gornhard
08.10.06, 10:55
---
Grajek na dachu skrzypi swą piosenkę. Śpiewa coś o miłości. Że kochał i teraz
żałuje. Że oddał siebie, zatracając się w niej. Wspomina że było pięknie, a
zostały łzy. Tak... Śpiewa o miłości, że była i minęła, a po niej pustka. To
tak strasznie głębokie, och... roztkliwiam się.
Odwracam wzrok od majaczącej w poświacie księżyca małej ikonce człowieka
przegranego. Coś mruczy, zali się w swej pieśni, że przegrał życie.
Odwracam wzrok.
Szary pokój, a w nim nic innego jak za oknem. Tyle, że więcej i dłużej. Więcej
i dłużej samotności i bólu.
Potrząsam głową.
Mama buja się w fotelu, dziergając synkowi nowy sweter. Obok siedzi siostra,
czasami podpowiadając matce kilka słów o nowych wzorach. Poprawia swój siwy
kok i za przykładem matki dzierga, ale tylko dla siebie.
Odwracam wzrok.
Przechodzę długim korytarzem, szybkim krokiem mija mnie pies. Przez wąskie
drzwi, stromymi schodami w dół, raz w prawo, raz w lewo, kawałek prosto i już
jestem. Zasiadam za drewnianym stołem, a pod nim, tuż obok nóg leży mój pies.
Na uszy zakładam słuchawki i po omacku szukam pokręteł. Po omacku, bo światło
mnie drażni. Nie lubię światła, cały nasz dom nie lubi światła, dlatego mamy
niskie rachunki.
Nastrajam.
Ciche skrzypienie, i nagle jakby z głębi wypływa coraz silniejszy głos
kobiety. Bardzo nerwowy, wręcz czuć przez niego jej drgawki. Coś szepcze:
- Bądź szczęśliwy. Słyszysz? Znajdź sobie kogoś! Znajdź! Nie bądź samotnym.
Tego nie słychać, ale wydaje mi się, że zapłakała. Po chwili:
- Ale... Jeśli nie, to przynajmniej wiedz, że tuż obok jest drugi człowiek.
Widzi cię i słyszy, ty tez możesz. Rozumiesz bracie?
Pies leniwie podnosi łeb, niucha czy nie mam nic dobrego, po czym z
rezygnacją, znów wtula nos w pościel, i już nic go nie interesuje. Stawiam
gorący kubek herbaty na wyciągnięcie ręki. Tuż obok wydzierganych przez matkę
serwetek, na matczynym obrusie. Przez moment wyglądam za okno, dzisiaj też,
śnieg na skrzynce na listy, leży nie naruszony. Ścieżka do mych drzwi,
przykryta białym puchem, gładka i lśniąca jak wczoraj i jak przed tygodniem.
Gdzieś za mym uchem, wyskakuje kukułka, wesoło kuka, a ja łapiąc pilota,
wygodnie się układam tuż obok psa, i włączam moje okno na świat.
- Wyjdź za mnie - dochodzi z martwego głośnika.
Coś nietypowego. Ona to mówi do niego. Ona przy nim klęczy, ale to mi wyrywa
się ciche "tak". On nie wie co zrobić. Rozgląda się po pustej sali. Widzę
ładnie przystrojone stoliki, różowo-białe kokardy. Był tu ślub, i zanosi się
na kolejny. Spoglądam na psa. Ten łypie na mnie, wie, że jest południe i to
jego czas na spacer. Wie też, że nie pójdzie, przecież oglądam mój serial.
Wiernie przeczeka te dodatkowe pół godziny, spacerek nie uciecze, choć się
odwlecze.
Jeszcze raz szepczę "tak", chyba mnie usłyszał, bo kiwa głową. Jej płyną łzy.
Są szczęśliwi, mówią, że do końca swych dni, a ja tylko złorzeczę: to się okaże.
Przełączam.
Program na żywo. Jakoś tam niebiesko, a może jednak zielono? Może to morska
zieleń. Ona leży, a on stoi tuż przy niej i ściska jej rękę. Jest cały
spocony, wygląda na przerażonego. Wydaje mi się, że chętnie by stamtąd zwiał.
