witam się

17.10.08, 15:20
cześć wszystkim!
    • f.l.y Re: witam się 20.10.08, 12:01
      nooo...witamy i tu :)

      • bubster Re: witam się 20.10.08, 12:55
        o Fly to Ty tutaj?
        witam!
        • f.l.y Re: witam się 20.10.08, 17:44
          a wyobraź sobie, że też czytuję książki i o...książkach :P
    • ls48 Re: witam się 20.10.08, 18:08
      witaj wśród pozytywnie zakręconych
    • Gość: Loczers Re: witam się IP: *.adsl.inetia.pl 23.10.08, 23:00

      Rozdział I

      Kolejny dzień siedział przy komputerze – jego miejscu pracy. Pracował, a raczej
      próbował, bo rozpraszały go odgłosy dochodzące z sąsiedniego pokoju. Postanowił,
      że skoro i tak nie może się skupić to chociaż sobie odpocznie. Założył słuchawki
      na uszy i położył się wygodnie na łóżku. Puścił muzykę, którą tak bardzo lubił,
      ale i ona teraz mu nie pozwoliła się odprężyć. Myśl o tym co zdarzyło się
      ostatnio nie dawała mu spokoju. Wstał i spojrzał przez okno. Było popołudnie.
      Podszedł do szafy i wyciągnął z niej wyjściowe spodnie na kant i ulubioną czarną
      koszulę. Delikatnie dotykał bawełnianego pachnącego materiału. Przyjrzał się
      jej, była idealnie wyprasowana. Jedynie w koszulach czuł się dobrze. Spojrzał na
      garnitur, który wkładał jedynie gdy już musiał. „Dusił się w nim” - jak zwykł
      mawiać. Ubrał się w ten swój odświętny strój i usiadł na kanapie. „A może to nie
      jest dobry pomysł?” - zapytał sam siebie w duchu. Wyszedł na balkon. Chciał
      poczuć powiew powietrza na swojej twarzy, to zawsze mu pomagało podjąć decyzję.
      „Nie zrobię tego” - pomyślał i zdjął z siebie koszulę. „Nie mogę”, ukrył twarz w
      dłoniach. Po kilku minutach znów założył koszulę. „Ona mnie przyjmie i
      wysłucha”. W drzwiach mieszkania rzucił tylko krótkie „wychodzę”. Odpowiedziała
      mu tylko cisza. Przechodząc pod blokiem spojrzał w okno, z którego uprzednio
      dochodziły dźwięki. Teraz widział tylko światło żarówki... Minął kilka sklepów,
      przeszedł kilka metrów, choć było to prawie całe miasto, dla niego był to spacer
      niedzielny. Wszedł do bloku, wspiął się po schodach i stanął na przeciwko drzwi.
      Zapukał. Nikt nie odpowiedział. Stał chwilę. Zapukał ponownie. Odwrócił się,
      chciał już iść gdy drzwi się otworzyły. Stała w nich ona... „Witaj” - powiedział
      i zniknął za drzwiami...


      Siedział. Patrzył na dopalającego się papierosa w popielnicy. Sam nie palił.
      Lubił za to patrzeć jak wypala się tytoń. Czy sam go zapalił? Tak. Dlaczego
      lubił patrzeć? Symbolizowało mu to cele i marzenia, które w miarę upływu czasu
      znikały. Nie zawsze udawało się je osiągnąć. Myślał o swoim życiu. O wizycie u
      Niej. O osobie, która siedziała w pomieszczeniu obok. Nigdy nie mówił i nie
      myślał o niej w sposób osobowy. Zwracał się do niej w rodzaju nijakim. Kim dla
      niego była ta postać? Nikim... A raczej ciężarem, jego utrapieniem. Sam nie
      wiedział dlaczego przyjął ją pod swój dach. Dlaczego się zgodził. Z jakiego
      powodu przysiągł się nią zajmować. Sam sobie nie umiał odpowiedzieć na to
      pytanie. Wiedział jedno. Chciał na jakiś czas zniknąć. Uciec z dala od
      doczesnych problemów i zmartwień. Chciał spróbować innego życia. Gdzieś tam...
      Daleko. Nie znał się jednak na niczym prócz tego co dotychczas robił. Nie mógł
      zmienić życia tak po prostu. Chyba był za stary na naukę czegoś nowego. Nowego
      zawodu, jeśli to co robił można by nazwać właśnie zawodem. Patrzył na tego
      tlącego się papierosa. Nie lubił gdy ktoś w jego otoczeniu pali. Zagasił go.
      Wstał i spojrzał za okno. Nie widział tam nic. Usiadł za biurkiem i zajął się
      pracą. Miał nadzieję, że ona odciągnie go od myśli, które powracały z siłą
      wodospadu... Zrobił sobie drinka z coli i ginu... Nie lubił tego, ale nic innego
      nie miał w domu. Czasem wypijał szklaneczkę alkoholu, choć nie lubił, nie zwykł
      pić często. Co chwila przerywał pracę. Patrzył przed siebie lecz nie tak jak
      zwykle. Jego wzrok był nieobecny. Jakby on w ogóle nie żył na tym świecie.
      Chciał coś zmienić. Nie umiał. Nie miał siły i tyle determinacji. Może brakło mu
      odwagi, a może był realistą. Sam tego dobrze nie wiedział. Wiedział jedno.
      Chciał coś zmienić.”Może kupię w końcu jakiś obraz?” pomyślał i szybko z tego
      zrezygnował. Dokończył drinka i się położył. Patrzył w biały sufit, który nie
      był tak biały jak zawsze... Wydawał mu się ciemniejszy...


