorabiać ideologię do zwykłego draństwa i ... być
                                          pracownikiem naukowym na wyższej uczelni. Piszesz o kulejącym systemie
                                          edukacyjnym i równocześnie jesteś jego częścią, system tworzą ludzie, w tym Ty.

                                          Piszesz:
                                          > Jako człowiek uczestniczący w sytemie akademickim, mogę ci powiedzieć, że
                                          > Twoje obawy o osmieszenie wartości
                                          > uczciwie zdobytych tytułów, czy też prestizu studiów wyższych są baaaardzo
                                          > spóźnione, bo oprócz policji, polityki i prezydenta Kaczyńskiego trudno
                                          > znaleźć bardziej skompromitowaną instytucje życia społecznego.

                                          Pisanie prac na zamówienie, ściąganie i łapownictwo jest częścią tego bagna.

                                          > Nie chce tu usprawiedliwiac siebie, że pisze i na tym zarabiam, bo nie mam
                                          > moim daniem czego usprawiedliwiać, nie chcę takze usprawiedliwiac tych, co
                                          > owe prace zamawiają, bo oni moga się sami usprawiedliwić,

                                          Ależ usprawiedliwiasz - w dodatku popełniane przez siebie przestępstwo.

                                          > ale podejrzewam, że maja to głeboko gdzieś, ale chcę zaznaczyć jeden fakt -
                                          > gros winy lezy własnie po stronie systemu edukacyjnego. Promotorzy, którzy na
                                          > seminaria magisterskie przyjmują 120 osób,

                                          mógłbyś podać przykład? jakiś konkretny kierunek lub choćby uniwersytet? w
                                          mojej grupie magisterskiej było 9 osób, w innych podobnie, studiowałam na
                                          państwowej

                                          > seminaria odbywające się raz na kwartał

                                          proszę j.w., np nazwa przedmiotu, gdzie, itp, takie nieważne szczegóły mogłyby
                                          trochę uwiarygodnić Twoją wypowiedź

                                          > studenci, którzy nie mając szans na stypendium pracują w pełnym
                                          > wymiarze godzin, by móc na studia zarobic,

                                          A co to znaczy - nie mają szans na stypendia? - jeżeli nie mają szans na
                                          socjalne, oznacza to, że ich rodziców stac na ich utrzymanie; natomiast nie
                                          dziwi mnie, że nie mają szans na naukowe, skoro zajmują się pracą zarobkową;
                                          śmieszy mnie, kiedy pod koniec semestru pojawia się u mnie student, którego
                                          nigdy wcześniej nie widziałam na oczy i domaga się specjalnego traktowania
                                          tłumacząc, że musiał pracować na studia - pracował na zajęcia, na które nie
                                          miał czasu przychodzić. Tego paradosku nigdy nie zrozumiem.

                                          > debilny program państwowy, ukierunkowany na to, by swiatu pokazać, że w
                                          > Polsce mamy tylu a tylu magistrów, doktorów i innych, czyli
                                          > presja na ilośc. Najlepiej dotowane sa te uczelnie, które wykazują sie
                                          > ilością 'przerobionych studentów', a nie np liczbą cytowań prac badawczych
                                          > powstałych na danym wydziale. Do tego dochodzi jeszce generalnie skostniały
                                          > program kształcenia (tu mówie tylko o moim wydziale, bo byc może gdzie
                                          > indziej jest lepiej)oparty na tekstach sprzed 30 i więcej lat, podawanych
                                          > jako najświeższe najnowsze nowości.

                                          Może jest tak, ponieważ pracownicy wydziału zajmują się wyręczaniem nierobów
                                          studentów i nie mają już czasu na pisanie swoich prac badawczych? Wybacz, ale
                                          nie mogłam się powstrzymać przed tym komentarzem. Całkowicie solidaryzuję się z
                                          Dagny.
                                          • Gość: Zdanka Re: Oj IP: *.4web.pl 12.06.05, 11:43


                                            państwowo, dziennie, uniwersytet :)

                                            A teraz kilka czrodziejskich słow:

                                            państwowo, zaocznie, uniwersytet
                                            prywatnie, dziennie, wyższa szkola jakaś tam
                                            prywatnie, zaocznei, wyższa szkoła jakaś tam
                                            I mamy rozwiązanie zagadki 120 ludzi na seminarium raz na kwartał:)


