Gość: ihs666
IP: *.proxy.aol.com
22.12.02, 17:54
Dzidek rysował dobrze, za dobrze wręcz, i w tym leżał jego najlepszy koniec.
Bo Dzidek, jak każdy zresztą, miał jeszcze parę innych końców,
pośledniejszych, gorzkiej i ciemnej natury, ale ten z planszami w umierającym
tle był naprawdę przyjemny.
Dzidek mieszkał w małym mieszkaniu obłożonym robaczywiejącą boazerią tuż na
skraju plant. Wielkie próchniejące kasztany, które czasami rzucały
zmurszałymi do reszty konarami w przechodzące pod nimi babcie z pieskami
pukały Dzidkowi do okien. Dzidek z reguły nie zwracał uwagi na uporczywe
pukanie, pasją Dzidka były bowiem komiksy. Za oknami kasztany traciły liście,
pączkowały, okrywały się nowymi sokami, dzieliły się nowymi sprawami i
rzucały w siebie małymi kasztanami, a Dzidek rysował. Mieszkał niby sam, ale
tak naprawdę dzielił swoje pięć metrów kwadratowych z tysiącami zatuszowanych
historii i charakterów tyle intrygujących, ile Dzidek kolorem je spłodził.
Wystające barki Dzidka rysowały nerwowe elipsy w powietrzu, a ręce Dzidka
kroiły papier kreską jak żyletka. Dzidek pracował w wściekłym zapamiętaniu,
nieraz w pomyłce natchnionej pokrywał siebie tuszem i farbą, po czym krzywiąc
się nad własnymi nędznie wykreślonymi członkami wyrzucał siebie do kosza. Nad
ranem wygrzebywał się po wiklinowych ściankach spod bel papieru, z ogniem w
oczach i nerwowym drżeniem palców i zaklinał kolejne galopujące pokrętną
opowieścią profile.
Rzadko wychodził, cera jego nabrała w ślad za boazerią świeżego odcienia
spalonego brązu, palce przeżarte farbą do kości rozkładały się jak tęcza
malowniczo. Mało kto go odwiedzał, tuszowi towarzysze ukryli go umiejętnie
przed banałem toczącym odwłok za oknami. Jedyną osobą która potykała się o
Dzidkowe wgłębienia w parkiecie był jego przyjaciel Roman. Przyjaciel Roman
chciał za wszelką cenę oddać Dzidka życiu szalonemu i esencjonalnemu,
podkreślonemu kontraktami, kobietami, filmami oraz nagrodami za kontrakty,
kobiety i filmy. Nawiedzał Dzidka notorycznie, rozpierał się zuchwałym swym
kształtem w mrocznym pięć na pięć z wnęką kuchenną i kolektywnym sraczem. Pod
naporem jego łaknących więcej i dalej łokci zamieszkana robactwem boazeria
trzeszczała ostrzegawczo. Dzidek znad gotującego się czajnika marzył
zachowawczo, jak romantyczny profil rozsadzi kiedyś poddasze między
kasztanami, a wtedy pękną buteleczki z farbą, kartony pożeglują ponad
rzygaczami, a Dzidek spiętrzony wielką falą koloru sraczkowatego zaleje
Kraków, albo też krew go zaleje. Roman palił długie cynamonowe papierosy i
prosił Dzidka o różne rzeczy. Dzidek bronił się słabo, omdlewającymi rękami
czepiając się kałamarza. Bo Romanowi nie można było powiedzieć nie, czy tez
Dzidek nie mógł powiedzieć nie Romanowi, ostatecznie jak zawsze najpierw się
nie zgadzali, tak zawsze potem zgadzali się we wszystkim. Kiedy podeszwy na
słoninie łomotały z gówniarską niecierpliwością dwoma stopniami na raz (
dżentelmeni kroczą, nie biegną nigdy!), Dzidek zastanawiał się z niepokojem,
ale i z dreszczem łaskoczącym pośladki, jakim wyrafinowanie subtelnym
zbiegiem sytuacji na skrzyżowaniu okoliczności zrobi z siebie idiotę.
- Robimy komiks o papieżu – mówił Roman.
- Robimy billboard o kobietach, które nie mają prawa do własnego
ciała – mówił już po zawarciu ugody z Radiem Jedynie Słusznej Błogosławionej
Na Wieki Wieków o tym że już nigdy nie obrażą ojca świętego.
- Robimy happening przed radą miasta – mówił rozcierając bladoróżową
pozostałość damskiego paznokcia na policzku.
- Zakładamy grupę muzyczną – uśmiechał się szparą w miejscu jedynki.
Dzidek patrzył pożądliwie na Romana przerwę w siekaczach myśląc jaką postać
by wykreślił z nieciągłym uzębieniem, gdyby tylko Roman już sobie poszedł.
Roman sobie nie poszedł, a Dzidek przez parę dni dotykał śliwkowatych
wypukłości na swojej czaszce. Jednakże znowu gotował wodę na herbatę, słyszał
kroki na schodach ( idą po mnie! Mój Boże , po mnie idą! ), i gotował się
wewnętrznie na spotkanie nowych wyzwań i nowych porażek.
