nazbieralo sie... (dlugie)

24.12.09, 11:22
Na samym wstepie dwie rzeczy - bardzo przepraszam za brak polskich
liter. Po drugie - niesamowicie sie ucieszylam ale i zdziwilam, gdy
weszlam na to forum. Myslalam ze pewne problemy dotycza tylko mnie -
a okazuje sie ze wiele innych osob tez na codzien musi sie zmagac z
takimi watpliwosciami.
Ale do rzeczy.

Po kilku nieudanych zwiazkach, po latach czucia sie samotna wsrod
ludzi powiedzialam sobie - koniec. Daje sobie ostatnia szanse na
milosc. Jesli kolejny zwiazek nie wypali - adiu, fruziu. Wobec tego
moje oczekiwania wzgledem partnera takze niesamowicie wzrosly. Mial
to byc Ten Jedyny, zaden inny. Nie mowie o malzenstwie, bo raczej
mnie do tego nie ciagnie (dzieci bylyby jedynym powodem). Dalam
sobie odpowiedni czas, nie chcialam sie spieszyc.
Poznalam go. Fizycznie - cudo. Emocjonalnie - cudo. Taki dobry
czlowiek. Po prostu, po ludzku dobry i cieply. Fascynujacy,
inteligentny, ciekawy swiata i ludzi. Myslalam ze takich juz po
prostu nie ma.. a tu taka niespodzianka :) Milosc wybuchla. Milosc
wciaz trwa.

A tu taka niespodzianka...

Zamieszkalismy razem. Dla mnie to pierwszy raz gdy z kims normalnie
mieszkam :) Mialam tyle dziwnych obaw - co, jesli zobaczy mnie
totalnie chora, co, jesli rozmaze mi sie makijaz, co, jesli nie
zdaze przygotowac obiadu :D I tego typu wielkie problemy...
Po 2-ch miesiacach znacznie mniej seksu. Nie, nie z mojej strony:)
ja pod wzgledem seksualnym sie otworzylam, i to bardzo. Coraz wiecej
dziwnych, roznych rzeczy, ktore robilismy razem. A jednak - mimo, ze
seks by coraz lepszy - bylo go coraz mniej.
Dziewczyny zrozumieja o co chodzi - czulam sie totalnie odepchnieta,
brzydka jak noc, NIEWIDZIALNA. Duzo tu takich postow..
Rozmawialismy. Wg niego tak bylo we wszystkich jego dluzszych
zwiazkach - i ja mu wierze. Nigdy mnie nie oklamal, nigdy nie byl
nieuczciwy. Niektorzy powiedzieliby nawet, ze jest za szczery.
Nie zmienia to faktu ze czuje sie totalnie niewyzyta momentami.. I
frustruje mnie, jesli on zwraca wieksza uwage na jakas pikselowa
panne niz na mnie.

Ostatnio jednak.. nie wiem, nie wiem co o tym myslec.
Wierzylam w milosc. Wierzylam w niego i w nas.
A on mi opowiada od niedawna, ze.. ze taka jest jego natura. Ze mnie
kocha. Ze chce caly czas ze mna byc. Ale ze chce byc rowniez z
innymi.
To jest chyba to, co ludzie nazywaja otwartym zwiazkiem?
Frustracja, ktora we mnie wzbierala podpowiadala mi cos
takiego: "nacieszyl sie Toba, teraz chce miec wygodne zycie ze mna i
dodatkowo pykac na prawo i lewo. Ze mna seksu nie bedzie, bo ja taka
brzydka i glupia - ale od czasu do czasu moge liczyc na pocalunek".
Dosc radykalne, prawda?:)

Mialam dosc, mialam k.... dosc tego zastanawiania sie - czy dzis,
gdy wroce do domu - do NASZEGO DOMU - powie mi, ze znalazl jakas
laske i ma zamiar spedzic z nia weekend? (powiedzial mi, ze jak cos,
to powie mi wczesniej, zanim to zrobi). Bylam chora z tego smutku.
Cos we mnie juz peklo. Juz nie mogam tak dluzej. Rozmawialismy
szczerze wiele razy. Wierze mu, ze mnie kocha i chce ze mna byc. Nie
rozumiem jednak, dlaczego nie moze byc tak, ze jestesmy tylko ja i
on? Dlaczego juz go nie podniecam? Dlaczego chce zdeptac nasza
intymnosc, prywatnosc? Powiedzial, ze nie wierzy zebym ja, przy
swoim charakterze mogla zrobic to samo co on - ale to nie oznacza,
ze nie mam takiego prawa.
Ale dlaczego on nie rozumie, ze mi zalezy na nim, na nim, na nim??
Mialam fantazje nt. innych - ale nigdy nie ciagneo mnie do
realizacji.

Jestem wsciekla, czuje sie oszukana. A przeciez on mnie w zadnym
stopniu nie oszukuje. Nawet mnie jeszcze nie zdradzil. Moze gdyby
pierwszego dnia powiedzial, ze taka sytuacja moze kiedys nastapic,
ze on rozwaza otwarty zwiazek - wtedy moglabym powiedziec - nie. A
teraz jest juz za pozno - dla mnie. Nie chodzi nawet o ta glupia
obietnice, ze to ostatnia milosc.. Chodzi o to, ze ja sie juz
naprawde wypalilam.
Tak, szczeniacko to brzmi, ale moje marzenia wyparowaly. Milosc, w
ktora wierzylam - nie istnieje. Milosc, ktora on mi okazywal, o
ktorej mi opowiadal na poczatku - nie istnieje. Za kilka miesiecy
musze wyjechac za granice. Przez pare miesiecy bedziemy potem zyc
bez siebie. Oswiadczyl mi, ze nie wierzy w zwiazki na odleglosc, jak
wroce mozemy byc razem - ale w ciagu tych kilku miesiecy rozlaki -
nie.

A wiec jednak to nie jest Ksiaze na bialym koniu, ktory kocha mnie i
tylko mnie, i dla mnie moze naprawde wiele zrobic...
Nie, to jest szczery, uczciwy, kochajacy mezczyzna. Ktory wprost mi
mowi, ze bedzie z innymi.

Postawil mnie pod sciana. Moge sie zgodzic na ten uklad, moge z
niego po prostu wyjsc. Nie pokazal mi zadnej "szarej strefy". Na
razie zostalam. Kocham go. On kocha mnie. Razem mozemy wiele. I
wciaz mam nadzieje, ze zrozumiem jego punkt widzenia.
I ze moze kiedys bede dla niego wazna.
A na razie, zeby nie plakac zbyt wiele - wrocilam do palenia, pije
znacznie wiecej, zdecydowalam sie wrocic do narkotykow (pare lat w
czystosci). Nie bardzo chce mi sie zyc, w sumie nie mam juz celu.
Mialam swoje plany, ktore poswiecilam dla naszych. A nasze plany,
wspaniale marzenia, ktore mielismy na poczatku, o ktorych mi
opowiadal - dla niego chyba gdzies zniknely.

Cholernie przepraszam kazdego czytelnika, ze tak dlugo.
Ale chyba znasz ten motyw - wszyscy patrza na Twoj zwiazek z boku i
zazdroszcza. Tylko Ty jeden/jedna wiesz, co sie dzieje...
Naprawde nie mam komu sie wygadac. Polowa mojej rodziny mnie
wyklela, przez to ze z nim zamieszkalam. Nie mam czasu na
przyjaciol, bo haruje po 14 godzin. Zreszta - jak mam o tym
komukolwiek powiedziec? Bylam taka szczesliwa na poczatku,
przyjaciele i znajomi cieszyli sie wraz ze mna.. jak mam teraz im
oznajmic - hej, moj facet bedzie bzykal inne kobiety.

Bardzo, bardzo prosze o wsparcie.
    • kompresor666 Re: nazbieralo sie... (dlugie) 24.12.09, 12:06
      Niestety tak ten świat został stworzony., że przynajmniej część mężczyzn, do
      których niestety ja też się zaliczam, już tak ma.
      Nie potrafią długo być bezgranicznie zafascynowanym stałą partnerką, niezależnie
      od tego jaka by ona piękna nie była.
      Nie oznacza to jednak, że twój facet jest kurwiarzem i będzie Cię codziennie
      zdradzał... To nie tak działa.

