Gość: mamarcela
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
09.08.05, 18:10
Wyszłam z domu, aby dokupić coś do zestawu, ktory zabieram jutro na wieś,
zestawu książek bien sur, a poniewaz czasu miałam mało wstąpiłam do
najbliższej księgarni. Księgarnię tę kiedys prowadzili bracia, ktorzy później
przeniesli się na plac Unii, po nich przemiłe małżeństwo, które kochało
mojego psa, a teraz jest tam smutno, nudno i sterylnie - więc rzadko tam
zaglądam. I mam rację. Wniosek nie wprost: ja od lat nie jadam mięsa więc
chyba nie powinnam pracować w sklepie mięsnym, ale nawet ja zmuszona do
takiej pracy z nudów (powtarzam z nudów) nauczyłabym się odróżniać cielęcinę
od wieprzowiny i szynkę od czegoś tam. Pan, z ktorym miałam do czynienia
chyba nigdy się nie nudził. Spędziłam z nim sam na sam 10 minut, podczas
ktorych stał z tępym wyrazem twarzy nie robiąc i nie mówiąc nic.
W końcu zapytany o książkę Fanny Flagg powiedział, że chyba jej nie ma, a on
może oczywiście sprawdzić w komputerze, ale to zajmie dużo czasu, a skoro ja
nie znam dokładnego tytułu to jest to w ogóle niemożliwe. Rzecz miała miejsce
w kraju Unii, dokładniej w jego stolicy, a jeszcze dokładniej na jej
najdłuższej ulicy.