dirtyfinger
24.12.09, 11:22
Na samym wstepie dwie rzeczy - bardzo przepraszam za brak polskich
liter. Po drugie - niesamowicie sie ucieszylam ale i zdziwilam, gdy
weszlam na to forum. Myslalam ze pewne problemy dotycza tylko mnie -
a okazuje sie ze wiele innych osob tez na codzien musi sie zmagac z
takimi watpliwosciami.
Ale do rzeczy.
Po kilku nieudanych zwiazkach, po latach czucia sie samotna wsrod
ludzi powiedzialam sobie - koniec. Daje sobie ostatnia szanse na
milosc. Jesli kolejny zwiazek nie wypali - adiu, fruziu. Wobec tego
moje oczekiwania wzgledem partnera takze niesamowicie wzrosly. Mial
to byc Ten Jedyny, zaden inny. Nie mowie o malzenstwie, bo raczej
mnie do tego nie ciagnie (dzieci bylyby jedynym powodem). Dalam
sobie odpowiedni czas, nie chcialam sie spieszyc.
Poznalam go. Fizycznie - cudo. Emocjonalnie - cudo. Taki dobry
czlowiek. Po prostu, po ludzku dobry i cieply. Fascynujacy,
inteligentny, ciekawy swiata i ludzi. Myslalam ze takich juz po
prostu nie ma.. a tu taka niespodzianka :) Milosc wybuchla. Milosc
wciaz trwa.
A tu taka niespodzianka...
Zamieszkalismy razem. Dla mnie to pierwszy raz gdy z kims normalnie
mieszkam :) Mialam tyle dziwnych obaw - co, jesli zobaczy mnie
totalnie chora, co, jesli rozmaze mi sie makijaz, co, jesli nie
zdaze przygotowac obiadu :D I tego typu wielkie problemy...
Po 2-ch miesiacach znacznie mniej seksu. Nie, nie z mojej strony:)
ja pod wzgledem seksualnym sie otworzylam, i to bardzo. Coraz wiecej
dziwnych, roznych rzeczy, ktore robilismy razem. A jednak - mimo, ze
seks by coraz lepszy - bylo go coraz mniej.
Dziewczyny zrozumieja o co chodzi - czulam sie totalnie odepchnieta,
brzydka jak noc, NIEWIDZIALNA. Duzo tu takich postow..
Rozmawialismy. Wg niego tak bylo we wszystkich jego dluzszych
zwiazkach - i ja mu wierze. Nigdy mnie nie oklamal, nigdy nie byl
nieuczciwy. Niektorzy powiedzieliby nawet, ze jest za szczery.
Nie zmienia to faktu ze czuje sie totalnie niewyzyta momentami.. I
frustruje mnie, jesli on zwraca wieksza uwage na jakas pikselowa
panne niz na mnie.
Ostatnio jednak.. nie wiem, nie wiem co o tym myslec.
Wierzylam w milosc. Wierzylam w niego i w nas.
A on mi opowiada od niedawna, ze.. ze taka jest jego natura. Ze mnie
kocha. Ze chce caly czas ze mna byc. Ale ze chce byc rowniez z
innymi.
To jest chyba to, co ludzie nazywaja otwartym zwiazkiem?
Frustracja, ktora we mnie wzbierala podpowiadala mi cos
takiego: "nacieszyl sie Toba, teraz chce miec wygodne zycie ze mna i
dodatkowo pykac na prawo i lewo. Ze mna seksu nie bedzie, bo ja taka
brzydka i glupia - ale od czasu do czasu moge liczyc na pocalunek".
Dosc radykalne, prawda?:)
Mialam dosc, mialam k.... dosc tego zastanawiania sie - czy dzis,
gdy wroce do domu - do NASZEGO DOMU - powie mi, ze znalazl jakas
laske i ma zamiar spedzic z nia weekend? (powiedzial mi, ze jak cos,
to powie mi wczesniej, zanim to zrobi). Bylam chora z tego smutku.
