rwetest
01.12.03, 10:22
Wziął do ręki kupon i zaczął powoli skreślać liczby. Najpierw w pierwszym kwadracie, później w drugim, trzecim...
W ósmym dotarło do niego to o czym tak usilnie starał się zapomnieć. Uświadomił sobie, jakie to żałosne stać tutaj i liczyć na los. Czy rzeczywiście było aż tak źle. Było gorzej niż źle. Wydawało mu się, że nie ma nic gorszego od bycia bezrobotnym. Myślał o Vidze i o dzieciach. Myśl, że ona wciąż mu ufa i w niego wierzy jeszcze bardziej pogorszyła mu samopoczucie. Czuł wtedy ciężar od którego nie mógł się uwolnić i jednocześnie nie chciał się go pozbyć jakby to była jedyna rzecz która mu pozostała. Jakby pod naporem czarnych myśli ołówek który przyciskał do papieru złamał się nagle robiąc dziurę w okienku z liczbą 28. Zniechęciło go to na tyle, że już miał zmiąć kolorowy kartonik, gdy poczuł nagle silne szturchnięcie w plecy. Poczym usłyszał w pijackim bełkocie
- eee! Przeeepraszam...
Tego było już za wiele jednym szybkim ruchem odepchnął od siebie wciąż mamroczącego pijaczynę i wyszedł z kolektury.
Zimny podmuch powietrza przykleił mu kilka płatków śniegu do policzka. Nie zmrużył jednak oczu ale patrzył uparcie na opadający puch. Dopiero kiedy oczy zaczęły mu łzawić przymknął powieki i poczuł ulgę.
Jak w zwolnionym tempie obserwował wirujący papier. Kręcił się i falował to znów opadał płasko, aż w końcu za każdym razem lądował na zabłoconej podłodze. Nie mógł pozbyć się natrętnej wizji. Wtem, przeraźliwy pisk opon wyrwał go z zamyślenia. W odruchu bezwarunkowym szarpnął całym ciałem i stracił równowagę.
-Mam kiblować przez ciebie resztę życia piżdzielcu!!- usłyszał i spojrzał jak kierowca oddala się wciskając zapewne pedał gazu do oporu.
Musze tam wrócić...- pomyślał- musze?
Powracający obraz wirującego kuponu nie dawał mu spokoju. Nie wiedząc dlaczego wrócił do żółtej budki gdzie wciąż jeszcze przebywał pijaczyna, który tym razem starał się przekonać sprzedawcę aby ten pozwolił mu zagrać za darmo w zamian za połowę ewentualnej wygranej.
Nie to go jednak interesowało. Pijak był jedynie hałaśliwym klientem, który deptał właśnie jego kupon starymi adidasami. Odepchną lekko menta i podniósł zabrudzony kartonik. Przepisał wszystko dokładnie na czysty blankiet i tym razem zapłacił odbierając dowód zakładu.
***
Po roku odkąd stracił prace każdy dzień przygnębiał go coraz bardziej. Nie dlatego, że trudno byłoby mu znaleźć nowe zajęcie ale dlatego, że wciąż nie przyjmował do wiadomości, że musi wszystko zaczynać od nowa. Tyle wysiłku, tyle zaangażowania i tyle szczęścia, które do tamtego momentu go nie opuszczało, to wszystko wydawało mu się tak cenne, że nie mógł znieść myśli, że pójdzie na marne. Tak to waśnie to go tak irytowało, że PÓJDZIE NA MARNE, W CHOLERĘ, W DIABŁY. Wiec po co tak wcześnie zaczynał tę swoją żałosna karierę w bankowości. Mając 21 lat nie pracuje się jeszcze po 8 godzin dziennie w banku mając przez cały dzień odpowiedzialne rzeczy na głowie. Ale wtedy uznawał to za wyróżnienie i możliwość nabycia doświadczenia równocześnie studiując. Kiedy po czterech latach udało mu się zostać brokerem w porządnej firmie, był już pewien, że może już być tylko lepiej. Pieniądze jakie zarabiał nie śniły się nawet ludziom którzy zarabiali w ich mniemaniu bardzo dobrze jak na warunki stolicy. I nagle przychodzi ten pieprzony, parszywy poniedziałek kiedy dyrektor mówi to co mówi, a ty nie wierzysz, że on to mówi na poważnie, że to dotyczy ciebie. W pierwszym momencie czuł się jak pacjent który dowiaduje się od lekarza, że ma raka i nie można już nic zrobić. Potem przychodzi myśl o rodzinie jak im to powiedzieć. Tak to było wtedy dla niego najgorsze - jak powiedzieć żonie właśnie kolejnego pięknego dnia ich życia, że to właśnie od dziś to życie zmieni się w koszmar. Następne myśli dotyczyły działania. Gdzie dzwonić do kogo, do banku, do innej firmy brokerskiej, co zrobić gdy lista telefonów się skończy, będzie nowa, ale jak i ona się skończy ... Ile czasu będę bez pracy, kto mi pomoże. Mam kredyty, karty kredytowe, żadnych oszczędności.
Pamiętał wciąż ten dzień bardzo dokładnie to było wtedy kiedy jeszcze nie wszyscy zdążyli ochłonąć po atakach terrorystycznych na Nowy Jork. Podniósł wreszcie słuchawkę i wykręcił numer telefonu który pamiętał tak dobrze, że palce bezwiednie wybierały właściwe cyfry bez angażowania myśli.
- cześć to ja...
- no i co tam Konradku, bo ja...
- ...chce ci powiedzieć...
- tak? Masz jakiś dziwny głos, czy coś się stało?
- kocham cię...
- co się stało? Coś w pracy? No, mów, że wreszcie. A może znowu sobie żartujesz
- mam cholernie złe wieści
- no co? Konrad mów mi bo zwariuje
-