Analiskeimal

IP: *.proxy.aol.com 22.12.02, 17:54

Dzidek rysował dobrze, za dobrze wręcz, i w tym leżał jego najlepszy koniec.
Bo Dzidek, jak każdy zresztą, miał jeszcze parę innych końców,
pośledniejszych, gorzkiej i ciemnej natury, ale ten z planszami w umierającym
tle był naprawdę przyjemny.
Dzidek mieszkał w małym mieszkaniu obłożonym robaczywiejącą boazerią tuż na
skraju plant. Wielkie próchniejące kasztany, które czasami rzucały
zmurszałymi do reszty konarami w przechodzące pod nimi babcie z pieskami
pukały Dzidkowi do okien. Dzidek z reguły nie zwracał uwagi na uporczywe
pukanie, pasją Dzidka były bowiem komiksy. Za oknami kasztany traciły liście,
pączkowały, okrywały się nowymi sokami, dzieliły się nowymi sprawami i
rzucały w siebie małymi kasztanami, a Dzidek rysował. Mieszkał niby sam, ale
tak naprawdę dzielił swoje pięć metrów kwadratowych z tysiącami zatuszowanych
historii i charakterów tyle intrygujących, ile Dzidek kolorem je spłodził.
Wystające barki Dzidka rysowały nerwowe elipsy w powietrzu, a ręce Dzidka
kroiły papier kreską jak żyletka. Dzidek pracował w wściekłym zapamiętaniu,
nieraz w pomyłce natchnionej pokrywał siebie tuszem i farbą, po czym krzywiąc
się nad własnymi nędznie wykreślonymi członkami wyrzucał siebie do kosza. Nad
ranem wygrzebywał się po wiklinowych ściankach spod bel papieru, z ogniem w
oczach i nerwowym drżeniem palców i zaklinał kolejne galopujące pokrętną
opowieścią profile.
Rzadko wychodził, cera jego nabrała w ślad za boazerią świeżego odcienia
spalonego brązu, palce przeżarte farbą do kości rozkładały się jak tęcza
malowniczo. Mało kto go odwiedzał, tuszowi towarzysze ukryli go umiejętnie
przed banałem toczącym odwłok za oknami. Jedyną osobą która potykała się o
Dzidkowe wgłębienia w parkiecie był jego przyjaciel Roman. Przyjaciel Roman
chciał za wszelką cenę oddać Dzidka życiu szalonemu i esencjonalnemu,
podkreślonemu kontraktami, kobietami, filmami oraz nagrodami za kontrakty,
kobiety i filmy. Nawiedzał Dzidka notorycznie, rozpierał się zuchwałym swym
kształtem w mrocznym pięć na pięć z wnęką kuchenną i kolektywnym sraczem. Pod
naporem jego łaknących więcej i dalej łokci zamieszkana robactwem boazeria
trzeszczała ostrzegawczo. Dzidek znad gotującego się czajnika marzył
zachowawczo, jak romantyczny profil rozsadzi kiedyś poddasze między
kasztanami, a wtedy pękną buteleczki z farbą, kartony pożeglują ponad
rzygaczami, a Dzidek spiętrzony wielką falą koloru sraczkowatego zaleje
Kraków, albo też krew go zaleje. Roman palił długie cynamonowe papierosy i
prosił Dzidka o różne rzeczy. Dzidek bronił się słabo, omdlewającymi rękami
czepiając się kałamarza. Bo Romanowi nie można było powiedzieć nie, czy tez
Dzidek nie mógł powiedzieć nie Romanowi, ostatecznie jak zawsze najpierw się
nie zgadzali, tak zawsze potem zgadzali się we wszystkim. Kiedy podeszwy na
słoninie łomotały z gówniarską niecierpliwością dwoma stopniami na raz (
dżentelmeni kroczą, nie biegną nigdy!), Dzidek zastanawiał się z niepokojem,
ale i z dreszczem łaskoczącym pośladki, jakim wyrafinowanie subtelnym
zbiegiem sytuacji na skrzyżowaniu okoliczności zrobi z siebie idiotę.
