reptar
06.12.02, 10:32
Tak sobie myślę... taki Stephen King... zawsze nas uraczy szczęśliwym
zakończeniem (to znaczy jak już zrobi krwawą miazgę ze wszystkich, których do
udziału w happy endzie nie wyznaczył). Czy miałby takie wzięcie, gdyby jego
książki kończyły się źle?
Książki i tak jeszcze są w miarę uczciwe. Dużo gorzej wygląda to w filmach,
w których zwykle od szczęśliwości zakończenia zależy ochota producenta do
wyłożenia kasy, a w praktyce nieraz przerabia się zakończenie w ostatniej
chwili, z normalnego na lukrowane, w imię jedynej szansy na realizację.
Nie chciałbym, żebyście mnie źle zrozumieli. Nie mam nic przeciwko szczęśliwym
zakończeniom, a nawet je wolę od nieszczęśliwych, ale te w filmach to nieraz
są za wszelką cenę (widzieliście na przykład „Czekoladę” Hallströma?). Książki
są pod tym względem lepsze, bo pisarz w odróżnieniu od scenarzysty ma
(zazwyczaj) wybór.
Ale zostawmy filmy, bo to osobny temat, na forum Kino, a nie na forum Książki.
Podyskutujmy o szczęśliwych zakończeniach w książkach. Czy je lubicie, czy
ich oczekujecie? Czy wpływają na Waszą ocenę książki? Którzy pisarze kończą
szczęśliwie, a którzy w tym względzie zatracili umiar?
I pytanie najważniejsze: czym tak naprawdę są szczęśliwe zakończenia?