      Patrzył przez okno jadącego autobusu podmiejskiego. Widział jak ludzie starają
      się uchronić przed deszczem biegnąc... on nigdy nie biegł gdy padało.
      Przynajmniej nie odkąd przeczytał raport naukowców stwierdzający, że podczas
      biegu moknie się bardziej niż gdy się idzie. Nauki się nie da oszukać... Tak go
      uczyli, choć sam wiedział, że czasem można nagiąć jej prawa. Lubił deszcz.
      Kochał spacery w deszczu. Ulice nie były wtedy tak tłoczne, a on czuł dotyk
      kropel na swoim ciele. Wtedy wiedział, że naprawdę żyje. Tym razem jechał jednak
      wątpliwej jakości autobusem. Śpieszył się na spotkanie. Przyglądał się ludziom.
      Zastanawiał się co myślą, co czują. Sam nigdy nigdzie się nie śpieszył. Zawsze
      ustalał tak plan dnia żeby spokojnie wszędzie dotrzeć na czas. Nie spóźniał się
      nigdy. I nie tolerował spóźnień. Tym razem jednak spotkanie wyszło tak nagle.
      Dowiedział się o nim zaledwie kilka minut przed. Musiał skorzystać z komunikacji
      publicznej, nie lubił nią podróżować, wolał spacery, chociaż połączenia w jego
      mieście były bardzo dobre i na autobus czekało się około 5 minut, to nie lubił w
      ten sposób przemieszczać się po mieście. Wysiadł z autobusu dwa przystanki przed
      miejscem docelowym. Chciał odczuć deszcz. Przypomnieć sobie zapach miasta
      podczas ulewy. Wszedł do sklepu i kupił parasol. Nie potrzebował go, kupił w
      innym celu. Idąc w kierunku umówionego miejsca zatrzymał się przy małej, może
      dziesięcioletniej dziewczynce, która stała pod niewielkim zadaszeniem, starając
      się nie zmoknąć. Wręczył jej parasol bez słowa. Ona go przyjęła i powiedziała
      „dziękuję”. Uśmiechnął się do niej i poszedł w swoją stronę. Stanął przed
      gmachem dość sporego budynku. „To tu” - pomyślał i wszedł do środka. Rozglądał
      się po zimnym, białym nienagannie urządzonym holu. Zaczął wchodzić po schodach.
      Nie korzystał z windy. Może ma klaustrofobię? A może woli schody. Tego nie
      wiedział. Mówił tylko, że w windzie to się dusi. Brakuje przestrzeni. Mijał
      kolejne piętra i półpiętra. Doszedł do właściwego. Otworzył trzecie drzwi po
      lewej stronie korytarza. Były brązowe, chyba z dębu. Prawdopodobnie jedyne na
      tej kondygnacji. Na wprost wejścia stało biurko, a na lewo od niego szafa.
      Wszytko było tego samego koloru. Drewniane. Dębowe... Powiedział „Witaj”, nic
      nie usłyszał w zamian. Wręczono mu kopertę. Białą, bez żadnych zdobień. Nawet
      bez znaczka i adresata. Wziął ją i włożył w kieszeń spodni. Opuścił budynek.
      Chciał wrócić do domu i napić się herbaty...
Pełna wersja