- Robimy komiks o papieżu – mówił Roman.
- Robimy billboard o kobietach, które nie mają prawa do własnego
ciała – mówił już po zawarciu ugody z Radiem Jedynie Słusznej Błogosławionej
Na Wieki Wieków o tym że już nigdy nie obrażą ojca świętego.
- Robimy happening przed radą miasta – mówił rozcierając bladoróżową
pozostałość damskiego paznokcia na policzku.
- Zakładamy grupę muzyczną – uśmiechał się szparą w miejscu jedynki.
Dzidek patrzył pożądliwie na Romana przerwę w siekaczach myśląc jaką postać
by wykreślił z nieciągłym uzębieniem, gdyby tylko Roman już sobie poszedł.
Roman sobie nie poszedł, a Dzidek przez parę dni dotykał śliwkowatych
wypukłości na swojej czaszce. Jednakże znowu gotował wodę na herbatę, słyszał
kroki na schodach ( idą po mnie! Mój Boże , po mnie idą! ), i gotował się
wewnętrznie na spotkanie nowych wyzwań i nowych porażek.
- Robimy performans – Roman zapadł się w głąb zielonego filcowego
fotela inwalidy na trzech nogach, bardzo wygodnego za to.
- Mam ostatnio kupę, po prostu masę...
- Zajebistego undergrounowgo performansa dla grupy która jeszcze
wszystkim pokaże.
- ...pracy, i nie mogę tego wszystkiego tak po prostu...
- Idziemy z nimi pogadać w następny wtorek.
- ...rzucić. Wtorek?
Roman puścił mimochodem kółeczko z dymu, zamiast kółeczka wyszedł mu obłoczek.
- Wtorek. Mają bardzo napięty plan działalności. Przygotowują się do
czegoś w rodzaju nowej rewolucji kulturalnej, tylko bez tych wszystkich
ofiar, Tybetu i w ogóle.
- Nie będziemy niczego grać?
Romana rozmarzonego fotel kaleka pożarł już do połowy.
- Stary, Dzidek, oni cię kochali. Wtedy cię autentycznie kochali, jak
tak stałeś, nogi na szerokość barków, i waliłeś solo na puzonie. Ta atmosfera
wtedy...
- Nigdy przedtem nie grałem na puzonie.
- I właśnie o to chodzi! – W głębi mlaskającego zielonego filcu oczy
Romana rozjarzyły się niebezpiecznie – To było świeże, to było nowe, nikt
jeszcze tak nie grał. Pokazałeś tym wszystkim jazzmanom z koziej rzyci...
- Roman. Oni rzucali butelkami.
- Rzucali butelkami – zniecierpliwiony prychnął właściwie fotel, już
nie Roman – gwizdali, śmiali się, płakali, krzyczeli, pieprzyli się za
kulisami, to było jak powtórne przyjście, tylko z wódką i prochami.
- Ciebie nie trafili.
Fotel wyrzygał Romana z dźwiękiem przypominającym odbijanie kapsla od butelki.
- Wtorek, Dzidek, myśl o wtorku. Grupa ma świetnych ludzi, będą
demaskować koneksje i koterie, zakręcą środowiskiem. Mają ludzi od filmu,
muzyki, prowokacji kulturalnych, jedna panna podobno będzie się rozbierać,
ale to jeszcze nic pewnego... – Roman zamyślił się na moment – tak czy
inaczej pomyślałem ze przydałby im się gość taki jak ty. Taki wiesz niby
cichy i niepozorny, ale jak już coś rzuci...
Dzidek zalał herbatą swoja najnowszą planszę i patrzył z udręką jak postać,
która do wczoraj stała w prochowcu na rogu smaganej deszczem nocnej ulicy
zamienia się w małą syrenkę.
- Naprawdę nie wiem czy bym się nadawał – Dzidek starał się przypomnieć
czy wymyślił coś kiedyś o małej syrence – To w zasadzie nie moje klimaty,
wolałbym coś mniej...