      Wydaje mi się, że coś co by na jakiś czas uśpiło jego poligamiczną naturę to
      pojawienie się dziecka. Ja sam nie mam, ale zauważyłem że spędzając czas z
      siostrzenicą moje zapędy są znacznie ograniczone i zupełnie inne emocje wyzwala
      kontakt z dzieckiem (opieka, wspólna zabawa).
      Bardzo często czytam tutaj na forum o potrzebie "urozmaicenia" seksu w stałym
      związku, bo inaczej zawieje nudą.
      Niestety nie przekonują mnie te argumenty. W sensie, choćby nie wiem co stała
      partnerka zrobiła - np. wlazła na szafę przebrana za mikołaja, to tak czy owak
      to ta sama kobieta i nie poczuje tego, co do świeżego mięska :(
      Tak, też żałuję bo moje życie byłoby prostsze (biorąc pod uwagę ogólnie przyjęte
      normy społeczne).
      To się nazywa właśnie niskoerotyczność i wg mnie gówno da się z tym zrobić.
      Wpływ na to ma zarówno wychowanie (obserwowane wzorce),
      jak i pewnie cechy dziedziczne.

      Nie powinnaś z tego powodu mieć zaniżonej samooceny!!! Jak powiedziałem, z każdą
      inną byłoby to samo. Dla takiego faceta
      życie w monogamicznym związku to poświęcenie, bo nie czerpie z tego radości. Z
      drugiej jednak strony nie myl miłości z pożądaniem. Przygodny seks dla takiego
      faceta nie ma takiego znaczenia emocjonalego/więziotwórczego - jak w przypadku
      osobników wysokoerotycznych.


      Wesołych Świąt :)
      • kompresor666 Re: nazbieralo sie... (dlugie) 24.12.09, 12:43
        dodam jeszcze, że niskoerotyczny facet ma tez takie właściwości, które w pewnych
        okolicznością mogą myślę być nazwane zaletami:

        1. Jest baaaaardzo mało prawdopodobne aby się zaangażował na boku. Jest do bólu
        pragmatyczny i wie, że kochanka kręci tylko dlatego że jest kochanką, a nie żoną.

        2. O ile nie jest hipokrytą, będzie przymykał oko na romanse partnerki.

        I myślę że dochodzimy tu do dawno odkrytego wniosku: najważniejsze aby partnerzy
        w stałym związku byli odpowiednio dobrani (w sensie erotyczno-libidowym). Na
        pewno są kobiety o zapędach poligamicznych, jednakowoż wyznające zasadę, że
        spoiwem związku są inne wartości niż seks.
        • minusten Re: nazbieralo sie... (dlugie) 24.12.09, 14:02
          Z dzieckiem to chyba nie jest dobry pomysł. imho odsunie to tylko
          problem w czasie, i to też niekoniecznie. A potencjalnie mogą być 2
          nie jedna, nieszczęśliwe osoby.
          Bardzo ważne jest też żebyś nie czuła się winna i nie obniżała
          samooceny. To nie Twoja wina.
          Mam też trochę wątpliwości czy on faktycznie Cie kocha. Jakoś trudno
          mi sobie wyobrazić takie postępowanie jeśli wszystko inne w związku
          gra.
          I jeśli wolno spytać, ile masz lat?
          • minusten Re: nazbieralo sie... (dlugie) 24.12.09, 14:10
            po chwili namysłu:
            chyba powinnaś poszukać jakiejś fachowej pomocy. Fachowej znaczy
            profesjonalnej. Pewnie tu na tym forum ktoś będzie mógł więcej
            doradzić gdzie szukać.
            Im szybciej tym lepiej, związek z tym gościem Cie po prostu niszczy.
            • kag73 Re: nazbieralo sie... (dlugie) 24.12.09, 21:01
              Nie,nie potrzebujesz "fachowej pomocy", potrzebujesz po prostu
              INNEGO faceta, kropka. Po co trwonic czas na seksuologow/psychologow
              i innych specjalistow. Macie zupelnie inne podejscie do
              zwiazku/milosci/wiernosci. To jego wada, niech szuka kobiety, ktora
              tez interesuje taki uklad. On jest szczery, wylozyl kawe na lawe,
              jemu uklad pasuje, Tobie nie...pomysl o SOBIE, Ty masz byc
              szczesliwa.
              Zycie nie jest proste, nie trafilas na swojego, daj sobie z nim
              spokoj. Znajdzie sie inny, albo i nie, to naucz sie byc szczesliwa
              sama, zaoszczedzi Ci to wielu cierpien. A moze i kiedys znajdzie sie
              ktos inny.
              Wszyscy mielismy juz kiedys zlamane serce, nieszczesliwe milosci,
              nieudane zwiazki..."czlowiek jest mocny", pocierpisz, przezyjesz,
              ale nie pakuj sie w problemy. Im wczesniej zakonczysz ten zwiazek
              tym lepiej. Sama milosc nie wystarczy do dobrego/wieloletniego
              zwiazku. Nie po to jestes z kims, zeby popadac w alkoholizm i inne
              uzaleznienia. To juz lepiej zakoncz historie i wtedy pij,
              przynajmniej bedzie sie oplacalo. Az tak dlugo z nim nie jestes,
              odkochasz sie, nie Ty pierwsza nie ostatnia.
              Wiem, moze brzmi to brutalnie, ale to moje zdanie, sece sercem, ja w
              tym przypadku pokierowalabym sie rozumem. On nie jest jedynym
              facetem na tym swiecie, nie nadaje sie dla Ciebie i wszystko na
              temat. Nie probuj sobie wmawiac i starac sie go zrozumiec, zostaw go
              po prostu, to najlepsze i najlatwiejsze wyjscie.
              Wesolych Swiat mimo wszystko!
              • superprawda Re: nazbieralo sie... (dlugie) 24.12.09, 22:21
                Problemem jest to, ze postanowilas sie oszukiwac i wierzyc w
                romantyczna milosc. Otoz, jako duza dziewczynka, powinnas juz
                zrozumiec, ze takiej milosci nie ma. Nie ma tez juz zwiazkow
                dlugoletnich w mlodym pokoleniu. W starym jeszcze sa :-) ale mlodzi juz
                maja inaczej - wiedza, ze sa wolni. A co do facetow: facetow zawsze
                ciagnie do innej dziewczyny, gdy sie mu po dwoch miesiacach opatrzysz,
                zeby nie powiedziec dosadniej.
          • dirtyfinger Re: nazbieralo sie... (dlugie) 26.12.09, 13:08
            Dopoki sobie tego wszystkiego nie poukladam, nie mysle o dziecku. Marze o nim,
            to fakt:)
            Wiem, ze mnie kocha. Widze to i czuje. Ale oboje zgodzilismy sie juz dawno dawno
            temu, na etapie przyjazni - ze nie mozna poswiecac wszystkiego dla innej osoby,
            dla milosci. Trzeba zawsze zachowac cos swojego. Ja bylam na krawedzi
            zrezygnowania z ostatnich moich zainteresowan - teraz je kontynuuje, i widze, ze
            jemu jest z tym lepiej - nie jestem od niego uzalezniona. Nie zrezygnowalam tez
            z wyjazdu i dluzszej rozlaki - nawet gdyby w tym czasie przebzykal pol Polski -
            musze to zrobic dla siebie, chce to zrobic.
            Oboje jestesmy indywidualistami, z tym ze u niego dodatkowo przeklada to sie na
            zwiazki... Ale na logike - dlaczego mialoby to oznaczac, ze mnie nie kocha?
            Tylko dlatego ze jestesmy inni?
            Nie mysle o wizycie u profesjonalisty.. nawet tego nie rozwazalam.
        • dirtyfinger Re: nazbieralo sie... (dlugie) 26.12.09, 12:59
          Kompresor666, to co napisales jest niemalze tym samym, o czym opowiadal mi on. I
          tak samo mowil o tym, ze nie jest z tego zadowolony, ze zaluje ze nie jest
          "normalny".
          Dla mnie ta normalnosc nie istnieje.. gdyby byla, to juz bym nazwala go
          wstretnym zdrajca i zerwala z nim. Staram sie go zrozumiec. Staram sie
          zrozumiec, ze moze byc milosc do jednej osoby, moze byc milosc do wielu osob.
          Seks z jedna osoba, seks z wieloma...
          Bolesne jest po prostu zderzenie dwoch dosc roznych pogladow, odczuc. Trzeba sie
          jakos wzajemnie dotrzec. A Ty masz racje - nie powinnam czuc sie gorsza z tego
          powodu. Ale te roznice miedzy teoria a praktyka.. :) pracuje nad tym. Pracuje
          nad tym, zeby moja samoocena nie byla az tak uzalezniona od innych.
          Dziekuje Ci za odpowiedz, to mi bardzo pomaga w tym calym procesie zrozumienia
          drugiego czlowieka :)
    • yoric Re: nazbieralo sie... (dlugie) 24.12.09, 23:53
      Po pierwsze nie nazwałbym zachowania tego gościa uczciwym. Owszem, byłoby takie,
      gdyby oznajmił swoją postawę na początku znajomości/związku, a przynajmniej na
      początku tworzenia się więzi. Nawiasem mówiąc, kobiety często pakują się w układ
      taki lub podobny (typu choćby żonaty facet, który od początku wyklucza rozwód)
      wierząc, że to się z czasem zmieni: facet jednak zrezygnuje z kochanek,
      rozwiedzie się z żoną, itd. Oczywiście sytuacja nie zmienia się, ale to już
      problem babki, bo sama się w to wpakowała.
      Tutaj jednak mamy wyłożenie kart dopiero po emocjonalnym uzależnieniu od siebie
      partnerki. W porządku? Bardzo nie w porządku.

