Rzecz o moich smutnych dziwkach.

IP: *.medical / 80.51.246.* 21.06.05, 13:51
Trochę mnie dziwi, że na forum, na którym wszak nie brak miłośników prozy
Marqueza, nikt chyba do tej pory nie pokusił się o rzeczowy komentarz na
temat tej pozycji. Odzywały się jedynie głosy komentujące problem
ocenzurowania tytułu, co w moim odczuciu jest jednak sprawą drugorzędną, mi
osobiście ta cenzura nie przeszkadza, bo już tak trochę po staroświecku mam
wrodzoną niechęć do inwektyw.
Czy tak mało osób przeczytało tę książkę? Czy na nikim nie zrobiła wrażenia?
Dziwne:(
Może moja wieloletnia, wielka miłość do Marqueza wpłynęła nieco na mój osąd
Dziwek, ale dla mnie to jest naprawdę piękna książka. Chyba, w moim odczuciu,
najbardziej poetycka pozycja ze wszystkich jego dzieł. Rzecz o miłości, ale
inaczej, niebanalnie. Rzecz o starości i umieraniu, ale bez patosu i
sentymentalizmu.
To piękna książka, którą polecam wszystkim, nawet tym, którzy za Marquezem
nie przepadają. Książka na jeden letni wieczór, która wprowadzi Was w nastrój
nostalgii i zadumy. Gwarantuję, że warto!
Pozdrowienia:)
    • Gość: szaraiwka Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.06.05, 23:43
      a na mnie zrobila wrazenie raczej srednie, choc Marqueza lubie od dawna a 100
      lat jest ksiazka ktora zwalila mnie z nog i w tej pozycji juz zostalam. Z
      pewnoscia latwo i przyjemnie sie czyta. Latwiej niz inne jego ksiazki. Dla mnie
      to bardziej opowaidanie niz powiesc, brak mi tu tej wielowatkowosci, tego
      bogactwa swiatow, takich zdan ktore maja swoj niezapomniany smak. A milosc....
      każda z miłości opisanych w 100 latach, czy w ksiazkach z miloscia w tytulach
      byla dla mnie zdecydowanie bardziej przekonujaca, bogatsza, prawdziwsza. Ta
      wydala mi sie jakas taka wymyslona ponad miare. Ale moze musze sie zestarzec
      zeby przekonac sie ze ten ogien moze nas dotknac takze po 90-tce i w taki
      sposob. Za to podobala mi sie czulosc z jaka opisywal jej cialo
      pozdrawiam rowniez :-)
    • ydorius Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. 22.06.05, 00:21

      Mi sie badzo spodobała, choć odnoszę wrażenie, ze Marquez nie panuje już nad
      swoimi opowieściami jak dawniej. Nie wiem na przykład po co w tej książce
      pojawia się wątek kota? Ni przypiął ni przyłatał, a jednak jest.

      Pomijając takie drobne wpadki "wątkowe" to jest cały Marquez. Poruszający się na
      granicy czasem dobrego smaku (czy wyobrażenia o nim), prowokujący samym tematem
      już (brrr... wstrętny satyr i pedofil :-)), ale nie przekraczający jednak
      pewnych standardów. To rzeczywiście opowieść o miłości. Późnej, ale to nie
      oznacza gorszej. Niewyobrażalnej, ale to nie znaczy niemożliwej. I tak dalej.
      Ciepła bardzo i delikatna książka.

      Kwestia tytułu zdaje mi się być drugorzędną i darcie szat przez C.M.Casasa, że
      mu nie pozwolili zachować tytułu zgodnego z oryginałem jedzie trochę
      hamletyzowaniem.

      No i jeszcze, prócz argumentów rzeczowych, recenzja, tym razem nie moja osobiście:

      www.pinezka.pl/content/view/1518/221/

      (a jeśli nie wejdzie to wejsć proszę na pinezkę i leży toto na półce "per
      pinezkam ad astra")

      m,
      .y.

      ----------------------------------
      What is home without Pinezka's Potted Meat?
      Incomplete.
      to przez Isabel ślimaki się popłakały
      • Gość: C.M.Casas Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. IP: *.muza.com.pl 22.06.05, 10:49
        Po pierwsze - jesli juz - to Marrodan Casas. Po drugie nie rozumiem, co ma
        wspólnego "hamletyzowanie" z moim słowem "od tłumacza", w którym nie
        przedstawiam żadnych wątpliwości. Po trzecie - nie wydaje mi sie, abym "darł
        szaty", bo gdybym darł to bym w ogóle nie podpisałbym się pod przekładem i nie
        zgodził na wydanie. Po czwarte - róznica jest tak zasadnicza jak różnica w
        smaku między kawą (kawą kawą jak powiedzileiby Hiszpanie)a kawą bez kofeiny.
        Narrator korzystał z usług kurew a nie dziwek - nie jest on bowiem takim
        erotycznym kłusownikiem jak bohater "Miłości w czasach zarazy" lecz zacnym
        klientem burdeli. Poza tym "ku.." moga równiez odnosic się do lat przeżytych
        przez głownego bohatera i narratora. To tyle na swoja obronę. Tłumacz
        • Gość: daria13 Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. IP: *.medical / 80.51.246.* 22.06.05, 11:25
          Dziękujemy za wyjaśnienia. Wyjaśnienia zrozumiane i przyjęte:)
          Jako, że jestem osobą może jeszcze nie starą, ale niestety nieco staroświecką,
          jak już pisałam, mam wrodzoną niechęć do inwektyw, bardzo mnie smuci obecne
          zwulgaryzownie naszego języka. Nie ustaję w wysiłkach, aby dzieciom też wpoić
          tę niechęć i obawiam się, że jeżeli w tytule powieści ulubionego, uznanego i
          wielkiego pisarza pojawi się jedna z gorszych inwektyw, jak by na to nie
          patrzeć, gorszych i najbardziej się rozprzestrzeniających, to jak mam
          wytłumaczyć latoroślom, że to jest be? Ucierpiałby na tym mój rodzicielski
          autorytet;-). Proszę spróbować spojrzeć na to z tej perspektywy:)
          Wiem, że jestem naiwna, wiem, że jest bardzo już niewiele osób, którym
          przeszkadza wszechobecne słowo: zaje..sty, ale nic na to nie poradzę, że mam
          potrzebę walki z wiatrakami:)
          Serdecznie pozdrawiam:)
          • staua do pana tlumacza 24.06.05, 05:24
            Dla mnie ta walka o tytul ma sens. Bardzo cenie Pana tlumaczenia oraz to, ze osobiscie pojawia sie Pan
            na takim forum jak to, odpisujac na posty i podpisujac sie wlasnym nazwiskiem. Jest to swoisty wyjatek.
            Ksiazke, przetlumaczona na polski, juz mam, ale na razie czeka, az skoncze powtorke "Milosci w
            czasach zarazy" (niestety, mam angielska wersje...). Jak przeczytam, wypowiem sie obszerniej.
            Pozdrawiam!
        • ydorius Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. 22.06.05, 11:50

          Przepraszam za przekręcenie nazwiska, tyle na wstępie.

          Język polski jest bardzo bogaty, wulgaryzmy zaś w nim występujące są mniej lub
          bardziej brutalne. Na określenie najstarszego zawodu świata mamy nierządnicę,
          kurwę, dziwkę, prostytutkę, pannę lekkich obyczajów i tak dalej. Gdy chcę się
          kobietę obrazić, zarzucając jej między innymi lekkie prowadzenie się, można
          znaleźć z pięć następnych określeń.
          Swego czasu rozważana była propozycja, by słowem "ku.." oddawać charakter, zaś
          "dziwka" - zawód. Przyzna Pan, że przy takiej interpretacji słowo "od tłumacza"
          traci rację bytu.
          No i ta nieszczęsna Nieznalska Dorota w tym tekscie, jak kwiatek do kożucha.
          Daleki jestem od stanów euforycznych z powodu jej skazania, niezależnie od
          treści estetycznych jakie niosło jej dzieło, ale równie daleki jestem od
          wysnuwania z tego tak daleko idących wniosków, jakie pojawiają się w Pańskiej
          przedmowie.
          Sytuacja jest też odrobinę inna: Dorota Nieznalska spróbowała i poniosła
          (niezasłużone) konsekwencje. Sprawa polskiego tytułu "memoria de mis putras
          tristes" padła trupem, zanim jeszcze w ogóle pojawiła się na publicznej scenie.
          Być może nie stałoby się nic, gdyby ukazała się pod tytułem, do którego czuł się
          Pan przywiązany. Pisząc słowo od tłumacza nie dowie się tego Pan. A jedynie
          wy-tłumaczy.

          m,
          .y.

          P.S. Moim zdaniem "rzecz o mych smutnych ku..ch" brzmi lepiej niż wersja z
          dziwkami. Ale nie o tym przecież dyskutujemy, prawda? :-)

          ----------------------------------
          What is home without Pinezka's Potted Meat?
          Incomplete.
          to przez Isabel ślimaki się popłakały
    • ada08 Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. 22.06.05, 08:51
      To nie jest opowieść o miłości :-) Tu nie ma miłości, tylko
      zafascynowanie 90-latka młodością. Ta młodość jest niezbyt ładna,
      dość prymitywna, spocona, ale to młodość. Nie ma z nią 90-latek
      właściwie żadnego kontaktu, ona jest poza jego zasięgiem, co
      tylko zwiększa jego fascynację.

      Mam takie wrażenie , że ta opowieść jest mało marquezowska :-)
      Często, w trakcie lektury zdawało mi się, że poruszam się w klimatach
      ''obcych'', chwilami Borges się odzywał jakby, no i ten cytat
      ze "Śpiących piękności" Yasunari Kawabata jako motto.
      Troszkę w tej książce puszcza Marquez oko do zmarłych mistrzów,
      kolegów po piórze. I może to opowieść pisana bardziej dla samego
      siebie niż dla czytelników.

      Zresztą muszę przeczytać jeszcze raz :-)
      a.
      • Gość: daria13 Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. IP: *.medical / 80.51.246.* 22.06.05, 12:54
        A ja bym polemizowała. Czy fascynacja ma taką siłę sprawczą, żeby zmienić do
        tego stopnia osobę, która jest pod jej wpływem? W moim odczuciu, tylko miłość
        jest w stanie tak uskrzydlić, doprowadzić do tak daleko idących zmian w
        psychice, jakie zaszły u narratora. Oczywiście tak jest tylko w bajkach i w
        powieściach, bo prawdziwe uczucie nie może zaistnieć bez znajomości drugiej
        osoby, ale u Marqueza tak pięknie jest to opisane:)Myślę, że nie możemy oceniać
        tej książki w kategoriach realistycznych, zarzucać jej pochwały pedofilii na
        przykład, czy odwracać się z obrzydzeniem od głównego bohatera, bo jest stary i
        odrażający a zachciewa mu się nieletniej dziewicy. To wszystko jest metaforą,
        poezją i magią maruezowską. Nie wolno wręcz czytać Marqueza dosłownie. Ja jego
        powieści odbieram kategorycznie w sferze emocji, a nie tylko rozumu. I może
        dlatego tak kocham jego prozę. Kiedyś dokładnie to wyjaśniałam komuś,
        porównując doznania przy lekturze Marqueza i dla kontrastu Kundery.
        Pozdrawiam:)
        Ps. I znowu dyskusja skupia się na tytule;)
        • Gość: CMCasas Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. IP: *.muza.com.pl 22.06.05, 14:13
          Do Ydoriusa: Właśnie o tym dyskutujemy, że "ku.." w tytule brzmią lepiej.
          Hiszpańszczyzna jest równie bogata (jesli nie bogatsza) w wulgaryzmy co
          polszczyzna i prosze mi wierzyć, że gdyby Garcia Marquez chciał w oryginale
          słowo zbliżone do "dziwki" to nie napisałby "putas". A mój wstęp miał mnie
          wytłumaczyć z posądzenia mnie o juz to o nieznajomość polszczyzny juz to z
          politycznej poprawności, której nie lubię. Dlaczego miałem milczeć w sytuacji
          gdy z powodu jednego słowa wytoczono ciężką artylerię "aresztu" na książkę i
          prawnych konsekwencji? Przepraszam Dario13 że wciąż o tytule, ale ten tytuł
          naprawde jest ważny, choćby dlatego, że zapowiada coś czego w książce nie ma,
          bo dlaczego "smutne" i "ku.." własnie a nie żadne ze słów przytoczonych przez
          Ydoriusa, im dlaczego tych "kurew" jest znacznie mniej niz się zapowiada, i
          dlaczego tytuł jest dosadny podczas gdy po raz pierwszy (i pewnie ostatni)proza
          marquezowska jest tu pełna niedomówien i zawieszeń, i ukazania możliwości, i
          nie wykorzystywania ich?
          • daria13 Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. 22.06.05, 14:56
            Przekonałeś mnie wreszcie! Kiedy próbowałam podłożyć którekolwiek z podanych
            przez Ydoriusa określeń tego najstarszego zawodu świata, uświadomiłam sobie
            ostatecznie, że tytuł taki właśnie musi być i basta! Właśnie z tymi
            nieszcęsnymi ku..wami. Rzecz o moich smutnych prostytutkach - koszmar! Choć ze
            wszystkich nazw dziwki, przyznasz, najmniej jednak rażą. Myślę, że na upartego
            umiałabym wytłumaczyć mojej 14-letniej córce konieczność użycia przez Marqueza
            tego akurat słowa. Młoda właśnie jest po lekturze 100 lat samotności i jest pod
            ogromnym wrażeniem! Myślę, że kupiła Marqueza bez dwóch zdań. Tłumaczyłam jej
            już pojęcie licencia poetica i myślę, że by zrozumiała:)
            Dziękuję też za komentarz dotyczący sedna tej powieści. Też uważam, że to
            powieść pełna niedomówień i to jest między innymi jej urok. Wciąż jestem pod
            jej wrażeniem!
            Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję:)
            Ps.
            Czy dla Ciebie to też powieść o fascynacji, czy o miłości? Choć może takie
            klasyfikowanie nie do końca jest tu na miejscu.