- Dzidek, gdybym cię nie znał tyle, to może bym uwierzył. Ale jeszcze
pamiętam jak stałeś na szczycie billboardu, tego z lesbami, i
krzyczałeś...czekaj....
- To chyba było „ Anal is banal” – uśmiechnął się niemrawo Dzidek.
- Taaaaa, to na pewno było Anal is banal.
- Tak jak mi kazałeś.
- Nooooo... bez urazy, ale masz paskudną herbatę. Następnym razem
przyniosę ci taką mieszankę, otwarli obok mnie taki sklep.. tak muszę lecieć.
Do wtorku.

Dzidek został sam na sam, vis a zwis kasztanów, które zwisały zresztą
wyjątkowo i zwisało im wszystko. Poczuł się wyjątkowo rozdrażniony, a lubił
takie wewnętrzne drgania i wstrząśnięcia, bo rysowało mu się wtedy najlepiej.
Całe zacienione poddasze wypełniał wtedy skrzypieniem piórka jeżdżącego po
kartonie i najgorszymi przekleństwami, bo klął wyjątkowo dużo i gęsto jak
rysował. Chuje i cipy zahaczały krawędziami aż o pierwsze płyty rynku,
kierowcy na Basztowej zatrzymywali się zdumieni i wychodzili z samochodów, a
Dzidek rysował i klął, klął i rysował, bo jedno i drugie robił naprawdę
dobrze. Miał przy tym jedno marzenie, a to bardzo dobrze jak się ma jedno
marzenie. Między wieloma marzeniami trzeba wybierać, tak zupełnie
bezmarzennie nie da się po prostu oddychać, bo ciężko na piersiach i dusi w
gardle, ale jedno porządne marzenie, przemyślane w swoim kształcie i istocie
jest optymalne. Otóż Dzidek chciał skończyć swój komiks. Wszystko co rysował
było efektem ubocznym jednego wielkiego tematu, który raz po raz walił go w
kark z zaskoczenia, a Dzidek oprzeć się mu nie mógł i nie
    • ydorius Re: Analiskeimal 22.12.02, 19:31

      dalej, dalej!
      To jest baaardzo dobre, a nieskory jestem do czczych pochwał!

      modrzew,
      .y.

      ----------------------------------
      What is home without Plumtree's Potted Meat?
      Incomplete.
    • Gość: ihs666 Analiskeimal IP: *.proxy.aol.com 22.12.02, 22:08
      ... i nie opierał zresztą. Dużo komiksów rozpłodził w swoim życiu, takich z
      superbohaterami i takich z fetyszami też, bo na tym zarabiał najwięcej
      pieniędzy, ale to wszystko było jak wariacje, improwizacje na temat, pocieszne
      w swej kurduplastej i niewydarzonej formie. Bo każda z kolei kreska i plamka
      pędzlem zadana była tylko zwiastunem, bladym odbiciem tego co kiedyś być może
      się sformalizuje i zapuka do Dzidkowych drzwi. Raz na rok, albo jeszcze
      rzadziej, Dzidka napadał taki dziwny nastrój, kiedy wiedział że to właśnie
      teraz i nigdy indziej. Wyłaził wtedy spod prysznica, wybiegał z wykładu, w
      połowie kończył miłość, i trzymając odświętne pantalony w jednej ręce a spodnie
      w drugiej biegł do domu. Po paru dniach do uroczystego klasera Dzidka, o którym
      wiedział tylko on sam i nikt inny, trafiał kolejny strzęp Dzidkowej wielkiej
      namiętności. Wiedział, że kiedyś klaser zapełni się do końca, a wtedy świat
      stanie się piękniejszym miejscem. Wszyscy zatrzymają się na ulicy i zaczną się
      obejmować i całować, syf, smród, brud i łzy spłyną w głębokie i odległe
      miejsce a z nieba zacznie padać wódka. Albo Dzidek po prostu zwariuje a razem z
      Dzidkiem zwariują jego nogi, i jego ręce, i jego serce. Dogłębnie nienormalne
      dwie komory i dwa przedsionki zaczną się bawić w chowanego i rozbiegną się po
      całej klatce piersiowej, A Dzidek sczeźnie głupkowato uśmiechnięty z klaserem
      przyciśniętym do piersi.
