symmetryisall
28.12.09, 11:15
Temat głupi, ale nie wiedziałem, jak to bardziej błyskotliwie sformułować w
dopuszczalnej liczbie znaków.
Wprowadzenie: sytuacja standardowa, opisywana na tym forum pierdylion razy.
Małżeństwo, 32 lata oboje, staż 5 lat, dziecko tuż po ślubie. On (czyli ja),
jak facet z dowcipów, myśl o seksie co 6 sekund. Ona (czyli żona), wręcz
przeciwnie, o seksie nie myśli chyba wcale. Nigdy nie była typem nimfomanki,
ale przez pierwsze lata związku raczej nie narzekałem, czasem było lepiej,
czasem gorzej, ale ogólnie dawało radę, zwłaszcza że i fantazja była, i chęć,
więc właściwie wypróbowaliśmy wszystko, na co miałem ochotę (nie wiem jak
żona, mówię za siebie). Ale ostatnio - dla mnie dramat, męka i inferno
Dantego, seks jest tylko wtedy, kiedy ja go wyproszę, do tego pod warunkiem,
że jest sobota, żona nie jest śpiąca/zmęczona/zestresowana/zdenerwowana, nie
boli jej brzuch albo nie jest jej niedobrze (wyjątkowo częsta dolegliwość, jak
na moje oko). Ogólnie częstotliwość z ostatniego roku wychodzi nam... raz na
2-3 tygodnie, a bywało, że i rzadziej. Ostatnio kochaliśmy się 2 tygodnie
temu, ale były akurat moje urodziny i to był rodzaj prezentu - niezbyt zresztą
udany, bo widziałem, że żona wcale nie ma za bardzo ochoty, że to właśnie
prezent, żeby mi było fajnie. Cóż, nie było, zamiast takiej daniny to ja wolę
się, przepraszam bardzo, wytrzepać w łazience, przynajmniej jest szybciej i
nikt się nie musi poświęcać.
Zacząłem nawet prowadzić pewien eksperyment - przestałem w ogóle przejawiać
jakąkolwiek ochotę na seks, nie wspominam o tym, trzymam ręce przy sobie,
ciekaw jestem, ile musi minąć czasu, żeby żonka wreszcie przejawiła jakiś
seksualny popęd. Na razie bez większych sukcesów - tematu w ogóle nie ma,
wieczorem do łóżeczka, buzi i smacznie śpimy.
Do czego zmierzam - dla mnie związek mężczyzny z kobietą opiera się przede
wszystkim na pożądaniu, namiętności i seksie, bez tego w ogóle nie widzę sensu
zawracania sobie głowy nawzajem, bo jeśli z takiego układu usunąć seks, to
właściwie pozostaje wspólnota interesów plus ewentualne kumpelstwo, w której
to sytuacji żonę z powodzeniem zastąpiłby współlokator-kolega, nawet lepszy,
bo nie trzeba by go zabierać na spacery, przynosić mu kwiatów i traktować jak
kruche jajko, kiedy dostanie okresu. Niepotrzebny mi współlokator z cyckami,
ja chcę mieć ŻONĘ, z którą będę uprawiał SEKS, dopóki sił i biologicznych
możliwości wystarczy. To tak tytułem wyjaśnienia mojego punktu widzenia.
W każdym razie, jak już pisałem, tego mi właśnie brakuje - nie czuję się
pożądany, nie czuję się obiektem seksualnym, jestem miśkiem, który przyniesie
ciężki kosz z drewnem do kominka, albo posiedzi na kanapie i pomasuje stopy.
Który sprawdza się również świetnie w roli termoforu w łóżku - można się do
niego przytulić, jak na dworze wieje, bo jest duży i ciepły. Ale coś więcej -
nie nie, przecież o wiele przyjemniej jest posiedzieć przed kominkiem z
książką, albo dobrze się wyspać, bo rano trzeba wstać, a już dwudziesta
trzecia i zieew, ale mnie sen morzy.
Rezygnacja ze zmysłowości na rzecz wygody rozciąga się i na inne dziedziny
życia. Jak wiadomo, najlepszym strojem do chodzenia po domu są stare,
powyciągane, poplamione czymś niespieralnym dresiska, seksowne niczym kalosz.
Świetnym strojem nocnym natomiast jest obleśna, babcina, bawełniana piżama.
Próbowałem ingerować - dresy poszły w odstawkę na kilka dni, potem nastąpił
bunt, bo "dżinsy są niewygodne i nie będę się męczyć". Próba zastąpienia
barchanowego wora czymś seksowniejszym również się nie powiodła - jedwabna
nocna koszulka okazała się niewygodna i trafiła do szuflady.
Przy czym, żeby mnie tu panie nie zakrzyczały - ja nie chodzę po domu w
powyciąganych dresiskach, zawsze ubieram się tak, że mogę bez skrępowania
wyjść na ulicę, golę się, strzygę i kąpię, więc nie jestem brzuchatym
tatuśkiem z piwem i pilotem od TV. Zresztą zawsze reagowałem na wszelkie
sugestie odnośnie wyglądu, które żona skądinąd wygłaszała z reguły w sposób o
wiele bardziej obcesowy niż ja swoje.
Próbowałem oczywiście kilka razy poruszać kwestię ogólnego upadku w dziedzinie
naszej małżeńskiej seksualności, w końcu usłyszałem delikatną sugestię, że "z
wiekiem i po porodzie libido słabnie i nic się na to nie poradzi". Że słabnie,
to ja wiem, ale zawsze myślałem, że po pięćdziesiątce, a nie po trzydziestce!
Skoro w tym wieku żona jest już takim seksualnym kapciem, to co będzie
później? Mam trzydzieści dwa lata, mam odwiesić penisa na kołek? Trzepać się
do filmików z RedTube, jak piętnastolatek bez dziewczyny?
Uprzedzając ewentualne zarzuty, że jestem kochankiem nudnym i mało
wyrafinowanym: niedawno, właściwie w tym roku dopiero, dowiedziałem się, że
jestem faktycznie kochankiem nudnym, bo za bardzo wyrafinowanym -
niepotrzebnie kupuję wymyślne akcesoria i gadżety, pieszczę żonę na wymyślne i
podniecające sposoby, bo ona właściwie to najbardziej lubi, żeby ją szybko
podniecić (albo po prostu użyć żelu z tubki), a potem, przepraszam za
wyrażenie, po misjonarsku pokryć i mocno zerżnąć. Minuta osiem i śpimy, orgazm
nieobowiązkowy. Po żołniersku, można powiedzieć, seksualny odpowiednik
cheeseburgera z frytkami w McDrive.
Tu dochodzę do tematu tego wątku - jakieś kroki są tu niezbędne, najlepiej
stanowcze i rozstrzygające, ale czy właściwie da się tu coś zrobić? Czy
rozmowa może coś pomóc? Choćby jako wstęp do jakichś dalszych rozwiązań... Bo
prawdę mówiąc, nie bardzo to sobie wyobrażam. "Kochanie, ogarnij się, bo
uprawiamy za mało seksu i jesteś mało zmysłowa". "Aha, ale co ja poradzę, jak
mi się nie chce, mam się zmuszać?". No i tu ja wymiękam, nie wiem, co mógłbym
odpowiedzieć...