kolekstas
07.12.03, 05:09
Od dwóch dni padał deszcz. Cieszyłem się z tego, bo dość już miałem tego
słońca. Liczyłem, że coś się zmieni. Zmieniło się, ale mimo opadów, w
powietrzu czuło się tą samą duchotę co przez ostatnie kilkanaście dni. Okno
pokoju musiało być cały czas zamknięte, inaczej byłoby nie do wytrzymania, a
tak, klimatyzacja dawała przyjemny chłód.
Na budowie pracowałem ponad trzy tygodnie. Przez pierwszych kilka dni
strasznie bolały mnie mięśnie. Kładłem się spać i budziłem się połamany.
Poranny rozruch i przeniesienie kilkunastu pustaków sprawiało, że ból mięśni
ustępował. Choć dalej było ciężko, to nie miałem już takiej trudności, aby
dotrwać do końca dnia. Jedno co mnie męczyło, to monotonia pracy.
Przyjeżdżasz na miejsce, wskakujesz do dołu, bierzesz łopatę i wszystko
starannie czyścisz pod budowę. Wychodzisz na górę, rozładowujesz blaki i
zanosisz je na miejsce. Czasami, gdy nie ma komu, obsługujesz betoniarkę.
Lejesz do niej wodę, sypiesz cement, wapno, piasek i mieszając czekasz, aż
wyrobi się masa o odpowiedniej konsystencji. Ładujesz to wszystko do taczki
i zawozisz dla murarzy.
Praca przy betoniarce miała swoje wady i zalety. Worki z wapnem i cementem
nie były lekkie. Przy tym tempie trzeba było ich wrzucić kilkadziesiąt do
środka, no i sama zaprawa, naładowana do taczki też swoje ważyła. Nie małą
trudnością było też dowiezienie jej, po tych wszystkich wertepach, na
miejsce. Nie daj boże, żeby się wylała z taczki.
Zaleta była taka, że podczas naprawdę krótkiej przerwy, można było zapalić i
ochlapać się zimną wodą z beczki. Miałem szczęście, że nie moczyłem w wodzie
czapki i nie wkładałem jej na głowę. Dowiedziałem się, że był wcześniej taki
jeden, który to zrobił i do tej pory uczy się chodzić. Wskoczył cały do
beczki i na koniec założył mokrą czapkę. Stracił przytomność i przez trzy
miesiące leżał w szpitalu.
Na budowie było tak. Wracając jednego dnia do domu, myślałem sobie – nie
jest tak źle, da się wytrzymać. Innego zaś – nie wesoło, nie dam rady.
Zresztą po co mam się tu zamęczać, czy nie ma czegoś innego do roboty? W
końcu nikt mnie tu na sile nie trzyma. Huśtawka nastrojów. Cały dzień jest
dobrze, aż pod koniec przyjeżdża boss i potrafi zepsuć wszystko jednym,
głupim zdaniem. Albo, cały dzień jest źle, aż pod koniec przyjeżdża boss i
zaprasza wszystkich na piwo. Wypicie kilku butelek złotego napoju naprawdę
stawiało na nogi i pozawalało pracować ze zdwojoną siłą. Prawda, to tylko
złudzenie, bo po jakimś czasie, alkohol puszczał i człowiek stawał się
jeszcze bardziej zmęczony i na dodatek senny.
Któregoś dnia było tak gorąco i duszno, że nie dało się wytrzymać. Pot tak
obficie zalewał mi twarz, że nie widziałem prawie nic na oczy. Cieszyłem
się, że pracuję właśnie przy betoniarce. Dosłownie co dziesięć minut szedłem
po wodę i przy okazji obmywałem twarz i kark. Mała ulga, ale zawsze coś. –
Dam radę, dam radę, dam radę – powtarzałem w myślach. Nie dałem jednak.
Czarne plamki zaczęły migotać mi przed oczami. Do tej pory, w życiu, nie
zemdlałem jeszcze, ale teraz sytuacja robiła się ciężka. Zwiozłem ostatnią
taczkę na dół i miałem straszną ochotę przysiąść za stertą pustaków. – Tam
jest kawałem cienia – myślałem – malutki, bo malutki, ale głowa by się
zmieściła. Siądę tam chwilę i odpocznę. Jednak nie, poczekam jeszcze, pójdę
na górę i obmyję twarz. Może przejdzie.
Wybrałem małą kępkę krzaków, zawołałem jednego z pomocników i powiedziałem
mu, że dłużej nie mogę, muszę odpocząć. O dziwo, nie powiedział nic, tylko
popatrzył na mnie. Rozumiał. Widocznie nie tylko mi temperatura dawała w
kość.
58 Witias też ma problemy – powiedział – leży półprzytomny w wenie,
popił
porządnie poprzedniego dnia.
