tiguana
27.10.10, 11:20
Jestem czytelniczką forum od dość długiego czasu, ponieważ przeżywałam czarną rozpacz spowodowaną niemal całkowitym brakiem zainteresowania seksem ze strony mojego faceta. Były kuszenia, rozmowy - nawet kłótnie, bo trudno zawsze utrzymać emocje na wodzy, szczególnie, gdy wydaje się, że nic nie przynosi skutku.
Mój facet nie zapuszczał się niemal nigdy na obszary erotyczne i po głowie chodziły mi najczarniejsze myśli - a to, że mu się nie podobam, że postrzega mnie jak kumpelę, przytulankę, ale nie obiekt pożądania, że w ogóle nie potrzebuje seksu, że woli zadowalać się sam... Niestety, na domiar złego jego rycerz podczas naszych zbliżeń czasem nie stawał na wysokości zadania i nie ułatwiało to sprawy. Początkowo nie przejmowałam się tym bardzo, myślałam, że musi się "rozkręcić", poczuć ze mną pewnie, otworzyć się. Wprowadziliśmy więc techniki zastępcze, a ja starałam się robić wszystko, co może kręcić faceta (a nie jestem pruderyjna i lubię wyobraźnię w łóżku). Sytuacja jednak się nie zmieniała, on mówił, że pójdzie do lekarza sprawdzić co jest grane, ale nigdy nie szedł. Myślałam więc: "no tak, może nie idzie, bo podejrzewa, że to nie kwestia organizmu, a tylko ja go nie podniecam..." itd. Naprawdę przygnębiało mnie to, a metody radzenia sobie z tym problemem (rozmowy, fantazje, prowokacje) też nie pomagały. DRAMAT!
Trwało to dość długo aż...................( tu następuje najważniejsza część historii) nadszedł moment, gdy się poddałam. Doszło do kilku poważniejszych rozmów, moje poczucie własnej wartości sięgnęło dna i przekładało się to na różne aspekty naszej relacji. Nie czułam się pewnie, bezpiecznie i nie chciałam już po raz kolejny wymyślać, co zrobić i jak zaradzić... Powiedziałam mu to: poddaję się, zostawiam wszystko w twoich rękach, już nie chcę być tą stroną, która rozwiązuje problem. Wiem, że to nie w porządku zrzucać wszystko na ciebie, ale uważam, że po tylu bezskutecznych próbach zmiany sytuacji mam prawo to uczynić.
I słuchajcie - stał się cud. On naprawdę się tym przejął. Może było to impulsem, nie wiem. Poszedł do lekarza, zrobił badania, okazało się, że można problemowi zaradzić za pomocą odpowiednich leków i teraz nagle okazuje się, że mój facet lubi seks, ma na niego ochotę, dąży do niego i teraz, bez żadnych problemów, robimy to codziennie :)
Pewnie jego chłód i brak zainteresowania wynikał z obaw, że nie sprosta - może wytłumaczył sobie, że nie potrzebuje seksu, że sam sobie da radę, że można żyć bez tego, bo zwyczajnie martwił się, że nie podoła. I w ten sposób zwykła biologia, coś co można zażegnać, zapoczątkowała reakcję łańcuchową, która niemal doprowadziła do rozpadu związku lub zdrady (i rozpadu związku)...
Nie wiem, czy można tę sytuację podpiąć pod inne, ale może część przypadków oziębłości tez wynika z tego, że facet wytłumaczył sobie, że lepiej nie uprawiać seksu niż rozczarować siebie i swoją kobietę. Wiem też, że nie da się przekonać faceta, aby poszedł do lekarza jeśli sam nie będzie na to gotowy, ale mój facet powiedział po tym wszystkim, że żałuje, że nie poszedł wcześniej, bo nie doszłoby do wielu problemów, z którymi musieliśmy i nadal właściwie jeszcze musimy, sobie radzić.
Ale nie ma co teraz nad tym płakać - poszedł, udało się i teraz wszystko kwitnie, a ja uważam go za bohatera :) - późno, bo późno, ale jednak stanął na wysokości zadania i na pewno nie było to dla niego łatwe.
Może ktoś z was dzięki mojemu przypadkowi uwierzy, że się da, że istnieją sytuacje gdy wszystko się zmienia i można być szczęśliwym wciąż z tym samym partnerem. Może ktoś z was jeszcze nie zrezygnuje ze związku, może uda się komuś z was namówić drugą stronę na wizytę u lekarza, bo rozwiązanie może być naprawdę realne. Może psychiczne nastawienie często jest tylko skutkiem fizycznych problemów i pewnym mechanizmem obronnym..
W każdym razie jest jeszcze światełko w tunelu i tyle chciałam wam powiedzieć, żeby nie było, że musimy borykać się z problemami, które są wieczne i beznadziejne.
Pozdrowienia