      W tym sęk, że od bardzo dawna klaser leżał nienaruszony pod tapczanem. Dzidka
      męczyły sny jak polucje, nocne obrazkowe zmazy przewracały go z boku na bok,
      ale ich wykrztusić nie mógł, zaległy mu w twórczym gardle. Chodził po Krakowie
      półprzytomny, obracał się w towarzystwie bez werwy i emocji, na pytania
      odpowiadał monochromatycznymi sylabami albo nie odpowiadał wcale. Wpatrywał się
      z uwagą w ostatnią planszę, którą w foliową okładkę z namaszczeniem wsadził lat
      temu parę. Jego bohater pędził na nocny róg ulicy, gdzie miał stanąć w
      wyjątkowy sposób, samo stanie i pędzenie Dzidek miał już wielokrotnie do
      znudzenia wyrysowane. Sednem planszy miała być jednak zalana żółtym światłem
      szklana witryna nocnego baru, przez którą miał zobaczyć twarz swojej
      zrządzeniem losu usadzonej nocnej wybranki. Na tej szklanej witrynie Dzidkowi
      rozchodziła się kreska, nie widział jej przez brudne szkło i w ogóle ciemno
      było. Na krzesłach barowych sadzał kwadratowe kurwiszony bądź też smukłe
      dziewice z seksem w źrenicach, lecz każdorazowo chwytał go pusty śmiech, gdy
      gotową planszę trzymał w wyciągniętej ręce przed sobą. Bo żaden bohater nie
      spieszyłby przez pół deszczem piżdżącej nocy krakowskiej do tak miernej
      kobiety. Przypominał sobie twarze kobiet które kiedyś oglądał, spotykał,
      głaskał i całował, ale żadna z nich nie dawała się umieścić za tą witryną
      ostateczną. Czuł swoimi podskórnymi receptorami że to miejsce objęte było
      rezerwacja dla jednej, jedynej i nikogo więcej, którą właśnie on, Dzidek,
      rysownik komiksów, znajdzie, odkryje i odda światu na tej planszy, a wtedy
      niech się dzieje i wydarza, martwić się będą inni.
      Spojrzał na kształtny, subtelny, szlachetnie piękny profil który wyrysował na
      czystej kartce, wytarł nim resztki rozlanej herbaty i wyrzucił do kosza.

      Wyszedł z przejścia podziemnego pod dworcem i zanurzył się w planty. Lubił
      chodzić pod dworcem, bo można było tam spotkać największą ilość brzydkich ludzi
      w całym Krakowie. Pijaczki-biedaczki skulone na betonowym piedestale
      prezentowały syf banalny, śmierdzący moczem, podjeżdżający chorobami skóry spod
      osranych mankietów. Dzidek mijał ich szybkim krokiem, nie przykładając do tego
      większego znaczenia. Dalej zaczynali się kumulować wysiadający z pociągów
      pasażerowie, o wstrętnych tłustych spoconych pyskach, zdeformowanych od
      krańcowych szybkości w pociągach nowej generacji. Śmierdzieli potem i
      przeczytaną od deski do deski gazetą, nawet na okularach odbite mieli notowania
      giełdowe. Dzidek mijał ich ze wstrętem, wstrzymując oddech. Pasażerowie się
      rozchodzili i zostawiali po sobie sprzedawców rzeczy bezsensownych,
      Koszmarnieli otoczeni dziurawymi garnkami, kapslami od butelek, książkami bez
      okładek i stosami brudnych szmat. Każdy z nich miał spłaszczoną głowę i
      rozciągnięte rysy jak gdyby od potężnego uderzenia w głowę, krótkie pałąkowate
      kończyny i beczkowaty korpus. Dzidek mijał ich z zachwytem. Pomiędzy nimi
      przechodziły studentki pobliskich uczelni, o karnacji koloru gówna i rakiem
      skóry ukrytym pod starannie dobraną bielizną. Za nimi snuli się muskularni
      chłopcy z włosami wymazanymi końskim sadłem, bełkocząc pod nosem niewyraźnie.