                                        • nienietoperz Przesadziliscie, towarzyszu B. 13.06.05, 14:01
                                          lagodnie mowiac.
                                          Obrona pisania prac na zamowienie uwagami o skompromitowanym systemie
                                          akademickim jest rownie na miejscu jak uwagi wszyscy kradna, wszyscy biora, to
                                          moze ja tez sie
                                          dolacze. Znam kiepskich wykladowcow i swietnych wykladowcow, ale to nie ma tu
                                          nic do rzeczy. Na swoim prywatnym malym poletku zajeciowym walczylem z oszustami
                                          wszystkimi metodami dostepnymi, nie zwracajac na pogardliwe uwagi od skadinad
                                          inteligentnych kolegow dotyczace 'poczucia misji'.
                                          I najbardziej bolesne nie bylo wyklocanie sie z kolejnym tlukiem, ktoremu
                                          udawanie samodzielnosci przychodzilo z podobnym trudem jak nienietoperzowi
                                          udawanie seksownej nastolatki. Bolala swiadomosc, ze takiego tluka legitymuje
                                          ktos, kto byl w stanie napisac jego prace, moze jeszcze posmial sie z tlukiem
                                          przy Zywcu ze `skompromitowanych instytucji zycia spolecznego' (biorac kase od
                                          tluka pewnie, zeby latwiej zrozumial, nie uzywasz takich okreslen, tylko mowisz
                                          o ch...ych profesorkach, ktorzy i tak nic nie kumaja)
                                          Lajno lajnem jest, argument, ze wszyscy nim handluja jest po prostu nieprawdziwy
                                          (choc wygodny). Oczywiscie, ze idea 50% (80, 95) magistrow jest rownie sensowna
                                          jak np. 50% Polakow biegnie setke ponizej 10 sekund (jedynym wyjsciem jest
                                          majstrowanie przy stoperze). Ale co z tego?
                                          Patologie nie sa nie do zwalczenia, chocby w drobnej skali. Przyklad: uczelnia
                                          moja, kierunek matematyka, przedmiot psychologia, potrzebny kazdemu jak zegarek
                                          z nawilzaczem. Dobrze ustosunkowana tradycja kupowania przed egzaminem pisemnym
                                          sprzetu gospodarstwa domowego wykladowcy. Wielka klotnia przed egzaminem, bo 5
                                          (na ok. 100) nawiedzonych osob nie dosc, ze nie chce sie dorzucic, to jeszcze
                                          probuje tlumaczyc rzekomy idiotyzm nabywania zelazka. 95 osob po sprawnym
                                          wybluzganiu reszty zakupuje prasowacz, jedzie do wykladowcy na dyzur przed
                                          egzaminem, wrecza 'drobny prezent w ramch wdziecznosci za ksztalcenie nowych
                                          pokolen Polakow'. Pozostale 5 wrecza przed egzaminem kartke (ladna, a jak, z
                                          kwiatuszkami), z tekstem:

                                          Szanowna Pani,
                                          prosimy o nie traktowanie zelazka marki (tu detale), jako wreczonego przez nas.
                                          Uwazamy, ze przyjmowanie korzysci materialnych przed majacym sie odbyc
                                          egazaminem stawia Pania w bardzo nieprzyjemnej sytuacji, i chcielibysmy tego ze
                                          swojej strony uniknac.
                                          Podpisy.

                                          Efekt: pani po otrzymaniu kartki zmienia kolory, prycha, nic nie mowi, ucieka
                                          nieomal z sali. Za rok (wiadomosc od zaskoczonych kolegow z roku nizej)
                                          delegacje z mikserem wywala na zbity pysk, kazac im nigdy wiecej sie nie pokazywac.

                                          Tlukow nie przekonasz. Ale zdziwilbys sie, ilu ludzi na skompromitowanych
                                          uczelniach uspokaja sie myslac: w sumie, skoro nawet taki bystry, tworczy i
                                          samodzielny gosc jak X mysli, ze tak to juz jest, to czemu ja mam sie starac cos
                                          zrobic?

                                          Pozdrowienia,
                                          i cytujac wieszczy:

                                          This is argument no more, this is a late aregument, this argument is dead.
                                          • braineater Re: Przesadziliscie, towarzyszu B. 13.06.05, 14:25
                                            i w dodatku zdaję sobie z tego sprawę.
                                            Tylko nieco przerażające jest to, że na mój post, przegięty we wszystkich
                                            możliwych kierunkach i swiadomie wredny, negatywnie zareagowały tylko 3
                                            (słownie:trzy osoby). To tez nie świadczy za dobrze o stanie instytucji
                                            akademickich, bo okazuje się, że to co Was oburza, jest przyjmowane za normę,
                                            albo po prostu utrwalony obyczaj.
                                            Walka z patologią, przynajmniej z mojej perspektywy, jak na razie jest
                                            kompletnie nieskuteczna, bo co z tego, że uczelnie mają oprogramowwanie do
                                            szukania plagiatów, lub z tego, że jeden na 10 studentów z napisaną przez kogos
                                            praca się wyłozy na egzaminie z własnego tematu, skoro i tak nie wywoła to
                                            żadnej reakcji, poza prostym 'no kurde, miał synek pecha'. Rację ma
                                            mietowe_loczki, że ta sytuacja niczym się nie rózni od korupcji i walka powinna
                                            byc równie bezwzględna, tyle, że powstaje pytanie, kto ją ma prowadzić. Mogę
                                            ja, możesz ty, może mietowe_loczki czy Dagny, tyle, że jest to akcja typu
                                            wołanie na puszczy, ponieważ ani jedna ani druga strona nie jest zainteresowana
                                            rozwiązaniem tego konfliktu - profesura, bo (to akurat jedyna rzecz z
                                            poprzedniego postu, przy ktorej nadal sie będę upierał) w ogóle nie czyta tych
                                            prac i zadowala się świadomością istnienia w tychże przypisów i bibiografii ni
                                            studenci, którzy są w końcu normalnymi ludźmi, i jesli można zrobić coś
                                            szybciej i łatwiej, to tak zrobią.
                                            Bardzo łatwo grzmieć o upadku standardów, o zaniżaniu prestizu (naprawdę
                                            wystarczy pięc minut koncentracji przed kompem by taki pean pełen górnolotnych
                                            ideei wysmażyć), niestety nieco gorzej jesli trzeba te idee w czyn wprowadzić.
                                            I taka jest w sumie ta smutna prawda, że dopóki będzie popyt, będzie podaż, a
                                            popyt będzie dopóty, dopóki nie zostaną wytworzone jakies mechanizmy
                                            przeciwdziałania, z mety eliminujące studenta, ktory wierzy, że plagiatem i
                                            przekupstwem można zdobyć tytuł.
                                            Dla uspokojenia sumień, oświadczam, że i owszem napisałem prac kilka,
                                            jednakowoż na usprawiedliwienie biore fakt, że tylko znajomym i bez czerpania
                                            korzyści majątkowych:)Natomiast cała teoria z poprzedniego postu zbudowana
                                            została w oparciu o rozmowy ze studentami, wykładowcami i materiały prasowe.
                                            Pozdrowienia:)
                                            • Gość: Zdanka Czy ja wiem?;/ IP: 194.63.133.* 13.06.05, 14:43
                                              W ten sposób to zaraz zaczniemy udawać, ze w ogóle nie ma sprawy i pójdziemy na
                                              barykadę walczyć za wolnośc nasza i waszą, albowiem nie splamilismy się w zyciu
                                              myslą plugawą, a kazy profesor pracuje tylko na jednym etacie i jak go
                                              zastraszyć, że bierze łapówkę, to od razu jest przerazony...:) To, że
                                              Braineater wyrzeka się swojego popzredniego postu(nie wnikam dlaczego), ze to
                                              i tamto to jedno, a rzeczywistość jest taka:)
                                              edukacja.anonser.pl/offers/12/5/
                                              I przypomina mi to tzw. walkę z prostytucją prowadzoną przez prezydenta
                                              Warszawy...




