bos_a
02.03.11, 22:00
Nie mogę pojąć, co dzieje się z seksem w moim związku. A właściwie z całą resztą, bo kocham męża i brak seksu plącze mi się z brakiem bliskości. Miewaliśmy całe długie okresy posuchy, ale od kilku lat jest do zaakceptowania - w każdym razie miesiące bez seksu się właściwie nie zdarzają, to jak na nas nieźle... Absorbująca praca moja i męża, moje wyjazdy, tygodnie "mijanek", lecz kiedy spotykamy się w łóżku, jest satysfakcjonująco lub bardziej niż satysfakcjonująco. Jednak na mnie dobry seks działa tak, że się rozkręcam i jestem gotowa na ciąg dalszy - z mężem jest odwrotnie, tak jakby plan był wykonany i można było sobie odpuścić. Czuję się wtedy, jakbym spadała z ogromnej wysokości. To jest beznadziejne.
Dodam, że jest zasadniczo w porządku "poza łóżkiem". Wydaje mi się, że jesteśmy przyjaciółmi. Mąż jest bardzo czuły (jak jest - też często jest poza domem), nie mamy większych trosk finansowych czy innych obiektywnych. Mamy trójkę dzieci.
Próbowałam rozmawiać, w czym problem, ale mąż konsekwentnie twierdzi, że w niczym. Mnie utrzymuje w przekonaniu, że jestem najwspanialszą kobietą pod słońcem i że ostatnim razem było wspaniale - a jednak nagle obojętnieje i nie mam na niego sposobu. To jest cholernie frustrujące. Zaczynamy ścierać się o drobiazgi, następuje blok w komunikacji. Rozmawialiśmy, ale teraz staram się rozmów wtedy unikać, bo zawsze przebiegały według jednego schematu - niczego nie rozwiązywały, a prowadziły niezmiennie do awantur. Ilekroć próbuję przyzwyczaić się, że jest jak jest, i przenieść środek ciężkości na inne rzeczy (a jest to niełatwe, bo mam normalny temperament), zdarza się "miesiąc miodowy" i zaczynam fruwać... aż spadnę.
Wydaje mi się, że niczego nie wiem o facetach, może trzeźwe spojrzenie z boku pomoże mi rozgryźć tę sytuację.