      Dwa, z tego co piszesz związek opiera się właśnie na uzależnieniu emocjonalnym
      jednej strony, a to są warunki, w których druga strona może wywalczyć wszystko,
      co chce. To jest bardzo niedobra sytuacja. Dobrze byłoby przejrzeć swoje karty
      przetargowe i przywrócić równowagę. Zacznij korzystać z przysługujących Ci
      swobód, a skutek może być piorunujący. Z osobistego doświadczenia: kiedy byłem w
      luźnej znajomości 'na seks' i ona, zgodnie z regułami gry, zaczęła delikatnie
      przyjmować zaloty innych osób z otoczenia, szlag mnie jasny trafił i dopiero
      wtedy dotarło do mnie, że może zależy mi na niej bardziej, niż myślałem. Wyszedł
      z tego bardzo fajny związek.
      • misssaigon Re: nazbieralo sie... (dlugie) 25.12.09, 00:27
        suma uzaleznien jest stala (jak to juz bylo walkowane na tym forum)

        narkotyki zamienilas na faceta, facet nie dostarczyl odpowiedniego poziomu
        satysfakcji - wrocily narkotyki

        nie w nim tkwi problem
        • dirtyfinger Re: nazbieralo sie... (dlugie) 26.12.09, 13:16
          misssaigon - czysta prawda. Bylo walkowane, niestety nie doczytalam... ale
          stuprocentowa prawda. Tu nawet nie chodzi o faceta, to moje zycie nie wyglada da
          mnie satysfakcjonujaco - na przestrzeni lat zawsze w jakims momencie pekalam i
          mowilam sobie - nie wytrzymam dluzej, moja ostatnia szansa jest znowu w to wejsc.
          Ale staram sie. Od czterech dni mam "cos" w domu, lezy nieruszone. Kazdego dnia
          mowie sobie - wezme, jak juz naprawde nie dam rady. Jeszcze sie trzymam:)
      • dirtyfinger Re: nazbieralo sie... (dlugie) 26.12.09, 16:41
        yoric, myslaam wlasnie o tym, zeby sprobowac z kims innym. Oczywiscie jawnie.
        Ale to nie moze byc oparte na zemscie albo checi wywolania zazdrosci...
        Zobaczymy co dobrego z tego wyniknie. Nie chce czerpac jakiejs dzikiej radosci z
        tego, ze zrobilam mu na zlosc.
        Moze potrzeba mi wyzwolenia sie z pewnych wiezow? Nigdy nie bylam specjalnie
        swietoszkowata, przezylam pare one-night stands. Potem pod wplywem innego
        kolesia uwierzylam w absolutna stabilizacje, dom, dzieci, praca.
        Uwolnilam sie ze zwiazku, w ktorym bylam przyjaciolka, a nie kochanka. Moze
        potrzebuje byc bardziej wyzwolona - wybaczcie slowa, moze powinnam sie po prostu
        "puscic".. szalone? Moze bardziej szalone jest wmawiac sobie, ze milosc jest
        tym, co widzimy w serialach/filmach, tym co opisuja poeci, o czym spiewaja
        piosenkarze.

        Czyz milosc do kazdej innej osoby nie jest diametralnie rozna?
        Czy mamy prawo dopasowywac taka osobe, wtlaczac ja w schemat zdefiniowanej przez
        nas milosci?
    • marek_gazeta Re: nazbieralo sie... (dlugie) 25.12.09, 21:01
      Zgadzam się z kag73: wrong guy. Wywal go za drzwi. Troszkę popłaczesz, a potem Ci przejdzie. Związek jest w fazie początkowej, a już Cię niszczy; to bardzo źle wróży na przyszłość.

      I nie wiem, skąd taka desperacja, że to niby ostatnia szansa.

      I zgadzam się z yoricem - facet niby taki szczery, a dopiero przycisnięty do muru, już po tym, jak związek zaczął się krystalizować, odkrył karty. Taka szczerość jest gówno warta. Miałaś pełne prawo zakładać, że facet chce wchodzić w związek normalny. Wszystko, co od typowej wizji związku kobiety z mężczyzną daleko odbiega - nietypowe upodobania seksualne (seks grupowy, czynna biseksualność), nietypowe poglądy na wierność, chęć posiadania bądź nie dzieci ("żadnych dzieci") czy aktualny stan cywilny ("jestem żonaty, ale żona nic dla mnie nie znaczy" itp. bajki) należy wyjawić na początku, dając drugiej osobie wybór.
      • dirtyfinger Re: nazbieralo sie... (dlugie) 26.12.09, 13:24
        marek_gazeta, zastanawiam sie - czy ten zwiazek mnie niszczy, czy uczy?
        Nigdy nie wierzylam w normy i zasady, bylam do nich po prostu przyzwyczajona.
        Bylo dla mnie oczywiste, ze wszyscy reaguja tak samo. Ze definicja milosci,
        wiernosci - dla wszystkich jest taka sama. Nie zastanawialam sie nad tym, ze
        ktos moze myslec inaczej.

        A jednak uczciwie przyznaje - nie wierzylam ze istnieje NORMALNOSC. I dlatego
        teraz nie umiem po prostu z nim skonczyc - bo jakiz mam powod? Mam bronic zasad,
        ktore nie istnieja? Jak ja sobie mam wytlumaczyc takie rozstanie?
        To nie jest moja ostatnia szansa... ale zobacz - wszystko sie teraz we mnie
        zmienia. jak ktos wczesniej wymienil slowo - romantycznosc - to znika, a moze
        raczej - ulega redefiniowaniu.
        Nie bronie go, ale nie mam zamiaru litowac sie sama nad soba do konca zycia. To
        jest k....sko bolesna rzecz, to co teraz przechodze. Czuje sie z tym samotna,
        dlatego tu napisalam - bo widze, ze wiele osob tez ma takie problemy (takie jak
        ja, takie jak on). Dziekuje za kazda odpowiedz.
        • kag73 Re: nazbieralo sie... (dlugie) 26.12.09, 15:29
          Posluchaj, diryfinger, Ty tak naprawde nie chcesz rady, chce sie po prostu
          wygadac.
          Tak, jestes uzalezniona emocjonalnie i to przeslania Ci myslenie.