          • ydorius no dobrze, to 22.06.05, 14:57

            jeszcze tylko raz o tytule.
            Tak, jak napisałem poprzednio: akceptuję Panski sposób widzenia, przyznaję przy
            okazji, że "ku.." w tytule brzmią lepiej niż "dziwki". Nie wiem tylko, jak
            odbierać Pański głos w tej sprawie. Nie jest to votum separatum, bo żeby takowe
            wydać, coś musi się stać. Tu nie stało się nic, po prostu pojawił się inny
            tytuł, nawet bez próby podjęcia rękawicy. Po wtóre przywołanie Nieznalskiej jest
            jak przywoływanie Giordano Bruno przy okazji krytyki miejscowego proboszcza.
            Jasne, można to zrobić, tylko po co? Sytuacja tytułu książki (w dodatku
            niedoszłego) różni się jakościowo od sytuacji kogoś, kto realizuje swój projekt,
            nie bacząc na konsekwencje.

            Rozwiązań, by wyjść z tego z tarczą, bez potrzeby szat darcia, jest trochę.
            Przyzwyczajeni jesteśmy, ze rozmaite media obchodzą bzdurne zakazy czy tabu
            obyczajowe na rozmaite sposoby. Zazwyczaj zabieg taki (obejścia) przydaje
            produktowi sławy (by wspomnieć tylko łódkę bols). Cóż stało na przeszkodzie, by
            na okładce podstawowej stało "rzecz o mych smutnych" a po otworzeniu okładki
            "ku..ch" z wytłumaczeniem takiego zabiegu? Albo metoda na "E.Wedel", czyli
            "Rzecz o mych smutnych dziwkach", słabo przekreślonych i niżej nikły napis
            "ku..ch". Albo banderola odsłaniająca tytuł dopiero po kupieniu książki, albo...
            Jest tysiąc i jeden sposobów, by strzelić z procy w nieruchawego bazyliszka
            polskiej zaściankowości. I nie trzeba do tego pisać wytłumaczeń.

            m,
            .y.

            ----------------------------------
            What is home without Pinezka's Potted Meat?
            Incomplete.
            to przez Isabel ślimaki się popłakały
            • daria13 Re: no dobrze, to 22.06.05, 15:38
              Drogi Ydoriusie! My nie znamy wszystkich aspektów sprawy związanej z tytułem
              ostatniego Marqueza, nie wiemy przez co musiał przejść tłumacz w tej batalii.
              NIe powinniśmy oceniać jego postawy, nie znając wszystkich szczegółów
              związanych z tym tytułem. Teraz, kiedy uświadomił nam wyższą konieczność użycia
              słowa na K, jestem w stanie zrozumieć jego niechęć do całej procedury związanej
              z ocenzurowaniem tytułu. Zabiegi, które proponujesz wydają mi się jeszcze
              bardziej śmieszne niż zastąpienie ku.ew dziwkami. A słowo od tłumacza wszystko
              właśnie wytłumaczyło i uświadomiło niezorientowanym czytelnikom istnienie
              prawdziwego tytułu. Myślę, że było to w pewnym sensie salomonowe rozwiązanie,
              które mi osobiście najbardziej odpowiada. I proszę nie posądzajcie mnie o
              zaściankowość, ja tak tylko w kwestii wychowawczej podeszłam do tego tytułu:)
              Swoją drogą, czy uważacie, że niechęć do używania i stykania się z inwektywami,
              zwłaszcza w mediach, jest przejawem zaściankowości, ciemnoty i braku luzu? Ja
              tak nie uważam, sorry.
              W sumie nie jest ze mną chyba tak źle, bo w Wojnie Masłowskiej inwektywy nie
              przeszkadzały mi wcale, ale to głównie z powodu konieczności zachowania realiów
              i kolorytu. Ta książka byłaby wręcz śmieszna, gdyby jej autorka nie operowała
              takim językiem. Choć z pozwoleniem na lekturę Młodej jeszcze się chyba
              wstrzymam.
              Pozdrawiam:)
              • ydorius ej, nie... 22.06.05, 15:48

                są inwektywy i inwektywy. Nie można się zatrzymywać nad każdą 'kurwą' i biadać
                nad upadkiem mowy polskiej. Słowo to bywa jak najbardziej potrzebne,
                niekoniecznie jako przecinek. Niechęć do stykania się z inwektywami w sklepie,
                na plaży, w srodku lasu, padających z ust rozwrzeszcznej gawiedzi nie jest
                wyrazem zaściankowości. Wyrazem jest natomiast obruszanie się za każdym razem.
                Myślę, że Wańkowicz mógłby napisać 'traktat w obronie ku..' dziś, bo 'dupa' już
                nikogo nie rusza :-)

                Nie wiem przez co przeszedł tłumacz. Wiem jednak jakich argumentów użył w
                'słowie od tłumacza' i dlaczego moim zdaniem została naruszona w tym przypadku
                zasada decorum. Temu daję wyraz w swojej polemice, nie zaś samej potrzebie
                wytłumaczenia. Choć to ostatnie, moim zdaniem, być może nie było konieczne. Tego
                jednak - zgodnie z tym co piszesz - nie wiem.

                Różnica jeszcze pomiędzy wulgaryzmami w środku tekstu a tymi, które pojawiają
                się na okładkach jest taka, że jedne pojawiają się w środku tekstu, a drugie na
                okładkach :-). Na te w środku nie można się obruszać, na te na okładkach
                narażeni są także radni z LPRu, a to już kamień obrazy dla nich.

                Dobra, pomińmy śmieszne rozwiązania. Chyba najmniej śmiesznym jest to z
                banderolą. Można dać "polityka poleca", a nie można dać "ocenzurowano ze względu
                na Ciemnogród"? :-)

                m,
                .y.

                ----------------------------------
                What is home without Pinezka's Potted Meat?
                Incomplete.
                to przez Isabel ślimaki się popłakały
            • Gość: CmCasas Re: o smutku IP: *.muza.com.pl 22.06.05, 15:41
              Ma pan rację, można było wymyśleć dziesięć tysięcy rzeczy, pozostawiając tytuł
              tak jak sobie wymyślił autor a tłumacz za nim. Rzecz w tym , że żadna z
              propozycji m.in. tłumacza nie została zaakceptowana m.in. przez Prawników, a
              tym samym i w konsekwencji przez Wydawnictwo. Tłumaczowi pozostawiono jedynie
              możliwość "wytłumaczenia się" (albo rezygnacji z przekładu). W tych samych
              dniach, w których "toczyłem boje" o tytuł, w radio (chyba w Trójce) jeden z
              polityków o orientacji prawicowej cytując Orwella bodajże i wypowiadając się o
              sprawie teczki (żeby tak powiedzieć) Niezabitowskiej powiedział: "Kto raz ku..
              ten zawsze ku..". I nic (jak w "Konopielce"). Prawnicy przekonali Muzę, że
              jesli Muza wyda ksiązkę z ku.. w tytule to nie ujdzie Muzie na sucho, bo Muza
              to Czarzasty i Czerwoni itd. itp. Ja jestem przekonany, że strachy prawnicze
              nie sprawdziłyby się, ale sprawa Nieznalskiej (nie oszukujmy się: to sąd i
              media zrobiły z tego pryszcza wzród na dupie) wskazuje - i dlatego wcale bym
              tego nie bagatelizował - ze upiory naprawde nam grożą. To tyle (reszte juz i
              tak Pilch opisał i dopowiedział)
              • ydorius wycofanie 22.06.05, 15:53

                Cóż mi pozostaje w takim razie?
                Wychodzę z innego obrazu świata, choć nie znoszę zakłamania, moim zdaniem upiory
                te nie są na tyle silne. Ale może mylę się i rzeczywiście są.

                Przepraszam, jeśli w tej dyskusji posunąłem się za daleko, nie było moją
                intencją deprecjonować Pańskich walk o tytuł. Nie spodobał mi się sposób
                podsumowania tej batalii, ale być może był on konieczny.

                pozdrawiam tak, czy owak, nie da się zaprzeczyć, że książka jest niewątpliwie
                dobrze przetłumaczona (piszę bez wazeliny, bo nią też się brzydzę :-)

                m,
                .y.

                ----------------------------------
                What is home without Pinezka's Potted Meat?
                Incomplete.
                to przez Isabel ślimaki się popłakały
    • chiara76 Pytanie do Darii 22.06.05, 15:42
      Dario, jestem po lekturze "Stu lat samotności" , obecnie czytam "Miłość w
      czasach zarazy" w tłumaczeniu biorącego w dyskusji udział Pana Casas'a
      (rozkoszuję się każdym słowem).
      I mam pytanie, co byś mi Poleciła teraz do czytania Marquez'a?
      Bo chyba nie należy teraz sięgać po "Rzecz..."? To zostawiłabym sobie raczej na
      koniec poznawania lektur Marquez'a.
      Z góry dziękuję za odpowiedź, ale wiem, że od Ciebie uzyskam pomoc, literacką
      radę, oczywiście:)
      • daria13 Re: Pytanie do Darii 22.06.05, 16:18
        Całego Marqueza czytałam dawno temu, więc nie wszystko pamiętam, ale moim
        zdaniem cała jego twórczość bez zastrzeżeń jest godna polecenia. Ja bardzo
        lubię Szarańczę, bo to klasyczna pozycja M., Złą godzinę, Opowiadania tułacze,
        no i koniecznie Jesień patriarchy. Musisz też bezwzględnie przeczytać Kronikę
        zapowiedzianej śmierci, bo to pozycja bez wątpienia doskonała i robiąca duże
        wrażenie. Piękna jest też książka O miłości i innych demonach, a najbardziej
        pokręcona i zabawna jest Niewiarygodna i smutna historia pewnej Erendiry i jej
        niegodziwej babki. To proza, która w najbardziej zmysłowy sposób opisuje świat
        i życie. Trochę na temat mojego odbioru Marqueza możesz poczytać w starym
        wątku, który założyłam po lekturze pierwszej części autobiografii Marqueza,
        czyli Życie jest opowieścią, taki był bodajże tytuł wątku. Autobiografię też
        polecam gorąco, ale to raczej po przeczytaniu przynajmniej częśći jego książek,
        bo lepiej się chyba czyta mając odniesienie do jego twórczości, choć ta
        pierwsza część o pisaniu powieści jeszcze mówi niewiele, bo dotyczy głównie
        wczesnej młodości autora Stu lat samotności.
        Nie wyobrażasz sobie ,jak Ci zazdroszczę, że masz jeszcze przed sobą prawie
        całego Marqueza. Jak ja bym tak chciała.

        Pozdrawiam pełna zazdrości:)))

        Ps.
        Pytanie do szanownego tłumacza: czy wiadomo już coś na temt kolejnej części
        autobiografii Marqueza. Błagam o jakieś informacje:)
        • chiara76 Re: Pytanie do Darii 22.06.05, 16:26
          daria13 napisała:

          > Całego Marqueza czytałam dawno temu, więc nie wszystko pamiętam, ale moim
          > zdaniem cała jego twórczość bez zastrzeżeń jest godna polecenia. Ja bardzo
          > lubię Szarańczę, bo to klasyczna pozycja M., Złą godzinę, Opowiadania
          tułacze,
          > no i koniecznie Jesień patriarchy. Musisz też bezwzględnie przeczytać
          Kronikę
          > zapowiedzianej śmierci, bo to pozycja bez wątpienia doskonała i robiąca duże
          > wrażenie. Piękna jest też książka O miłości i innych demonach, a najbardziej
          > pokręcona i zabawna jest Niewiarygodna i smutna historia pewnej Erendiry i
          jej
          > niegodziwej babki. To proza, która w najbardziej zmysłowy sposób opisuje
          świat
          > i życie. Trochę na temat mojego odbioru Marqueza możesz poczytać w starym
          > wątku, który założyłam po lekturze pierwszej części autobiografii Marqueza,
          > czyli Życie jest opowieścią, taki był bodajże tytuł wątku. Autobiografię też
          > polecam gorąco, ale to raczej po przeczytaniu przynajmniej częśći jego
          książek,
          >
          > bo lepiej się chyba czyta mając odniesienie do jego twórczości, choć ta
          > pierwsza część o pisaniu powieści jeszcze mówi niewiele, bo dotyczy głównie
          > wczesnej młodości autora Stu lat samotności.
          > Nie wyobrażasz sobie ,jak Ci zazdroszczę, że masz jeszcze przed sobą prawie
          > całego Marqueza. Jak ja bym tak chciała.

