Dodaj do ulubionych

ksiązki, które przywracaja wiarę w ludzi?

18.06.06, 13:45
jestem ciekawa, jaka książka pozwoliła wam spojrzeć inaczej na otaczających
was ludzi, lepiej ich zrozumieć i dodała otuchy, że w każdym jest cos dobrego
Obserwuj wątek
    • Gość: goochaa Re: ksiązki, które przywracaja wiarę w ludzi? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.06.06, 17:38
      nie rozwinęlam swojej myśli poprzednio, poniewaz musiałam niespodziewanie
      wyjśc:)..., ale chciałam dodac, że taką książka dla mnie był "Lot nad kukułczym
      gniazdem" Kena Kesey'a.
      Co prawda książkę tę czytałam pewnie z 5 lat temu, ale pamietam, że dodała mi
      ona dziwnej otuchy.
      Postać Murphy'ego, pozornie pełna sprzeczności i nieakceptowana przez ogół
      społeczeństwa, okazała się prawdziwie szczera i bezinteresowna, a dodatkowo na
      tyle silna, by zarazić swoja wiarą w lepsze innych.
      Człowiek, odbierany jako lekkoduch i pieniacz, tak na prawde skrywa w sobie
      niesamowita moc i przekonanie o tym, że każdy jest kowalem swojego losu
      i ma prawo do własnego życia, decydowaniu o nim, że jest wolny
      i niezalezny, a to zobowiązuje go do walki o siebie.
      Często za walkę o swoje ideały płacimy wysoka cenę, ale czy warto z nich
      rezygnować?

      • schabomil Re: ksiązki, które przywracaja wiarę w ludzi? 19.06.06, 20:11
        > Postać [...], pozornie pełna sprzeczności i nieakceptowana przez ogół
        > społeczeństwa, okazała się prawdziwie szczera i bezinteresowna, a dodatkowo na
        > tyle silna, by zarazić swoja wiarą w lepsze innych.
        > Człowiek, odbierany jako lekkoduch i pieniacz, tak na prawde skrywa w sobie
        > niesamowita moc i przekonanie o tym, że każdy jest kowalem swojego losu
        > i ma prawo do własnego życia, decydowaniu o nim, że jest wolny
        > i niezalezny, a to zobowiązuje go do walki o siebie.
        > Często za walkę o swoje ideały płacimy wysoka cenę, ale czy warto z nich
        > rezygnować?

        Mam wrażenie, że próbujesz postawić pytanie retoryczne, a- przyznam- problem
        jawi mi się niejednoznacznie. Bo jeśli patrzeć na to nie przez konflikt "moja
        wygoda- moje ideały", ale poprzez "ich wygoda- moje ideały" (a to występuje
        zazwyczaj łącznie) to rzecz, zdaje mi się, nabiera rumieńców.

        "Lot nad kukułczym..." jest ukazany z perspektywy McMurphy'ego, nie służby
        zdrowia. A stamtąd rzecz wygląda inaczej: otóż mamy grupę dobrowolców, którzy
        sami, z własnej woli, próbują się wyzbyć instynktów/ zachowań utrudniających im
        życie "na zewnątrz". Służba lekarska, w tym "Demoniczna siostra" Ratched, stara
        się, w zgodzie z ówczesnymi standardami medycyny, im pomóc.
        I nagle pojawia się McMurphy, lawirant, lekkoduch, a co gorsza- jak sama
        słusznie zauważyłaś- charyzmatyk z wielką siłą oddziaływania. Pensjonariusze,
        będąc ewidentnie pod wrażeniem "nowego" zaczynają przyklaskiwać kpinom z
        personelu, kwestionować zarządzenia lekarzy, generalnie uniemożliwiając
        przeprowadzenie zamierzonej terapii.

        Przyklaśnięcie McMurphy’emu przez personel będzie jednoznaczne z pozostawieniem
        innych pacjentów, tych faktycznie potrzebujących pomocy, na łasce wątpliwej
        terapii, niezgodnej z zaleceniami psychiatrii. Podobnie jak (porównanie)
        pozwolenie, by lokalny bożyszcz w grupie AA przekonał tych leczących się, że
        "każdy ma prawo do własnego życia i nie należy zważać na dyktat społeczeństwa".