Cos we mnie juz peklo. Juz nie mogam tak dluzej. Rozmawialismy
szczerze wiele razy. Wierze mu, ze mnie kocha i chce ze mna byc. Nie
rozumiem jednak, dlaczego nie moze byc tak, ze jestesmy tylko ja i
on? Dlaczego juz go nie podniecam? Dlaczego chce zdeptac nasza
intymnosc, prywatnosc? Powiedzial, ze nie wierzy zebym ja, przy
swoim charakterze mogla zrobic to samo co on - ale to nie oznacza,
ze nie mam takiego prawa.
Ale dlaczego on nie rozumie, ze mi zalezy na nim, na nim, na nim??
Mialam fantazje nt. innych - ale nigdy nie ciagneo mnie do
realizacji.
Jestem wsciekla, czuje sie oszukana. A przeciez on mnie w zadnym
stopniu nie oszukuje. Nawet mnie jeszcze nie zdradzil. Moze gdyby
pierwszego dnia powiedzial, ze taka sytuacja moze kiedys nastapic,
ze on rozwaza otwarty zwiazek - wtedy moglabym powiedziec - nie. A
teraz jest juz za pozno - dla mnie. Nie chodzi nawet o ta glupia
obietnice, ze to ostatnia milosc.. Chodzi o to, ze ja sie juz
naprawde wypalilam.
Tak, szczeniacko to brzmi, ale moje marzenia wyparowaly. Milosc, w
ktora wierzylam - nie istnieje. Milosc, ktora on mi okazywal, o
ktorej mi opowiadal na poczatku - nie istnieje. Za kilka miesiecy
musze wyjechac za granice. Przez pare miesiecy bedziemy potem zyc
bez siebie. Oswiadczyl mi, ze nie wierzy w zwiazki na odleglosc, jak
wroce mozemy byc razem - ale w ciagu tych kilku miesiecy rozlaki -
nie.
A wiec jednak to nie jest Ksiaze na bialym koniu, ktory kocha mnie i
tylko mnie, i dla mnie moze naprawde wiele zrobic...
Nie, to jest szczery, uczciwy, kochajacy mezczyzna. Ktory wprost mi
mowi, ze bedzie z innymi.
Postawil mnie pod sciana. Moge sie zgodzic na ten uklad, moge z
niego po prostu wyjsc. Nie pokazal mi zadnej "szarej strefy". Na
razie zostalam. Kocham go. On kocha mnie. Razem mozemy wiele. I
wciaz mam nadzieje, ze zrozumiem jego punkt widzenia.
I ze moze kiedys bede dla niego wazna.
A na razie, zeby nie plakac zbyt wiele - wrocilam do palenia, pije
znacznie wiecej, zdecydowalam sie wrocic do narkotykow (pare lat w
czystosci). Nie bardzo chce mi sie zyc, w sumie nie mam juz celu.
Mialam swoje plany, ktore poswiecilam dla naszych. A nasze plany,
wspaniale marzenia, ktore mielismy na poczatku, o ktorych mi
opowiadal - dla niego chyba gdzies zniknely.
Cholernie przepraszam kazdego czytelnika, ze tak dlugo.
Ale chyba znasz ten motyw - wszyscy patrza na Twoj zwiazek z boku i
zazdroszcza. Tylko Ty jeden/jedna wiesz, co sie dzieje...
Naprawde nie mam komu sie wygadac. Polowa mojej rodziny mnie
wyklela, przez to ze z nim zamieszkalam. Nie mam czasu na
przyjaciol, bo haruje po 14 godzin. Zreszta - jak mam o tym
komukolwiek powiedziec? Bylam taka szczesliwa na poczatku,
przyjaciele i znajomi cieszyli sie wraz ze mna.. jak mam teraz im
oznajmic - hej, moj facet bedzie bzykal inne kobiety.
Bardzo, bardzo prosze o wsparcie.