Nie wyobrażałem sobie jak można popić i przyjść do pracy, nie mieściło mi
się to w głowie, ale nie miałem siły, żeby o tym myśleć. Usiadłem pomiędzy
krzakami i dyszałem ciężko. Mokrą od potu koszulkę założyłem na głowę. W
cieniu było jeszcze gorzej. Duszno, duszno, cholernie duszno. Po kilku
minutach zmęczenie ustępowało jednak, oddech stawał się miarowy, mokra skóra
na ciele zrobiła się teraz klejąca. Wracam do pracy. Nie, posiedzę jeszcze
chwilę, jeszcze chwilę.
Usłyszałem warkot silnika samochodu. Z za góry piachu wyłonił się boss. Nie
zauważył mnie. Przeszedł koło betoniarki, zniknął w dole i zaczął gadać z
chłopakami. Dokładnie słyszałem to co mówi, bo siedziałem zaraz za dołem.
59 Fucken, ale daje dzisiaj, co?
60 Daje? To mało powiedziane. Jest jak na cholernym słońcu – usłyszałem
głos murarza.
61 Jak leci? Jak robota?
62 Jak? – znowu głos murarza – Boss, piwo by się przydało, bo padniemy
tu
jak muchy. Nawet amerykańce przychodzą tutaj i kręcą głowami.
63 A niech kręcą... gdzie młody?
64 Zaprawę robi – padła odpowiedź.
No – pomyślałem – wstanę szybko i doskoczę do betoniarki, jeszcze zdążę.
Albo nie... mam w dupie... nie chce mi się... po co? Koniec.
Wyszedł spowrotem na gorę i zobaczył, że mnie tam nie ma. Widziałem go
dokładnie, a on dalej mnie nie. Zaczął rozglądać się na wszystkie strony,
wycierając przy tym chusteczką spocone czoło.
66 Fucken, nie ma go tu! – krzyknął i już miał schodzić na dół, ale w
ostatniej
chwili zauważył mnie, siedzącego pod krzakiem. Pośpiesznie uderzył w moim
kierunku.
67 Co jest, kurwa młody? Odpoczynku ci się zachciewa? – był zły jak
cholera.
68 Gorąco jest, słabo mi się zrobiło – odpowiedziałem.
69 Fucken, słabo mu, widzicie go – stanął nade mną. – Jak ci słabo, to
idź
pracować do banku, tam jest klima. Nie u mnie.
Nic się nie odezwałem, a on odszedł. Wsiadł do samochodu i odjechał. Trochę
mi było szkoda, że tak się to rozegrało. – Mogłem jednak szybko doskoczyć do
betoniarki – myślałem.
Jadąc wenem do domu, przypominałem sobie całą sytuację. Zastanawiałem się
jak to się stało, że Witiasowi się udało. O niego nie zapytał, tylko o mnie.
Witias leżał teraz w tyle samochodu, pomiędzy walającymi się na wszystkie
strony łopatami, wiaderkami, szczotkami, kielniami i pojemnikami na zaprawę.
Wyglądał naprawdę nie ciekawie. Jego skóra na twarzy była różowosina, a usta
białe. Patrząc na niego zastanawiałem się czy nic mu nie jest, czy w ogóle
żyje. Tak marny przedstawiał obraz. Jego oczy otwierały się jednak na
chwilę, tak jakby chciał zobaczyć gdzie jest i co się z nim dzieje. – Czego
nie robi się dla dolarów – pomyślałem – jakie męczarnie i upokorzenia jest
człowiek w stanie znieść, aby schować do kieszeni kilka zielonych? To nie
jest jednak takie proste. Kim jest taki Witias, u siebie na Litwie? –
zacząłem się nad tym zastanawiać – co on tam robi... czy ma rodzinę, żonę,
dzieci? A może ma umierającą matkę i jedyna nadzieja na jej wyzdrowienie to
właśnie te zielone, zarobione w pocie czoła. Może jest sam, samiuteńki jak
palec, na tym świecie. Jego ojciec, matka i co dopiero narodzony braciszek
zginęli już dawno w wypadku samochodowym. On nie ma po co wracać, nie ma do
czego i do kogo.
Patrzyłem tak na niego i w jednej chwili wydawał mi się bohaterem, a w
drugiej zwykłym wyrobnikiem, który dla pieniędzy jest gotów zrobić wszystko.
Ostatecznie doszedłem do wniosku, że ciężko jest ocenić ludzi wyłącznie
sądząc po ich wyglądzie. Smutne to jest, ale tak najczęściej się dzieje.
Może nawet boss, z jego wulgarnością i prostotą jest zupełnie kimś innym.
Tutaj musi pokazać, że jest twardy, że trzyma wszystko w ryzach. W domu
natomiast przymila się do żony i nie przejdzie mu przez usta żadne
przekleństwo. Co do niego, tak jednak nie było. Miałem okazję się o tym
przekonać, kiedy jeden z chłopaków zaprosił mnie na swoje urodziny.
Zdziwiłem się, bo pracowałem ledwie kilka dni.
Cała impreza odbyła się u bosa w domu. Prosto po robocie, nie przebierając
się nawet, jedyni