          Przyznam Ci się, że ja też się cieszę,że właściwie wszystko jego jeszcze przede
          mną. Sama sobie zazdroszczę;))

          dziękuję Ci pięknie, zaraz sobie wynotuję co i jak.
          Wiedziałam, że mogę na Ciebie liczyć. Pozdrawiam.
          >
          > Pozdrawiam pełna zazdrości:)))
          >
          > Ps.
          > Pytanie do szanownego tłumacza: czy wiadomo już coś na temt kolejnej części
          > autobiografii Marqueza. Błagam o jakieś informacje:)
          • Gość: cmcasas Re: Odpowiedź w sprawie autobiografii t.II IP: *.kabaty.2a.pl 22.06.05, 23:24
            Cisza całkowita i nic nie wiadomo. Trafiłem tylko (czas jakis temu) na dziwne
            (ni to opowiadania, ni to scenariusze)rzeczy krótkie GGM w prasie. Czekałem aż
            ukażą sie w wersji książkowej, ale też cisza. Pewnie nie wytrzymam i
            przetłumaczę.
            • Gość: daria13 Re: Odpowiedź w sprawie autobiografii t.II IP: *.medical / 80.51.246.* 23.06.05, 08:59
              Stokrotne dzięki za informację. Myślę, że zaskarbi Pan sobie naszą dozgonną
              wdzięczność, jeśli Pan rzeczywiście nie wytrzyma i przetłumaczy:) Ja należę do
              niepoprawnych i niereformowalnych wielbicielek Marqueza i każde słowo spod jego
              pióra chłonę w zachwycie!
              Nie wiem jak inni, ale ja czuję się zaszczycona Pana obecnością w tym wątku.
              Bez Pana Marquez po polsku z pewnością nie byłby tym samym Marquezem, jakiego
              tak kochamy! Dziękuję jeszcze raz za wszystko!

              Pozdrawiam serdecznie:)
              • chiara76 ja również... 23.06.05, 09:44
                Gość portalu: daria13 napisał(a):

                > Stokrotne dzięki za informację. Myślę, że zaskarbi Pan sobie naszą dozgonną
                > wdzięczność, jeśli Pan rzeczywiście nie wytrzyma i przetłumaczy:) Ja należę
                do
                > niepoprawnych i niereformowalnych wielbicielek Marqueza i każde słowo spod
                jego
                >
                > pióra chłonę w zachwycie!
                > Nie wiem jak inni, ale ja czuję się zaszczycona Pana obecnością w tym wątku.
                > Bez Pana Marquez po polsku z pewnością nie byłby tym samym Marquezem, jakiego
                > tak kochamy! Dziękuję jeszcze raz za wszystko!
                >
                > Pozdrawiam serdecznie:)

                nieśmiało ( i bez cienia wzaeliny) podpisuję się pod słowami Darii,
                Chiara, niedospana, ale !
                pod wrażeniem "Miłości w czasach zarazy"...
                Popłakałam się na koniec, nie pytajcie, czemu........
                • Gość: CmCasas Re: ja również... IP: *.muza.com.pl 23.06.05, 10:07
                  Dziękuję za przemiłe słowa. To największa satysfakcja dla tłumacza. I mam
                  oczywiście nadzieję, że uda mi się przekładami innych pisarzy przekonać do nich
                  tak wspaniałych czytelników jak uczestniczy forum o książkach. Dzięki raz
                  jeszcze.
                  • braineater już sie udało:) 23.06.05, 10:16
                    Chociażby genialnym pod każdym względem "Sercem tak białym" Mariasa

                    Pozdrowienia:)
                    • Gość: CmCasas Re: już sie udało:) IP: *.muza.com.pl 23.06.05, 11:15
                      Oj dziękuję, bo i "Serce i tak białe" i "Jutro, w czas bitwy, o mnie myśl" to
                      takie słodko-kwaśne bitwy. Długo nad nimi pracowałem i mam poczucie, że
                      zwycięsko wyszedłem ze zmagań z mariasowską prozą. Z drugiej strony wydawało mi
                      się, że obie książki trafią do większej grupy czytelników. Ale z "trzeciej"
                      strony trafiły właśnie do tych, do których miały trafić (fantastyczne wprost są
                      reakcje czytelników, które wciąż do mnie dochodzą), więc niby wszystko w
                      porządku. Ale gnębi mnie niedosyt, że Javier Marias za mało zaistniał w polskim
                      życiu literackim, że tak jakoś nawet nie półgębkiem, tylko ćwierćgębkiem. Ale -
                      w sumie - może dobrze, że w naszej cywilizacji (bo juz nawet boję sie
                      słowa "kultura") istnieją takie książki i tacy autorzy tylko dla
                      wtajemniczonych (taka myśl chyba uwiodła mnie - paradoksalnie - w "Cieniu
                      wiatru" m.in.)Dlatego każde przypomnienie Javiera Mariasa bardzo mnie raduje i
                      podnosi na duchu. Dzieki raz jeszcze.
                      • braineater Re: już sie udało:) 23.06.05, 11:24
                        Tę pracę widać w każdym zdaniu, że sie ośmielę zauważyć. Naprwdę niewiele
                        tłumaczonych ksiązek płynie taką polszyzną, szczególnie jeszcze gdy wziąc pod
                        uwagę dośc specyficzny styl Mariasa, który do strachliwych nie należy i gdzie
                        zdanie trwające stronę, nie jest niczym dziwnym.
                        A co do recepcji w Polsce - może to i dobrze, że pan Javier pozostał w niszy:)
                        Tak to powyżywałoby się na nim paru recenzentów, że powieści 'o niczym', że
                        problemów społecznych w nim ni ma, że jakies takie przegadane romansidła dla
                        niewiadomo kogo. A tak, przynajmniej mozna się nim cieszyć w spokoju, nie
                        musząc go przed nikim bronić i tłumaczyć, czemu fajny:)
                        Pozdrowienia:)
                  • Gość: daria13 Re: ja również... IP: *.medical / *.crowley.pl 23.06.05, 10:58
                    Pańskie słowa, to miód na moje serce:) Dziękuję.
                    Żeby Pana jeszcze przez chwilę zatrzymać z nami, pozwalam sobie zapytać,
                    którego z tłumaczonych przez siebie autorów ceni Pan sobie najbardziej, lub, co
                    nie zawsze musi być tożsame, najbardziej Pan lubi, który jednym słowem jest
                    Panu najbliższy?
                    Pozdrawiam:)
                    Ps.
                    I proszę nie zachowywać mnie w swojej pamięci jako dewotki, bo ja ten tytuł
                    zaakceptowałam jedynie ze względów czysto wychowawczych. Może takie spojrzenie
                    na całą tę idiotyczną sprawę, złagodzi Panu nieco gorycz całej batalii:)
                    • Gość: CmCasas Re: ja również... IP: *.muza.com.pl 23.06.05, 11:27
                      Mam to szczęście, że tłumaczyłem i tłumaczę wyłącznie pisarzy mi najbliższych.
                      Niektórzy oddalają mi sie później (no niestety Vargas Llosa mi się oddalił, bo
                      nie jestem w stanie zachwycić się jego ostatnimi książkami - i strasznie nad
                      tym boleję). Jestem kojarzony najczęściej (a czasem nawet wyłącznie z Garcia
                      Marquezem), ale dzięki Bogu tłumaczyłem również Octavio Paza wiersze ("Kamień
                      słońca" przede wszystkim) i cały czas marzę, by doń wrócić. I Javiera Mariasa,
                      który w ostatnich latach jest mi najbliższym pisarzem - i ze względu na
                      estetykę słowa i przenikliwość myśli (to b.mądra proza). Uwielbiam "kapturka na
                      Manhattanie" Carmen Martin Gaite. A teraz zabieram sie do tłumaczenia Roberta
                      Bolano - chilijskiego prozaika, zmarłego parę lat temu, ale który zostawił po
                      sobie niezwykłą i bardzo niepokojącą prozę (chodziła za mną 10 lat, az mnie w
                      końcu dopadła). i na razie tyle. Raz jeszcze dziękuję.
                      • Gość: daria13 Re: ja również... IP: *.medical / *.crowley.pl 23.06.05, 13:03
                        O książce jako takiej może rzeczywiście, jak do tej pory, niewiele mi się udało
                        uzyskać opinii od forumowiczów, ale za to jakiego gościa zdażyło się
                        szczęśliwie pozyskać! i jakie cenne informacje o innych pisarzach!
                        Z lekkim zażenowaniem muszę wyznać, że nie miałam okazji zapoznać się z
                        twórczością Mariasa, ale w tej sytuacji nadrobię to asap.Carmen Martin Gaite
                        jest mi postacią kompletnie nieznaną:(
                        A czy można wiedzieć, kiedy w przybliżeniu możemy spodziewać się Roberto Bolano
                        na naszym rynku, bo szanowny Pan narobił mi smaku. Rozumiem, że będzie to
                        pierwsza u nas jego pozycja. Po wkliknięciu w google pokazała się jedynie mapa
                        miasta Bolano i niemal wyłącznie linki sportowe, bo jest chyba jakiś piłkarz o
                        tym nazwisku. Jest tylko informacja z zeszłorocznej Literatury na świecie.
                        Pozdrawiam z wdzięcznością i nadal się polecam:)
          • chiara76 do Darii 04.07.05, 10:40
            jeszcze raz dziękuję za polecenie mi książek Marquez'a. Jestem po
            lekturze "Kroniki Zapowiedzianej Śmierci". Podobała się, ale...na razie nie
            zachwyciła tak, jak "Miłość..." czy "Sto lat..." a teraz sięgam w drugą stronę
            (też Polecałaś), czyli Kawabatę, mam nadzieję, że będzie to wspaniała lektura.
            Pozdrawiam.
    • akondze Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. 23.06.05, 09:09
      Ku.. czy dziwka?

      Autor ma prawo pisać sobie co chce - jeżeli ktoś ma ochotę go czytać, to jest w
      porządku.
      Wulgaryzmy mają jednak to do siebie, że istnieje pewna grupa ludzi, którzy wolą
      ich raczej unikać, zarówno czynnie (to przede wszystkim) jak i biernie.

      Nie dziwię się specjalnie wydawnictwu, że nie chciało "pójść na ku.."
      Mogłoby się to odbić dość szerokim echem rozbrzmiewającym z mniej lub bardziej
      oszołomskich "sił lobbingowych" w Polsce...

      Oczywiście byłaby to dodatkowa reklama, podchodząc nieco merkantylnie, ale
      widocznie nikt nie chciał ryzykować...

      Nie odbierałbym jednak tego jako kagańca założonego sztuce, no ale każdy ma
      swoje odczucia i przede wszystkim pełną wolność do nich...

      --
      ...i tak lepiej przecież czytać w oryginale - hiszpański nie jest przecież aż
      tak znowu trudny...
      • ada08 Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. 23.06.05, 10:58
        akondze napisał:

        >
        > Nie dziwię się specjalnie wydawnictwu, że nie chciało "pójść na ku.."
        > Mogłoby się to odbić dość szerokim echem rozbrzmiewającym z mniej lub
        bardziej
        > oszołomskich "sił lobbingowych" w Polsce...

        Nie pierwszy to taki przypadek.
        Tytuł sztuki Sartre'a "La putain respectueuse" został przełożony na język
        polski przez Jana Kotta jako "Ladacznica z zasadami" :-)
        A to było dość dawno temu, jeszcze za ancien regime :-)
        Wygląda na to, że "oszołomskie siły lobbingowe w Polsce" mają się dobrze
        niezależnie od ustroju :-)
        a.
        PS No widzisz, Dario, ciągle o tytule, a o powieści-opowieści Marqueza
        mało kto mówi, co jest zastanawiające swoją drogą. Może jest tak, że ta
        książka wprawiła jego miłośników w niejakie zakłopotanie jednak , czy ki
        diabeł ? :-)
        a.
    • akondze Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. 23.06.05, 09:22
      hehe... na forum tym jest automat, zmieniający pełne słowo k-u-r-w-a poprzez
      wykropkowanie trzech ostatnich liter.

      Wniosek z tego taki, że jest to element niepożądany w dyskusjach o literaturze
      (no i w ogóle w tutejszych dyskusjach), a więc tym bardziej w tytule jednej z
      nich...