      Dzidek mijał ich z nienawiścią.
      A teraz zostawił to wszystko za sobą i wypłynął na spokojną ocienioną alejkę.
      Stęchlizna płynąca spod przejścia rozpuściła się w zapachu liści i mokrego
      asfaltu. Dzidek zaciągnął się nim głęboko i poczuł jak wszystko co w nim było
      kruche i rozciągnięte dostojnie się teicyzuje. Dzieci-śmieci fałszowały na
      gitarach, jętki owocówki w wielkich szarych bzyczących rojach kręciły latające
      porno, planty oddychały pełną piersią. Był wtorek i Dzidek szedł żeby
      demaskować i zakręcić, ale stosunkowo mało o tym myślał. Przed nim szła
      kołysząc biodrami niewiarygodnie wysoka i szczupła brunetka, a Dzidek
      zastanawiał się czy warto jest wyprzedzić ją truchtem i parędziesiąt metrów
      dalej zawrócić, by minąć ją leniwym krokiem. Piękna jest taka pewność, ale
      niepewność piękniejsza, rzucił za jej znikającymi za rogiem kostkami.
      Po alejce krążyły stare cyganki biegłe w sztuce wróżenia z banknotów o niskich
      nominałach. Dzidek zachichotał na widok dwóch studentek siedzących na ławce
      naprzeciwko w oszałamiającym tempie kłapiącego kompletu złotych zębów. W oczach
      obydwu pojawiały się i znikały wizerunki opalonych muskularnych biznesmenów o
      wrażliwej duszy, dzięki którym nie musiałby już nigdy odgniatać pup stołkami
      kołysząc się nad kartkami egzaminów. Dzidek okrutnie wyrwał je z transu
      pstrykając im palcami przed nosem, po czym oddalił się chyłkiem zostawiając za
      sobą swąd spalonych marzeń. Na odchodnym zrobiło mu się trochę wstyd, i żal też
      trochę, bo przyjemnie musi być tak siedzieć na ławce w permanentnym zakłamaniu.
      Usiadł na próbę na najbliższej ławce i stwierdził, że istotnie, bardzo
      przyjemnie. Obok niego usiadła złotousta cyganka, która opuściła dwie
      szlochające dziewczyny w poszukiwaniu nowych przygód i nowych wyzwań.
      Szturchnęła go poufale.
      - Daj dychę to ci powiem co tam chcesz.
      Dzidek skwapliwie wyjął dziesięć złotych, bo bardzo pragnął się dowiedzieć co
      właściwie chce mieć powiedziane.
      - Dobra, więc słuchaj – babcia zaciągnęła się śmierdzącym petem – szukasz
      sobie dziewuchy. Widzę ją dobrze, ładna bestia. Oczy jak korale, nóżki jak
      sarenka i tak dalej. Ale za to dziwnie przepołowiona. Taaaaaaaaaaa...chyba nic
      z tego nie będzie. Bo ona kocha innego. Nie, chwila, chyba inną. To ostatnio
      podobno modne.
      Dzidek prychnął zniecierpliwiony.
      - No więc dziewucha odda ci się tylko połowicznie. Ale za to niezadługo w
      twoim życiu coś się bardzo zmieni, poznasz wielu nowych znajomych i wielu
      stracisz. Dalej będzie coś o wysokim stanowisku...nie, coś chyba pomieszałam.
      To niemożliwe dla takiego szczyla jak ty. Daj jeszcze dychę to zobaczę
      wyraźniej.
      - Mam tylko piątkę.