        Zmierzam do tego, że charyzma outsiderów jest niebezpieczna. Owszem, to św.
        Franciszek, Matka Teresa, ale też Lenin, Osama ben Laden i niezliczone rzesze
        idealistów, którzy w walce o swe ideały robią innym ziazi.

        W "wierze w lepsze" owe "lepsze" jest chyba dość względne. Młodzi Niemcy przed
        II WŚ też chcieli lepszego świata, choć z perspektywy czasu jest oczywistym, że
        ich "lepsze" było ustawione właśnie przez charyzmatyków "walczących o swoje".

        Tyle że za lat 50 też może być "oczywistym", że "lepiej" było nie ingerować
        siłowo Amerykanom w dyktaturę iracką (opartą na zupełnie innej kulturze niż
        europejska), albo że "lepiej" było ingerować wszędzie, gdzie prawa jednostki (w
        europejskim rozumieniu) są uciskane.

        Banałem jest, że historię piszą zwycięzcy. Tyle że w "Locie..." historię de
        facto pisał McMurphy. I tak się właśnie zastanawiam, czy nie powinien
        zrezygnować właśnie ze swoich ideałów, bo też nie tylko on płacił za nie wysoką
        cenę.

        Kłaniam się: Schabomił
        • Gość: goochaa Re: ksiązki, które przywracaja wiarę w ludzi? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.06.06, 10:28
          > Mam wrażenie, że próbujesz postawić pytanie retoryczne, a- przyznam- problem
          > jawi mi się niejednoznacznie

          własnie problem polega na tym, że sama nie wiem czy to jest pytanie retoryczne,
          osobiscie wolałabym, żeby tak było, ale mam wątpliwości, czy to nie jest
          utopijne, niezyciowe i czy nie powinnam zweryfikować swoich poglądów dla
          własnego dobra;), może na tym polega życie, że im lepiej się dostosujemy, tym
          będzie nam łatwiej, może nie ma potrzeby rozrywania szat i dochodzenia do tego
          co dalej i głebiej, bo najlepsze dla nas, jako ludzi, jest płynięcie
          z prądem, według reguł, które sami stworzyliśmy, chyba własnie po to, żeby
          świat był czytelniejszy i prostszy w odbiorze, może własnie poddanie sie temu
          jest sztuką najtrudniejszą?


          >"Lot nad kukułczym..." jest ukazany z perspektywy McMurphy'ego, nie służby
          > zdrowia. A stamtąd rzecz wygląda inaczej

          zgadzam się, ale czy da się coś przedstawić obiektywnie? zawsze jest jakaś
          perspektywa, od nas zależy po której stronie staniemy,
          w podanym przez Ciebie przykładzie wojny w Iraku, czy osoby ben Ladena także
          mamy do czynienia z jakims rodzajem stronniczośći, nawet upływajacy czas
          nie pozwoli na jednoznaczne wydanie opinii w tych kwestiach, bo znowu spotkamy
          się z różnymi punktami widzenia

          skąd więc wiedzieć, czy warto ponosic pewne ryzyko i przeciwstawiać się
          systemowi działania otoczenia, skąd wiedzieć, że łamiąc pewne reguły robimy coś
          dobrego?
          chyba najpierw trzeba znaleźć własne miejsce, ustosunkowac się do swiata,
          zaryzykować przypisanie czegoś do rubryczek "zgodne z miom światopogladem,
          dobre, moralne" i "niezgodne, złe, niemoralne"

          właśnie na tej zasadzie pozwoliłam sobie wywindowac zachowanie Murphy'ego
          do bliskiego heroizmowi,
          zapłacił wysoka cenę, konsekwencje jego zachowania ponosili także inni,
          ale co by było gdyby nie starał się przeforsować swoich racji i podobnie jak
          inni pacjenci przyjął reguły gry obowiązujące w szpitalu?, czy on nie był
          konieczny do uzmysłowienia innym pewnych rzeczy?

          hmm.. znowu pytanie retoryczne?...
          może jednak nie mam wątpliwości, a może mam ich zbyt wiele;)

          Pozdrawiam i dziękuję Schabomił za tak bogata wypowiedź, zawsze mnie cieszy,
          kiedy poznaję cudze poglądy, bo wtedy zyskuję dla siebie najwięcej:)




Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka