freak_from_freakland
06.02.10, 23:45
Witajcie. W sumie nie wiem na jakie forum wrzucić moją historię. Pasowała by
Kobieta/Mężczyzna/do Psychologicznego też. Ale ponieważ tytuł tego forum jest
odpowiedni do mojej sytuacji, to spróbuję tutaj.
Znamy się z żoną od 17 lat, od 11 jesteśmy małżeństwem, mamy 8 letniego syna.
Aby naświetlić dobrze naszą sytuację zaczniemy od starych czasów. Jako 19
letni chłopak przeżyłem burzliwy związek ze starszą o 8 lat dziewczyną.
Kochałem ją mocno, była moją pierwszą miłością i pierwszą kobietą. Ale nie
udało się, poznaliśmy się 4 miesiące przed jej ślubem, postanowiła nie
zmieniać planów. Później prawie 2 lata leczyłem rany emocjonalne.
Po 2 latach poznałem moją obecną żonę. Jest 5 lat młodsza. Od początku nie
było żadnych wielkich uniesień, motyli w brzuchu. Uważałem, że to dobrze, że
takie burze jak w pierwszym związku nie są mi potrzebne. Nasz związek rozwijał
się powoli, było nam dobrze ze sobą, było spokojnie, przewidywalnie. Żona jest
tradycyjnie wychowaną dziewczyną, nie wychodziła nigdy w związku, ani w życiu
na pierwszy plan, jest defensywna. Jest taktowna, łagodna, przewidywalna,
sumienna, poukładana. Nie ma w niej ekspresyjności, dynamizmu atrakcyjnych
kobiet. Nie przeszkadzało mi to, ba nawet tego nie chciałem, mając w pamięci
poprzedni związek. W swoim młodym, niedojrzałym umyśle skojarzyłem, że
ekspresyjna uroda, przyciąganie męskich spojrzeń = płytkość, interesowność i
krzywdzenie faceta.
Z seksem było naprawdę OK. Wtedy w tamtym czasie, w życiu nie powiedział bym,
że czegoś mi brakuje. Kochaliśmy się często, bez zahamowań i barier by pieścić
i wykorzystywać do pieszczot i kochania się wszystkich chyba możliwości jakie
wymyślono :-). To ja byłem zawsze stroną inicjatywną.
Po wielu latach "chodzenia" wzięliśmy ślub, po kliku latach narodził się
synek. Nasz związek był zgodny, dobrze sobie radziliśmy z codziennością,
problemów materialnych brak. W sferze seksu im dalej w las, tym bardziej było
"tak sobie", bez fajerwerków, ale akceptowałem to jako normalną kolej rzeczy.
Z perspektywy czasu, widzę że błędem była moja obecnośc przy porodzie. Z
jednej strony niezapomniane, duchowe wręcz mistyczne przeżycie, gdy pojawia
się na świecie syn, krew z mojej krwi, ciało z mojego ciała. Z drugiej strony
cała fizjologia porodu, płyny, krew, widzenie żony od strony rodzącego się
dziecka zostawiło trwały negatywny ślad w moim obrazie postrzegania jej jako
obiektu seksualnego. Kochałem ją, ale stała się dla mnie hmmm....kimś na
kształt siostry, a nie kobiety której pożądam. Do tego doszły oczywiście
zmiany w ciele żony, które na dobrą sprawę nie minęły do dzisiaj. Pomimo moich
taktownych z początku sugestii, później bardziej bezpośrednich rozmów, żona
nie robi NIC by wrócić do formy fizycznej. Kolejna sprawa to papierosy, które
pali od 15 roku życia. Strasznie mi to przeszkadza, zawsze to mówiłem, ale
ponieważ żonie brak siły woli i konsekwencji, także nic z tym nie zrobiła.
Kupowałem jej Niquitin - nie brała, namawiałęm na hipnozę - nie chciała.
Gdy synek miał około 1 roku, SEKS UMARŁ. Tym razem żona starała się być stroną
inicjatywną, ale z powodów opisanych w poprzednim akapicie, to we mnie
wszystko wygasło. Wiem jestem niedojrzałą, męską świnią, może to się
kwalifikuje do psychologa, ale pożądnie wygasło we mnie do zera. Wolałem
zrobić sobie samemu dobrze przed kompem, niż z nią.
W tym samym czasie zaczeły mi przeszkadzać inne cechy osobowościowe żony.
Ludzie na forach piszą, że życie kobiety programuje się wtedy na dziecko.
Niestety przekonałem się o tym na własnej skórze. Żona jest dobrą matką, nie
dałbym złego słowa na nią powiedzieć. Wróciła do pracy, zatrudniliśmy
opiekunkę, mogliśmy liczyć na pomoc rodzicow i teściów. Z własnej woli
zamknęła się na wszystko. Skończyły się wyjścia do kina, do znajomych, przez
pierwsze 2 lata nie pojechaliśmy na wakacje "bo dziecko za małe". Jedynym
światem i tematem stał się serial o 20.