      Niestety - takie jest życie - dziwka musi wystarczyć, skoro ku*** ma blokadę.
    • Gość: kwiecienka1 Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.06.05, 13:06
      Witam,
      mam nadzieję, że pan Casas wciąż tu jest bo ja też chciałabym mu podziękować za
      pracę włożoną w przekład książki i cierpliwość w kontaktach z wydawnictwem
      teraz czekam na Bolano :)
      pozdrawiam
      Kwiecienka
      • Gość: CmCasas Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. IP: *.muza.com.pl 23.06.05, 14:22
        Jestem jestem. Bolano powinien być z tyldą nad n (czyli Bolanio). W ostatniej
        hiszpańskojęzycznej "Lit. na świecie" jest o nim i jego sporo. Jego postać )
        jako spirytus movens pewnej opowieści) pojawia sie również w "Zołnierzach spod
        Salaminy" Javiera Cercasa, ostatnio wydanej przez WAB w świetnym przekładzie
        Ewy Zaleskiej powieści hiszpańskiej, która i w Hiszpanii, i poza nią narobiła
        sporo szumu (pozytywnego). Namawiam gorąco, choć byc może problemy tam
        poruszone moga wydawac się zbyt "wąskie" - niemniej jest to wspaniała historia.
        A bywam,jako czytelnik, na tym Forum regularnie, bo z braku dobrej prasy
        literackiej to dla mnie cenne źródło wiedzy z róźnych dziedzin (np. socjologia
        literatury), a przede wszystkim jest to możliwość poznawania wspaniałych
        czytelników, bo juz nie raz zdarzyło mi się sięgnąć po daną książkę tylko
        dlatego, że przeczytałem o niej na Forum.
        • daria13 Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. 23.06.05, 15:07
          I znów Pan nam zrobił wielką przyjemność pochlebnym zdaniem o forum, bo myślę,
          że mogę się tutaj wypowiadać za innych:)Dla mnie to też niewyczerpane źródło
          informacji o wartych przeczytania książkach. Teraz na przykład nadrabiam
          zaległości z literatury japońskiej, a gdzieś czytłam Pana wypowiedź, w której
          zadeklarował Pan swoje zamiłowanie to tejże. Przy okazji więc chciałam zapytać,
          czy lubi Pan twórczość Haruki Murakami, bo ja po pierwszej książce Na południe
          od granicy, na zachód od słońca mam niejakie wątpliwości. Teraz zabieram się za
          nieco może mniej japońskiego Japończyka Kazuo Ishiguro i też byłabym ciekawa
          Pańskiej opinii.
          A wracając do literatury hispanojęzycznej zastanawia mnie całkowita niemal
          nieznajomość wśród polskich czytelników twórczośći Fernando Arrabala, którego
          Jądro szaleństwa zrobiło kiedyś na mnie (dawno temu, w czasach licealnych) duże
          wrażenie. I dlaczego nie jest on w ogóle chyba u nas wydawany? A może to tylko
          właśnie taka licealna fascynacja?
          Pozdrawiam :)
          • Gość: C.M.Casas Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. IP: *.muza.com.pl 23.06.05, 15:49
            Co do Arrabala. Też przeżyłem fascynację (np. film "Viva la muerte", ale z
            czasem ów przedziwny surrealistyczny barok zaczął mnie nużyć, może nawet nie
            nużyć a dusić. Mam wrażenie, że w sztuce są pewne drogi, które zaczynają
            zarastać i nie należy nimi na siłę podążać. Po Arrabalu odkryłem np. Lezama
            Limę ("Raj" ale nie tylko), Cabrera Infante ("Tres tristes tigres" arcydzieło
            nie do przetłuemczenia), a przedtem był i jest zawsze Schulz. Światy przyległe,
            ale pełniejsze. To moje osobiste zdanie. A Japończycy? Murakamiego zaczynam
            czytać (jestem w połowie "Ptaka") własnie pod wpływem głosów na Forum. I mam na
            razie hustawkę nastrojów - od pełnego zachwytu jakims zdaniem, sytuacją,
            opisem, - po dziwny dyskomfort obcowania z czymś, co uwiera. No, ale kiedyś
            uwierał mnie tak Tomasz Mann, na przykład, albo Kundera (ten właściwie wciąż
            mnie uwiera i mam z nim problem). Mam jeszcze czas na całkowite strawienie.
            Ishiguro fascynujący, ale też mnie uwiera. Ale z uwierania biorą się perły.
            • chiara76 Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. 23.06.05, 16:18
              Gość portalu: C.M.Casas napisał(a):
              A Japończycy? Murakamiego zaczynam
              > czytać (jestem w połowie "Ptaka") własnie pod wpływem głosów na Forum. I mam
              na
              >
              > razie hustawkę nastrojów - od pełnego zachwytu jakims zdaniem, sytuacją,
              > opisem, - po dziwny dyskomfort obcowania z czymś, co uwiera.


              przepraszam , że się wtrącam, ale jako miłośnik Murakamiego muszę się odezwać.
              Mnie jego literatura zachwyca, jego spojrzenie na świat, ale mnie to pasuje
              całkowicie, bom zakochana w Kraju Kwitnącej Wiśni.
              I, powtórzę się, uwielbiam tłumaczenia z japońskiego, tłumaczenie z
              angielskiego, niestety, moim zdaniem jest średnim pomysłem. Cieszę się, że Muza
              teraz postawiła na tłumaczenie z oryginału.
              • daria13 Re: Od Marqueza do Japończyków:) 23.06.05, 16:27
                A lubisz droga Chiarko Kawabatę, bo ja jestem świażo po Głosie góry i może
                dlatego Murakami mnie nie zachwycił, bo niestety przegrał z kretesem z
                klasykiem, jakim bez wątpienia jest Kawabata, sorry. Ale może za dużo wymagam,
                nie każdy musi pisać na miarę Nobla. Wiem też, że zaczęłam od najsłabszej
                książki Murakamiego i dlatego postanowiłam mu dać drugą szansę:)
                Pozdrawiam ciepło:)
                • chiara76 Re: Od Marqueza do Japończyków:) 23.06.05, 16:50
                  daria13 napisała:

                  > A lubisz droga Chiarko Kawabatę, bo ja jestem świażo po Głosie góry i może
                  > dlatego Murakami mnie nie zachwycił, bo niestety przegrał z kretesem z
                  > klasykiem, jakim bez wątpienia jest Kawabata, sorry. Ale może za dużo
                  wymagam,
                  > nie każdy musi pisać na miarę Nobla. Wiem też, że zaczęłam od najsłabszej
                  > książki Murakamiego i dlatego postanowiłam mu dać drugą szansę:)
                  > Pozdrawiam ciepło:)

                  Sypię głowę popiołem, Kawabaty nie znam, ale mam w planach. (Chociaż tych
                  książek do przeczytania rośnie góra, to oczywiście dzięki FK:)
                  Wiem, że pisze inaczej, niż Haruki. Mnie w Murakamiego książkach zachwyca styl,
                  to wschodnie spojrzenie w nowoczesności, pewnie nie umiem tego właściwie
                  wyrazić, trudno mi mówić o moich doznaniach na temat książek tak ładnie, jak
                  Tobie Dario.
                  W kazdym razie Kawabata jest na liście pilnej do przeczytania, na pewno!

                  Spróbuj "Kronikę Ptaka Nakręcacza" i "Przygodę z owcą". Jeśli nie pójdzie, to
                  na siłę nie ma co , Znasz już moje zdanie na temat przymuszania się do lektury.
                  • Gość: daria13 Re: Od Marqueza do Japończyków:) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.06.05, 19:56
                    Znowu troche wychodzi na to, że się wymamdrzam;) A tak się już staram od
                    dłuższego czasu tego nie robić.
                    Zupełnie nie musisz posypywać głowy popiołem, bo ja za Kawabatę też się
                    zabrałam całkiem niedawno. Myślę, że porównywanie Murakamiego z Kawabatą, to
                    był troche rzut kulą w płot, bo to bardzo różniący się pisarze, zupełnie nie
                    dający się sprowadzić do jakiegoś wspólnego mianownika. Chodziło mi jedynie o
                    wytłumaczenie dlaczego będąc tuż po lekturze Kawabaty, nieco rozczarował mnie
                    Murakami, ale to jest dość krzywdzące dla tego drugiego i to trochę tak jakby,
                    dajmy na to, porównywać Stasiuka do Miłosza, gdzie mu tam do geniuszu naszego
                    noblisty.
                    W książce Murakamiego zabrakło mi właśnie tego kolorytu japońskiego, bo akcja
                    Na południe, niemal równie dobrze mogłaby rozgrywać się gdzie indziej. Po
                    dyskusji na forum spodziewałam się, że jego książka będzie bardziej zakręcona,
                    i to zakręcona po japońsku, a tego w tej akurat pozycji mi najbardziej
                    zabrakło. Poza tym uwierają mnie,jak to pięknie ujął Pan Marrodan Casas,
                    niektóre pełne patosu i ocierające się o banał zdania i sentencje, ale o tym
                    pisałam już w wątku o Murakamim, więc nie będę się powtarzała. Liczę głęboko na
                    to, że Nakręcacz i Owca są bardziej zakręcone i łatwiej mi będzie je
                    zaakceptować, a pewnie i polubić. Zobaczymy.
                    Pozdrawiam:)
                    • chiara76 Re: Od Marqueza do Japończyków:) 23.06.05, 20:04
                      Gość portalu: daria13 napisał(a):

                      > Znowu troche wychodzi na to, że się wymamdrzam;) A tak się już staram od
                      > dłuższego czasu tego nie robić.

                      Nie, nie, zupełnie nie to miałam na myśli, może źle się wyraziłam.
                      Raczej mam trochę pretensji do samej siebie, książki Kawabaty bowiem chciałam
                      poznać, nawet pytałam na naszym japońskim forum o niego i odezwały się bardzo
                      pozytywne głosy na jego temat. Jeśli więc sypię się popiołem, to raczej sama
                      siebie za to, że się za jego lekturę nie zabrałam.

                      > Zupełnie nie musisz posypywać głowy popiołem, bo ja za Kawabatę też się
                      > zabrałam całkiem niedawno. Myślę, że porównywanie Murakamiego z Kawabatą, to
                      > był troche rzut kulą w płot, bo to bardzo różniący się pisarze, zupełnie nie
                      > dający się sprowadzić do jakiegoś wspólnego mianownika. Chodziło mi jedynie o
                      > wytłumaczenie dlaczego będąc tuż po lekturze Kawabaty, nieco rozczarował mnie
                      > Murakami, ale to jest dość krzywdzące dla tego drugiego i to trochę tak
                      jakby,
                      > dajmy na to, porównywać Stasiuka do Miłosza, gdzie mu tam do geniuszu naszego
                      > noblisty.

                      O, dokładnie, myślę, że tak to właśnie jest.

                      > W książce Murakamiego zabrakło mi właśnie tego kolorytu japońskiego, bo akcja
                      > Na południe, niemal równie dobrze mogłaby rozgrywać się gdzie indziej. Po
                      > dyskusji na forum spodziewałam się, że jego książka będzie bardziej
                      zakręcona,
                      > i to zakręcona po japońsku, a tego w tej akurat pozycji mi najbardziej
                      > zabrakło. Poza tym uwierają mnie,jak to pięknie ujął Pan Marrodan Casas,
                      > niektóre pełne patosu i ocierające się o banał zdania i sentencje, ale o tym
                      > pisałam już w wątku o Murakamim, więc nie będę się powtarzała. Liczę głęboko
                      na
                      >
                      > to, że Nakręcacz i Owca są bardziej zakręcone i łatwiej mi będzie je
                      > zaakceptować, a pewnie i polubić. Zobaczymy.
                      > Pozdrawiam:)

                      Ja właśnie zapoznaję moją Mamę z lekturą Murakamiego. "Przygoda z Owcą" jej nie
                      podpasowała, ale wciągnęła się w "Kronikę...". tak więc czuję, że podeślę
                      jej "Owcę" raz jeszcze, wyznaję bowiem zasadę, że należy próbować drugi raz za
                      jakiś czas.
                      Okazuje się, że czasem trzeba. Przyznam się, ze wstydem, że za pierwszym razem
                      zraziłam się do "Miłośc w czasach zarazy" i zarzuciłam lekturę. Wróciłam do
                      niej po 3 latach i...efelt Znasz, bo dziś o tym pisałam. Szczęście i radość, że
                      przyszło mi do głowy sięgnąć po nią raz jeszcze, dać szansę książce i sobie
                      samej:)
                      Pozdrawiam serdecznie!
                      I bardzo jestem ciekawa Twojej opinii o "Kronice..." i "Owcy".
            • Gość: daria13 Re: A propos uwierania:) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.06.05, 17:38
              Bardzo mnie zachwyciło zdanie o uwieraniu i perle! Zastanawiam się nad swoimi
              perłami, ale to trudne zadanie i na razie jeszcze nic naprawdę ważnego nie
              wymyśliłam. Ale popracuję nad tym:).
              Chciałam Pana zapytać o autorów i książki, które Pana w ogóle nie uwierają i są
              czystymi diamentami. Czy tłumaczeni przez Pana autorzy tacy właśnie są ? Czy
              wybiera Pan do pracy książki właśnie z tego gatunku, czyli doskonałe?
              Nie czytałam jeszcze Cienia wiatru, ale spotkałam się z opinią, że to książka
              nieco wtórna i nie do końca dobra. Więc jak to jest z tymi diamentami, jeśli
              można wiedzieć?
              Pozdrawiam ciepło, a nawet gorąco, bo upał dziś niemożebny:)
        • Gość: Tomasz Pindel Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. IP: *.instytutksiazki.pl / *.instytutksiazki.pl 23.06.05, 15:12
          Panie Carlosie, a który to będzie Bolańo? "Detecives salvajes" czy coś innego?
          Bo że w ogóle będzie, to kapitalna nowina.
          • Gość: C.M.Casas Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. IP: *.muza.com.pl 23.06.05, 15:36
            "Estrella distante" - to moja fascynacja od wielu lat i wreszcie będę to
            tłumaczyć (a ukaze się w 2006 roku, przepraszam, ale nie jestem
            szybkobiegaczem). Poza tym na pewno będzie (pewnie przed "Estrella") "Nocturno
            de Chile". "Detektywi" oczywiście sa w planach i inne rzeczy Bolania (uwielbiam
            jego opowiadania z "Llamadas telefonicas"). Nie znam jeszcze ostatniej
            powieści, wydanej po śmierci i liczącej ponad 1000 stron. Ale mówią, że
            arcydzieło - tylko kto w Polsce rzuci sie na 100 stron? Pozdrawiam
            serdecznie.
            • Gość: TPindel Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. IP: *.instytutksiazki.pl / *.instytutksiazki.pl 23.06.05, 15:44
              Dziękuję za wieści. No to jest właśnie problem z Bolańo - też nie czytałem tej
              najnowszej jego książki, ale "Detectives" to róniez wielka cegła - 600 gęstych
              stron. Miejmy nadzieję, że inne jego rzeczy chwycą i jakiś wydawca na te
              wielkie powieści się skusi...
        • kawa_malinowa Podziękowanie 23.06.05, 15:57


