xyz-71
29.01.10, 00:47
Cześć, zdecydowałam się napisać w nadziei, że mi pomożecie, albo chociaż powiecie, co myślicie. Trochę się boję, bo z tego, co czytałam, wasze wypowiedzi bywają ostre, ale co mi szkodzi... Spróbuję!
O brak seksu chodzi oczywiście. Jesteśmy małżeństwem z 16-letnim stażem. Przez długi czas (10 lat?) wydawało się, że wszystko jest ok. Ja nie byłam wulkanem seksu i mąż był moim przewodnikiem, ale "uczyłam się" chętnie i myślę, że rozwijałam swoje umiejętności i oboje mieliśmy z tego frajdę. Moją słabą stroną zawsze był brak pewności siebie, z domu wyniosłam odczucia, że seks jest zły, a po facetach nie można się nic dobrego spodziewać. Kokietowanie i uwodzenie to dla mnie raczej abstrakcja. Ufając mojemu mężowi, czując się z nim bezpiecznie potrafiłam się przełamać. Po drodze borykaliśmy się z normalnymi problemami młodych małżeństw. I właśnie wtedy, gdy już opanowaliśmy sytuację, w seksie zaczęło się psuć. Żeby to tylko chodziło o seks rozumiany jako sam stosunek... W momencie, gdy ja przestałam zabiegać o czułości, pocałunki, pieszczoty w nadziei, że to go otrzeźwi, że zauważy, że dzieje się coś złego, wtedy właśnie ta sfera przestała istnieć. Wygląda to tak, że jeśli się do niego przytulę, to mnie nie odepchnie, ba, nawet zarzuci mi ramię na plecy, ale tak zupełnie z obowiązku i nigdy (jeśli przesadzam to minimalnie) nie robi tego z własnej inicjatywy.
Namówiłam go po wielu nie przynoszących efektu rozmowach na terapię małżeńską. Rozgrzebując po trochu nasze myśli dowiadujemy się o sobie wiele, tylko póki co, w niczym nam to nie pomaga. Może inaczej - mnie nie pomaga, bo mąż cały czas na stanowisku, że to ja mam problem. I tak chyba w istocie jest - to ja się męczę. Według niego, to że nie kochamy się już jakieś 3 lata (może z małymi wyjątkami) nie jest niczym dziwnym, tak jak i brak czułego "patrzenia sobie w oczki" - po 16 latam małżeństwa???!!! A mnie brak i seksu jako takiego, bo było fajnie, i czułości na codzień, bo to mi pomaga uwierzyć w siebie, zaistnieć we własnej świadomości jako kobieta, która się podoba. Nie mam tego w sobie, mimo że jestem zadbaną kobietą. Nawet jeśli widzę, że jakiemuś facetowi się podobam, to owszem - miłe, ale jeśli ignoruje mnie mój facet, to bardzo boli.
Już dochodzę do sedna sprawy:) Wczoraj odważyłam się powiedzieć mu "prawdę i tylko prawdę" o tym, jak mi go brakuje i jak trudno mi samej zabiegać o poprawę naszych relacji (przy jego braku zainteresowania i moich oporach, które odrosły jak chwasty). Dukałam to jak niewyuczoną lekcję, bo mi się płakać chciało z zażenowania, mąż słuchał mnie z kamienną twarzą, po czym oświadczył,co następuje: on się przez tyle lat starał i teraz już ma dość roli nauczyciela i pomocnika, a ja muszę szukać źródła mojej kobiecości w sobie samej i on mi nie ma zamiaru w tym pomagać.
Dla jasności dodam, że w innym dziedzinach jestem samodzielną, dobrze sobie radzącą osobą a nie mimozą uwieszoną na jego ramionach. Poza seksem dobrze się rozumiemy, wiele przeszliśmy, wiem, że mogę na niego liczyć, jesteśmy parą dobrych przyjaciół. I NIE ROZUMIEM, dlaczego ten sam facet nie uważa za stosowne powiedzieć mi od czasu do czasu "ładnie wyglądasz, dobrze że jesteś, kocham cię". Ja się do końca życia tej mojej kobiecości nie doszukam:) A byłoby mi o wiele łatwiej, gdyby czasami mnie pocałował (nie cmoknął). Ja rozumiem że pożądanie może wygasnąć, zmniejszyć się, ale czy nie można całować po prostu z miłości?!