      - Jaki nominał taka przyszłość, mój chłopcze. Dobra, dawaj. – Obróciła
      monetę pod światło i skupiła wzrok na orzełku – Niedobrze, jesteś w dużym
      niebezpieczeństwie. Coś jest blisko, coś bardzo groźnego, ale właśnie dzięki
      temu zdobędziesz...och!
      Cyganka wydała zduszony okrzyk, wypuściła monetę z rąk i opadła bezwolnie na
      oparcie ławki. Dzidek podniósł monetę, stwierdził bowiem że za taką przyszłość
      nie dałby nawet dwóch złotych. Babcia otworzył ostrożnie jedno oko, splunęła
      mu na buty i schowała się w krzakach. Dzidek niepewnie rozejrzał się dookoła i
      stwierdził z ulgą że nikt nie był św
    • Gość: ihs666 Analiskeimal IP: *.proxy.aol.com 22.12.02, 23:05
      ....iadkiem tej dziwnej sceny. Z monetą w zaciśniętej dłoni, i przyszłością o
      niewyobrażalnie niskim nominale podreptał dalej środkiem alejki. Mijał kolejno
      kamienice o rosnących numerach i coraz dłuższych nazwach, a kiedy numer na
      karteczce którą trzymał w ręce zgodził się z numerem na niebieskiej tabliczce
      nad wielką żelazną bramą, zapukał trzy razy. Przez długi czas po drugiej
      stronie panowała cisza, potem na półpiętrze pisnęły żałośnie otwierane drzwi,
      załomotały schody i wreszcie brama uchyliła się nieznacznie. W głębi błysnęły
      dwie krwawe tęczówki.
      - Zamknięte, baranie. Otwieramy po ósmej.
      Dzidek niepewnie przestąpił z nogi na nogę.
      - A jest może Roman? Bo ja właśnie z Romanem...
      Tęczówki się zwęziły z sykiem.
      - Dzidek?
      - Tak, Dzidek to ja.
      - Głupio się nazywasz, Dzidek. Właź.
      Dzidek przecisnął się przez wąską szparę wciągając brzuch i odpruwając sobie
      guzik od kurtki. Mały szczurowaty człowieczek obrócił się na pięcie i zaczął
      wspinać się po stromych schodach. W środku cuchnęło kocim moczem i
      sfermentowanym octem, którego to zapachu Dzidek szczególnie nienawidził. Miał w
      tym momencie wielką ochotę obrócić się na pięcie i wyjść z powrotem na pachnące
      mokre planty, trochę przez psy zasrane ale ciągle piękne. Nie chciał jednak
      zrobić przykrości Romanowi, który tam gdzieś w górze jednak na niego czekał, a
      ostatecznie był Dzidkowym przyjacielem, na którego można było liczyć jeśli
      chodzi o robienie rzeczy bezcelowych i niepotrzebnych.
      Na półpiętrze szczurkowaty przystanął i podał Dzidkowi rękę.
      - Miło cię poznać Dzidek. Nazywam się Ugryź. Nie przejmuj się tym
      imieniem.
      - Ugryź?
      - Miałem na myśli „Dzidka”.
      Dzidek spojrzał w swoją przyszłość z niepokojem i zaczął żałować że dał cygance
      tylko dwa złote. Roman najwyraźniej tym razem przeszedł samego siebie i chciał
      wciągnąć Dzidka w jakieś terapie grupowe dla brzydkich umysłów złamanych
      światem, i jego brzydkimi uczynkami lub ich zaniechaniem. Wahał się teraz
      pomiędzy zaniechaniem szczuroludzia który przed nim piął się w górę popiskując,
      a siarczystym przywaleniem mu w ucho za tego Dzidka. Kiedy już brał słuszny
      zamach, za jego plecami szklana okiennica rozsypała się na wiele nie pasujących
      do siebie fragmentów. Dzidek i Ugryź podskoczyli zdezorientowani, a przez
      szklanego trupa szyby wskoczyła drobna, krótko ostrzyżona dziewczyna, przy
      okazji paskudnie rozcinając sobie przegub o ostrą krawędź witryny. Ugryź z
      furia zaczął podskakiwać w miejscu.