          Nie o tym wątek, ale podziękować chciałam za przekład "Cienia wiatru".
          Pozdrawiam.
          • daria13 Re: Perły i diamenty w literaturze 27.06.05, 13:01
            Wracając do rozmowy na temat odczuwania uwierania podczas lektury niektórych
            książek, przypomniałam sobie, że tak mam z Faulknerem. Czytałam z dużym
            zaangażowaniem Dzikie palmy i Starego, ale cały czas uwierały mnie fragmenty,
            kiedy autor wpadał (bardzo rzadko) w pewnego rodzaju patos, ocierający się
            niemalże o banał. Lektura ta zaowocowała jednak perłą choćby dlatego, że
            zainicjowała między mną i pewnym forumowiczem długą, gorącą debatę na temat
            treści tych pozycji i pozwoliła mi w pełni docenić walory prozy Faulknera.
            Ponadto ta lektura skłoniła mnie do rozpoczęcia na FK wątku o utracie
            spontaniczności w czytaniu, co z kolei zaowocowało wieloma ciekawymi opiniami i
            powstaniem wątków równoległych, ale sąsiadujących, dających mi i innym, mam
            nadzieję, wiele do myślenia.
            Ponawiam prośbę do Pana Marrodana Casasa, o podzielenie się z nami swoimi
            fascynacjami literackimi pod kątem takich właśnie pereł i diamentów (vide mój
            post w tym wątku z 24.06 z 17:38).
            Z góry dziękuję:)
            • Gość: CMCasas Re: Do Darii13 Perły i diamenty w literaturze IP: *.muza.com.pl 04.07.05, 11:24
              Przepraszam, już jestem. Krótki urlop. I trochę mi smutno, bo wróciwszy
              dowiedziałem sie o śmierci Tymoteusza Karpowicza, poety, którym zaczytywałem
              się przez wiele lat i dzięki któremu pewnie zostałem tłumaczem. Jednemu z
              największych polskich poetów, choćby dlatego, że tak jak i Leśmian jest
              ABSOLUTNIE nieprzetłumaczalny, nawet w przybliżeniu. Trochę zapomniany, odnoszę
              wrażenie, ale w poezji właściwie wszyscy są trochę zapomniani. Perły i
              diamenty: poezja polska - genialna, wielka, największa i trudno wyliczać, bo
              czasem Treny Kochanowskiego, ale nastepnie cały Leśmian, i Przyboś, i polski
              barok, i ks. Twardowski, i Herbert, i Pawlikowska- Jasnorzewska, i
              Poświatowska, i Piotr Matywiecki, i bez końca. I poezja w ogóle: Apollinaire,
              Eliot, barok angielski, i Paul Eluard, i Octavio Paz, Pablo Neruda , Vicente
              Gervasi (nieznany w Polsce, ale niech tylko przejdę na emeryturę), i Rosjanie
              (Achmatowa, Cwietajewa, Mandelsztam, Pasternak. Jesienin, i "Obłok w spodniach"
              Majakowskiego) i znów bez końca. Proza: Dostojewski, Mann, Hrabal, Cervantes,
              Dickens, Rabelais, Gogol, Czechow,Leskow, Sałtykow - Szczedrin, Laurence Stern,
              Fielding, Schulz, Schulz, Schulz. Opowiadania Iwaszkiewicza ( i :"Mapa
              pogody"). Starczy. tego jest znacznie więcej, bo to kawał życia z książkami. I
              tłumaczę tylko to, co wydaje mi sie perłą. "Cień wiatru" jest dla mnie taką
              moją prywatną perłą, bo przypomniał mi moje "niewinne lata", kiedy szukałem
              książki swego życia. Znalazłem w "Cieniu wiatru" moja ksiązkową młodość
              (równiez lektury) i to mnie uwiodło. Ale przeciez nie wszyscy mieli taka
              młodość i nie czytali tego co ja czytałem. Dzieki.
              • Gość: daria13 Re: Do Darii13 Perły i diamenty w literaturze IP: *.medical / *.crowley.pl 05.07.05, 12:34
                Bardzo dziękuję za wyczerpującą odpowiedź. Zestaw nazwisk rzeczywiście głównie
                najlepszych z najlepszych, ale też bardzo zróżnicowany; od Trenów przez
                Pawlikowską-Jasnorzewską do Jesienina:) Podpisuję się pod listą, z tym, że bez
                bicia przyznaję się do zaległości w poezji rosyjskiej, jakoś tak zawsze
                bardziej mi było po drodze do Anglików z moim ulubionym Tedem Hughes'em, więc
                muszę nadrobić czym prędzej. Z wielkim zażenowaniem muszę się też przyznać do
                słabej znajomości Karpowicza. Czasami pisarz czy poeta muszą odejść, zebyśmy
                sobie o nich przypomnieli:(
                Niezwykle w jednym z pańskich postów spodobało mi się stwierdzenie, że niektóre
                lektury, które nas nieco uwierają (rozumiem, że chodziło o pewne drobne
                zastrzeżenia, co do ich treści i formy)moga w sumie czasami pobudzić do
                wnikliwszej analizy i może głębszego odczytania (i stąd perły), niż lektury,
                które nieodmiennie budzą nasz zachwyt bez zastrzeżeń i tym razem to już ja
                nazwałam je diamentami (ja tak mam z Marquezem i z Kunderą na przykład). Stąd
                też było moje pytanie rozgraniczające książki doskonałe w każdym calu i te,
                które mimo, że niedoskonałe, zostawiają trwały ślad w naszej świadomości (tak
                jak wspomniany przeze mnie Faulkner).
                Jestem też ciekawa, czy oprócz klasyków, ceni Pan również rzeczy mniej ambitne,
                ale z pewnych względów też wzbogacające. Ja najwiekszą słabośc mam chyba do
                dwóch autorów, których wszystkie pozycje cieszą się od lat moim zachwytem, przy
                czym są z bardzo różnych półek: to Boris Vian i Philip Dick. Czy miewa Pan
                czasami ciągoty do lektur tzw. lekkich? A może córki podsuwają Panu czasami
                swoje lektury. W moim mniemaniu takie "skoki w bok" bywają często bardzo
                odświażające:))Dziwi mnie momentami takie śmiertelnie poważne podejście
                niektórych ludzi do czytania, że niby wszystko, co najlepsze zostało już
                napisane, a wspólczesna literatura to z reguły chłam i bezwartościowe hiciory.
                Przepraszam, że tak zarzucam pytaniami, ale podejście do lektur, tak
                interesującego człowieka jak Pan, bardzo mnie frapuje:)))
                Polecam się serdecznie i pozdrawiam:)
                • Gość: CMCasas Re: Do Darii13 Perły i diamenty w literaturze IP: *.kabaty.2a.pl 05.07.05, 17:27
                  Jak pani to robi, że się pani wszystko mieści i w przestrzeni i w czasie (mówię
                  o wypowiedziach)? Bo ja zawsze odpowiadam z dusza na ramieniu, że zaraz
                  przekroczę limit czasu i cały tekst diabli wezma (parę razy już mi się tak
                  zdarzyło). Ad rem: wydaje mi się, że z czasem przestałem dzielić literaturę na
                  ambitna i lekką, bo ten podział jest chyba świeżej w miarę daty
                  (przypuszczalnie pojawił się wraz z ekonomicznymi skutkami rynku wydawniczego -
                  na pewno w wieku XIX, może wcześniej w Anglii). Ja lubię rzeczy dobrze skrojone
                  i zrobione, a niewątpliwie wiele dzieł skierowanych do tzw. masowego odbiorcy
                  jest fantastycznie rzemieślniczo zrobionych (np. wiele filmów Spielberga).
                  Artyzm i oryginalna myśl muszą pojawiać się w dobrze skrojonym "garniturze". Ja
                  w każdym razie - wielbiciel "sokratejskich" dialogów Platona - cenię to sobie
                  najwyżej. Dlatego lubie wczesne powieści Perez Revertego - za b.staranną formę,
                  poprzez którą oddawał on hołd literaturze, która kształciła masową wyobraźnię
                  nie ogłupiając i nie tumaniąc. Uwielbiam rocka, bo sie na nim moje ucho (i nie
                  tylko) wychowało -i oczywiście kocham Rolling Stonesów z mojej młodości, a nie
                  tych obecnych, ale przeciez i wówczas, i teraz sa to cały czas ci sami Stonesi
                  trafiający do milionów (a miliony do nich). Nie lubie tandety, ale tandeta jest
                  chyba w miarę szybko rozróżnialna (przemysłowa sztampa). No tak, godzinami
                  można. Wracając do uwierania: uwiera mnie Kundera (ale go czytam), uwiera
                  Conrad, Stendhal, Tolkien (no nie mogę przejść dalej niż 30 strona, ale co roku
                  próbuję. Ale zawsze mam nadzieję, że dorosnę do nich.
                  • broch Casas - pewnie czesto sie to zdarza 05.07.05, 17:57
                    mimo to... z mala nadzieja.
                    Mam pytanko, czy mozliwe jest przetlumaczenie na polski "Tres Tristes Tigres"
                    Zdaje sobie sprawe ze powiesci sa tlumaczone na zyczenie wydawnictwa. Byc moze
                    (na pewno) malo kto w Polsce czytal powiesc Cabrera Infante. Moze tez to tylko
                    moj bzik. Zaluje jednak ze "Tygrysy" nie zostaly przetlumaczone na polski. Moja
                    znajomosc literatury z kregu Ameryki Poludniowej i okolic jest dosc znikoma, dla
                    mnie jednak jest to jedno z najwiekszych dziel wspolczesnej prozy.
                    • Gość: CMCasas Re: A propos Trzech smutnych tygrysów IP: *.muza.com.pl 06.07.05, 08:54
                      To arcydzieło. Uwielbiam wracac do tej powieści. I zawsze czytam ja pod kątem -
                      tłumaczyc czy mnie tłumaczyc. Od wielu lat siedzi nad przekładem Tygrysów pani
                      Urszula Kropiwnicka (a może juz nie siedzi?). Wielkie wyzwanie. Osobiscie
                      uważam, że sie nie da, albo jeśli sie da to pisząc właściwie parafrazę.
                      pronblem najwiekszy - język, wszystkie mozliwe odcienie kubańskiej
                      hiszpańszczyzny, która większość czytelników z obszaru języka hiszpańskiego
                      natychmiast chwyta. Język i literatura to jedni z bohaterów tej prozy (genialne
                      parodie prozy Carpentiera, Lezama Limy, poetów kubańskich). Cudo. Zofia
                      Chądzyńska, która podzielała moje zachwyty nad Tygrysami proponowała
                      tytuł "Trzy pstre przepióreczki", bo o łamaniec językowy chodzi. Jestemn ciekaw
                      jak brzmi ta powieść po angielsku, bo nie wyobrażam sobie.
                      • daria13 Re: A propos Trzech smutnych tygrysów 06.07.05, 14:54
                        Na odpowiedź Brocha przyjdzie nam jeszcze chwilę poczekać, bo on pewnie teraz
                        dopiero się budzi u siebie za oceanem:) Nie wyobrażam sobie wyzwania w
                        tłumaczeniu, któremu by Pan nie podołał. Zresztą, jeśli dało się przetłumaczyć
                        wspominanego przeze mnie wcześniej Viana, to chyba wszystko da się
                        przetłumaczyć, choć może to rzecz jasna nastręczać masę problemów.
                        Tytuł z przepióreczkami jakoś mi nie pasuje, bo jak mają się pstre
                        przepióreczki do smutnych tygrysów. Nijak:)
                        Przy okazji serdeczne dzięki za komentarz i fragment Vila-Matasa. Świetny.
                        Czujemy się wyróżnieni, bo pewno jeszcze niewiele osób miało okazję przeczytac
                        to po polsku.
                        Już się cieszę na tę książkę i życzę powodzenia w tłumaczeniu.
                        • Gość: CMCasas Re: A propos Trzech smutnych tygrysów IP: *.muza.com.pl 06.07.05, 15:11
                          Po hiszpańsku trzy smutne tygrysy to tak jak po polsku "stół z powyłamywanymi
                          nogami" - pani Zofia pewnie znała łamaniec językowy z przepióreczkami, bo
                          pewnie taki w polszczyźnie istnieje, może gdzieś uda mi sie to sprawdzić.
                          Dzięki za Vila-Matasa. Jesteście państwo (to znaczy Pani na razie) pierwszymi
                          polskimi czytelnikami tego tekstu. Absolutna premiera (i żeby mi tylko głowy
                          nie urwali za prawa autorskie). A na książkę przyjdzie poczekać, bo to dopiero
                          się pichci. Ale namawiam do zapamiętania autora. A Viana uwielbiam. Kiedyś
                          miałem jego płyty i słuchałem namiętnie. Niechcący trafiłem tez kiedyś w
                          Pireneje, do niezwykłej i przepieknje miejscowosci Dom, gdzie Vian miał swój
                          dom, z widokiem na niezwykły szczyt Canigou. Niezwykła osobowość. Znika i
                          wraca. I znów znika.
                      • broch Re: A propos Trzech smutnych tygrysów 06.07.05, 16:53
                        Cabrera Infante obok Lezama Limy (czy moze Lezamy Limy albo jeszcze inaczej) to
                        moj ulubiony pisarz (tuz obok Celine i Prousta i moze paru innych). Wie Pan
                        czytajac "Tygrysy" mialem wrazenie ze slucham kubanskiego jazzu (pierwsza czesc
                        powiesci). A pierwsza czesc drugiej czesci to po prostu fenomenalna zabawa
                        genialnego pisarza (parodie). Tlumaczenie angielskie pokazuja jak trudna jest w
                        tlumaczeniu powiesc Cabrery (co chwila gwiazdki z zaznaczeniem "pun
                        nieprzetlumaczalny na angielski"). Musze przyznac ze niezwykla
                        muzykalnosc/brzmienie w tlumaczeniu angielskim sprawia ze jestem nieco
                        nieszczesliwy iz moj hiszpanski to nedzne poczatki dalekie od wymogow Cabrery.
                        Wyobrazam sobie jak fantastycznie tekst musi brzmiec po hiszpansku.
                        Wydawalo mi sie jednak, ze opisowa natura jezyka polskiego (?) sprawi ze
                        tlumaczenie bedzie nieco latwiejsze niz w wypadku angielskiego.
                        Jesli przetlumaczono "Podroz.." Celine (a tekst francuski jest dzisiaj nawet dla
                        Francuzow wymagajacy) moze i z Tygrysami sie uda?. "Podroz" czytalem po polsku i
                        francusku (po francusku z pomoca przyjaciol z Francji) i to tlumaczenie
                        "Podrozy.." daje mi nadzieje ze odwazny i znakomity tlumacz (a jest ich kilku)
                        zdecyduje sie podjac wyzwanie.