          A ja to widze tak:
          Twoj facet albo rzeczywiscie ma "skrzywienie"(przepraszam Cie, kompressor,
          ale skrotowo tak to nazwe)albo po prostu nie jest w Tobie tak naprawde
          zakochany albo mu az tak bardzo nie zalezy, nie jestes TA JEDYNA.
          Bo, "normalni" panowie wypowiedzcie sie jak to jest!(superprawda nie musi,
          jego zdanie juz znamy), moje doswiadczenie jest takie, ze zaswiergolony
          facet swiata poza swoja kobieta nie widzi, oczy ma tylko dla niej, chce
          tylko i ciagle z nia.
          Twoj gosc natomiast po tak krotkim czasie traci zainteresowanie Toba.
          Niech sobie nawet macie "otwarty" zwiazek, wszystko jest dla ludzi, jezeli
          tego chca i lubia, ale, ze po tak krotkim czasie seksu miedzy Wami
          zdecydowanie mniej jak napisalas, to jest ten bol. A on sobie cool bedzie
          bzykal na boku a o Tobie wie, ze Ty nie, bo to nie ten charakter i takie
          tak pierdu, pierdu. Moim zdaniem cala sie jemu emocjonalnie "oddalas",
          jest pewien Twojej milosci i Twojego oddania, nie ma cienia watpliwosci. A
          to BLAD! I pewnie jeszcze do tego robisz wszystko dla niego obiadki,
          sniadania i cala reszte a faceci mamusi nie potrzebuja, bo juz jedna maja.
          Tak kobieta przestaje byc wyzwaniem, Nie glaskaj kotka na smierc.
          Poza tym Ty jestes po uszy zakochana, widzisz rzecz subietktywnie i
          myslisz, ze on ma tak samo, tym czasem moze wcale tak nie jest. Fecet na
          pewno na swoj sposob Cie lubi/kocha, ale to nie do konca to. Seks coraz
          lepszy dla Ciebie, co nie znaczy, ze dla niego tez. On zostawia sobie
          furtke.

          Jestem zdania, ze Twoj niedlugi wyjazd bylby wspaniala okazja na zerwanie
          z nim, bedzie daleko, Ty otworzysz oczy na innych, mozesz sobie wmawiac,
          ze jest draniem. To najlepsze co mozesz zrobic. Wiem, wmawiasz sobie, ze
          macie troche inny uklad niz wiekszosc par, ale nie znaczy to, ze zly,
          chcesz w to wierzyc. A prawda jest taka, ze jezeli z nim zostaniesz cale
          lata bedziesz cierpiec(raz mniej, raz bardziej) i sie miotac.

          Abstrahujac od tego co napisalam, wyprobuj, powiedz mu niedlugo ktorejs
          soboty rano przy sniadaniu nie zartem i bez wiekszych emocji, ze poznalas
          kogos kto Cie niesamowicie pociaga seksualnie i ze sie wlasnie umowilas z
          nim na dzis na 20:00. W koncu on tez obiecal, ze jakby co...to Ci powie
          wczesniej.
          Zobaczysz jego reakcje. Na pewno sie zdziwi, bo przeciez on to potrafi, Ty
          nie, bo moralnosc i dla Ciebie tylko on i takie tam. Powiesz, ze
          przemyslalas, dojrzalas, tylko krowa nie zmienia pogladow. Potem
          rzeczywiscie wyjdz z domu, umow sie ze znajoma. Jemu powiedz, ze wrocisz
          np. kolo polnocy. Byc moze nie sprawi mu to roznicy, bo on Ciebie tak
          naprawde nie kocha i nie mialby nic przeciwko, zebys znalazla kogos innego.

          Tak czy siak, nie pakuj sie w ten zwiazek. Dlaczego? Dlatego, ze ludzie
          mimo zwiazku otwartego tez ze soba sypiaja a w Twoim zwiazku on stracil
          zainteresowanie Toba po bardzo krotkim czasie. A Ty albo rzeczywiscie
          dojrzejesz i bedzies szukala seksu gdzie indziej bedac z nim, albo
          bedziesz cierpiala jak idiotka. Przepraszam za dosadne slowa, ale tak to
          widze. Nie wykluczam, ze po latach dojrzejesz do rozstania z nim, ale
          szkoda tych lat.
          Kto wie, moze wczesniej on rozstanie sie z Toba, kiedy trafi na "swoja".
          • triss_merigold6 Re: nazbieralo sie... (dlugie) 26.12.09, 15:33
            Ja się streszczę: Kobieto, qrwa, miej trochę szacunku dla samej
            siebie. Jakie zasady do cholery, nikt nie musi uzasadniać chęci
            wyłączności seksualnej w stosunku do kochanej osoby. Przestań się
            szmacić, bo już samo słuchanie tych bzdur to szmacenie się.
          • dirtyfinger Re: nazbieralo sie... (dlugie) 26.12.09, 16:31
            kag73 - chce sie wygadac. Chce poznac stanowisko innych osob. Jak napisalam na
            poczatku - nie mam z kim o tym szczerze pogadac, a nawet gdyby - to z ludzmi
            ktorzy mnie znaja rozmowa bylaby zupelnie inna. Malo kto zaprezentowalby swoje
            poglady, przemyslenia w tak jasny sposob, wszystko byloby lekko wypaczone
            dlatego, ze rozmawiaja z przyjaciolka/znajoma. Dlatego ciesze sie z tego forum.

            Zadalam sobie pytanie - czy chce uprawiac seks z jedna osoba do konca swoich
            dni? Czy nie bede zalowac, ze nie sprobowalam z kobieta? Albo z innym mezczyzna?

            Nie zgadzam sie z tak radykalna ocena mojej osoby, ze jestem wpatrzona tylko w
            jednego czlowieka - tak, kocham, szanuje niesamowicie. Ale czuje rowniez pociag
            do kogos innego, czasami.

            I staram sie rozwiklac ta kwestie - czy to jest zle?
            Moze gorsze jest robienie z siebie swietej dziewicy na sile? (dotyczy rowniez
            mezczyzn:)
            Moze gorsze jest zycie we frustracji, zaklamaniu?

            Zawsze otwarcie mowilam - nie wierze w celibat. Ludzie, ktorzy na sile wmawiaja
            sobie, ze ich organy plciowe moglyby nie istniec - predzej czy pozniej doznaja
            cierpienia, chocby nieswiadomie.
            Zastanawiam sie, czy my, wierzacy w monogamie nie zachowujemy sie jak ksiazeta
            udzielni, myslac - Twoj penis/pochwa naleza do mnie. Twoj orgazm jest moim
            orgazmem. Twoja seksualnosc jest stworzona dla mnie. Jak latwo pojsc o krok
            dalej i powiedziec - jestes Moj/Moja!

            Latwo jest niektorym z Was napisac - rzuc go. Zerwij.

            Ale czy ucieczka jest wyjsciem?
            Czy wystarczy ze powiem - on nie istnieje, jego problem nie istnieje, otwarte
            zwiazki nie istnieja. Albo - on jest zly i taka milosc jest zla.

            Dla mnie to nie takie latwe. Skad pewnosc, ze nastepny mezczyzna nie bedzie sie
            fascynowal innymi ludzmi (rowniez mezczyznami)?


            kag73, jestem uzalezniona. Jestem zakochana. Ale nie trace tych resztek zimnej
            logiki... nie trace poczucia sprawiedliwosci, ktore mowi mi, ze... ja wcale nie
            musze miec racji.
            Czy on mnie wykorzystuje? Czy mozna to nazwac wykorzystywaniem, ze on jest
            (teraz) szczery? Czy lepiej by mi bylo, gdybym nigdy nie uslyszala tych slow?
            Gdyby on dusil to w sobie do konca zycia? Gdyby nigdy mnie nie zdradzil, ale do
            konca swoich dni myslal o tym kazdego dnia?
            Czy nie znienawidzilby mnie w koncu? A ja jego?
            Pragnelam prawdy w moim zyciu. Nie zalezy mi na milosci na papierze, na milosci
            "z obowiazku". Nie chce, zeby moj facet biczowal sam siebie za to, ze spojrzal
            na dlugonoga laske.
            Ale jest we mnie ten konflikt... ze moze tak wlasnie powinno byc, ze powinnismy
            cierpiec, biczowac sie, umartwiac... dla tzw. milosci...
            takie idealy nam wpajano. Rycerz, ktory mordowal kazdego mezczyzne, ktory nie
            zgadzal sie, ze jakas panna jest najpiekniejsza na swiecie. Dama, ktora zyla
            miloscia do jednego oblubienca, nigdy nie patrzac na innych.
            Czym jest wiernosc?
            Powstrzymywaniem sie?
            Brakiem popedu do innych? A co, jesli jednak taki poped istnieje?


