"Guenter Grass i polski Pan Kichot": napisała i...

IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.08.06, 03:48
List otwarty do posła PiS - Pana Kurskiego.

Pan Kurski i spółka zapominają, że Guenter Grass był przecież ze strony ojca
Niemcem! Do tego Gdańszczaninem. Był więc chłopcem wychowywanym w Deutsche
Volksschule i zapewne przez Hitlerjugend (NSKK, NSFK, Sportvereinigung?).

W 1944 hasło "Sieg oder Bolschewissmus!", ilustrowane w kronikach filmowych
(Deutsche Wochenschau) okropnymi wizerunkami dzikich Czerwonoarmistów
straszyło na obszarach wcielonych do III Rzeszy nie tylko opętanych
goebbesowską propagandą Niemców!!!

Trzeba dobrze znać realia tych czasów i tych obszarów... Do wykrwawiających
się, zdziesiątkowanych już mocno dywizji Waffen SS kierowano całe grupy
chłopaków 16- i 17-letnich także z poboru. Przestały w SS obowiązywać
kryteria rasowe i wzrostowe. Rzadko już wtedy żądano prawnie wymaganej zgody
rodziców i opiekunów! Osobiści widziałem oddziały SS [na klamrach pasów miały
nie 'Gott mit uns' (Bóg z nami), ale "Blut und Ehre" (Krew i honor)]
składające się nawet z... Azjatów! I nie były to oddziały sławnej SS
Division "Galizien", w której służyli nie tylko młodzi Ukraińcy i Łemkowie,
ale liczone w setkach grupy ochotników tak zwanego Goralenvolku, czyli
naszych chłopców - Górali z Podhala.i reszty Podkarpacia.

Pan Kurski w ogóle nie ma pojęcia, jaką frajdą dla tych (nie znających prawdy
o tragicznej sytuacji na frontach) małolatów było strzelanie z pancerfaustów
do T-34! Albo z Flak-88 do "wrogich" bombowców i myśliwców. Wehrmacht miał
już przeważnie tylko kilkustrzałowe karabiny. A Waffen SS otrzymywało
pistolety maszynowe i cholernie szybko strzelające MG. No i wszelakiego
rodzaju opancerzone środki transportu. Nawet rosłe 14- i 15-letnie dzieciaki
uciekały z domów i szły na ochotnika "pobawić się w wojnę" do tak atrakcyjnie
wyposażonych i dobrze umundurowanych formacji... Po wojnie na zlotach
harcerskich w 1947 i 1948, nam Ślązakom gęby się w szoku otwierały, gdy
warszawskie hufce ZHP butnie defilowały w kompletnych mundurach i hełmach
Waffen SS (oczywiście z powstańczymi opaskami biało-czerwonymi) przed Gomułką
w Opolu i Bierutem we Wrocławiu...

Jestem Polakiem z Górnego Śląska, urodzonym w 12 kwietnia 1928 r. w
Mysłowicach, a wiec tylko pół roku młodszym od Guentera Grassa. Matka
Ślązaczka, urodzona w Rybniku. Jej dwóch starszych braci brało udział w
trzech powstaniach śląskich i Powstaniu Wielkopolskim (w Kruszwicy). W 1944,
czwarty ich brat, najmłodszy (członek Związku Młodzieży Powstańczej),
rozstrzelany został w ulicznej egzekucji w Rzeszowie, dokąd uciekł na
początku wojny przed groxbą wcielenia do Wehrmachtu.

Ojciec ,rodowity Lwowiak z matki pochodzenia austriackiego; ochotnik Legionow
Polskich (za odmowe złożenia przysięgi cesarzowi Austro-Węgier internowany na
Węgrzech), po powrocie z internowania - ranny podczas odwrotu wojsk
J.Piłsudskiego z pod Kijowa. Po opuszczeniu w 1921 lazaretu w Kielcach, jako
żołnierz POW wziął udział w III Powstaniu Śląskim i akcjach repolonizacyjno-
kulturalnych w rejonie Rybnika. Odznaczony m.in. Krzyżem Niepodległości (na
mominacji oryginalny podpis marszałka Piłsudckiego!) i Śląskim Krzyżem
Powstańczym.

