gornhard
09.02.06, 01:41
Zapraszam do przeczytania i do komentowania :)
Bronisław Giedroyć przechadzał się pogrążonymi w półmroku korytarzami Sejmu.
Obrazy ze ścian śledziły każdy jego krok, a wielkie kwiaty przy schodach
rejestrowały każdy oddech. Było pusto. Korytarze, jak co noc były ciche i
ospałe, a przydymione światła lekko migotały w marmurowej szachownicy posadzki.
Mężczyzna przeszedł pod potężnymi drzwiami sali sejmowej. Minął łuk, a za nim
tablicę upamiętniającą przewrót majowy i zatrzymał się na kilka kroków przed
wysokim, skórzanym fotelem. Zza oparcia tlił się gęsty dym cygara.
- Zamknięte?- z fotela dobiegł zimny głos kobiety.
- Tak - rutynowo wyciągnął papierosa. Musiał zapalić choćby po to by zająć
czymś ręce.
- Wejście zabezpieczone?
- Taa... - mruknął i wydobył z kieszeni swoją wiekową zapalniczkę. Kobieca
arogancja irytowała go najbardziej w świecie. Nawet nie próbował udawać, że
jest przejęty zdawaniem meldunku. Wodził wzrokiem po ścianach zatrzymując
wzrok to na kandelabrach, to na odległym fotelu prezydenckim, bądź na nie
sprzątniętych gazetach pozostawionych przez niechlujne poselskie towarzystwo.
Choć przez lata zdarzało mu się próbować, to nigdy nie pojął jak system oparty
na darmozjadach mógł trzymać w swych demokratycznych łapskach władzę w tak
wielu krajach świata.
- Oddaliłeś strażników? - spodziewał się, że o to zapyta. Wprawdzie próbował,
ale po krótkich negocjacjach z jednym, co stał przy drzwiach wejściowych,
szybko odechciało mu się jakichkolwiek pertraktacji ze strażnikami. Już kilka
razy ich oddalał i nigdy nie było problemu, wystarczyło pokazać odpowiednią
odznakę. A dziś wieczór, wyjątkowo nic na nich nie działało. Gierdroyć być
nieco zaskoczony, gdyż nie spodziewal się takiej arogancji wobec odznaki
pułkownika GN i papierów podpisanych przez samego marszałka sejmu. - Tak i nie
- fotel lekko drgnął- Chciałem, ale strażnicy coś chyba podejrzewają - szybko
się usprawiedliwił.
- BOR już - kobieta tylko cicho mruknęła.
- Myślę, że nie - odchrząknął i zapalił papierosa.
- Czemu? - kobieta odwróciła fotel by być twarzą w twarz ze swoim rozmówcą.
- Marnotrawstwo naszych kontaktów - kobieta podniosła wzrok dotąd wbity w
podłogę sejmowego balkonu. - BORowiki na zwykłych strażników? Jesteśmy w
Sejmie. Łapówka tutaj to jak wypłata. Sypniemy groszem - na chwilę zamilkł. -
I będzie cisza - spokojnie dokończył, gasząc nie napoczętego papierosa w
popielniczce na kolanach kobiety.
- Bronek - kobieta powoli zaczęła. - Co z tobą jest nie tak? - zaciekawiona
wpatrywała się w starszą twarz mężczyzny.
- Ze mną? - odparł zbity z tropu.
- Właśnie z tobą - stwierdziła nie odrywając od niego wzroku.
Zaintrygowany przyjrzał się swojej rozmówczyni. Z wyglądu mała kobietka.
Ładna, acz nic wspaniałego. Taka przeciętna twarz. Nic nie zdradzający wzrok,
a jedynie zimny, oprany z uczuć podobnie jak głos. Choć już kilka razy
Bronisław był świadkiem, kiedy chyba jednak nieopatrznie kobieta zerwała z
chłodnym tonem i wydała kilka zdań w swoim naturalnym, lekko skwierczącym, ale
zdecydowanie cieplejszym głosem.
- Więc? - zapytała przerywając Bronisławowi rozmyślania.
- Więc... - niepewnie zaczął. - Ze mną... - zastanawiał się, czego od niego
oczekuje, a co może powiedzieć.
- Przepraszam - mruknęła i zaczęła przeszukiwać kieszenie swojego płaszcza.
- Eee... Co? - zdezorientowany zapytał.
- Telefon.
- Ach - Bronisław chrząknął niedbale i oddalił się ku balustradzie balkonu
kilkanaście metrów dalej przewieszając przez nią kurtkę. Udając, że tępo
wpatruje się w ogromną flagę z godłem, rozpostartą na ścianie za miejscem
marszałkowskim, wyostrzył słuch tak by nie uronić ani słowa z rozmowy przez
telefon.
Tak jak w wielkiej przestrzeni sali sejmowej, tak i tuż przy nim zaległa
niezmącona cisza. Gdy chwilę potem Bronisław obejrzał się za siebie, ujrzał
już tylko wyświechtany fotel z popielniczką.
- Dobra - stwierdził aż nadto głośno. - Jest - dodał jakby od niechcenia i
powoli wyszedł z balkonu na szary hol Sejmu. Z budynku sączył się niecodzienny
spokój, a w zimnych ścianach zalegała niespokojna cisza. Czuł się nieswojo. Za
dobrze znał zakamarki tej marmurowej opoki kartoniarzy, krętaczy i szachrajów.
Mimo że znał ten budynek bardzo dobrze, wprawdzie pracował tu dobre kilka lat,
to jednak czuł się teraz wyjątkowo dziwnie. Może to, dlatego że rzadko bywał w
tych ścianach wtedy, kiedy były prawie opustoszałe. Przywykł do sejmowego
zamętu i gwaru, a nie do parlamentarnej ciszy. Skierował się do wyjścia. Pod
drzwiami stał jeden strażnik, drugi zaś siedział kilkanaście kroków dalej na
krześle tuż pod jednym z tych wielkich sejmowych okien. Był wyraźnie
pochłonięty pisaniem smsa.
- I co robisz bęcwale? - rzucił Bronisław przechodząc obok strażnika. Ten
właśnie dopalał papierosa. Nie miał popielniczki, a popiół spadał wprost na
marmury.
Strażnik spojrzał na niego wyraźnie zaskoczony uwagą.
- Posprzątasz? - Giedroyć łagodnie zapytał.
- Chyba - dojrzawszy wyraz twarzy swego oprawcy natychmiast dodał - Tak.
- Świetnie - stwierdził zadowolony - Posprzątaj - zwrócił się do drugiego
strażnika, który natychmiast oderwał się od komórki i pospiesznie schował ją
do kieszeni.
- Ja? - zapytał, choć dobrze wiedział, że chodzi o niego.
Giedroyć tylko znacząco spojrzał, a strażnik powoli, bez pośpiechu i wyraźnie
zirytowany wstał i ruszył ku schowkowi ukrytemu pod wielkimi sejmowymi schodami.
Bronisław lekko się uśmiechnął. Pewnie nie na długo mu się ta lekcja przyda,
pomyślał.
Już dojrzał za przydymioną szybą czekający na niego samochód, gdy przypomniał
sobie, czego zapomniał i musiał zawrócić na balkon. Z oporem pokonał zmęczenie
i przyspieszył kroku ku schodom wiodącym na piętro, by zaraz potem móc jak
najszybciej znaleźć się w samochodzie, dotrzeć do domu i zmyć z siebie trudy
tego dnia. Na balkonie, w miejscu gdzie wcześniej stał, wisiała przewieszona
kurtka. Chwycił ją szybkim ruchem ręki i byle szybciej pobiegł do samochodu.
- Oj, niestety - usłyszał kobiecy głos. Bronisław uważnie się rozejrzał, ale
nikogo nie dojrzał. - Też bym chciała pojechać do domu, ale... - kobieta
wyszła zza kolumny.
- Dokończ - rzekł z rezygnacją.
- Ale to jest chyba... ta... noc - dodała dziwnym głosem. Zimnym i obojętnym
jak miała w zwyczaju, mocnym, ale także niezwykle drżącym. Mało kto by
zrozumiał ten jej dziwny stan, ale Bronisław w tym momencie wydawał się czuć
to samo. W ciągu kilku sekund stała mu się bliższa niż przez pół roku
wspólnego działania. Pewnie była to sprawa czekającej ich wspólnej doli i nie
doli.
- Ile mamy czasu?
Srebrny zegarek mrugnął na nadgarstku kobiety.
- 57 minut - westchnęła - Sama już nie wiem, niby dużo, ale przecież to tak
mało. Zwykle minuty, a... - spojrzała zakłopotana na Bronisława.
- Wątpliwości? - cicho mruknął jakby do siebie. - Może strach - dodał jeszcze
ciszej. - Ja też miewam te zmory.
- Ja nie - zaprzeczyła z fałszywą mocą. Spojrzał na nią ze zrozumieniem. Nie
szło jej kłamanie, a zapomniała jak czuły jest na nie jej współpracownik.
- Jesteś jeszcze młoda. To dlatego - powiedział ze zrozumieniem i rzucił
kurtkę na fotel.
- 57 minut - zakłopotana rzuciła by zmienić temat.
- Może usiądźmy i się napijmy? Zawsze to lepsze niż roztrząsać nasze strachy.
- Nie piję - mruknęła niedbale.
- Eee tam.. Każdy pije.
- Nie piję - powtórzyła i oparła się o ścianę.
- Ja piję czystą, a ty palisz. A jeszcze inny bije talerze. Każdy pije.
- Co za filozofia - mruknęła z kpiną.
- Usiądź.
- Postoję.
- Kto przyjedzie?
- Dzierłoński
Bronisław znał go z dawnych lat, kiedy jeszcze obaj uczyli się zawodu w
ośrodku szkoleniowym w Puszczy Białowieskiej. Może nigdy nie miał z nim
wielkich kłopotów, ale ich wzajemna niechęć, czy wręcz wrogość, była znana
nawet wśród profesorostwa. Adam, bo tak miał na imię, był tak popularny i
lubiany, że wielu się dziwiło ich wzajemnej antypatii. Nikt nawet nie
pomyślał, a na pewno nie podejrzewał jak ten człowiek potrafi się wić i