            Boze, nawet nie wiecie jak bardzo chce sie wygadac. O wiele bardziej chce tez
            wysluchac jak najwiekszej ilosci opinii na podobny temat. Ze strony mezczyzn,
            ktorzy czuja tak jak on, mezczyzn, ktorzy mysla inaczej, kobiet, ktore zyja w
            podobnych zwiazkach, kobiet, ktore nigdy by sie na tyo nie zgodzily. I jak
            bardzo sie ciesze, ze az tyle osob odpowiedzialo.
            • kag73 Re: nazbieralo sie... (dlugie) 26.12.09, 17:35
              Rozumiem, ze nie chcesz, zeby Twoj facet "biczowal sam siebie, "cierpial"
              itd, rozumiem i dlatego ti Ty wolisz "biczowac" sama siebie i cierpiec, bo
              na razie na to wyglada.

              Nie mowie, ze ktos ma miec cale zycie jednego partnera(chociaz tego nie
              wykluczam), Ty tez podobno mialas juz innych. Jedyne co wiem, to to, ze z
              mloscia to jest taka sprawa, ze jak sie czlowiek tak naprawde wpakuje po
              uszy to czuje wlasnie tak jak Ty: nasza intymnosc i tylko my i owszem
              pojawia sie uczucie zazdrosci. Jedni ja okazuja, drudzy zachowuja dla
              siebie, potrafia sobie z nia lepiej poradzic "w srodku".

              "Zawsze otwarcie mowilam - nie wierze w celibat. Ludzie, ktorzy na sile
              wmawiaja
              sobie, ze ich organy plciowe moglyby nie istniec - predzej czy pozniej
              doznaja cierpienia, chocby nieswiadomie.
              Zastanawiam sie, czy my, wierzacy w monogamie nie zachowujemy sie jak
              ksiazeta udzielni, myslac - Twoj penis/pochwa naleza do mnie. Twoj orgazm
              jest moim orgazmem. Twoja seksualnosc jest stworzona dla mnie. Jak latwo
              pojsc o krok dalej i powiedziec - jestes Moj/Moja!"

              Nie popadajmy w skrajnosci. Mysle,z e do monogami/wiernosci nikogo nie
              mozna zmusic, albo ktos tego chce i to jego wybor/wola albo nie.
              Poza tym jak najbardziej moj maz jest "moj" i jego penis tez, ale to
              tylko "romantyczne" stwierdzenie, otoczka, dowod na nasza przynaleznosc do
              siebie, jestesmy para to nas rozni od innych z soba zaprzyjaznionych
              ludzi. Bo tak naprawde dokladnie wiem, ze moj maz jest wolnym czlowiekiem,
              jest ze mna, bo tego chce, na sile go nie trzymam, ale nie jest moj. I o
              tym czy jest moj decyduje tylko i wylacznie on sam.

              Ja w glowie Twojego faceta nie siedze. Obawiam sie, ze moze Cie nie kocha.
              Nawet jezeli chcialabys przespac sie z kims innym i mu o tym powiesz,
              doradzi Ci bez cienia zazdrosci jak i co masz zrobic. Moj maz byl w
              przeszlosci w zwiazku z kobieta, ktora byla przemila, w nim zakochana,
              starala sie dla niego. On sam na swoj sposob ja kochal czy lubil, ale w
              glebi duszy wiedzial, ze to nie ta, ze nie bedzie z nia szczesliwy, ze
              zawsze bedzie ogladal sie za innymi a jak pojawi sie jakas, ktora bedzie
              odpowiadala jego oczekiwaniom, zostawi obecna. I podobnie nie mial nic
              przeciwko temu, zeby ona sypiala z kims innym i on sam tez, a o seksie
              musiala mu przypominac, na zasadzie "kochanie, to juz 2 tygodnie bez
              seksu". O, wtedy ok, lumpil sie chlop nie bedzie, ale tak bardzo mu nie
              zalezalo. Niby chcial z nia zerwac, ale nie bylo to latwe, dziewczyna sie
              starala, byla zakochana a on odetchnalaby z ulga gdyby mu powiedziala, ze
              zakochala sie w kims innym.
              W Twoim przypadku nie musi tak byc, moze Twoj mezczyzna jest za zwiazkiem
              otwartym. Zeby byc szczesliwa Ty tez musisz tego chciec,
              jezeli "pojdziesz" z kims innym, to dlatego, ze tego chcesz a nie, zeby
              zrobic mu zlosc.
              To musi byc rowniez Twoj sposob na zycie/zwiazek.
              Jak do tej pory, uwazam, pokazujesz calkiem ludzkie/normalne reakcje,
              kochasz go ponad zycie i chcesz TYLKO dla siebie. Gdyby u niego bylo tak
              samo, powiedzialabym "wspaniala" para, wszystkiego dobrego, maja szanse.
              A ze tak nie jest...Mysle,z e u wiekszosci z nas jest podobnie, zakochani,
              chcemy wylacznosci i sami chcemy byc wylacznie dla tego/tej
              jednego/jednej. Co przynosi zycie po czsie, po latach...to juz inna
              kwestia i i odmienny temat. Zycie jest pelne niespodzianek.
              Uwazam, jak ktos tutaj juz wspomnial, ze masz problemy z sama soba i Twoim
              zyciem emocjonalnym. Wez sie w garsc, patrz, zebys byla sczesliwa i
              zadowolona z zycia.
    • glamourous Re: nazbieralo sie... (dlugie) 26.12.09, 15:56
      A ja to widze tak : nie pakuj sie w zwiazki dopoki nie zrobisz porzadku sama ze
      soba. Te narkotyki wczesniej i teraz, to uciekanie w alkohol i te straszne doly
      pod wplywem rozczarowania krotkim w koncu zwiazkiem. A zwlaszcza ta Twoja chora
      decyzja : "jestem nieszczesliwa w milosci, wiec POSTANOWILAM ze wracam do
      narkotykow" Dla mnie takie stwierdzenie to wskazowka, ze cos tu u Ciebie
      powaznie nie gra - i to nie na plaszczyznie zwiazkowej, miedzyludzkiej - tylko
      Ty sama masz spore problemy ze soba. Warto by sie moze temu przyjrzec
      (psycholog, terapia), bo kobieta z problemami raczej nie przyciaga pozytywnych,
      fajnych facetow. I chyba tu jest raczej zrodlo Twojego emocjonalnego balaganu, a
      nie bezposrednio w tym, ze ten konkretny pan okazal sie nieodpowienim partnerem.
      • triss_merigold6 Re: nazbieralo sie... (dlugie) 26.12.09, 16:15
        Faceci mają zwykle lepszy shit detector i unikają kobiet z
        napisem "PROBLEM" na czole.
        • glamourous Re: nazbieralo sie... (dlugie) 26.12.09, 16:23
          triss_merigold6 napisała:

          > Faceci mają zwykle lepszy shit detector i unikają kobiet z
          > napisem "PROBLEM" na czole.