                        Wie Pan, czytajac zarty ze stylu Carpentiera i Limy (poetow kubanskich nie znam)
                        mialem fantastyczna zabawe, mimo ze obu pisarzy znam wylacznie w polskim
                        tlumaczeniu. Innymi slowy wydawalo mi sie ze trudniejsza w tlumaczeniu bedzie
                        Havana (tzn pierwsza czesc powiesci) ze wzgledu na uzyty slang. Ostatecznie,
                        mimo ze tlumaczenie Celine jest znakomite, ten aspekt jezyka byl/jest
                        nieprzetlumaczalny. Mimo to ciesze sie ze "Podroz.." jest dostepna w jezyku polskim.
                        Wydale mi sie ze "genialna" parafraza jest "do zaakceptowania". Szeczgolnie
                        jesli w Polsce sa dzisiaj tak dobrzy tlumacze literatury hiszpanskojezycznej.
                        Sadze iz byloby nieodwracalna strata dla polskich czytelnikow gdyby "Tygrysy"
                        nie zostaly przetlumaczone. Na pewno bylbym pierwszy w kolejce do polskiego
                        tlumaczenia.
                  • Gość: daria13 Re: Do Darii13 Perły i diamenty w literaturze IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.07.05, 23:26
                    Nie do końca wiem, jak mi się udaje wpasować, bo pewne tajniki forum są dla
                    mnie nadal zagadką, ale o ile na początku też przytrafiało mi się
                    niezmieszczenie w czasie i tekst mi uciekał, to po pewnym czasie doszłam chyba
                    do pewnej wprawy, albo forum mnie zaakceptowało jako użytkownika i daje mi
                    jakieś fory:), a muszę się przyznać, że czasem napisanie posta zajmuje mi sporo
                    czasu, jak szef zbyt często kręci mi się za plecami;). Jedyna rada, to pisać
                    dużo i tym samym sprawiać przyjemność forumowiczom i przy okazji, mam nadzieję,
                    sobie:)
                    Wiem, że podział na literaturę ambitną i lekką jest może nieco sztuczny, ale w
                    pewnych sytuacjach użyteczny. Taki podział jest jednak łatwiejszy do
                    skasyfikowania niż stwierdzenie, że literatura dzieli się na dobrą i złą, bo
                    jest to rzecz bardzo względna. I to, że coś określamy mianem lekka literatura,
                    nie musi oznaczać, że jest ona zła. Takim właśnie doskonałym przykładem jest
                    Dick; niby s-f, ale jak napisane, a właściwie jak wymyślone!
                    Entuzjazmu za to do Pereza Revertego niestety podzielić nijak nie mogę, bo
                    udało mi się z najwyższym trudem przeczytać połowę Cmentarzyska statków, czy
                    jakoś tak i poddałam się, acz nie podchodziłam do tej książki z jakimiś
                    uprzedzeniami, bo wśród moich znajomych Reverte cieszy się dość dużym uznaniem,
                    ale to widać nie dla mnie. Było w tej książce coś niewymownie dla mnie nużącego
                    i właściwie sama nie wiem co.
                    Rozumiem, że ten "dobrze skrojony garnitur" to forma książki i ceni Pan sobie
                    najwyżej te pozycje, które łaczą w sobie doskonałość formy i treści. To jest
                    rzeczywiście najbardziej komfortowa sytuacja dla czytelnika, ale jakże rzadko
                    spotykana wśród pisarzy, bo to jest dopiero sztuka! Za to właśnie tak bardzo
                    kocham Marqueza i Kunderę, a ostatnim moim odkryciem w tej mierze jest Rushdi i
                    na przykład jego Dzieci północy. Historia opowiadana przez autora nie pozwala
                    się od niej oderwać, a przy tym jak napisana! Jeśli Pan jakimś trafem nie miał
                    przyjemności, to szczerze polecam:)
                    A czy wspomnianego przeze mnie Viana Pan lubi, bo to mój wielki fawort od
                    niepamiętnych czasów. Pamiętam, jakich cudów przebiegłości musiałam dokonywać w
                    swoim czasie, żeby dostać Jesień w Pekinie. Cóż to za straszne czasy były.
                    Koszmar.
                    I na koniec dygresja; Conrada i Stendhala mogę jak najbardziej wybaczyć, ale
                    Tolkiena - nigdy. Musi Pan rzeczywiście koniecznie dorosnąć:))) A najlepiej
                    przekroczyć tę magiczną 30 stronę, a właściewie jeszcze znacznie więcej, bo
                    rzeczywiście pierwsza część na początku nieco się wlecze, ale za to potem jak
                    wciągnie, to zapomni Pan o bożym świecie. Proszę się nie zrażać, to naprawdę
                    niezwykle fascynująca lektura, ale o tym Pan pewnie wie:)
                    Pozdrawiam:)
                    • chiara76 Re: Do Darii13 Perły i diamenty w literaturze 05.07.05, 23:31
                      nieśmiało mówię, że nieco wyżej jest mały post dla Ciebie Dario:)
                      Pozdrawiam.
                      • daria13 Re: Do Chiary76 06.07.05, 11:26
                        Kronika zapowiedzianej śmierci to książka o tyle inna niż pozostałe pozycje
                        Marqueza, że napisana bardziej wstrzemięźliwą prozą, jest ona określana wręcz
                        jako reporterska, co w moim odczuciu jest nie do końca prawdziwe, ale dla
                        czytelnika, który zaczyna przygodę z Maquezem, może się wydać nieco ascetyczna
                        w formie w porównaniu na przykład z Miłością w czasach zarazy. Genialny realizm
                        magiczny jest w niej tym razem widoczny tylko podskórnie i stąd może pojawić
                        się lekki zawód u kogoś, kto ceni Marqueza głównie dla jego nastroju i magii.
                        Ja jednak myślę, że to świadczy jedynie o wielkości pisarza, kiedy pisze
                        różnie, kiedy jego książki różnią się zasadniczo między sobą, a i tak Marquez
                        do takich pisarzy raczej nie należy, bo większość jego książek jest jednak
                        charakterystyczna, jednolita w formie i tylko czasami zdarzają się takie
                        wyjątki jak Kronika, na szczęście (na szczęście, że się zdarzają:)
                        Jestem ogromnie ciekawa Twojej reakcji na Kawabatę. Podziel się z nami
                        koniecznie wrażeniami. Ja tymczasem do Marukamiego nie bardzo mam czas sięgnąć,
                        bo czeka na mnie stosik przygotowanych książek, na które czaję się już czas
                        jakiś, a jeszcze Młoda przyniosła ostatnio z bibliteki wyczekaną drugą część
                        Abaratu, czyli fantasy z elementami horroru dla młodzieży, którego nie polecam,
                        bo to tylko dla miłośników;) Ale czyta się rewelacyjnie, nieustannie dziwiąc
                        się, jak nieograniczona i bogata bywa wyobraźnia twórców tego typu literatury.
                        Nijak nie jestem się w stanie temu oprzeć.
                        Pozdrawiam i czekam na komentarze o Kawabacie:)
                        • chiara76 po lekturze Kawabaty i zaczętej Marquez'a-do Darii 11.07.05, 12:19
                          daria13 napisała:

                          > Kronika zapowiedzianej śmierci to książka o tyle inna niż pozostałe pozycje
                          > Marqueza, że napisana bardziej wstrzemięźliwą prozą, jest ona określana wręcz
                          > jako reporterska, co w moim odczuciu jest nie do końca prawdziwe, ale dla
                          > czytelnika, który zaczyna przygodę z Maquezem, może się wydać nieco
                          ascetyczna
                          > w formie w porównaniu na przykład z Miłością w czasach zarazy. Genialny
                          realizm
                          >
                          > magiczny jest w niej tym razem widoczny tylko podskórnie i stąd może pojawić
                          > się lekki zawód u kogoś, kto ceni Marqueza głównie dla jego nastroju i magii.
                          > Ja jednak myślę, że to świadczy jedynie o wielkości pisarza, kiedy pisze
                          > różnie, kiedy jego książki różnią się zasadniczo między sobą, a i tak Marquez
                          > do takich pisarzy raczej nie należy, bo większość jego książek jest jednak
                          > charakterystyczna, jednolita w formie i tylko czasami zdarzają się takie
                          > wyjątki jak Kronika, na szczęście (na szczęście, że się zdarzają:)
                          > Jestem ogromnie ciekawa Twojej reakcji na Kawabatę. Podziel się z nami
                          > koniecznie wrażeniami. Ja tymczasem do Marukamiego nie bardzo mam czas
                          sięgnąć,
                          >
                          > bo czeka na mnie stosik przygotowanych książek, na które czaję się już czas
                          > jakiś, a jeszcze Młoda przyniosła ostatnio z bibliteki wyczekaną drugą część
                          > Abaratu, czyli fantasy z elementami horroru dla młodzieży, którego nie
                          polecam,
                          >
                          > bo to tylko dla miłośników;) Ale czyta się rewelacyjnie, nieustannie dziwiąc
                          > się, jak nieograniczona i bogata bywa wyobraźnia twórców tego typu
                          literatury.
                          > Nijak nie jestem się w stanie temu oprzeć.
                          > Pozdrawiam i czekam na komentarze o Kawabacie:)



                          Kawabata......hmmmmmm....przyznać się, czy nie? A co, tam...przyznam się.
                          Owszem, podobała mi się jego książka (Śpiące Piękności. Tysiąc Żurawi),
                          ale...nie rzuciła mnie na kolana. Nie ze względu na tempo,takiego bowiem, jako
                          miłośnik Japonii spodziewałam się. Po prostu, czegoś mi tam zabrakło. Czegoś,
                          co widać ja lubię w książkach. Przeczytałam z przyjemnością ale na inne jego
                          książki na razie chęci brak.