                                            • Gość: Zdanka Czy ja wiem?;/ IP: 194.63.133.* 13.06.05, 14:43
                                              W ten sposób to zaraz zaczniemy udawać, ze w ogóle nie ma sprawy i pójdziemy na
                                              barykadę walczyć za wolnośc nasza i waszą, albowiem nie splamilismy się w zyciu
                                              myslą plugawą, a kazy profesor pracuje tylko na jednym etacie i jak go
                                              zastraszyć, że bierze łapówkę, to od razu jest przerazony...:) To, że
                                              Braineater wyrzeka się swojego popzredniego postu(nie wnikam dlaczego), ze to
                                              i tamto to jedno, a rzeczywistość jest taka:)
                                              edukacja.anonser.pl/offers/12/5/
                                              I przypomina mi to tzw. walkę z prostytucją prowadzoną przez prezydenta
                                              Warszawy...




                                              • braineater Re: Czy ja wiem?;/ 13.06.05, 14:53
                                                Nie wyrzekam się Zdanko, bo to byłoby jak próba zanegowania rzeczywistości. Po
                                                prostu rezygnuje z autobiografizmu:), natomiast spora częśc tez zawartych w tym
                                                poscie jest jak najbardziej prawdziwa i znana wszystkim, na podejrzewam każdym
                                                uniwersytecie w Polsce.
                                                Tylko, co z tego, że znana, skoro i tak nikomu zdaje się to nie przeszkadzać. A
                                                co do niesplugawienia się złą myslą tudziez łapówką, to bynajmniej nie
                                                zamierzam się zastrzegać, że gdyby próbowano mnie skorumpowac odpowiednią sumą,
                                                to się z radością puszcze i będę wdzięczny. Na szcęscie na moją dziedzine nie
                                                ma popytu, poza zdesperowanymi maturzystami - było studiować zarządzanie &
                                                marketing:)
                                                Pozdrowienia:)
                                              • nienietoperz Re: Czy ja wiem?;/ 13.06.05, 15:02
                                                Zdanko,
                                                ani slowa w moim poscie na temat tego, ze nie jest, jak jest (czyli kiepsko),
                                                nie bylo. Nie namawialem tez braineatera ani Ciebie do noszenia znaczkow w
                                                klapie i manifestowania porannego w sprawach antykorupcyjnych, antyoszustowych,
                                                etc..
                                                Chcialem wylacznie zwrocic uwage na to, ze niezaleznie od masowosci problemu,
                                                wczesniej czy pozniej znajdzie sie kilka w miare rozsadnych osob, ktore beda
                                                postrzegac nie tyle wielkie dylematy moralne, ale konkretne zachowania
                                                konkretnego braineatera (czy Twoje). I nawet pomijajac kwestie czucia sie
                                                osobiscie dobrze, moze warto sie troche zastanowic nad tym, co te w miare
                                                rozsadne osoby beda myslec, i jakie wnioski wyciagna. A uczucie bycia
                                                oszukiwanym jest nieprzyjemne zawsze i wszedzie - piszac prace na zamowienie
                                                nigdy nie wiesz, czy na `receiving end' znajdzie sie tepy profesor olewacz, czy
                                                ktos, komu troche zalezy.
                                                Pozdrowienia,
                                                nntpz
                                                • Gość: Zdanka Re: Czy ja wiem?;/ IP: 194.63.133.* 13.06.05, 15:17
                                                  Po pierwsze:
                                                  - W zadnym poscie nie napisalam, ze piszę prace na zamówienie.Opisałam jedynie
                                                  pewien przypadek dzwoniącego człowieka - i wcale nie stwierdziłam, ze dzwonił
                                                  do mnie i poparłam poglądy Braineatera, który wyłozył je cynicznie i rzeczowo
                                                  czyli tak jak w tym wypadku trzeba. A teraz clou, które jest bazą dla tego
                                                  interesu.Kto pisze prace? Studenci oraz ludzie, ktorzy dopiero co zrobili
                                                  magistra? Dlczego? Dlatego, że trudno się zyje za 700-800 zl miesięcznie,
                                                  zwałaszcza jeśli jednoczesnie zakłada się rodzinę oraz trudno przestawić się z
                                                  faceta zakopanego w ksiązakach na pracownika hipermarketu ciągnącego paletę -12
                                                  godzin na dobę z wyzszym wykształceniem i swietną znajomościa angielskiego...
                                                  Po drugie:

                                                  A uczucie bycia
                                                  > oszukiwanym jest nieprzyjemne zawsze i wszedzie - piszac prace na zamowienie
                                                  > nigdy nie wiesz, czy na `receiving end' znajdzie sie tepy profesor olewacz,
                                                  czy
                                                  > ktos, komu troche zalezy.