          Faceci niepopaprani, owszem. Ale faceci z problemami niestety czesto
          podswiadomoe dzialaja na zasadzie "swoj przyciaga swego".
          Np. zestaw alkoholik + DDA, klasyka.
          • dirtyfinger Re: nazbieralo sie... (dlugie) 26.12.09, 16:47
            glamorous, zdefiniuj "popapranie"
            Zreszta, skad pewnosc ze on przyciagnal mnie?
            • triss_merigold6 Re: nazbieralo sie... (dlugie) 26.12.09, 16:58
              Przyciągnęliście się nawzajem, kto na kogo pierwszy zwrócił uwagę
              nie ma znaczenia.
              Popapraniem jest defekt: nałóg, niestabilność psychiczna, napady
              agresji, niezrównoważenie emocjonalne, potrzeba posiadania partnera
              o cechach wykluczających się wzajemnie etc.
        • mujer_bonita Re: nazbieralo sie... (dlugie) 26.12.09, 23:06
          triss_merigold6 napisała:
          > Faceci mają zwykle lepszy shit detector i unikają kobiet z
          > napisem "PROBLEM" na czole.

          Akurat tu często jest odwrotnie - niektórzy panowie potrafią wyszukać sobie kobiety słabe psychicznie, z problemami, podatne na manipulację. I baaaardzo szybko uzależniają je emocjonalnie po czym wykorzystują - zakochana kobieta jest naprawdę wiele w stanie zrobić :)
    • yoric Re: nazbieralo sie... (dlugie) 26.12.09, 20:34
      Nie wmawiajcie kobiecie, że facet jest 'popaprany'. Facet jest normalny, ale
      wyczuł, że ma bardzo silną pozycję w związku i uzależnioną od niego kobietą i że
      może sobie na pewne warunki pozwolić - to sobie pozwala. Gdyby nie miał tego
      poczucia i gdyby miał pełną świadomość tego, co może stracić, bardzo możliwe, że
      momentalnie nawróciłby się na monogamię. Ale po co, skoro nie musi?

      Zdrową reakcją w tej sytuacji jest ograniczenie kontaktów i jawne szukanie sobie
      zastępstwa. Jeżeli on nie zareaguje, to znaczy, że jesteś mu obojętna, więc
      związek i tak nie ma sensu.

      To co piszesz o poligamicznej naturze to jest wszystko prawda, ale w takim razie
      powiedz mi, dlaczego tak bardzo Cię boli i jest nie do przeżycia myśl o
      dzieleniu swojego faceta z inną?
      • glamourous Re: nazbieralo sie... (dlugie) 26.12.09, 22:54
        yoric napisał:

        > Facet jest normalny, ale wyczuł, że ma bardzo silną pozycję w
        > związku i uzależnioną od niego kobietą i że
        > może sobie na pewne warunki pozwolić - to sobie pozwala. Gdyby nie > miał tego
        poczucia i gdyby miał pełną świadomość tego, co może
        > stracić, bardzo możliwe, że
        > momentalnie nawróciłby się na monogamię.

        Facet moze i jest, jak sugerujesz, "normalny" ale jak widac ona (kobieta z
        widocznymi jak na dloni problemami) nie potrafila wzbudzic w nim uczuc na tyle
        silnych, zeby zainwestowal w nia maksimum swojej uwagi i choc dla picu rzucil
        swoje poligamiczne ciagotki. Tak czy owak na jedno wychodzi - kobiety z
        problemami przyciagaja albo facetow z problemami ALBO normalnych facetow, ktorzy
        jednak nie potrafia mocno sie w nich zakochac - bo owe widoczne problemy
        stawiaja je w dosc slabej pozycji, co z kolei mezczyzni doskonale wyczuwaja.
        Reasumujac : kobiety z nieuregulowanymi problemami i wewnetrznym balaganem
        emocjonalnym jakos z reguly nie przyciagaja zdrowych damsko-meskich klimatow.
        • yoric Re: nazbieralo sie... (dlugie) 27.12.09, 02:07
          Ja bym tak nie generalizował na podstawie jednego przypadku, no i też na
          podstawie paru akapitów tekstu nie robił całościowej psychoanalizy...
      • mujer_bonita Re: nazbieralo sie... (dlugie) 26.12.09, 23:03
        yoric napisał:
        > Nie wmawiajcie kobiecie, że facet jest 'popaprany'. Facet jest normalny, ale
        > wyczuł, że ma bardzo silną pozycję w związku i uzależnioną od niego kobietą i że
        > może sobie na pewne warunki pozwolić - to sobie pozwala. Gdyby nie miał tego
        > poczucia i gdyby miał pełną świadomość tego, co może stracić, bardzo możliwe, że
        > momentalnie nawróciłby się na monogamię. Ale po co, skoro nie musi?

        Ależ Yoricu - to właśnie jest emocjonalne 'popapranie' - nie sam fakt chęci poligamii tylko wyszukanie sobie kobiety z problemami, uzależnienie jej emocjonalnie (łatwa ofiara) po czym 'zmuszenie' jej do układu do którego 'na trzeźwo' nigdy by się nie zgodziła, z czego on doskonale zapewne zdaje sobie sprawę. W normalnych ludziach jest jednak jakiś hamulec, który nie pozwala nam na tego typu akcje.
        • kag73 Re: nazbieralo sie... (dlugie) 26.12.09, 23:30
          To wcale nie musi byc tak, ze facet jest taki wyrafinowany. Moze to
          calkiem mily gosc, tylko ona nie do konca kreci/pociaga, to nie ta
          kobieta dlatego zostawia sobie furtke. Moze jest "przejsciowa
          narzeczona".
        • yoric Re: nazbieralo sie... (dlugie) 27.12.09, 01:33
          > W normalnych ludziach jest jednak jakiś hamulec, który nie pozwala nam na tego
          typu akcje.

          normalni ludzie (faceci) to po jakimś czasie znajomości mówią lasce, że są
          żonaci - więc temu facetowi jeszcze trochę do normy brak, w sensie pozytywnym,
          bo przynajmniej robi pozory bycia fair. Pewnie w swoim mniemaniu jest fair. Robi
          to, na co sobie może w ramach tej uczciwości pozwolić - a że kobieta nie stawia
          mu granic, to już jej problem.
      • zakletawmarmur Re: nazbieralo sie... (dlugie) 02.01.10, 23:25

        Zgadzam się, że dziewczyna zainwestować więcej energii w
        nienależność emocjonalną i poczucie własnej wartości. Nie mogę
        jednak zrozumieć takiego podejścia do sprawy o jakim piszesz:

        Facet jest normalny, ale
        > wyczuł, że ma bardzo silną pozycję w związku i uzależnioną od
        niego kobietą i ż
        > e
        > może sobie na pewne warunki pozwolić - to sobie pozwala.

        Hitlerowcy też robili wiele rzeczy bo mogli sobie na to pozwolić.
        Tylko czy to oznacza, że wina leżała po stronie ich ofiar?

        Facet, gdyby miał w sobie więcej wrażliwości to nie wymuszałby od
        zakochanej w nim kobiety z problemami (przez co słabszej), żeby
        godziła się na coś co ją upokarza, unieszczęśliwia... Zdrową reakcją
        było by zakończenie znajomości i poszukanie sobie dziewczyny, która
        wydaje mu się na tyle interesująca, żeby spełniać jej potrzeby. Czy
        nie można tego podciągnąć pod znęcanie się nad słabszym?
        • mujer_bonita Re: nazbieralo sie... (dlugie) 03.01.10, 00:53
          zakletawmarmur napisała:
          > Hitlerowcy też robili wiele rzeczy bo mogli sobie na to pozwolić.
          > Tylko czy to oznacza, że wina leżała po stronie ich ofiar?

          Echh to Prawo Godwina :)
          pl.wikipedia.org/wiki/Prawo_Godwina
          • zakletawmarmur Re: nazbieralo sie... (dlugie) 03.01.10, 01:09

            Mujer, ja Tu nikogo od nazistów nie wyzywam:-) Widzę różnice w złym
            potraktowaniu kobiety i zamoedowaniu człowieka. Z drugiej strony
            widzę też podobieństwa- wykorzystywanie argumentu siły. Dostrzegam
            tu winę autorki wątku, jak i ofiar innych form przemocy.