                          Natomiast, zabrałam się wczoraj za "O miłości i innych demonach" i ...ze
                          zdumieniem odkryłam, że ja ją znam, czytałam! Ale kiedy? I gdzie? W ogóle mam
                          wrażenie, że jakieś deja vu mnie dopadło, bo byłam przekonana, że książki nie
                          znam, a tu taka niespodzianka. Niemniej jednak przeczytam ją do końca, bo
                          niewiele pamiętam, jedynie fakt, że czytałam i oczywiście dzięki wspaniałemu
                          tłumaczeniu, rzuciła mnie od początku na kolana, więc z przyjemnością ją raz
                          jeszcze przeczytam.
                          Pozdrawiam serdecznie!
    • Gość: mamarcela Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.07.05, 15:21
      Jestem na tym forum zaledwie od tygodnia, ale uwzględniając pełna pokorę wobec
      moich przedmówców (przedpisaczy ???) ośmielam się opowiedzieć pewne zdarzenie z
      mojego życia, które znakomicie wpasowuje sie w ten wątek o tłumaczeniach i
      gustach literackich. Otóż w latach 80-tych ubiegłego stulecia zostałam wysłana
      przez pewną instytucję kulturalną, w której odbywałam praktyki studenckie ni
      mniej ni więcej tylko do kawiarni "Czytelnika" na ulicę Wiejską
      (zainteresowanych odsyłam do Konwickiego lub Osieckiej względnie Łysiaka -
      mozna u nich znaleźć krańcowo różne opisy tego miejsca), aby tam spotkać się z
      panią X - znana tłumaczką, publicystka i pisarką. Dalibóg nie pamiętam, czy
      miałam jej coś przekazać, czy może coś od niej odebrać, w każdym razie
      występowałam zdecydowanie w roli gońca. Pani X. ugościła mnie natomiast jak
      najmilszego gościa i spędziłam w jej towarzystwie urocze trzy kwadranse na
      fascynującej rozmowie o technice tłumaczenia (podejrzewam, że zachowywałam się
      jak przypał, bo strzelałam oczami po sąsiednich stolikach tak jakbym nigdy w
      życiu Konwickiego, Hena, Holoubka, Kazimierza Brandysa czy Osieckiej nie
      widziała - na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie napisać, że młoda i głupia
      wtedy byłam, a i nikt jeszcze o "salonach według Łysiaka" nie słyszał). Pod
      koniec rozmowy powiedziałam pani X., że często, gdy chcę trafić w bibliotece na
      jakąś wartościową pozycję szukam jej tłumaczeń. "Bo ja, moje dziecko, ja
      tłumaczę tylko dobre książki, takie, które i mnie sie podobają." -
      odpowiedziała.
      Tego samego życzę wszystkim tłumaczom, a panu C.M.C chyba nie muszę, bo z jego
      wypowiedzi wynika, że ma to szczęście.
      A a propos tłumaczenia tytułu to parafrazując Gertrudę Stein "K... jest k...
      jest k... jest k...', jakkolwiek byśmy ją eufemistycznie nie nazwali.
      • Gość: C.M.Casas Re: A propos miss Stein IP: *.muza.com.pl 06.07.05, 08:46




        Siedze sobie właśnie i dłubię przy prozie Enrique Vila-Matas, fantastycznego
        pisarze hiszpanskiego, którego mam nadzieje niebawem przyswoić polskim
        czytelnikom. Siedze i dłubie m.in. przy jego ostatniej powieści "Paryż nigdy
        nie ma końca" (to tytuł ostatniego rozdziału "Ruchomego święta" Hemingwaya").
        Ksiązki typowej dla Vila-Matasa: ni to esej, ni to proza powieściowa, ni to
        fikcja, ni to autobiografia, w każdym razie wspaniała zabawa literacka. O
        młodości literackiej, o pisaniu pierwszej powiesci, w Paryzu, pod auspicjami
        Margueritte Duras, u której narrator wynajmuje mieszkanie (ale tak było Vila-
        Matas w latach siedemdziesiatych bedąc w Paryzy rzeczywiscie wynajmował
        mieszkanie u Duras). Jest to równiez swoiste pendant do "Ruchomego święta". A
        że z okazji "Rzeczy o mych smutnych ku..ch" (proszę Admina o nie zmianę)
        wspomniana została Miss Stein, więc pozwola Państwo, że kawałek prozy Vila-
        Matasa przedstawię.