      - Do nędzy, Lilka, pieprzyć, Lilith, zacznij wreszcie wchodzić od frontu.
      - Przyszła już ? – Wymamrotała dziewczyna, próbując wpakować sobie
      krwawiący przegub w całości do ust .
      - Nie i prawdopodobnie w ogóle nie przyjdzie. Chodź Dziadek.
      - Dzidek.
      - Nieważne.
      Dzidek wspinał się z coraz większym trudem, czując na swoim karku oddech
      kobiety-kota. Oddech miała bardzo przyjemny i lekko miętowy. Dzidek zaczął coś
      mgliście chwytać pomiędzy kropelkami wilgoci osadzającymi mu się na karku a
      sposobem w jaki zapytała o tą całą co przyjść miała i nie przyszła. Bo takie
      delikatne połączenia i dyskretne skojarzenia wprowadzają w ruch tylko
      szczególne rodzaje namiętności, zdążył pomyśleć, kiedy skończył się schody i
      weszli na dach.
      Dach być może był kiedyś po prostu ostatnim piętrem, z którego ktoś usunął
      część bocznych ścian, zostawiając
      jedynie cztery nośne filary, na który trzeszczało w podmuchach wiatru drewniane
      zadaszenie. Przez wybite ściany do środka wdzierał się gontowo-rynnowy Kraków,
      a raczej jego górna połowa obsrana przez ptaki, zarośnięta mchem i tajemnie
      chowaną marihuaną. Dzidek wypłynął sennie wzrokiem ponad tę panoramę, aż do
      momentu gdzie kończyły się dachy a zaczynał się rynek, gdzie kończyły się
      pogonie a zaczynały się ucieczki. Z wieżą mariacką bezwstydnie na oczach
      wszystkich lizał się jakiś obłoczek-kurwiarz, Dzidek życzył mu wszystkiego i
      jeszcze więcej. Właśnie chciał potrząsnąć jego mglistą prawicą, kiedy ktoś
      złapał go za ramię.
      - Uważaj stary, bo padniesz. A jak padniesz przez trzy piętra...nie wiem,
      naprawdę nie wiem.
      Dzidek spojrzał w dół między swoimi stopami i wydawało mu się, że patrzy na
      powolne stopniowanie szarości w ciemność, przez którą można było lecieć
      godzinami, i jeszcze dłużej, aż do slumsów ukrytych u podnóży monstrualnych
      wieżowców. Dobra, Dzidek oglądał za dużo filmów, ale trzy piętra to jednak
      nadal całkiem wysoko.
      Obrócił się i spojrzał na człowieka który go chwycił za ramię. Chłopiec był
      chudy jak Dzidek, ale o głowę od niego wyższy. Element para-indiański płynął w
      jego krwi, co widać wyraźnie było w brunatnych przebarwieniach płytko pod
      skórą, jak też w ostrym profilu nosa i szarych oczach nawykłych do
      kontemplowania rzeczy ostatecznych. Nosił długie tłuste włosy, pomiędzy
      którymi plątały się bez celu tęczowo barwne piórka i koraliki. Dzidek miał
      straszną słabość do niechcianych bękartów rodziców-kwiatów, toteż poczuł od
      razu do niego nieodpartą sympatię.
      - Jestem Carlos – powiedział chłopiec patrząc się w bok – Jak ten terrorysta.
      Nie żebym jakoś...ale tak już zostało.
      • Gość: mary Re: Analiskeimal IP: 62.233.209.* 07.04.03, 20:42
        Mnie się podoba. Może oprócz kilku epitetów, ale co tam, nie bądźmy purystami;-)
    • Gość: 1 Re: Analiskeimal IP: *.proxy.aol.com 27.12.02, 05:04
      1
      • Gość: 32 Re: Analiskeimal IP: *.proxy.aol.com 13.02.03, 04:05
        co jest z wami drodzy czytelnicy ???
Pełna wersja