            Chodzi mi raczej o to, że czasami coś istnieje tylko w 5% i przez to
            nie jest widoczne. Dlatego dałam przykład czegoś 100% o podobnej
            zasadzie działania... Na takich typowych, mocnych przykładach te
            zasady są lepiej widoczne:-)

            Przede wszystkim to nie podchodzę do tego rodzaju problemów
            emocjonalnie. Mam już na tyle zrytą psychikę, że żaden facet
            poważnej krzywdy nie byłby w stanie mi wyrządzić i to ostatnia
            rzecz, której się w życiu boję.
    • mujer_bonita Zmniejszanie dysonansu poznawczego :) 26.12.09, 23:15
      IMO jesteś aktualnie szaleńczo zakochana, uzależniona emocjonalnie od tego
      faceta. Miała być bajka - 'ostatnia szansa - niestety królewicz okazał się żabą
      a Ty teraz próbujesz sama siebie 'zagadać' - zracjonalizować to, co tak naprawdę
      Ci się nie podoba, wmówić samej sobie, że to co chciałaś jest 'be' a to co masz
      jest super. To równia pochyła. Jesteś w stanie na wiele się zgodzić po to, żeby
      utrzymać faceta przy sobie - tylko CZY WARTO?

      Moja rada - daj sobie spokój, odpocznij, zrób przerwę. Szacunek do samej siebie
      jest ważniejszy od faceta. Jeżeli jemu będzie zależeć - pójdzie na kompromis (a
      nie jak w tej chwili stawianie na swoim). Jeżeli nie - cóż - tego kwiatu jest
      pół światu :)
      • dirtyfinger Re: Zmniejszanie dysonansu poznawczego :) 27.12.09, 02:33
        ~czy warto...
        staram sie odpowiedziec na to pytanie 5 minut po kolejnej awanturze, jaka
        nieswiadomie wywolalam. Czasem czuje sie jak wiezien we wlasnym domu. Czasem jak
        wrog publiczny nr jeden...

        ale jak mam zgodzic sie z tymi, ktorzy mowia - pozbadz sie go?
        myslicie ze to tak prosto?

        nie chce na sile utrzymac go przy sobie, chce uczynic nas, oboje -
        szczesliwszymi ludzmi.
        Czy chce zbyt wiele? czy to jest zbyt trudne?
        Dlaczego nikt z was nie powie mi, ze moze sie udac?

        przechodze potwornie ciezkie zmiany...

        jest mi trudno.

        Ae z niecierpliwoscia czekam na post od osoby, ktora wie przez co przechodze i
        ktora podjela decyzje - co dalej. Kto nie byl, nie widzial, nie czul tego co ja
        - nie wie.


        nie chce sie uzalac nad soba. ale nie jestem zbyt dobrze traktowana. czasem
        mysle ze to tyko sen, z ktorego sie obudze.


        i wszyscy bedziemy szczesliwi...

        • yoric Re: Zmniejszanie dysonansu poznawczego :) 27.12.09, 11:58
          > Czy chce zbyt wiele? czy to jest zbyt trudne?
          Dlaczego nikt z was nie powie mi, ze moze sie udac?

          Większość ludzi pisze na Forum, żeby przeczytać to, co chce przeczytać, ale u
          Ciebie to przypadek ekstremalny. Nie chcesz widzieć, co Ci ludzie piszą i co Ci
          dobrze radzą.
        • kag73 Re: Zmniejszanie dysonansu poznawczego :) 27.12.09, 12:10
          Dziewczyno, moze on wcale nie chce byc uszczesliwiony na sile.
          Napisz ile ze soba jestescie i ile masz lat.
          My Cie wszyscy doskonale rozumiemiemy, nie Ty pierwsza cierpisz z powodu
          milosci. Wiekszosc z nas przez to przechodzila. Daj sobie powiedziec: sama
          milosc nie wystarczy, to za malo. Prawada jest taka, ze sama siebie chcesz
          katowac. Zerwij, bedziesz cierpiec, minie, odetchniesz z ulga. Bo teraz
          tez cierpisz, ale raczej nie odetchniesz i bedziesz cierpiala dluzej.
          Znam takie przypadki takich naiwnych kobiet "wiem, on jest taki, siaki,
          owaki, ale...ja go kocham", no to prosze, a potem maja w zyciu
          przechlapane, ale skoro kocha sie za nic...
        • aandzia43 Re: Zmniejszanie dysonansu poznawczego :) 27.12.09, 13:24
          chce uczynic nas, oboje -
          > szczesliwszymi ludzmi.
          > Czy chce zbyt wiele? czy to jest zbyt trudne?
          > Dlaczego nikt z was nie powie mi, ze moze sie udac?

          Co ma się udac? Ty masz polubic bycie jedną z wielu, czy on jakimś
          cudem ma polubic monogamię? I macie te rozwiązania polubic w stopniu
          dającym wam szczęście? Czy sądzisz, że to realne? Mnie się wydaje,
          że nie i dlatego nie napiszę ci, że może się udac. Udac to wam się
          moze kulawy, toksyczny związek. Pięknie może się wam udac. Wyrosnąc
          jak wielkanocna baba na drożdżach problemów emocjonalnych. Amen.

          > Ae z niecierpliwoscia czekam na post od osoby, ktora wie przez co
          przechodze i
          > ktora podjela decyzje - co dalej. Kto nie byl, nie widzial, nie
          czul tego co ja
          > - nie wie.

          Kazdy z nas wie, co to cierpienie z powodu niespełnienia wyobrazeń i
          wizji dotyczących sfery miłosnej. Z powodu rozbieżności między tym,
          co byśmy chcieli, a tym, co daje nam los i partner. Więc nie musisz
          czekac z niecierpliwością, tylko z cierpliwością zabierz się za
          czytanie tego, co już napisane.
        • selfmademan Re: Zmniejszanie dysonansu poznawczego :) 27.12.09, 13:29
          Już Ci raz Miss napisała w czym leży sedno - w Tobie.
          Twój post to "emocjonalny dreszczowiec" - miał być jeden jedyny
          facet ratujący Twoją wizję uczuć, trafił się może i fajny gość, ale
          szczerze ci mówi, że nie jesteś Tą Jedną Jedyną (bo tak czytam te
          ewidentne deklaracje co do innych ewentualnych pań).
          Zaczynasz zatem pić, wracasz/sięgasz po dragi, nie potrafisz
          szczerze pogadać z kimkolwiek z najbliższego otoczenia, zdanie o
          rodzinie która "cię wyklęła" też jest symptomatyczne.

          Masz ewidentny problem sama ze sobą, o uzależnieniach nie wspomnę.

          Błagania Forum o wsparcie (Twoje ostatnie zdanie - sama je
          przeczytaj...) to taka podpórka aby nie przyznać się że potrzebna Ci
          terapia, być może również jak najbardziej wyjazd, zupełna zmiana
          otoczenia etc.

          Co by Ci tu jeszcze starzy bywalcy i przypadkowi czytacze nie
          napisali - decyzja nalezy wyłącznie do Ciebie. Kończy się rok, to
          dobry moment na takie "ostateczne rozwiązania" - do takich Cię
          namawiam.
          Dobra, długa terapia, dłuższe rozstanie/niewidzenie się z obecnym
          panem, w końcu trzeźwe spojrzenie na siebie i resztę dookoła -
          powodzenia !
        • iwonazradomia Re: Zmniejszanie dysonansu poznawczego :) 27.12.09, 18:31
          > ale jak mam zgodzic sie z tymi, ktorzy mowia - pozbadz sie go?
          > myslicie ze to tak prosto?
          >
          > nie chce na sile utrzymac go przy sobie, chce uczynic nas, oboje -
          > szczesliwszymi ludzmi.
          > Czy chce zbyt wiele? czy to jest zbyt trudne?
          > Dlaczego nikt z was nie powie mi, ze moze sie udac?
          >
          > przechodze potwornie ciezkie zmiany...
          >
          > jest mi trudno.
          >
          > Ae z niecierpliwoscia czekam na post od osoby, ktora wie przez co
          przechodze i
          > ktora podjela decyzje - co dalej. Kto nie byl, nie widzial, nie
          czul tego co ja
          > - nie wie.