        Enrique Vila – Matas

        Paryż nigdy nie ma końca


        51


        Niekiedy, o zmierzchu, jeśli zdarzyło mi się pójść na przechadzkę po
        dającym wytchnienie parku luksemburskim, w drodze powrotnej do siebie,
        pozwalałem sobie jeszcze na małą rundkę i przechodziłem obok budynku, w którym
        w latach dwudziestych mieszkała Gertruda Stein, przechodziłem obok numeru 27
        rue de Fleurus. Nie zachodziłem tam, jak w przypadku Hemingwaya „dla ciepła, i
        świetnych obrazów, i rozmowy”, które czekały go w tym domu, ale dlatego, że
        sądziłem, iż może mi to przynieść szczęście, bądź co bądź Miss Stein występując
        w roli protektorki, była dla Hemingwaya tym, kim Marguerite Duras – śmiałem
        przypuszczać – miała być wobec mojej osoby. Będąc młodzieńcem raczej ambitnym
        pretendowałem do tego, aby posiadać wsparcie nie jednej, ale dwóch protektorek,
        dlatego też traktowałem jak talizman ów rytuał przechodzenia, co jakiś czas
        obok tego domu i odczytywania tablicy, która o ile przypominała , iż miejsce to
        było jednym ze światowych centrów literatury, o tyle przemilczała, iż w tym
        miejscu właśnie, składający wizytę geniusze musieli czasem wysłuchiwać,
        że „róża jest różą jest różą”, jedno z ulubionych zdań Miss Stein i dowód
        niezaprzeczalny na to, iż nawet w światowych centrach literatury dawało się
        słyszeć wierutne głupstwa.
        „Okropna pisarka” mogliby również dodać fundatorzy tablicy pamiątkowej.
        Bo Gertruda Stein, amerykańska emigrantka, która usiłowała oczyścić język
        angielski i aplikować shocks (zmuszać czytelnika do oglądu świata zewnętrznego
        tak jakby spoglądał nań po raz pierwszy) poprzez skrajne upraszczanie języka,
        była fatalną pisarką, aczkolwiek udzieliła młodemu Hemingwayowi interesujących
        nauk. To ona poradziła mu, by w swej prozie zrezygnował z jakichkolwiek
        ozdobników i by zminimalizował i skondensował, w rezultacie zaś zniszczył
        właściwie starą retorykę poprzez parodię. W rzeczywistości i nie zdając sobie
        z tego sprawy, zarekomendowała swemu uczniowi Hemingwayowi, by zrobił dokładnie
        to samo, co wzorcowo wykonał już Joyce w Ulissesie.
        Kiedy parę miesięcy od otrzymania powyższych pouczeń Hemingway
        przeczytał książkę Joyce’a, pozwolił sobie w mieszkaniu przy numerze 27 de la
        rue de Fleurus: „Chodzi o książkę zajebiście dobrą”. Po raz pierwszy i ostatni
        mógł sobie pozwolić na wypowiedzenie tej opinii w tym domu, Miss Stein
        natychmiast bowiem ostrzegła go, iż jeśli ktoś odważy się dwukrotnie wspomnieć
        w jej salonie Joyce’a, nigdy już nie zostanie tu zaproszony. W każdym bądź
        razie zdanie dotarło do uszu przyjaciela Joyce’a, Ezry Pounda, który postanowił
        przeczytać młodego Hemingwaya, docenił jego wielki talent, dodał mu animuszu, i
        w konsekwencji, w zamian wziął parę lekcji boksu.
        Przechodziłem czasem wieczorami obok tablicy pamiątkowej numeru 27 rue
        de Fleurus i nierzadko przechodziłem pełen obaw, że duch Miss Stein odkryje, iż
        pragnąc nadać większego prawdopodobieństwa tekstowi, przeniosłem sporą część
        strony numer 7 hiszpańskiego wydania Giacomo Yoyce (osobisty zeszyt z zapiskami
        autora Ulisesa) do Morderczyni ilustrowanej, gdzie we wstępie do głównego
        manuskryptu odwoływałem się do zeszytu ilustrowanego przez morderczynię,
        pisząc, że „cyfry w nawiasach odnoszą się do numeru strony; tekst i rysunki,
        odpowiadaja, strona po stronie, oryginałowi„ gdy na stronie 7 „Giacomo Joyce”
        można było przeczytać niemal to samo.
        Uważałem, że opieranie się na prawdziwym zeszycie, czyli na zapiskach
        Joyce’a, czyni bardziej wiarygodnym mój zeszyt. Bez wątpienia miałem jeszcze
        bardzo mgliste pojęcie o tym, czym jest prawdopodobieństwo czyli coś co
        przyprawia atrament prawdziwych powieściopisarzy o siódme poty. Ale spoglądając
        na to z dzisiejszej perspektywy uważam, że lepiej było tak postąpić, niż nic
        nie robić. Pamiętam jaki byłem zadowolony z siebie w przeświadczeniu, że
        rozwiązałem bez większego trudu jeden z punktów owej zawrotnej karteczki,
        którą Duras dała mi z instrukcjami niezbędnymi, żeby napisać powieść. Rzecz
        jasna (mówiłem sobie) pozostawało mi jeszcze do opanowania kilka
        najtrudniejszych punktów z karteczki, jak na przykład jedność i harmonia, punkt
        o czynniku czasu czy ten dotyczący stylu, nie wspominając o punkcie mówiącym o
        technice narracyjnej, coś strasznego chyba.
        Przechodziłem czasem o zmierzchu, przed owym domem na rue de Flerus i
        bardzo chciałem, żeby przyniosło mi to szczęście. Nigdy mi to szczęścia nie
        przyniosło, przynajmniej podczas mojego pobytu w Paryżu, tak więc, w sierpniu,
        kiedy znowu udałem się rzucić okiem na dom talizman, popatrzyłem na tablicę
        pamiątkową, pomyślałem o Gertrudzie Stein i o szczęściu jakiego mi nie
        przyniosła i o strachu jakiego mi napędzała w swoim czasie, gdy obawiałem się,
        ze odkryje moje skromne związki z Joycem i pomyślałem też, a właściwie
        przypomniałem sobie problemy jakie w owych dniach miałem z jednością, harmonią,
        żeby nie wspomnieć o stylu i czynniku czasu. I tym razem przelała się czara
        goryczy i na cały głos krzyknąłem, ryzykując, że wezmą mnie za wariata: „Miss
        Stein, jest tam pani, słyszy mnie pani? Niech pani wyjrzy, niech pani się mnie
        dobrze przyjrzy, to ja, Hemingway. Widzi mnie pani? Ulises jest zajebiście
        dobry, zajebiście dobry, zajebiście dobry. Słyszy mnie pani, Miss Stein?
        • Gość: mamarcela Re: A propos miss Stein IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.07.05, 15:46
          Odpowiedź Pana na wywołanie przeze mnie ducha Gertrudy Stein przeczytałam rzecz
          jasna niemal zaraz po przebudzeniu (wakacje!), ale odpowiadam dopiero teraz, bo
          fragment przez Pana przytoczony (za który dziękuję i myślę, że nie tylko we
          własnym imieniu) sprawił to, iż nie tylko na wiele godzin zanie-pisałam, ale
          także to, że po raz kolejny uwierzyłam w duchów obcowanie, cudowną moc zbiegów
          okoliczności, czy jak to można, unikając specjalnej egzaltacji, nazwać. Otóż
          bowiem śledząc rozmowę Pana z Darią13 zaczęłam się zastanawiać nad swoim
          stosunkiem do wulgaryzmów, co nie wiadomo czemu przypomniało mi bohaterkę
          książki „Słońce też wschodzi” , od Hemingwaya po drodze było do pani Y, od pani
          Y do Gertrudy Stein itd. W każdym razie cały wczorajszy wieczór spędziłam chcąc
          nie chcąc na przypominaniu sobie Paryża takiego, jakim go odkrywałam po raz
          pierwszy jako studentka, chodząc właśnie po śladach wielkich i mniej wielkich
          literackich „rezydentów”, czyli właśnie miss Stein, Hemingwaya, Anais Nin,
          Henry’ego Millera, Pounda, Fitzgeraldów, itd. Byłam wówczas tak nimi (chociaż
          nie twórczością jako taką, a raczej atmosferą Paryża folle epoque)
          zafascynowana, że zupełnie nie interesowali mnie wielcy Francuzi - na nich
          przyszła pora później. Bywałam w Paryżu kilkakrotnie i późniejsze wizyty
          zatarły intensywność tamtych wspomnień sprzed 20 lat, ale wczoraj nagle wróciły
          do mnie one z niemal drapieżną siłą. – zaczęły kręcić w nosie zapachem:
          butwiejących liści w ogrodzie luksemburskim (była wówczas późna jesień i
          wczesna po parysku jesienna zima) i świeżych bagietek, których nie sposób było
          donieść do domu w całości. Odnalazłam nawet książkę „La vie quotidienne a
          Montparnasse a la Grande Epoque” – kupioną wówczas w księgarni nieopodal dworca
          Montparnasse i usnęłam czytając ją. A rano przeczytałam zamieszczony przez Pana
          fragment Vila-Matasa (czy wyjdę na straszną idiotkę jeśli się przyznam, że
          pierwsze słyszę?) i przeżyłam takie deja vue, że już więcej nic nie będę pisać,
          bo się „rozegzaltuję” na maksa. W każdym razie osobiście Panu dziękuje.
          A stwierdzenie, że „Ulises jest zajebiście dobry” jest zajebiście zajebiste,
          jak powiedziałaby moja córka czyli po prostu zajefajne.
          • Gość: CMCasas Re: A propos miss Stein, Paryża i Vila-Matasa IP: *.kabaty.2a.pl 06.07.05, 16:20
            Vila-Matasa w Polsce zna tylko kilku hispanistów, ale z czasem, kto wie. W
            każdym razie nie jest to pisarz "masowy" - wprost przeciwnie. Jego "Paryż..."
            na pewno sie Pani spodoba, bo jest w tych właśnie klimatach, które Pani
            przeżyła. Plus kupa śmiechu. Kłopot z tym, że muszę to jeszcze przetłumaczyć.
            Ale niebawem wezmę się ostro do roboty. Dzięki za miłe słowa.
            • Gość: daria13 Re: Polscy współcześni IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.07.05, 15:30
              Nie mogąc się pogodzić z utratą takiego rozmówcy, chciałam się Pana zapytać o
              opinie na temat polskiej prozy współczesnej. Jest na forum kilka zagorzałych
              wielbicielek (ciekawe, że wielbicieli brak) prozy Pana Chwina, a mnie po
              lekturze ok. 40 stron Esther jakoś nie wciągnęło, nie podzialało na mnie, nie
              zaiskrzyło. Miłośniczki Chwina gorąco mnie namawiają, więc może w złym momencie
              sięgnęłam po niego i jeszcze kiedyś spróbuję. Teraz jest przede mną lektura
              Stasiuka, którego zacznę od Dukli, bo czytałam fragmenty i myślę, że może mi
              się podobać. A może Pan ma swoich faworytów, a co mogłoby być jeszcze dla nas
              ciekawsze, może miał Pan okazję zaprzyjaźnić się z jakimś naszym ciekawym
              pisarzem?
              Będziemy bardzo wdzięczni za Pana wypowiedzi (piszę w liczbie mnogiej, bo
              jestem niemal przekonana, że nie tylko ja czekam niecierpliwie na każdy Pana
              post).
              Pozdrawiam serdecznie:)
              • Gość: CMC Re: Polscy współcześni w odpowiedzi IP: *.kabaty.2a.pl 15.07.05, 16:44
                Przepraszam za zwłokę, ale pani pytanie wcale nie jest - z mojego punktu
                widzenia - niewinne i łatwe. Z prozą polską ( w odróżnieniu od polskiej poezji)
                jestem w jakimś konflikcie. Uwielbiam "Lalkę" Prusa i często do niej wracam.
                Chorowałem kiedys na Reymonta (pozytywnie i w kontrze do Żeromskiego). Bruno
                Schulz to dla mnie Himalaje lit. światowej. Po wielu latach przekonałem się do
                prozy krótkiej Iwaszkiewicza (z powieściami jeszcze sie nie przeprosiłem).
                Tadeusz Nowak też był Mistrzem (ale to proza jednak poetycka). Miron
                Białoszewski tez jednak jest specjalny. Dygat - owszem ("Podróż"). Uwielbiam
                prozę Mularczyka, Kapuścińskiego, Hanny Krall (no tzw. polski reportaż to było
                coś). Myśliwski - smakowac długo i powoli. Pilch - palce lizać (choć czasem
                wole jego felietony). I tak doszliśmy do współczesności. Czekam właściwie na
                iluminację, bo mnie w prozie polskiej denerwuje zbyt wiele artyzmu, a za mało
                rzemiosła (wszyscy chcć pisać arcydzieła, a zapominają, że trzeba dobrze).
                Tokarczuk, owszem, ale cały czas odnoszę wrażenie, że gdzieś to juz czytałem.
                Masłowska. Nie, bo tez juz to czytałem - u Białoszewskiego, a jak mam rapować
                to wolę Mironem. No i czekam na olśnienie, choć musze przyznać niezbyt
                aktywnie, bo jednak musze hiszpańskojęzycznym patrzeć na ręce. A jest na co.
                • Gość: daria13 Re: Polscy współcześni w odpowiedzi IP: *.medical / *.crowley.pl 18.07.05, 16:09
                  Dziękuję za odpowiedź, już się trochę martwiłam, że Pana zanudzam i meczę
                  pytaniami;)
                  Z wieloma wymienionymi przez Pana zainteresowaniami polską prozą się zgadzam. W
                  czasach licealnych nie doceniałam Reymonta, ale ostatnio,jak moje dziecię
                  czytało mi w zachwycie niektóre fragmenty Chłopów pojełam, że trzeba mieć
                  trochę lat, żeby docenić (a dziecię po prostu ma dar rozpoznawania prawdziwej
                  poezji w prozie, bo sama pisze już od lat:).
                  Pominął Pan milczeniem Konwickiego przez przypadek, czy celowo, bo ja musze
                  wyznać (z lekkim zawstydzeniem), że Mała apokalipsa zupełnie na mnie nie
                  podziałała, wręcz przeciwnie i dlatego za resztę się nie brałam. No i do
                  sympatii do Pilcha raczej się nie dopiszę, bo tylko niektóre fragmenty są
                  rzeczywiście doskonałe, ale całość jednak, jak dla mnie, zbyt manieryczna i
                  wystarczy przeczytać jedną pozycję, reszta to dziwna kalka samego siebie
                  (czytałam Bezpowrotnie utraconą leworęczność i uznałam jej urodę).
                  Pozwolę sobie jeszcze zapytać o wspomnianego przeze mnie Chwina i Huellego, bo
                  to też doceniane przez wielu czytelników nazwiska.
                  Pozdrawiam i nadal się polecam łaskawej pamieci:)
                  • Gość: CMC Re: Polscy współcześni w odpowiedzi Do Darri13 IP: *.muza.com.pl 20.07.05, 10:47
                    Huelle - może nie zachwyt jeszcze, ale tak, tak, taka proze też lubię. Z
                    Chwinem mam ten sam problem, co np. z Conradem czy Musilem - czuję, że jest to
                    proza, która powinna do mnie trafić, ale nie trafia, mimo ponawianych co jakiś
                    czas prób. O Konwickim zapomniałem, choć "Mała Apokalipsa" rzuciła mnie na
                    kolana, no ale było to w wydaniu, od którego oczy bolały. Powinienem zajrzeć
                    raz jeszcze. Wiersze miłosne inaczej sie czyta kiedy jest sie zakochanym, a
                    inaczej kiedy zakochanym się nie jest. I zapomniałem chyba o mistrzu mej
                    młodości studenckiej - Teodorze Parnickim. Wszystko wzbudzało mój zachwyt i
                    wszystko Mistrza stało na szczególnej półce. A teraz - po oddaniu do bilioteki
                    publicznej sporej części mego księgozbioru - zostawiłem sobie jedynie "Srebrne
                    orły" i "Tylko Beatrycze". Ale była to niezapomniana przygoda z językiem i z
                    historią. Pewnie tych przygód było więcej, ale ta cholerna maszyneria forumowo -
                    postowa narzuca mi jakies takie tempo, ze bardziej mysle i szybkim pisaniu niz
                    spokojnym mysleniu. Mam nadzieję, że CDN...
                    • Gość: daria13 Re: CDN IP: *.medical / *.crowley.pl 20.07.05, 14:18
                      Jako i my nadzieję mamy:)
            • Gość: mamarcela Re: A propos miss Stein, Paryża i Vila-Matasa IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.07.05, 20:34
              Bez oczekiwania na odpowiedź przesyłam dwa maleńkie, ale za to jakże smaczne
              fragmenty rzeczonej książki Jean Paula Cresspelle'a "Montparnasse w latach 1905-
              1930" (znalazłam polskie tłumaczenie), ktore znakomicie się wpisują w
              przytoczony przez Pana kawałek Vila-Matasa. Swoją drogą uwielbiam tak pisane
              książki - niby popularno-naukowe, ale jaki "zaangażowany" język!
              "Śmiech bierze, że gruba Gertruda Stein, ów ptyś rozdęty wzgardliwą pychą,
              nazwała te młodzież the lost generation - straconym pokoleniem..."
              "Wydaje sie czymś niepojętym, że ta ociężała amerykańska Żydówka, jak wyciosana
              z jednej bryły, osoba, której myśli były równie krótkie, jak ostrzyżone na jeża
              włosy na jej czaszce hermafrodyty , mogła przez dwadzieścia lat królowac w
              kręgu amerykańskiej literatury."
    • agata_christie Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. 22.08.05, 20:06
      Spóźniłam się trochę ale przeczytałam wreszcie Dziwki.
      Czyta się świetnie, poezja, metafora, macie niby rację.
      Mnie się jednak zwykle wydaje piękne ale nigdy nieprzekonujące a często nawet
      szkodliwe przedstawianie miłości do kobiety bez kobiety. Kobieta jest
      człowiekiem mimo wszystko, mimo wzruszeń wzniosłych, które w sercu męskim
      zbudza czarem swem. Nie jest moim zdaniem miłością uczucie - jakie by ono
      piękne nie było - żywione do wyobrażenia o kobiecie a nie do niej samej.
      Niepokoi mnie mit, że można kochać tylko kobietę nieobecną, najlepiej niechby
      cały czas spała, a jeśli się przypadkiem obudzi - niech się przypadkiem nie
      odzywa. Niech się przypadkiem nie okaże żywa w środku, życiem tętnić może tylko
      jej ciało w którym się skupia absolutnie całe jej jestestwo.

      Całkiem to dla mnie zrozumiałe, zwłaszcza w kręgu kultury latynoamerykaskiej.
      Łatwiej jest kochać kobietę nieczłowieka niż uznać, że człowiekiem jednak jest
      więc np. zdrada kobiety jest taką samą plamą na honorze jak zdrada przyjaciela,
      towarzysza broni, sąsiada czy brata. Lepiej niech śpi, ładnie wygląda, pulsuje
      młodością, wzrusza, porusza i budzi namiętności niż by miała się okazać
      człowiekiem.

      Nie wiedzą biedne latynoskie chłopaki jak serce może łopotać, gdy się myśli i
      patrzy w tę samą stronę.

      • Gość: Hubi Re: Rzecz o moich smutnych dziwkach. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.08.05, 20:40
        Dla mnie "Dziwki" sa po prostu luzna wariacja na temat "Spiacych pieknosci"
        Kawabaty i to wszystko...Tak jak nowa wersja jakiegos klasycznego utworu
        muzycznego pozostanie jedynie przerobka ( choc czesto piekna )wielkiego
        dziela...
        Marqueza ogromnie cenie, choc nie koniecznie za te opowiesc...

        Pozd.
        H.
        • Gość: Hubi errata: niekoniecznie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.08.05, 20:43
          • Gość: Joanna Re: errata: niekoniecznie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.08.05, 21:36
            Niestety książka nie podoba mi się. Jest dla mnie płytka, bez wyrazu, magii.
            Marqueza uwielbiam, ale nie za tą książkę.

            • daria13 Re: dosłowność:( 25.08.05, 13:44
              W moim odczuciu ani jedno, ani drugie, ani trzecie. Płytki jest chyba jedynie,
              bez urazy, Twój odbiór tej książki. Płytki, w sensie zbyt serioznego podejścia
              do tematu;) Być może czytając tę powieść, właściwie minipowieść, wyobraziłaś
              sobie zbyt dosłownie starca z młodziutką dziewczyną, ale jeśli rzeczywiście
              cenisz Marqueza powinnaś wiedzieć, że takie literalne odczytywanie jego prozy
              wyrządza jej ogromna krzywdę, odziera ją z całej magii i poezji. Bardzo ładnie
              opisał specyfikę tej książki gdzieś wyżej Pan Marrodan Casas, więc pozwole
              sobie jedynie przytoczyć: "dlaczego tytuł jest dosadny podczas gdy po raz
              pierwszy (i pewnie ostatni)proza marquezowska jest tu pełna niedomówien i
              zawieszeń, i ukazania możliwości, i nie wykorzystywania ich?"
              Do agathy_christie: Bardzo podoba mi sie Twoja ocena tematyki Dziwek w
              ogólności:) Masz absolutną rację, że to karygodne podejście do kobiet, jako
              przedmiotów, a nie ludzi, ale do Ciebie też kieruję prośbę o to, żeby nie
              czytać Marqueza dosłownie i dać jemu i sobie trochę luzu:)))
              Pozdrawiam:)
              • agata_christie Re: dosłowność:( 26.08.05, 22:24
                Dziękuję Dario za zrozumienie, oczywiście nie przesadzam z dosłownością
                interpretacji Marqueza, nie ogłupłam. Piszę przecież, że książka jest piekna i
                pozostawia poczucie obcowania ze specyficzną poetyką autora. Co nie zmienia
                faktu, że ociera się o opisany przeze mnie mit, który - oczywiście nie w
                trakcie lektury Dziwek, ale jednak - boli. Nie tyle właśnie oburza, co boli.
Pełna wersja