                                                  Obawiam sie, ze muszę się z Toba nie zgodzić. Zakładasz, ze piszący prace pisze
                                                  je na odwal się, a to błąd , bo jesli napiszesz meil pod którykolwiek z
                                                  podanych na tematej stronie adresów to pan/pani odpowie ci, że oczywiscie
                                                  pracuje z Toba cały czas i za dodatkowa opłatą przygotowuje Cię na obronę.

                                                • Gość: Zdanka Re: Czy ja wiem?;/ IP: 194.63.133.* 13.06.05, 15:17
                                                  pierwsze:
                                                  - W zadnym poscie nie napisalam, ze piszę prace na zamówienie.Opisałam jedynie
                                                  pewien przypadek dzwoniącego człowieka - i wcale nie stwierdziłam, ze dzwonił
                                                  do mnie i poparłam poglądy Braineatera, który wyłozył je cynicznie i rzeczowo
                                                  czyli tak jak w tym wypadku trzeba. A teraz clou, które jest bazą dla tego
                                                  interesu.Kto pisze prace? Studenci oraz ludzie, ktorzy dopiero co zrobili
                                                  magistra? Dlczego? Dlatego, że trudno się zyje za 700-800 zl miesięcznie,
                                                  zwałaszcza jeśli jednoczesnie zakłada się rodzinę oraz trudno przestawić się z
                                                  faceta zakopanego w ksiązakach na pracownika hipermarketu ciągnącego paletę -12
                                                  godzin na dobę z wyzszym wykształceniem i swietną znajomościa angielskiego...
                                                  Po drugie:

                                                  A uczucie bycia
                                                  > oszukiwanym jest nieprzyjemne zawsze i wszedzie - piszac prace na zamowienie
                                                  > nigdy nie wiesz, czy na `receiving end' znajdzie sie tepy profesor olewacz,
                                                  czy
                                                  > ktos, komu troche zalezy.

                                                  Obawiam sie, ze muszę się z Toba nie zgodzić. Zakładasz, ze piszący prace pisze
                                                  je na odwal się, a to błąd , bo jesli napiszesz meil pod którykolwiek z
                                                  podanych na tematej stronie adresów to pan/pani odpowie ci, że oczywiscie
                                                  pracuje z Toba cały czas i za dodatkowa opłatą przygotowuje Cię na obronę.

                                                  • braineater Przepraszam, ale nie 13.06.05, 15:26
                                                    mogłem sie powstrzymac, bo udaje nam się, o dziwo:), powoli wrócic do tematu
                                                    wątku. Niechęc do czytania może być również motywowana tym, że dzieciak mający
                                                    perspektywę pięciu lat siedzenia w ksiązkach, po to by dostac jakis tam
                                                    śmieszny w sumie swistek i pójśc na zasiłek, lub do wspomnianego przez Zdankę
                                                    supermarketu by zapieprzać i kiwać głowką jakiemuś panu kerownikowi, raczej
                                                    szybciej znajdzie motywacje do kombinowania niż do czytania jakis tam
                                                    starozytnych śmieci. Dobry przykład przeciez, jak to nam nieskutecznie
                                                    wmawiają, idzie z góry.
                                                    Pozdrowienia:)
                                                  • dagny1001 Re: Przepraszam, ale nie 13.06.05, 15:39
                                                    No i znowu zaczyna się polskie narzekanie. To, jak ten kraj będzie wyglądał,
                                                    zależy od nas, od każdego pojedynczego człowieka. Najłatwiej powiedzieć, że za
                                                    800 zł nie opłaca się być przyzwoitym, to wszystko łajno więc i ja się
                                                    podłączę. Nie zgadzam się. Każdy powinien czuć się odpowiedzialny za
                                                    społeczeństwo, w którym żyje.
                                                  • zirael1 Ej, a czy ktoś zapytał rzeczone dzieci?! 14.06.05, 18:37
                                                    Mam 13 lat i czytam średnio 2 - 5 książek miesięcznie. Zależy, co mi wpadnie w
                                                    rękę. Zauważyłam, owszem, że moje koleżanki i koledzy nie lubią czytać, ale nie
                                                    wszyscy tak mają. Choćby ja - przeczytałam wszsystkie dotychczas wydane po
                                                    polsku części cyklu Terry'ego Pratchetta (jest ich około dwudziestu pięciu,
                                                    ostatnio nie liczyłam), dwie książki Douglasa Adamsa o Holistycznej Agencji
                                                    Detektywistycznej Dirka Gently, zaczęłam tegoż autora "trylogię w pięciu
                                                    częściach". Mam za sobą również całego Pottera, "Przejście" Connie Willis, cykl
                                                    Zelaznego o Amberze, wszystkie opowiadania i powieści Sapkowskiego. Przeżyłam
                                                    wszystkie lektury szkolne (ostatnio "Przypadki Robinsona Cruzoe" - jeden z
                                                    nielicznych tytułów, o których śmiało mówię "dno") z wyjątkiem Pinokia.
                                                    Dodatkowo codziennie loguję się na tym forum i czytam i piszę. W odpowiedzi na
                                                    powyższy post piszę: ja sama uważam, że czytanie daje mi bardzo wiele. Lekcje j.
                                                    polskiego należą do moich ulubionych, nauka przychodzi mi z łatwością i mam
                                                    najbogatszy słownik z całej klasy. To chyba ułatwia życie, nie? Nie uczę się
                                                    tylko i wyłącznie dla "świstków". IMO te "świstki" pozwolą mi się może dostać do
                                                    dobrego gimnazjum, później do liceum, na studia.