- Robimy performans – Roman zapadł się w głąb zielonego filcowego
fotela inwalidy na trzech nogach, bardzo wygodnego za to.
- Mam ostatnio kupę, po prostu masę...
- Zajebistego undergrounowgo performansa dla grupy która jeszcze
wszystkim pokaże.
- ...pracy, i nie mogę tego wszystkiego tak po prostu...
- Idziemy z nimi pogadać w następny wtorek.
- ...rzucić. Wtorek?
Roman puścił mimochodem kółeczko z dymu, zamiast kółeczka wyszedł mu obłoczek.
- Wtorek. Mają bardzo napięty plan działalności. Przygotowują się do
czegoś w rodzaju nowej rewolucji kulturalnej, tylko bez tych wszystkich
ofiar, Tybetu i w ogóle.
- Nie będziemy niczego grać?
Romana rozmarzonego fotel kaleka pożarł już do połowy.
- Stary, Dzidek, oni cię kochali. Wtedy cię autentycznie kochali, jak
tak stałeś, nogi na szerokość barków, i waliłeś solo na puzonie. Ta atmosfera
wtedy...
- Nigdy przedtem nie grałem na puzonie.
- I właśnie o to chodzi! – W głębi mlaskającego zielonego filcu oczy
Romana rozjarzyły się niebezpiecznie – To było świeże, to było nowe, nikt
jeszcze tak nie grał. Pokazałeś tym wszystkim jazzmanom z koziej rzyci...
- Roman. Oni rzucali butelkami.
- Rzucali butelkami – zniecierpliwiony prychnął właściwie fotel, już
nie Roman – gwizdali, śmiali się, płakali, krzyczeli, pieprzyli się za
kulisami, to było jak powtórne przyjście, tylko z wódką i prochami.
- Ciebie nie trafili.
Fotel wyrzygał Romana z dźwiękiem przypominającym odbijanie kapsla od butelki.
- Wtorek, Dzidek, myśl o wtorku. Grupa ma świetnych ludzi, będą
demaskować koneksje i koterie, zakręcą środowiskiem. Mają ludzi od filmu,
muzyki, prowokacji kulturalnych, jedna panna podobno będzie się rozbierać,
ale to jeszcze nic pewnego... – Roman zamyślił się na moment – tak czy
inaczej pomyślałem ze przydałby im się gość taki jak ty. Taki wiesz niby
cichy i niepozorny, ale jak już coś rzuci...
Dzidek zalał herbatą swoja najnowszą planszę i patrzył z udręką jak postać,
która do wczoraj stała w prochowcu na rogu smaganej deszczem nocnej ulicy
zamienia się w małą syrenkę.
- Naprawdę nie wiem czy bym się nadawał – Dzidek starał się przypomnieć
czy wymyślił coś kiedyś o małej syrence – To w zasadzie nie moje klimaty,
wolałbym coś mniej...
- Dzidek, gdybym cię nie znał tyle, to może bym uwierzył. Ale jeszcze
pamiętam jak stałeś na szczycie billboardu, tego z lesbami, i
krzyczałeś...czekaj....
- To chyba było „ Anal is banal” – uśmiechnął się niemrawo Dzidek.
- Taaaaa, to na pewno było Anal is banal.
- Tak jak mi kazałeś.
- Nooooo... bez urazy, ale masz paskudną herbatę. Następnym razem
przyniosę ci taką mieszankę, otwarli obok mnie taki sklep.. tak muszę lecieć.
Do wtorku.
Dzidek został sam na sam, vis a zwis kasztanów, które zwisały zresztą
wyjątkowo i zwisało im wszystko. Poczuł się wyjątkowo rozdrażniony, a lubił
takie wewnętrzne drgania i wstrząśnięcia, bo rysowało mu się wtedy najlepiej.
Całe zacienione poddasze wypełniał wtedy skrzypieniem piórka jeżdżącego po
kartonie i najgorszymi przekleństwami, bo klął wyjątkowo dużo i gęsto jak
rysował. Chuje i cipy zahaczały krawędziami aż o pierwsze płyty rynku,
kierowcy na Basztowej zatrzymywali się zdumieni i wychodzili z samochodów, a
Dzidek rysował i klął, klął i rysował, bo jedno i drugie robił naprawdę
dobrze. Miał przy tym jedno marzenie, a to bardzo dobrze jak się ma jedno
marzenie. Między wieloma marzeniami trzeba wybierać, tak zupełnie
bezmarzennie nie da się po prostu oddychać, bo ciężko na piersiach i dusi w
gardle, ale jedno porządne marzenie, przemyślane w swoim kształcie i istocie
jest optymalne. Otóż Dzidek chciał skończyć swój komiks. Wszystko co rysował
było efektem ubocznym jednego wielkiego tematu, który raz po raz walił go w
kark z zaskoczenia, a Dzidek oprzeć się mu nie mógł i nie