          Myślę, że wiele osób tutaj doskonale wie i czuło to co Ty.
          Okoliczności nie koniecznie muszą być te same. Ale schemat jest
          bardzo powszechny: Spotykasz wreszcie tę wymarzoną osobę i
          zakochujesz się. Wierzysz, że wreszcie się uda, że wreszcie będzie
          cudownie, wreszcie będzie normalnie. Tak bardzo chcesz w to wierzyć,
          bo to już ostatnia szansa. Zrobisz wszystko by tę nadzieję utrzymać.

          Potem okazuje się, że wcale nie jest cudownie. Co gorsza, z czasem
          okazuje się, że nawet nie jest "normalnie" (cokolwiek ta norma
          oznacza).

          I zaczynamy zatłumaczanie, zaczynamy obniżanie poprzeczki, naginanie
          własnych zasad, akceptowanie czegoś, co jeszcze nie tak dawno
          wydawałoby się nam nie do pomyślenia.

          Wszystko za cenę podtrzymania tej iluzji, że oto spotkałyśmy naszego
          jedynego księcia. Że on tak naprawdę bardzo kocha, tylko my musimy
          zaakceptować jego warunki, wprowadzić małe poprawki co do własnych
          oczekiwań.

          Powiem Ci, że przechodziłam przez coś bardzo podobnego, choć sendo
          problemu było nieco inne. Podobne było to, że z podobną Tobie
          desperacją brnęłam w toksyczny związek, w którym nie byłam
          szczęśliwa i w którym gotowa byłam na coraz to większe odstępstwa od
          swoich potrzeb. Czułam się jak więzień. Czułam się jak zakładnik
          jego emocjonalnych problemów.
          Gdzieś w głębi wiedziałam, tak jak Ty, że nie jestem traktowana
          dobrze, że nie doświadczam tego co powinno się doświadczać w
          zdrowym, ciepłym związku. Ale nie chciałam tego do siebie
          dopuszczać, bo wtedy wszystko by runeło.
          Też chciałam nas oboje uczynić szczęśliwymi.

          Tyle że w końcu uderzyłam głową w mur. W końcu i tak wszystko
          runęło, bo ja dotarłam do granic swojej wytrzymałości i do granic
          swojego upodlenia w tym związku.

          Dotarło do mnie, że ja go nie zmienię. Dotarło, że nawet jeśli swoje
          potrzeby i wymagania obniżę o 75% to on nie spełni nawet tych 25%.
          A nawet gdyby jakimś cudem raz na miesiąc do tych 25% dobił to mi i
          tak to nie wystarczy.

          Pewnej nocy dotarło to do mnie tak jaskrawo: ten związek ma niecały
          rok a ja miotam się w tym tak strasznie, tak strasznie się męczę.
          Bez względu na przyczynę- tak nie powinno być.
          Dotarło do mnie, że rezygnowanie z siebie, ze swoich potrzeb wysysa
          ze mnie energię, radość życia.
          Myślałam, że uleczę depresję, problemy i beznadzieję mojego faceta a
          tymczasem to on wciągnął mnie do swojego bagna.
          I wtedy zrozumiałam, że należy uciekać. By ratować siebie.

          I z tego co napisałaś odnoszę wrażenie, że Ty w tym wszystkim
          również strasznie się męczysz i rezygnujesz z siebie. A to na
          dłuższą metę dobre nie jest.
          To tylko, jak ktoś już napisał podwaliny do pięknego toksycznego
          związku, który Cię zniszczy.

          Czy to się może udać? Pewnie, że tak. Mnóstwo ludzi żyje w
          toksycznych relacjach, w związkach, które ich niszczą.
          Pytanie, które musisz sobie zadać to czy TY chcesz w czymś takim
          żyć. Czy jesteś w stanie akceptować sytuację taką jaka jest. Bo to
          może być najlepsze co z tego związku dostajesz. Lepiej może nie być.
          I podstawowa sprawa, o której nie możesz zapomnieć, to, że JEGO nie
          zmienisz.

          Mi właśnie to najbardziej pomogło.
          Uświadomienie sobie, zadanie sobie pytania, czy chcę następny rok,
          dwa, przeżyć w związku takim jaki on JEST TERAZ.
          A nie czekając na to, że ten związek się zmieni na lepsze.
          Czy chcę być z tą osobą taką, jaka ona JEST TERAZ. A nie taką jaką
          JA CHCIAŁABYM, żeby był.

          Pozbycie się złudzeń i nadziei jest cholernie bolesne. Ale nie da
          się budować trwałego związku tylko na własnych pragnieniach,
          iluzjach i nadziejach, że coś się zmieni.

          Myślę, że dla Ciebie podstawowe pytanie powinno być, czy jesteś w
          stanie akceptować tę świadomość, że nie jesteś jedyna. Czy
          potrafiłabyś być z tym na dłuższą metę szczęśliwa.
          To nie znaczy, że musisz odejść już natychmiast. To nie znaczy że
          będziesz potrafiła. Czasem, szczególnie gdy jest się zakochanym,
          trzeba doświadczyć tego bólu od partnera, żeby być w stanie odejść.
          Być może dopiero gdy Cię zdradzi odczujesz, że nie potrafisz tak żyć
          i dopiero wtedy znajdziesz siłę by odejść.
          • niezapominajka333 Re: Zmniejszanie dysonansu poznawczego :) 28.12.09, 22:11
            Facet był w wielu związkach, w kilku dłuższych, być może nawet otwartych.
            W końcu jego poligamiczna natura brała górę.

            Może dobrze byłoby się zastanowić, dlaczego te związki się rozpadły?
            Jak w praktyce sprawdziły się te otwarte związki?

            Tak czy owak będziesz cierpieć. Niezależnie od tego czy zostaniesz, czy odejdziesz.


        • zuza6661 Re: Zmniejszanie dysonansu poznawczego :) 04.01.10, 21:27
          czy warto...
          staram sie odpowiedziec na to pytanie 5 minut po kolejnej awanturze,
          jaka nieswiadomie wywolalam. Czasem czuje sie jak wiezien we wlasnym
          domu. Czasem jak
          wrog publiczny nr jeden...

          ale jak mam zgodzic sie z tymi, ktorzy mowia - pozbadz sie go?
          myslicie ze to tak prosto?

          nie chce na sile utrzymac go przy sobie, chce uczynic nas, oboje -
          szczesliwszymi ludzmi.
          Czy chce zbyt wiele? czy to jest zbyt trudne?
          Dlaczego nikt z was nie powie mi, ze moze sie udac?

          przechodze potwornie ciezkie zmiany...

          jest mi trudno.

          Ae z niecierpliwoscia czekam na post od osoby, ktora wie przez co
          przechodze i
          ktora podjela decyzje - co dalej. Kto nie byl, nie widzial, nie czul
          tego co ja
          - nie wie.

          Czytam Cie i widze siebie. Czekasz na post od osoby, ktora wie przez
          co przechodzisz? To ja. Osoby, ktora podjela decyzje? Moj m.
          Zdecydowal o rozwodzie. Poznal inna. Zorientowal sie, ze ja zyje
          tylko nim, ze sie zgadzam na wszystko, zapominajac o sobie.
          Zorientowal sie, ze te jego ekscesywne zachowania byly ucieczka
          przed nim samym, ze to co tlumaczyl mi jego potrzeba wolnosci i
          niezaleznosci bylo ucieczka przede mna, ze jego ekscesywne
          zachowania seksualne i, tak jak u ciebie, presja kolekcjonowania i
          przywiazywania do siebie kobiet nie byla zachowaniem normalnym,
          tylko gleboko ukrytym i nieuswiadomionym powaznym zaburzeniem
          psychicznym. Odzyskalam wzrok, gdy powiedzial mi, ze sie ze mna
          rozwodzi. Troche za dlugo bylam slepa...
Pełna wersja