Kapusto, czyli słabość w lędźwiach

05.02.06, 10:23
Miałam dziewięć lat i opinię mola książkowego.
Pojechałam na week-end do wujka na wieś. Wujek nie miał głowy do zajmowania
się mną, więc podprowadził mnie do regału i zapytał:

- Lubisz kryminały?

W moim głębokim przekonaniu miałam już wtedy przeczytaną większość literatury
światowej, kryminałów jednak jeszcze nie czytałam, nie było okazji. Pytanie
wujka zbiło mnie zatem z tropu i nieco zachwiało przeświadczeniem o własnej
erudycji.

- Jeśli dobre, to lubię - chytrze wybrnęłam z kłopotliwej dla mnie sytuacji.

- No, to masz tu ... - wskazał brodą regał, jak się później okazało, pełen
kryminałów; i poszedł sobie.

Wzięłam książkę pierwszą z brzega. Tytuł: "Ryba płynie za mordercą",
autor Umberto Pesco. Pierwszy kryminał w moim zyciu. Zachwycił mnie tytuł.
Jeszcze bardziej zachwyciło imię i nazwisko autora. - Umberto Pesco ....
Umberto Pesco ... - delektowałam się.

Już nie pamiętam, o co w książce szło, zresztą nie intryga kryminalna jest tu
ważna tylko długie nogi i płaski brzuch.
W jednej ze scen narrator dotyka rzeczonych części ciała bohaterki.
Owo dotykanie wywarło na mnie wrażenie niebywałe, sensacyjne.
Odczytywałam ten fragment o dotykaniu wielokrotnie, zawsze z tymi samymi,
nieznanymi dotąd uczuciami. Do tego dochodziło cudowne, w moim mniemaniu,
imię i nazwisko autora. To wszystko razem wzięte przyprawiało mnie o
rozkoszną słabość. Jakbym to ja była tą długonogą i płaskobrzuchą, której
dotykał Umberto Pesco.

Minęły lata i kilogramy przeczytanych książek, ale nie zapomniałam o Umberto
Pesco, nieświadomym sprawcy moich pierwszych słabości w, że tak się wyrażę,
lędźwiach.
Niedawno krążąc po empiku zauważyłam kątem oka coś co przypominało to
czarowne nazwisko z dzieciństwa. Rzuciłam się w tamtą stronę, ale to nie była
książka Umberto Pesco, tylko Umberto Eco, niestety.
Tego dnia wróciwszy do domu włączyłam komputer i wrzuciłam do wyszukiwarki
hasło 'Umberto Pesco'.
O, nie powinnam była tego robić!
Okrutna wyszukiwarka odpowiedziała mi, że Umberto Pesco nie istniał. Był
tylko literackim pseudonimem. Pseudonimem Iredyńskiego. Ireneusza zresztą.
Który to Iredyński też zresztą Iredyński się nie nazywał. Iredyński to
pseudonim literacki. A naprawdę autor mojej mojego kultowego kryminału
nazywał się Kapusto. Nawet nie Iredyński, a już zupełnie nie Pesco, tylko
Kapusto, Ireneusz Kapusto.

"Oto jak nas, biednych ludzi
rzeczywistość ze snu budzi"

napisał Boy nie bez nutki melancholii :-)
    • ben-oni Re: Kapusto, czyli słabość w lędźwiach 05.02.06, 10:33
      Masz, podejrzewam, podobne uczucia dyskomfortu jak czytelnicy Joe Alexa z lat
      70-ych. Sądząc, że czytają zachodnie kryminały (pełne wczucie, amerykanckie
      sensacje, literatura zza oceanu, drugi Chandler) po jakimś czasie dowiadywali
      się, że to genialny tłumacz lit. angielskiej, M.Słomczyński bawi się w ten
      sposób, odpędzając nudę ślęczenia nad translacją Szekspira czy Joyce'a.:))
      Poczuli sie z lekka zmanipulowani.:))
      • Gość: anienienie Joe Ale Re: Kapusto, czyli słabość w lędźwiach IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.02.06, 10:56
        Kurcze nie, Joe Alex był angielski nie amerykański1. Nigdy drugi Chandler.
        Prędzej druga Agatha, a juz najprędzej drugi Święty.
        :)
      • Gość: ropuch_Pelagiusz Re: Kapusto, czyli słabość w lędźwiach IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.02.06, 11:05
        na boga, benie, czytasz w moich myslach
        czarujący, lekko zblazowany Joe dzialal na moją podlotkowatą wyobrażnię (tej
        lafiryndzie Karolinie ukręcić leb!) - jakiś tam Słomczyński niekoniecznie

        PS dla wyjaśnienia dodam, ze do wspólnego igrania z Szkspirem było jeszcze
        bardzo daleko ;-)

    • Gość: Skajstop Re: Kapusto, czyli słabość w lędźwiach IP: *.internetdsl.tpnet.pl 05.02.06, 11:10
      Piękna opowieść, Mulko, naprawdę ładna. Aż się prosi o literackie wykorzystanie ;-D
Pełna wersja