Tragedia. Ja rozumiem, że w wieloletnich małżeństwach seks nie jest już
fajerwerkiem, można to zaakceptować. Ale ja straciłem żonę także jako
człowieka do rozmowy, jako towarzysza życia. Umarły 2 płaszczyzny wzajemnego
funkcjonowania. Jedyną moją radością i motorem stał się syn.
W takim stanie minęły 2 lata. Poznałem w firmie w której pracuję dziewczynę 8
lat młodszą ode mnie. Właściwie znałem ją z widzenia już dość długo. Trudno
było nie zwrócić na nią uwagi. Przepiękna kobieta, o dość rzadko spotykanym
dziś typie urody młodej Brigitte Bardot. Do tego piekielnie pewna siebie,
mająca opinię "zimnej suki", kiedy trzeba bezczelnej i skutecznej. Faceci ją
podziwiali i się bali, kobiety zazdrościły ;). Coś tam "piąte przez dziesiąte"
wiedziałem o jej burzliwej przeszłośći, miała 7 letniego syna. Zawsze
podziwiałem jej urodę, fascynowała mnie fizycznie od zawsze. Każdy facet ma
swoje ideały urody. Zaprosiłem ją na kawę, zaczęliśmy się coraz częściej
umawiać po pracy.
Tak, wykonajcie wyrok na mnie. Moim motywem był seks. Bariera ta padła dość
szybko. Było mi z nią pod tym względem cudownie. W całym moim 33 letnim życiu
nie miałem takich doznań. Z żoną w naszych najlepszych czasach zaznałem
rozkoszy o sile może 20% tego co z nią. Jak patrze na to z perspektywy czasu,
to nie robiliśmy wiele więcej niż z żoną. To jej boskie, zadbane, zawsze
pachnące i zawsze gładkie ciało powodowało że miałem takie doznania. Z nią
odkryłem, że mogę 3x dłużej, 3x mocniej, 3x intensywniej niż kiedykolwiek.
Miałem doznania na pograniczu nirwany, uwielbiałem zapach jej długich włosów,
nie było centymetra jej ciała którego bym nie dotknął ustami, uwielbiałem jej
oczy, usta, nos, uszy, uwielbiałem jej kark, jej szyję, odkryłem że każde
miejsce na ciele kobiety może działać tak stymulująco. Uwielbiałem jej pełne
szerokie biodra i niesamowite piersi. Gdy zaczęliśmy wyjeżdzać na oparte na
kłamstwach "delegacje", to dopiero po 2 dobach udawało się wyjść z pokoju.
Znała w 100% moją sytuację, ustaliliśmy, że jest nam wspaniale w łóżku, więc
postaramy się tym wzajemnie cieszyć i postaramy się w sobie nie zakochać.
Poznawałem powoli jej przeszłość. Była ze mną szczera, puzzle z jej opowieści
pasowały do tych nielicznych puzzli które wcześniej znałem. Była związana w
przeszłośći z żonatym obcokrajowcem, byłym właścicielem firmy w której
pracowaliśmy. To wielka firma, zatrudnia 1000 osób, facet stracił dla niej
głowę. Przyleciała do Polski jego żona, zrobiłą interwencję, facet musiał
sprzedać firmę i wrócić do siebie. Syna ma z facetem który ją adorował przez 2
lata, a ona traktowała go jak służącego. Była to wpadka, i wychowywała syna
sama. Wiem, że w przeszłości miała wielu facetów, sama mowiła mi o sobie
"miałam każdego którego chciałam". Można by powiedzieć...dziwka....ale stało
się to co nie miało się stać. Zakochaliśmy się w sobie. Oprócz urody
imponowała mi w niej pewność siebie, konsekwencja w działaniu. Pochodzi z
biednej i wielodzietnej rodziny. Jako jedyna w rodzinie skończyła studia i ma
dobrą pracę. Bracia nawet więzieniu bywali. W sumie nie dziwię się, że w życiu
musiała być silna i czasem bezwględna. Ma piekielnie silną wolę która mi
imponowała. Np mówiła żę ma taką budowę, że gdy przestanie ćwiczyć, to w
miesiąc zamieni się w pączek. Trzymając się tej zasady, nie wychodziła jeździć
na rowerze tylko poniżej minus 10 stopni :-)))). Żelazna konsekwencja.
Zakochaliśmy się do szaleństwa, ja na pewno, ona - na pewno też, ale inaczej
niż ja. Nie będę opisywał szczegółow, ale po 2 latach życia na 2 fronty nie
udało się już tego ukrywać. Byłem piekielnie rozdarty, w końcu odchodziłem z
domu, od własnego syna, by wychowywać syna innej kobiety. Ten związek także
był podobnie burzliwy, jak ten z początku opowieści, kłóciliśmy się, by w
łóżku się godzić. Przez 2 lata trzykrotnie rozchodziliśmy się po czym
wracaliśmy do siebie. Po jednej z kłótni, wiedząc że nasz seks jest dla ważny,
wykrzyczałą mi, że na samym początku naszej znajomości jeszcze była z k