Przecież nic dziwnego, ona tak strasznie jęczy, po chwili wrzeszczy, głęboko
sapie, znów wrzeszczy, aż w końcu, kiedy on ledwo stoi na nogach, słychać
cichy płacz.
Przełączam.
Oboje leżą. Ona już śpi, a przynajmniej on tak myśli. Zapatrzony w telewizor,
machinalnie buja nogą wózek, stojący obok ich lóżka. Dziecku widocznie pasuje,
ja na jego miejscu jednak bym płakał. On nie może oderwać wzroku od
telewizora, a ona, spod półprzymkniętych powiek, podpatruje to, na co ma
ochotę jej mąż.
Przełączam.
Ona coś wrzeszczy. On w sumie też. Ale ona bardziej. One zawsze bardziej lubią
wrzeszczeć. Robią to głośniej, i zdecydowanie dłużej. Rzuca mu pieniądze pod
nogi i wychodzi. Wcale za nią nie biegnie. Podnosi i przelicza. Zza drzwi
wystaje kilka włosków brązowej czupryny ich syna.
Przełączam.
Drzwi od szafy zamykają się z łoskotem. Ona rzuca się na łóżko, i próbując
opanować szalejące serce, walczy z głębokim oddechem i jak tylko potrafi udaje
spokojny sen. On już wie, widział sportowe buty w przedpokoju. Mokry od potu,
męski podkoszulek, zwisa z oparcia fotela. On wchodzi do ich sypialni.
Przełączam.
Kolorowe studio nijak się ma do smutnego człowieczka trzymającego ogromny
czek, na jeszcze większa kwotę. Wszyscy się cieszą, prowadzący i publiczność,
choć nie ich wygrana. A on stoi przybity, że ma więcej szczęścia w
teleturnieju, niż rozumu w życiu.
Przełączam.
Znów są razem. W ogromnym pałacu, jedząc przy jednym stole, ledwo siebie
widzą. On idzie do siebie, a ona do siebie. Ona otwiera szafę i zaczyna się
dla niej zabawa, a on czyta gazetę. Na pierwszej stronie jest napisane, jakim
to są szczęśliwym małżeństwem.
Przełączam. Czysty obraz, cofam więc do poprzedniego.
Przy żywopłocie stoi młody chłopak. Potrząsa brązową czupryną, ocierając
dłonią łzy. Za płotem toczy się mecz piłki nożnej. Drużyny chłopaków wrzeszczą
na siebie za spartolone akcje, a zastępy dziewczyn piszczą za strzelone gole.
Po drugiej stronie, w wielkiej willi sprzątaczka zaściela lóżko synowi
bogaczy. Ludzie zza płotu zazdroszczą temu chłopcu.
Przełączam. Wyświetla, że brak sygnału. Przełączam. Jeszcze raz. Coś jest.
Brązowowłosy mężczyzna wykrzywiony w gniewie stoi nad jakimś bezwładnym
ciałem. Młoda kobieta, nie może się ruszyć, ręką próbuje dotknąć drugiego
ciała. Nie może dosięgnąć. Jest za daleko. On już nawet nie wie, że ktoś chce
go dotknąć. Jest martwy. Brązowowłosy mężczyzna ostatni raz pochyla się nad
ciałem swej macochy. Spluwa jej w twarz, za matkę. Podchodzi do swego ojca,
klęka nad ciałem i jeszcze raz przykłada broń. Tym razem czysto w serce, za
macochę.
Przełączam.
Jej jest już dobrze. Od kilku lat ma swoje białe stokrotki. Własne miejsce na
Ziemi. Swój przydział na cmentarzu. Dziś ma gościa. Jakiś cień nad nią stoi.
Zrywa i depcze jej stokrotki, za ojca.
I ma własną dębową ławeczkę, na którą już nikt nie siada. Nawet ten, dla
którego potajemnie biło jej serce, nie odwiedza jej. Właśnie kolejna kobieta
wpycha go do szafy.
Przełączam. Jakiś ciemny obraz.
Z drewnianego domku wyskakuje drewniana kukułka. Swym sztucznym kukiem mówi
mi, że minęło pół godziny. Pies się zrywa. Już czeka pod drzwiami. Idziemy na
spacer. Jak zawsze sami. Jutro też coś obejrzymy, a wieczorem usłyszymy.
---