                                                    .:Zirael:.
                                                  • nienietoperz Re: Czy ja wiem?;/ 13.06.05, 16:45
                                                    W tonie rzeczowo-polemicznym: w zadnym poscie nie napisalem, ze piszesz prace na
                                                    zamowienie (nieszczesne `nie wiesz' nie mialo zamiaru brzmiec osobiscie, mam
                                                    nadzieje, ze mozna matematykowi wybaczyc koslawosc stylu). Braineater, tenze
                                                    zlosnik podstepny podpuscil mnie na tyle skutecznie, ze zaczalem go podejrzewac
                                                    (czy trudno sobie wyobrazic pana b. siedzacego przed monitorem i z rumiencami na
                                                    policzkach produkujacego teorie rewolucyjne, przewrotne, postmodernistyczne,
                                                    wszystko to starajac sie imitowac toporny jezyk zleceniodawcy?).

                                                    W tonie rzeczowo-szczerym: w pewnym sensie nie mam absolutnie zadnego prawa sie
                                                    wypowiadac,
                                                    a) majac zyciowo na tyle szczescia, ze zawsze (marnie bo marnie) placono mi za
                                                    roobienie tego, co lubie,
                                                    b) piszac te slowa aktualnie ze Zjednoczonego Krolestwa.
                                                    Z drugiej strony nie jestem w stanie przetrawic w pelni obojetnie uwag
                                                    sugerujacych, ze tak to juz jest, i tyle. Moge sie nawet zgodzic z
                                                    braineaterem, ze gros problemu przychodzi od gory, ale na to wplyw jaki mamy, to
                                                    wszyscy mniej wiecej wiemy. Lokalnie problem wiaze sie z p.Zosia, ktorej sie nie
                                                    chce, p. X, ktora bierze zelazka, bo nigdy nikt jej w twarz nie powiedzial, ze
                                                    to lapowa, i panem Tadkiem, ktory prac magisterskich nie czyta, bo uczelnia mu
                                                    malo zlotowek placi. I z nimi rozmawiac i mlotkiem do glowy rozum wkladac mozna.

                                                    A teraz chwilowo odlaczam sie od dyskusji, bo poranne czytanie 'Opetania' +
                                                    forumowanie popoludniowe powoduje, ze to, za co moja uczelnia placi funty, lezy
                                                    odlogiem.

                                                    Wasz,
                                                    nntpz
                              • Gość: kasandra Re: Oj IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.06.05, 15:12
                                Gość portalu: dagny napisał(a):

                                > No oczywiście, że tak. Ale ci piszący za kasę też są winni - w nieporównanie
                                > mniejszym stopniu, ale jednak.
                                To nie jest ok. Nie można zwalać winy na system,
                                > jeśli samemu się w nim uczestniczy.

                                A moim zdaniem to promotor i recenzenci są winni - godzą się brać pieniądze za
                                prowadzenie pracy, której na oczy nie widzieli i nie konsultowali, z autorem nie
                                rozmawiali nawet na tyle, by mieć podejrzenie, że nie pisze sam (ba! nie chcą
                                mieć podejrzenia, nawet, jeśli to ewidentne...) i to się nazywa "opiekun
                                naukowy"i "profesor" mający aspiracje do bycia "autorytetem moralnym".
                                Czy producent noży "uczestniczy w systemie" mordowania w ciemnych zaułkach? To
                                nie pisanie prac za pieniądze jest nieetyczne i nielegalne, ale podpisywanie się
                                pod takimi pracami.
                                • Gość: dagny Re: Oj IP: *.devs.futuro.pl 11.06.05, 16:53
                                  Ludzie piszący prace za kasę w przeciwieństwie do producenta noży doskonale
                                  zdają sobie sprawę, że wytwór ich pracy Z CAŁĄ PEWNOŚCIĄ posłuży do celów
                                  nieetycznych. Powtórzę jeszcze raz, do znudzenia - ewidentna wina kupujących i
                                  promotorów nie umniejsza winy sprzedających.
                                  • maga_ Re: Oj 11.06.05, 17:42
                                    ja chciałabym jeszcze wrócić do kwestii tego, ze osoby, które kupują pracę mają
                                    taki sam tytuł naukowy jak ci uczciwi i stanowią konkurencję na rynku pracy
                                    (swoją drogą nie lubię sformułowania "rynek pracy", ale innego nie znajduję,
                                    wiec cóz... :) ). otóz ja mam wrazenie, ze ci, którzy kupują prace takiej
                                    konkurencji nie stanowią, bo sobie po prostu z pracą zawodową ani jej
                                    poszukiwaniem nie poradzą. brak kompetencji wylezie po prostu.
                                    taki przykład z działalności mojego wspomnianego juz przyjaciela- któregoś dnia
                                    podczas spotkania ze mną dostał ogromnie spanikowanego smsa od osoby, dla której
                                    pracę pisał. praca rzekomo jest nie na temat. otóz osoba odkryła, ze pisana
                                    praca jest na temat wątków sielankowych w literaturze polskiej, a ona ma napisać
                                    pracę o wątkach idyllicznych!!!:))
                                    nie chcę generalizować, ale ci którzy zamawiają pracę to osoby, które będą
                                    niekompetentne, niesamodzielne i nie dadzą sobie rady.
                                    a prestiz tytułów naukowych to juz chyba nie istnieje. smutne, ale prawdziwe.
                                    • Gość: Zdanka Re: Oj IP: *.4web.pl 11.06.05, 18:37
                                      No cóz , to ja moze tylko wspomnę o przypadku telefonu od delikwenta, ktory
                                      idąc po odbiór pracy rocznej, dzwonił spod sali z pytaniem, jaki ona miała
                                      tytuł, bo musi powiedzieć wykladowcy, o czym pisał, żeby facet to znalzł wśród
                                      innych prac...Bez komentarza, bo i co tu komentować.
                                      W tym roku umarła kolejna osoba, o której mogę powiedzieć , ze była naukowcem z
                                      prawdziwego zdarzenia, ale za bardzo się przejmowała wszystkim...Smutne to, bo
                                      wiem kto zajmie jej miejsce w tej katedrze ...
                                    • Gość: dagny Re: Oj IP: *.devs.futuro.pl 12.06.05, 10:59
                                      Tak, to o rynku pracy to częściowo prawda. Niemniej jednak istnieją zawody (np.
                                      w większości przypadków nauczyciel), gdzie na wstępie sprawdza się papiery
                                      kandydata, a nie wiedzę czy umiejętności. Ale to jest mniej istotne. Chodzi o
                                      to, że to zwykła nieuczciwość i tyle.
                                      Pozdrawiam wszystkich rozmówców, bardzo interesująca dyskusja :-)
                                      • Gość: nauczycielka Re: Oj IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.06.05, 12:33
                                        Zastanawia mnie, dlaczego podałaś akurat przykład nauczycieli. Jest to jeden z
                                        tych zawodów, w których brak wiedzy i kompetencji bardzo szybko wychodzi na
                                        jaw, mimo że nikt z początku nie sprawdza umiejętności. Myślę więc, że mało kto
                                        utrzyma się na dłużej w tym zawodzie, nie mając pojęcia o swojej pracy.
                                        • another_story Re: Oj 13.06.05, 14:35
                                          > Myślę więc, że mało kto
                                          > utrzyma się na dłużej w tym zawodzie, nie mając pojęcia o swojej pracy.