Pomimo to, po aneksji G.Śląska do III Rzeszy i uznaniu Ślązaków za etnicznych
Niemców, matka (dwóch 'aryjskich' synów!) otrzymała ostatecznie Volkslistę
III (na odwołanie) i zmuszona została do separacji z naszym ojcem, któremu -
jako że odważnie powołał się na przysięgę wierności złożoną Piłsudskiemu -
"odpuszczono" przymus zmiany narodowości (nawet komunistów z KPP
pozostawionych przez władze polskie w więzienie przy ul Mikołowskiej, Niemcy
wypuścili po Wrześniu'39 na wolność! Po wymordowaniu przez Stalina
kierownictwa Komunistycznej Partii Polskiej, i hitlerowskim napadzie na
ZSRR, powołali większą część z nich do Wehrmachtu).

Kiedy wiosną 1944 otrzymałem powołanie do Reichsarbeitsdienstu (RAD, służba
robocza przygotowująca do
wojska poborowych poniżej 18 roku życia), "zachorowałem" podobnie jak Grass,
i matka wywiozła mnie do Rabki (Deutsche Sanatorien, Hubertusalee 6), skąd
niestety trzeba było we wrześniu młodzież ewakuować przed kolejną ofensywą
radziecką. W Rabce było też duże skupisko ulokowanych tam w KLV-Lagrach
(pensjonatach) dzieci z wielkich, bombardowanych miast III Rzeszy (mam
spisane wspomnienia).

Po powrocie na Górny Śląsk (w Warszawie trwało już Powstanie!) matka ukryła
mnie u swoich przyjaciół w Dąbrówce Małej, skąd po ruszeniu w styczniu 1945
ofensywy Armii Czerwonej, musiałem salwować się ucieczką, gdyż rozpoczęły się
łapanki do Volkssturmu, a ja - prócz wypisu z sanatorium i żółtą legitymację
HJ - nie miałem żadnych usprawiedliwiającyh dokumentów.

I właśnie wówczas przyszło mi do głowy, żeby po prostu - nie mówiąc o niczym
rodzicom - zaryzykować i zgłosić się do wojskowej komendy uzupełnień przy ul.
Francuskiej w Katowicach. Dlaczego? Otóż prawie wszyscy moi polscy rówieśnicy
albo już byli na frontach, albo akurat się na front pakowali. Dalej dekować
się więc było po prostu głupio... Poza tym - Volkssturm, to były od razu
posterunki obrony (m.in. Flakhelfer) w zaminowanym centrum lub na obrzeżach
górnośląskiego okręgu przemysłowego. Wojsko natomiast - to wpierw zgrupowania
koszarowe daleko od frontu, a potem duża szansa na skierowanie na front
zachodni, skąd wielu starszym kolegom już od kilku miesięcy udawało się
znaleźć w niewoli amerykańskiej i brytyjskiej (wiadomo było o tym wtedy,
kiedy policja zaczynała zgarniać na przesłuchania rodziców, dziadków i innych
krewnych, a nawet bliższych sąsiadów).

Na Francuskiej z miejsca skierowany zostałem do oficerów werbunkowych SS
(członek HJ, blondyn, oczy niebieskie, 182 cm wzrost, niemiecki - perfekt). W
Wehrpassie z miejsca zaproponowano mi wpis (pieczątkę) "Freiwillig". Kiedy w
chwlowym przypadkowym zamęcie sympatyczna śląska bedeemka z obsługi
technicznej walnęła mi pieczątke "Dienstpflichtig" i dokumenty w zalakowanej
kopercie kazała czymprędzej zanieść do komisji lekarskiej przy ul Zamkowej,
czmychnąłem stamtąd aż się kurzyło...

Tak więc - bardzo różne były wtedy motywy i okoliczności zostania niemieckim
żołnierzem.

A pan Kurski zamast Guenterem Grassem i dziadkiem Donalda Tuska, niech się
lepiej poważnie zajmie polskimi nazistami z Młodziezy Wszechpolskiej.

Zdzisław Wudkiewicz, Tychy, sierpien 2006

Pełna wersja