                                          Oj, tu się mylisz. Mój były (na szczęście!) psor uczy polskiego od 20 lat, mimo
                                          że poziom jego lekcji jest... no, żenujący, po prostu. Facet traktuje uczniów
                                          jak bandę kretynów, którzy nigdy nie trzymali w rękach książki innej niż
                                          telefoniczna. W związku z tym zamiast czytać lektury - oglądaliśmy ich
                                          ekranizacje, a najciekawszych autorów w ogóle pominęliśmy (wyjątek stanowił
                                          Herbert, choć przy "Przesłaniu Pana Cogito" psor dał nam do zrozumienia, że i
                                          tak nic z tego wiersza nie pojmiemy ;)). Zresztą, facet często całkowicie
                                          rezygnował z prowadzenia lekcji i przeglądał sobie gazetę. Te godziny wspominam
                                          chyba najmilej...

                                          Nie wiem, czy takie rzeczy dzieją się tylko na moim Podkarpaciu, czy to
                                          ogólnopolski standard. Jeśli tak - wszelkie reformy edukacji mijają się z
                                          celem. Po co wydawać nowe podręczniki, skoro nauczyciel - zamiast z nich
                                          korzystać - dyktuje do zeszytów niekończące się notatki z osobistego kajetu?
                                          (Ten kajet ma ponoć z czasów własnej licealnej kariery, więc wygląda na to, że
                                          cytuje mądrości swojej nauczycielki...).
                                        • dagny1001 Re: Oj 13.06.05, 15:15
                                          W życiu nie słyszałam, żeby jakiś nauczyciel stracił pracę z powodu
                                          niekompetencji, tym bardziej, że chroni ich Karta Nauczyciela czy inne takie
                                          bzdury.
                                • gb59 Re: Oj 12.06.05, 22:38
                                  A moim zdaniem to promotor i recenzenci są winni - godzą się brać pieniądze za
                                  > prowadzenie pracy, której na oczy nie widzieli i nie konsultowali, z autorem
                                  ni
                                  > e
                                  czy w jakiejś państwowej uczelni promotorzy (opiekunowie) prac MAGISTERSKICH i
                                  recenzenci tychże biorą jakies dodatkowe pieniądze za opiekę i recenzje???
                                  Proszę o konkretny przykład.???
                                  • miang Re: Oj 13.06.05, 10:06
                                    Politechnika Łódzka (przynajmniej parę lat temu tak było)

                                    i niestety promotorzy świadomie przepuszczają pracę o której wiedzą ze nie
                                    tylko nie była napisana, ale nawet nie _przeczytana_ przez delikwenta
          • bebiak Re: A mój syn czyta:-) 10.06.05, 16:54
            A mój syn czyta i to nie tylko literaturę dla niego fachową (20 lat, I rok
            informatyki, umysł wybitnie matematyczny).
            Nigdy nie zmuszałam i nie kontrolowałam, ale w domu książek mnóstwo i dostęp do
            nich zupełnie swobodny. W liceum jako jedyny przeczytał wszystkie lektury + te
            uzupełniające (z opiniami bardzo różnymi, ale przeczytał).
            W zeszłym tygodniu zastałam go nad "Śniadaniem u Tiffany'ego", co mnie na tyle
            zaskoczyło i... zawstydziło, że natychmiast po powrocie książki na półkę i ja
            musiałam łyknąć (nawet nie pamiętam, kiedy to przedtem czytałam).
            Jest i taka młodzież:-)
            Na szczęście - wg mnie.
          • Gość: M Re: Oj IP: *.elk.mm.pl 10.06.05, 17:10
            Tak się składa,że jestem polonistką,uczę w liceum (chociaż zdecydowanie nie pasuję do obraz odmalowanego w niektórych postach).Uwielbiam czytać, lubiałam to od dziecka.Moje dzieci czytają, bo widzą rodziców czytających i dotają książki jako prezenty.Staram się też czytać dzieciom, rozmawiać o tym ,co czytamy.Nie wiem, jak będzie w przyszłości,ale chyba nie będą jęczeć "nudo", nie wiedząc,że czytanie może być przyjemnością.
            Zgadzam się z wieloma głosami,że szkoła może uczniom (szczególnie z domów nieczytających)obrzydzić czytanie.Dlaczego? Przestarzały kanon jest tym, co zniechęca do czytania.Nie znoszę omawiania niektórych lektur, po prostu nie znoszę: problemy Judyma czy rozterki Kordiana naprawdę nie poruszają już chyba nikogo,ALE W KANONIE SĄ.Nakłada się na to reforma zwana szumnie nową maturą,jeżeli ktoś widział, czego od maturzystów wymaga się, zrozumie,że chociaż nie znoszę Judyma MUSZĘ o nim mówić, bo może być na maturze.I teraz już nie pisze się własnych refleksji,odczuć,żadnych "moim zdaniem".Jest model i uczeń lekturę ma znać, najlepiej w szczegółach.Marzy mi się reforma kanonu lektur, póki co wyniki matur (nędzne, oj, nędzne) pokażą,że młodzież nie czyta. Nieczytanie ma akże inny jeszcze wymiar: ubogie słownictwo,prostota zdań czasem poraża.Obok uczenia literatury, robię też sporo lekcji poświęconych leksyce i wtedy niektórzy z nich niczym bohater Moliera dziwują,że mówią prozą.Pozdrawiam.
            • dr.krisk Przestraszylas mnie.... 10.06.05, 17:27
              Z tym kanonem lektur. Ze dalej rozterki Judyma i takie tam..... Do dzis sni mi
              sie wypracowanie o rozdartej sosnie. Pisalem i plakalem ze wcieklosci.
              Na dzieciach sie nie znam, na ich edukacji tez, ale chyba moznaby sklecic jakis
              sensowny zestaw ksiazek do przeczytania dla mlodego czlowieka? I co by to mialo
              byc? Moze zamiast Zeromskiego - Ursula le Guin?
              Sam nie wiem.
              • Gość: M Re: Przestraszylas mnie.... IP: *.elk.mm.pl 10.06.05, 18:37
                Uwielbiam Ursulę Le Guin,myslę,że jej trylogia "Ziemiomorze" czy "Lewa ręka ciemności" sprawiłaby niektórym przyjemność czytania,w innych -wyzwoliłaby przynajmniej jakąś reakcję.A z wielu lektur wieje nudą,niektórym nawet nie chce się dowiedzieć, co dalej.Bo po co?Smutne to.
                Polubiłam fantasy i fantastykę dzięki swojej pani profesor od teorii literatury na studiach,oprócz literatury polskiej omawiała właśnie z nami Le Guin ,Raya Bradburego(chyba cos knocę w nazwisku?)"Kroniki marsjańskie"czy Tolkiena (wiem,że miałam szczęście).Pozdrawiam.
    • agni_me Re: pokolenie bez literatury...? 10.06.05, 16:49
      Bardzo bym prosiła, by odpowiedzieć sobie na kilka pytań:
      1)Kiedy większość ludzi (Polaków, żeby zawęzić)nauczono czytać tak sprawnie,
      żeby w ogóle pomyśleli o sięgnięciu po książkę? Wystarczy odpowiedź w
      pokoleniach.
      2)Kiedy ta już umiejąca czytać większość dostała książki w zasięg rąk, oczu i
      wyobraźni? Też w pokoleniach.
      3)Kiedy w takim razie miały zaistnieć te złote czasy czytelnictwa polskiego?
      4)Czy ktoś w ogóle ma pojęcie o tym, jakie książki wypożyczano w latach 50 -80
      w wiejskich i miejskich bibliotekach?
      5)No i wreszcie, od kiedy to pojedyńcze przypadki służą do generalizacji i
      wyciągania wniosków dotyczących całych przyszłych pokoleń?
      • maga_ Re: pokolenie bez literatury...? 10.06.05, 17:29
        jak sama napisałam- mozliwe, ze trafiłam na wyjątkowy okaz. i właściwie taką
        miałam nadzieję. ze zasypią mnie głosy tych, którzy uwazają, ze jest całkiem
        nieźle, nawet dobrze, ze nie ma co panikować. i poniekąd tak się właśnie stało-
        wiele postów przekonywało, ze naprawdę albo nie ma reguły albo są od niej
        radosne wyjątki. i z tego się cieszę.

        a co do reszty- tu nie chodzi o to, ze mamy setki lat wspaniałej tradycji
        czytelniczej. tu chodzi o coś innego- o to, ze czytanie było dawniej postrzegane
        jako wartość, a tutaj nagle okazuje się, ze podstawowe skojarzenia z ksiązką to
        kujoństwo i święte oburzenie, ze w ogóle mozna w szkołach lektur wymagać. ze dla
        nastolatki potencjalna nauczycielka wymagająca czytania tego, co obowiązkowe-
        jest kuriozum jakimś.
        nie chodzi nawet o samo czytelnictwo tylko o zmianę jego statusu. na dziwactwo,
        egzotykę, niemalze wstydliwą sprawę. i to dopiero moze być naprawdę niewesołe.
    • camel_3d bezstresowe wychowanie 10.06.05, 16:59
      bezstresowa szkola
      bezstresowe zycie

      po prostu idealny swiat...

      Obaweiam sie, ze mam dla ciebie zle nowiny...
      Teraz dominuje internet. Ksiazki to pewnie rodzaj rozrywki dla osob nieco
      bardziej rozwinietych intelektualnie. Pospolstwo nie czyta ksiazek tylko siedzi
      przed TV lub monitorem. Tak wiec, jezeli trafi ci sie kiedys praca
      nauczycielki, wez to pod uwage i nie oczekuj, ze mlodziesz pzekona sie do tak
      malo aktywnej czynnosci, jaka jest czytanie.
      Chyyba ze trafisz do dobrej szkoly, do ktorej uczescczaja dzieci z nieco
      lepszych sfer.
      • irenka82 Re 10.06.05, 17:17
        1)ksiazki sa drogie,niestety.
        2)mlodziez ma kiepski wybor jezeli chodzi o literature- albo lektury (sama ich
        nie znosilam w liceum) albo musierowicz (ktora jest kompletnie niezrozumiala dla
        obecnych smarkaczy) albo jakies amerykanskie przedruki.
        3)moje kolezanki z roku (pedagogika) czytuja tylko glamour i avanti,ksiazki
        czyta zaledwie 5 lub 6,wiem,bo z nimi rozmawiam i sie wymieniam.
        4)inna moja kolezanka bez zenady mowi ze w zyciu zadnej ksiazki nie przeczytala.
        • Gość: Zdanka Re: Re IP: *.4web.pl 10.06.05, 17:34
          A ja myslę, że kandydat na prezydenta Polski w wyborach jesiennych powinien
          obowiązkowo mieć w kampanii ten motyw:
          - w zyciu zadnej ksiązki nie przeczytalem, drodzy wyborcy...
          Od razu człowiek wie, że to swój człowiek i nie będzie jakichś utopijnych
          pomysłów mial, bo pzrecież z seriasli ich nie wezmie...No chyba, że
          z "Niewolnicy Isaury"...
    • Gość: AlexAnderson Bojaźń i drżenie (O tempora, o mores!) IP: 80.50.49.* 10.06.05, 19:22
      Jestem przerażony częścią powyższych wypowiedzi, z których wynika, że czytanie
      to przeżytek, snobizm i można się w dzisiejszych czasach bez niego obyć. Tu nie
      chodzi o źródło zdobywania informacji, bo rzeczywiście - Internet jest szybszy i
      prostszy, wiele rzeczy można się dowiedzieć ze specjalistycznych programów
      telewizyjnych itp. Ale brak kontaktu z książką od najmłodszych lat prowadzi do
      swojego rodzaju ograniczenia umysłowego, nieumiejętności elementarnego
      wysławiania się. Mówiłem w drugim poście, że mam zajęcia ze studentami filologii
      - większość z nich nie potrafi sklecić zdania po polsku, a utworu zrozumieć na
      poziomie najbardziej podstawowym. A są to studenci filologii!!! Nieobcowanie z
      książką niszczy kulturę języka i wspólnych dla całych grup odniesień, budujących
      tożsamość. Już dziś niewiele osób wie, co znaczy "hamletyzować", "zniewolony
      umysł", "walka z wiatrakami", "Proustowska magdalenka", "Wieczna Kobiecość", nie
      kojarzy popularnych cytatów i powiedzeń, które dziś aż strach użyć w
      towarzystwie, bo nikt nie zrozumie aluzji, np. "Co tam, panie, w polityce?",
      "smuga cienia", "ideał sięgnął bruku", "Mam Państwu do zakomunikowania
      arcyniemiłą wiadomość", "królestwo za konia", "reszta jest milczeniem", nie
      wiedzą, kto to był pan Jourdain, Julian Sorel, Lear, Rastignac, Stawrogin, Molly
      Bloom, Józef K. czy Gretchen, symbolizujący określone postawy. Ktoś powie, że to
      zbędny bagaż? - to fundament kultury europejskiej! To Homer, Szekspir,
      Cervantes, Goethe, Dostojewski, Joyce, Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Wyspiański
      stanowią o tym, kim jesteśmy. Kanon lektur szkolnych trzeba przerobić, ale
      przecież nie można wyrzucić stamtąd "Kordiana" czy "Dziady" - niech będą
      omawiane na jednych zajęciach, a nie tłuczone tygodniami, ale być muszą. A
      dzieciaki w szkole się nudzą i nic nie rozumieją, bo wcześniej kontaktu z
      książką nie miały i skaczą od razu na głęboką wodę.
      Moja mama czytała mi od małego, już w przedszkolu umieliśmy biegle czytać i
      pisać, gdy miałem 13 lat przeczytałem pierwszy raz "Wojnę i pokój" i od tej pory
      nie mogę czytać szajsu (to też cytat - z Tarkowskiego), ale też nie mogę żyć bez
      czytania. Jeśli coś w życiu napawa mnie radością, to te tysiące postaci i
      "skrzydlatych fraz" z literatury, które żyją we mnie. I chyba umrą z takimi jak ja.
      • Gość: M Re: Bojaźń i drżenie (O tempora, o mores!) IP: *.elk.mm.pl 10.06.05, 19:51
        Alexie, zgadzam się z każdym słowem, które napisałeś.Jako skromna polonistka (prawie siłaczka, kojarzycie???)wprowadzam zawsze pojęcie "skrzydlatych słów" i każę zapisywać w zeszycie.Może kiedyś gdzieś zabłysną? :)))(moim małym sukcesem jest gdy uczeń powiedział mi,że uwodził panienkę "na Tetmajera"-"Mów do mnie jeszcze...",a jeden pochwalił się,że w jakimś teleturnieju on wiedział, kto napisał "Kwiaty zła", pytany- nie).
        Sprawdzałam tegoroczne nowe matury, momentami byłąm przerazona, jak czytałam prace świadczące o całkowitej nieporadności językowej, nieumiejętności pisania na temat, pisania spójnego, o bogactwie językowym i synonimii nie wspomnę.TO jest efekt nieczytanie CZEGOKOLWIEK, nie mówię już o tych nieszczęsnych lekturach.Smsy, gadu-gadu nie załatwią sprawy....a są tacy, którzy głównie to czytają.Na pocieszenie powiem,że sprawdzałam też prace(zdecydowanie mniej), których czytanie było prawdziwą przyjemnością- piękna polszczyzna, niezły styl pisania,a co najważniejsze- im się rózne rzeczy KOJARZYŁY z innymi tekstami (także spoza lektur),dlaczego??? BO CZYTAJĄ. Pozdrawiam.